Dzisiaj jest 22 lis 2017, 20:22

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 2 ] 
Autor Wiadomość
PostZamieszczono: 26 mar 2007, 2:26 
Offline
mała złota
Awatar użytkownika

Rejestracja: 09 lis 2006, 22:46
Posty: 279
Lokalizacja: z jaczej skóry
*no może nie całego Albionu, powiedzmy Albionu bez Szkocji, ale chciałem jakoś dumnie rozpocząć :)

Wyjazd został zaplanowany jeszcze przed wybuchem afery remontowej, nie mniej jednak, mam nadzieję, że jest dobrym dowodem na to, że współpraca jest możliwa, ale od początku.
W piątek wieczorem Artur, wraz ze swym kolegą z pracy, emerytowanym Oeconomicusem – Andrzejem przyjechali do mnie do Cardiff z Oxfordu. Nie zdążyli nawet zdjąć butów, bo od razu wygoniłem ich na miasto, aby mogli poznać uroki stolicy. Po ciemku zwiedzanie skończyliśmy zwiedzanie już po jakiejś godzince i oddaliśmy się pijaństwu w jakiejś knajpie. Stosunkowo szybko zmieniliśmy lokal na akademik i jeszcze przed północą grzecznie poszliśmy spać. Pobudka była całkiem wcześnie, bo o 5:30, ale czekały nas cztery godziny jazdy, trzeba się więc było zmusić. Po drodze mieliśmy bardzo ładne widoczki, najpierw pasmo Breckon Beackons, później wzgórza środkowej Walii, a na końcu cel wyprawy – Snowdonia. Ok. 11, nie bez trudów udało nam się znaleźć miejsce parkingowe (pogoda była naprawdę rewelacyjna, więc miejscami było dość tłoczno) i rozpoczęliśmy marsz na szczyt. Też nie bez trudów, bo na początku pomyliliśmy ścieżki, na szczęście szybko udało się naprawić błąd. Podejście było całkiem długie, bo mimo iż Snowdon liczy jedynie 1085m, to zaczynaliśmy wchodzić ze 150m. Po drodze widzieliśmy liczne pozostałości zabudowań XVII w. osad górniczych i ciekawy szlak do zwożenia urobku. Po jakiejś godzince doszliśmy do przełęczy, z której, z której drogi się rozwidlały – jedna prowadziła na główny szczyt masywu, a druga na jeden z bocznych szczytów – Y Lliwedd (898 m). Jako, że nie mieliśmy w planach wielkich dystansów, a pokonywanie wysokości przychodziło nam całkiem szybko zdecydowaliśmy się wysłać Andrzeja na Snowdon, a sami jeszcze obejrzeć widoczki na południowy wschód ze wspomnianego wierzchołka. W ciągu godziny zdążyliśmy wejść i na szczycik wrócić i wdrapać się na Snowdon. Było całkiem stromo. Na szczycie spotkaliśmy znany gatunek ptaków wysokogórskich – mewy oraz tłumy ludzi, którzy weszli inna niż my trasą (całe szczęście, że brak miejsc parkingowych odwiódł na obrania tej samej drogi). Na szczycie obaliliśmy browarna i zaszliśmy w dół zwiedzając po drodze kopalnie miedzi i wodospady. Andrzej narzeka na kolana i nie lubi zbytnio schodzić, rozdzieliśmy się więc i z Arturem poszliśmy po samochód (dodatkowa godzinka) i odebraliśmy Andrzeja z parkingu bliżej szczytu, do którego chłopak jakoś się doczłapał. Następnie udaliśmy się do kolejnej, położonej trochę bardziej na północ dolinki, gdzie znaleźliśmy niedrogi camping i udaliśmy się na wieczorną wieczerze, na której po raz pierwszy jadłem pudding z nerek, z czego się bardzo cieszę. Reszta ekipy też nie narzekała na jedzenie. Ok. 21:30 wróciliśmy na camping, rozbiliśmy namiot i niekorzystawszy z prysznica zasnęliśmy. W nocy przestawiliśmy zegarki i o 7 zarządziliśmy pobudkę. Pogada nie była specjalnie zachęcająca – mocno wiało i góry były całe w chmurach, wymieniliśmy zatem Andrzeja na flaszkę ukraińskiej miodóweczki i poszliśmy w góry. Andrzej postanowił wygrzewać się w śpiworze w dolinie. Dość łatwym szlakiem weszliśmy na Pen yr Helgi Du (833m) gdzie atakowani wściekle przez wiatr zaczęliśmy schodzić po, szerokim na mniej niż 4m grzbiecie. Po obu stronach były bezdenne przepaście. Po minięciu tego odcinka dotarliśmy na najwyższy poza masywem Snowdonu szczyt Walii Carnedd Llewelyn (1064m), gdzie schowani za stertą kamieni obaliliśmy browarka i kontynuowaliśmy tytułową wędrówkę. Przedzierając się przez śnieg (miejscami nawet po kostki) dotarliśmy do Carnedd Dafydd (1044m) gdzie wzmocniliśmy zwątlone siły miodóweczką. Częstowaliśmy nawet siedzących obok brytoli, nie byli jednak chętni. Idąc dalej doświadczyliśmy zmiany pogody, zaczęło świecić słoneczko, które nie opuściło już nas do końca dnia. Mogąc już podziwiać całkiem imponujące widoki – jeszcze nigdy nie widzieliśmy tak imponujących gór na tak niewielkiej wysokości dotarliśmy na Pen yr Ole Wen (978m), skąd zeszliśmy po skałkach do malowniczego jeziorka Ffynnon Ller, gdzie w słońcu wylegiwał się Andrzej. Chwilkę z nim pogadaliśmy i ruszyliśmy dalej w dół doliny. Cała trasa zajęła nam nieco więcej niż planowaliśmy, a dodatkowo Artur zaczął nieco niedomagać, zatem plany przejścia podobnej długości trasy grzbietem po drugiej (północnej) stronie dolinki okazały się być niemożliwe do zrealizowania. Postanowiliśmy się więc rozdzielić, Artur spędził urocze 40 min w kiblu a potem chwilkę na jeziorkiem, oglądając urocze wodospady i skalne urwiska grzbietu Glydder, a ja zacząłem wdrapywać się na skalisty szczyt Tryfan (915m). Góra wyglądała z dołu naprawdę imponująco, podejście również było trudne. Rękami przestawałem się trzymać skał jedynie gdy chciałem się podrapać po tyłku. Brytole nie znają oznakowania szlaków, więc kilkakrotnie docierałem do miejsc, gdzie przy swej ograniczonej sprawności i gracji nie byłem w stanie iść wyżej i musiałem wracać. Na szczęście na najtrudniejszym odcinku spotkałem emerytów z 12-letnią wnuczką i podążając za nimi znalazłem drogę na szczyt. (emeryci z wnuczką, wydawać by się mogło, że nieco kolidują z wyobrażeniem trudnej trasy, ale tak naprawdę było).
Niestety na górze nie było czasu na podziwianie okolicy – musiałem lecieć na dół na umówione miejsce. Od południowej strony jest zdecydowanie mniej stromo, zejście było więc zdecydowanie łatwiejsze. Gdy doszedłem do drogi spotkałem Andrzeja z Arturem którzy wyjechali mi naprzeciw, jako, że nie zjawiłem się o umówionej porze. O 16:50 zaczęliśmy drogę powrotną do Cardiff. Było naprawdę malowniczo, wąskie dróżki, piękne, pokryte wrzosem wzgórza. Ok. 21 dojechaliśmy pod akademik, gdzie posililiśmy się chłopaki przed dalszą podróżą, a ja pisaniem relacji :).
Wyjazd był naprawdę świetny. Udało nam się wejść na wszystkie (3) tysiączniki Walii (nie licząc jednego w masywie Snowdonu, bo nie był po drodze, no i przede wszystkim przekonaliśmy się że nawet na wysokości 500m można mieć wrażenie, że jest się w wysokich górach.
Żeby jeszcze oddać mniej więcej przewyższenia i odległości, to pierwszego dnia przeszliśmy ok. 30GOT, a drugiego, w najdłuższym wariancie ok. 35 GOT.
Wielkie dzięki dla Artura i Andrzeja, że zorganizowali mi transport od drzwi do drzwi, no i dla firmy AC Nielsen za udostępnienie środka lokomocji.
Niech ta wycieczka będzie dobry dowodem, że współpraca między Trampem a Oeconomicusem jest możliwa. Nawet, jak drogi się czasem rozchodzą to można i warto czasem działać wspólnie.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 26 mar 2007, 20:49 
Offline
II norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 paź 2005, 19:33
Posty: 1840
Lokalizacja: pow. Nowa Aleksandria
Śpiewan pisze:
Wielkie dzięki dla Artura i Andrzeja, że zorganizowali mi transport od drzwi do drzwi, no i dla firmy AC Nielsen za udostępnienie środka lokomocji.


Właściwie teraz to już po prostu Nielsen. :P

A relacja bardzo przyjemna do poczytania po pracowitym dniu. Szczególnie - jako że (jak wszyscy wiedzą) człowiekiem gór to ja raczej nie jestem ;) - zaintrygował mnie ten nerkowy pudding. Mógłbyś chociaż spróbować opisać jego smak?

Pozdrowienia dla emigrantów w Brytanii!

ŁP

_________________
Adelante! La porta esta abierta!

Ludzkość to kupa zwierząt pełzających po gównie, a ja zakochałem się w samochodzie. M. Hłasko

CHARLES BARKLEY WANT TO MEETS YOU!!!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 2 ] 

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group