Dzisiaj jest 20 lis 2017, 19:27

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 11 ] 
Autor Wiadomość
PostZamieszczono: 07 maja 2007, 12:31 
Offline
mała złota
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 paź 2005, 14:24
Posty: 213
Lokalizacja: Łochów
Hej!

Chciałoby się na początek napisać, że wróciliśmy wszyscy cali i zdrowi... Niestety nie udało się. Grzesiek już drugiego dnia w górach złamał nogę.
Oprócz tego przykrego incydentu wyjazd był udany :) Piękne góry, dobra pogoda, tylko spanie na 2040 m było trochę ekstremalne jeżeli chodzi o temperaturę.

Pełna relacja wieczorem ;)


pa. dziękuję wszystkim Trampom za miłe smsy z Przejścia ;) Nie odpisałam na żaden bo nie miałam telefonu przy sobie. [/i]

_________________
Porozumienie osiąga się gdy jedna ze stron udaje, że wierzy w dyrdymały opowiedziane przez drugą.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 07 maja 2007, 16:29 
Offline
I norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 paź 2005, 18:13
Posty: 1106
Lokalizacja: Prague North
Oj, srogo było srogo... I 20-godzinna podróż w samo serce Retezatu i ostre podejście "wietnamem" na grzbiet Godeanu i hardkorowe zejście kolejnego dnia z kontuzjowanym Soskiem do punktu wyjścia... Noclegi w schronach, różnice między "pizganiem" a "piżdżeniem", zejście z gór, zdewastowane kombinaty, watahy psów, wizyta w szpitalu, ucieczka ze slumsów Hunedoary, przypadkowe spotkanie po latach, uroki podróżowania CFR...

Pisz Natalka relację, ja natomiast czekam na foty i filmiki i jak starczy mi zapału zrobię z nich fotostory na mej stronce.

Zdjęcia Tomysia: http://picasaweb.google.com/dzikaczeresnia/Rumunia2007


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 07 maja 2007, 22:05 
Offline
mała złota
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 paź 2005, 14:24
Posty: 213
Lokalizacja: Łochów
Krótkie podsumowanie na początek:

9 (pełnych) dni – od piątku 27 kwietnia do poniedziałku 7 maja
8 osób - liczebność grupy zmieniała się kilka razy w czasie wyjazdu, ale na początku byliśmy w ósemkę: ja Łukasz Jacek Michał Marysia Tomyś Tomek i Sosek
Peleaga 2509 mnpm – najwyższy szczyt który zdobyliśmy
5 pierwszych nocy - bardzo zimne, z przymrozkami (najwyższy nocleg 2040mnpm), 3 ostatnie noce ciepłe – na ok. 1000 metrów i niżej w tym jedna w domu Polaka z Devy J
A także niezliczona ilość pociągów i km :)

A zatem relację czas zacząć... A jest od czego zaczynać J Jeszcze na Dworcu Wschodnim gdzie spotkaliśmy się całą grupą ok. 16 mieliśmy pierwszą przygodę z piwem i panami policjantami. Zaraz po zajęciu przedziału (mimo wcześniejszych obaw że wolnego żadnego nie będzie – pociąg relacji Olsztyn-Kraków) przez prawie całą grupę (Sosek dosiadł się na Centralnym) zostaliśmy zagadnięci przez dwudziestoparolatka, pijanego kompletnie... żeby nie nazwać tego dosadniej... Spytał się nas czy studiujemy i gdzie jedziemy. My na to że owszem studiujemy ale teraz mamy wolne i jedziemy w góry do Rumunii. Po kilku minutach rozmowy dopytywał się nas po co my właściwie jedziemy do tego Iraku czy Iranu... Po prostu brak słów. Miły kolega jechał do „koleżanki” do Skarżyska-Kamiennej. A przynajmniej tam się wybierał. Nie dotarł tym pociągiem co my, bo gdy znudziła się mu się rozmowa odwrócił się i zauważając dwóch policjantów za oknem zaczął pokazywać im ‘fucki’ i wyzywać słowami, których dokładnie nie pamiętam (poza tym nie za bardzo mam ochotę powtarzać ;) ). Prawdopodobnie myślał że pociąg już odjeżdża, jednak wozili nas tylko w obrębie Wschodniego podczepiając do innej lokomotywy. Panowie policjanci skorzystali i jak tylko pociąg stanął z powrotem przy peronie zgarnęli go. Po zabraniu go został ochrzczony przez naszą grupę jako wieczny tułacz do Skarżyska J. Było dużo śmiechu. Pozostała część podróży do Krakowa przebiegła bez większych przygód czy komplikacji. Jedyną rzeczą, która nas trochę poddenerowała był fakt, ze pośpiech którym jechaliśmy miał ponad półgodzinne opóźnienie a czas na przesiadkę do Crakovii mieliśmy ograniczony do bodajże 45 minut. W końcu udało się J Wsiedliśmy do pociągu na 5 minut przed odjazdem. W jedynym wagonie do Rumunii wszystkie przedziały były już częściowo zajęte zatem musieliśmy się rozłączyć. Ja Jacek Marysia Tomyś i Michał usiedliśmy w przedziale z sympatyczną panią i jej córką, do której wszyscy mówili na Pani (dziewczyna wyglądała na jakieś 18 lat). Tomek, Łukasz i Sosek usiedli w przedziale obok. Zaraz po ułożeniu bagaży chłopcy przyszli do nas do przedziału i zaczęliśmy rozparcelowywać jeszcze w Warszawie zakupiony gin. Pani która z nami siedziała nie wytrzymała w końcu, stwierdziła, że picie alkoholu przy jedenastolatce! Nie wypada i zamieniła się miejscami z chłopakami. Tym sposobem mieliśmy cały przedział dla całej ósemki. Noc przebiegła nam spokojnie, udało się nawet położyć w trzech różnych przedziałach. Rano jednak okazało się że w pociągu wydarzyło się kilka kradzieży, chłopcy od nas znaleźli w pociągowym kiblu rozwalony portfel jednego z pasażerów. Dokumenty zostały, ale pieniądze zginęły. U nas na szczęście wszystko ocalało. Po tym przykrym incydencie dojechaliśmy szczęśliwie do Aradu (dla niewtajemniczonych już w Rumunii ;) ). Tam po pysznej pizzy J przesiedliśmy się w pociąg do miejscowości której nazwy dokładnie nie pamiętam (jakaś podpowiedź? ;) ). Pociąg jechał ponad 4 h, które okropnie nam się dłużyły. Zaczęło padać, byliśmy zmęczeni i staliśmy całą drogę. Wytrzymaliśmy jednak a kilka minut po wysiadce Jackowi udało się załatwić taksówkę do Hatzegu. Jechaliśmy na 2 tury. Ja z Łukaszem jechaliśmy w drugiej a w czasie gdy czekaliśmy na powrót taksówki poszliśmy obejrzeć stare składy kolejowe. Gdy próbowaliśmy się do nich dostać zaczepił nas miły pan, który jak się okazało pilnuje tego starego składu. Pozwolił nam jednak wszystko obejrzeć, ale bez robienia zdjęć bo jak pokazał jakby ktoś się dowiedział to „obiliby mu mordę”. Udało nam się zobaczyć pompy na parę i stare lokomotywy z ładownią na drewno i piecem jak z „Powrotu do przyszłości 3” J Po obejrzeniu składu przemiły pan pokazał nam jeszcze sukę z 6 szczeniaczkami i pozwolił mi pozrywać sobie żonkile z ogrodu J. Po tym miłym wydarzeniu zabrano nas do Hatzegu gdzie reszta grupy już czekała przy piwie. Stamtąd po wytargowaniu osiągalnej dla biednych studentów ceny pojechaliśmy taksówkami w samo serce Retezatu. Zawieziono nas pod Cabanę Rotunda, gdzie jedna noc kosztowała 20EU od osoby a rozbicie namiotu 2EU. Stwierdziliśmy że mamy to gdzieś i odeszliśmy paręset metrów dalej. Rozbiliśmy się w lesie (już po ciemku), wykąpaliśmy w potoku (zimno było brr) i poszliśmy spać. Następnego dnia jeszcze przed południem (a to wcześnie jak na nasz wyjazd :P ) wyruszyliśmy w Godeany. Musieliśmy cofnąć się drogą którą przyjechaliśmy parę ładnych km, aż do tamy którą mijaliśmy. Stamtąd zaczęliśmy wspinać się na azymut, nie było łatwo. Zrobiliśmy ok. 800 m pod górę po stoku 45st. Od ok. 1500 mnpm zaczął się śnieg w którym beznadziejnie się zapadało :/. Plusem za to były przepiękne widoki, które podkreślone były przepiękną pogodą która towarzyszyła nam cały dzień. Warto też wspomnieć, że tuż przed rozpoczęciem wspinaczki Tomysiowi udało się zobaczyć niedźwiadka.
Po wspięciu się na wysokość ok. 1750 m postanowiliśmy się rozbić. Śniegu było co niemiara, ognisko które chłopcy bardzo sprawnie rozpalili zrobiło pod sobą metrowy dołek a ziemi i tak nie udało nam się zobaczyć. Mankamentem tego wieczoru był brak dostępu do jakiegokolwiek źródełka czy potoku. W rezultacie musieliśmy topić śnieg na ognisku. Jeszcze następnego dnia rano piliśmy wodę pachnącą i smakującą popiołem :/ . Po w miarę szybkim i śniadaniu i zebraniu się ruszliśmy w poniedziałek rano w wyższą partię Godeanów. Krótko po południiu przekroczyliśmy 2000 metrów i skierowaliśmy się ku głównemu pasmu tych przepięknych gór. Niestety przy zejściu do jednej z przełęczy Sosek bardzo nieszczęśliwie złamał nogę. Marysia, która studiuje medycynę usztywniła mu ją kijkiem, mógł iść więc zdecydowaliśmy się na zejście w dół najbliższą doliną. Z przełęczy prowadził do doliny typowo lawinowy stok, po którym nie udało się wszystkim zejść – najzwyczajniej w świecie jechaliśmy na tyłkach. Ja i Tomek za pierwszym razem nie z własnej woli, potem już profesjonalnie z kijkami J. Po zjechaniu do doliny (na szczęście obyło się bez spadających prosto na nas lawin) zaczęliśmy schodzić wzdłuż potoku (była to pierwsza woda, którą piliśmy od półtorej doby – nie licząc śniegu z ogniska...). Niestety okazało się że łagodna na początku dolina szybko przerodziła się w niebezpieczne urwisko. Musieliśmy chodzić po zmarzniętym śniegu, śliskich kamieniach, konarach, gałęziach a wszystko przy jakichś 60st nachylenia. Wspomnieć warto o przekraczaniu potoku – Sosek przelazł ze swoją nogą po pniu prosto i bez poślizgnięcia. Ta sztuka udała się też Jackowi, ja Tomyś Tomek Łukasz i Marysia przechodziliśmy „na siedząco”. Michał natomiast przeszedł wcześniej po kamieniach. Wielki SiP dla Niego bo wywalić się tam było bardzo prosto. Paręset metrów dalej – pokonanych bardzo powoli i z wielkimi bólami trzeba było przejść po zmarzniętym śniegu. Poślizgnęłam się tam, zawisłam na samych palcach nad potokiem i ogólnie nie było mi do śmiechu. Jacek z Łukaszem podbiegli – na tyle szybko na ile było to możliwe – żeby mnie wyciągnąć. Ich próby skończyły się jednak tym, że Łukasz zsunął się niżej ode mnie i zawisł na ostatnim kamieniu. Po kilku sekundach udało mi się w końcu oprzeć nogi na wystającej spod śniegu roślinie. Wciągnęliśmy się a po tym incydencie cała grupa postanowiła wejść 20 metrów wyżej gdzie grunt wydawał się mniej stromy a potok choć trochę oddalił. Następne paręset metrów było już bez śniegu, za to z 45stopniowym nachyleniem – nie było w żadnym wypadku wesoło. W końcu zobaczyliśmy mostek na potoku i dalej za nim idącą ścieżkę. Mankamentem było to że byliśmy jakieś 30 metrów w górze a zejść nie bardzo było jak. W końcu zaczęliśmy iść w dół a raczej zsuwać się żlebem. Gdy byłam w połowie Marysia niefortunnie zrzuciła plecak - zamiast 2 metry pod nią poleciał na sam dół – przelatując przy tym przy mnie. I muszę przyznać że cieszę się że mnie nie uderzył... Po zejściu na dół dotarliśmy już bezpiecznie ścieżką do drogi na której spotkaliśmy miłych Rumunów. Jeden z nich mówił po angielsku i zgodził się zawieźć Soska do Rotundy gdzie było jeszcze 4 km. Wziął też mnie i Marysię a chłopcy dotarli na piechotę. Gdy dobrnęliśmy do tego burżujskiego schroniska nie za bardzo chcieli z nami rozmawiać (ze mną i z Marysią), dopiero gdy Sosek ze swoją nogą wkroczył do akcji zainteresowali się i nawet chcieli go od razu wieźć do szpitala. Mimo że było grubo po 21 (a i 21 zamykali restauracje) przygotowali nam jedzenie i pozwolili korzystać z wody w łazience restauracyjnej. Dzięki temu umyliśmy się w miarę porządnie w ciepłej wodzie (na tyle na ile można się było umyć przy kranie), prawie wszyscy bo Michał i Jacek zdecydowali się na całą kąpiel w lodowatym potoku. Nie był to najlepszy wybór bo noc była naprawdę zimna i nieźle przemarzli. Warto też wspomnieć że spaliłam się tego dnia na twarzy kompletnie co widać zresztą na Tomysiowych zdjęciach...

Reszta relacji jutro bo obowiązki inne w tej chwili wzywają. Jakbym coś poprzękręcała czy o czymś ważnym nie napisała to dajcie znać ;)

_________________
Porozumienie osiąga się gdy jedna ze stron udaje, że wierzy w dyrdymały opowiedziane przez drugą.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 07 maja 2007, 22:55 
Offline
popularna

Rejestracja: 01 kwie 2007, 14:45
Posty: 8
Lokalizacja: Warszawa
Gwiazdeczka pisze:
Wspomnieć warto o przekraczaniu potoku – Sosek przelazł ze swoją nogą po pniu prosto i bez poślizgnięcia. Ta sztuka udała się też Jackowi, ja Tomyś Tomek Łukasz i Marysia przechodziliśmy „na siedząco”. Michał natomiast przeszedł wcześniej po kamieniach. Wielki SiP dla Niego bo wywalić się tam było bardzo prosto.

Dementuje!!! Ja rowniez przeszedlem normalnie po pniu ;-)
Wielki SiP przede wszystkim dla Soska, ktory pomimo zlamanej nogi zasuwal w calkiem niezlym tempie i przez cale zejscie wykazywal nieraz lepsze samopoczucie niz czesc uczestnikow ;-)
Cytuj:
Warto też wspomnieć że spaliłam się tego dnia na twarzy kompletnie co widać zresztą na Tomysiowych zdjęciach...

Zdjecia sa nie tylko moje ale rowniez i Marysi.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 08 maja 2007, 21:05 
Offline
popularna
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 mar 2007, 23:39
Posty: 9
Moje zdjęcia, mam nadzieję, też niedługo pojawią się w necie. Pewnie nie wszystkie, bo jest ich prawie 800, ale chociaż część. Muszę też posiedzieć, pomonotować panoramy, posortować, obrobić i wpuścić w net :)

Wyjazd wymarzony, niezapomniany, szczególnie wiszenie nad rwącym potokiem. Przedni odpoczynek, szkoda, że prosto z pociągu do pracy... Ale mój zmasakrowany od słońca nos będzie jeszcze przez jakiś czas dobitnie przypominał o dobrej pogodzie i przygodach :)

Dzięki wielkie wszystkim za rewelacyjny wyjazd!!!

_________________
Szczęście kryje się w ludziach, których masz obok :)
_________________________________________

<img src="http://akson.sgh.waw.pl/~lm34673/footer.jpg">


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 08 maja 2007, 23:10 
Offline
mała złota
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 paź 2005, 14:24
Posty: 213
Lokalizacja: Łochów
Relacji część dalsza... i ostatnia J
We wtorek rano wstaliśmy przemarznięci (szczególnie Michał i Jacek po swojej wieczornej kąpieli). Pogoda jednak była bardzo ładna i zanosiło się ogólnie na śliczny dzień. Pod Rotundą zabalowaliśmy do ok. 14 gdy to jedni z gości zabrali Soska samochodem do Hatzegu. My tymczasem postanowiliśmy sobie po poprzednim ciężkim zejściu zrobić dzień lajtowy. 14-kilometrowy spacerek prostą drogą od Rotundy aż pod same zbocza Retezatu. Miało być krótko i lajtowo. Robiliśmy częste i długie postoje. Jak się szybko okazało za częste i za długie bo wydłużyło to bardzo czas przejścia. Po 2-3 h wszyscy mieli serdecznie dość tej drogi i chcieli już dojść. A tu końca nie widać L Dopiero po 18 dobrnęliśmy do miejsca w którym zaplanowaliśmy nocleg. Było tam mnóstwo wody naokoło o schron dla turystów który okazał się otwarty J Po kilku nocach w namiotach było to niebo na ziemi. Schron był całkiem ładnie wyposażony. Stoły ławeczki i prycze! Było super J Zaraz po przyjściu zrobiliśmy sobie obiad a ja i Michał tak przemarzliśmy ze dopiero 2 warstwy ciuchów, śpiwory i ciepła herbata nam pomogły. Prycz było 5 ale dzięki dobremu rozlokowaniu (Jaco spał z Tomysiem :D ) udało nam się pomieścić J
Następnego dnia znowu po pełnym obijania się poranku (cudownie siedziało się w słoneczku J ) ruszyliśmy w górę na poszukiwania następnego schronu. Po 400 metrów podejścia (400 w pionie oczywiście ;) ) doszliśmy do Lacul Bucura, czyli największego polodowcowego jeziora w Retezacie. Nad nim znaleźliśmy kolejny otwarty schron gdzie rozlokowaliśmy się tuż po godz 14. Jako że było wcześnie chłopcy postanowili zrobić wycieczkę na lekko naokoło jeziora. Wdrapali się na Bucurę I (2433 mnpm), po czym zeszli z drugiej strony jeziora do chatki. Michał przeszedł po tafli a chłopcy poszli naokoło. Michał oczywiście nie chodził po wodzie tylko po zamarzniętym jeziorze ;), w którym początkowo chłopcy zamierzali popływać. Jednak ich zapał zaraz po dojściu nad jezioro został ostudzony. Ja z Marysią zostałyśmy podczas trekkingu chłopców w chatce żeby zrobić pranie. Było to najbardziej ekstremalne pranie w moim życiu :D Wyszłyśmy na środek jeziora, wyżłobiłyśmy przerębel kijkiem. Woda była tak lodowata, że po przepraniu i przepłukaniu kilku rzeczy nie mogłam ruszać palcami. A wiatr był tak zimny że pranie zamiast wyschnąć zamarzło... L Chłopcy wrócili bardzo szybko więc zaraz po praniu zabrałyśmy się za obiad (tego dnia był typowo patriarchalny podział obowiązków :P ). Wieczorem jeszcze przed zachodem mieliśmy bardzo ciekawego gościa. Otóż odwiedził nas śliczny lisek, który bardzo starał się wejść do środka schronu. Prawdopodobnie znalazł tam sobie wcześniej schronienie a my bezczelnie mu je zajęliśmy. Po całej sesji zdjęciowej (szczególnie Łukasz się wkręcił J ) chłopcy przegonili na dobre naszego gościa – baliśmy się że może mieć wściekliznę a wtedy najmniejsze zadrapanie byłoby bardzo dużym problemem. Po zachodzie słońca usiedliśmy sobie w schronie i zrobiliśmy imprezę przy popcornie. Dzięki 250gramowej paczuszce mieliśmy bardzo dużo żarcia (wyszło 8 menażek), walkę o nie i dużo dużo śmiechu przy tym J. Podczas imprezy postanowiliśmy położyć się wszyscy na jednej pryczy (były dwie duże, każda na około 5-6 osób). Dzięki temu pomysłowi było ciepło w nocy, nawet bardzo ciepło J Przynajmniej wszystkim którzy spali w środku. Tomek i Łukasz „wygrali” (po grze w marynarza) miejsca od ściany więc nie mieli tak komfortowo jak reszta ale z tego co wiem najgorzej też nie było. Chłopcy grali też w marynarza kto ma iść po wodę, kto ma myć menażkę po popcornie itd. Przy tym też było dużo śmiechu J
Rano w czwartek Tomek z Michałem wstali troszkę wcześniej od reszty (właściwie wstaliśmy wszyscy razem ale chłopcy się szybciej dużo zebrali)i wyruszyli już swoją drogą - Michał jechał do Magdy O. Do Wiednia a Tomek do znajomych studentów rumuńskich do Sibiu. Po odejściu chłopców zostało nas tylko pięcioro co na początku bardzo rzucało nam się w oczy. W miarę szybko jednak przyzwyczailiśmy się do pomniejszonego składu, który po kolejnym leniwym poranku wyruszył na zdobywanie najwyższego szczytu Retezatu, czyli Peleagi (2509mnpm). Dotarliśmy na szczyt w miarę szybko. Tam jednak okazało się że zarówno zejście z niego jak i dalej zaplanowana trasa granią głównego pasma wygląda nieciekawie, wręcz niebezpiecznie (wąsko, stromo i dużo zmarzniętego śniegu). Do tego zebrało się bardzo dużo brzydkich i nisko wiszących chmur z których zaczął padać grad. Ze względu na te okoliczności zdecydowaliśmy się zejść w dół. Oznaczało to znowu zjeżdżanie na tyłkach i przejście doliną z potokiem -urwisko tutaj nie było jednak tak niebezpieczne jak to „soskowe”. Było o tyle nieprzyjemnie, że musieliśmy iść po zapadającym się śniegu pod którym były albo kamienie albo pnie albo dwumetrowe dziury. Udało nam się jednak w około 2 h dojść do szlaku skąd już ślicznie prostą drogą zeszliśmy do Carnica. Tuż przed wsią obejrzeliśmy bardzo ładny wodospad J We wsi okazało się że ludzie są bardzo mili ale chcą dużo za nocleg. Zdecydowaliśmy się w końcu spać na campingu z którego właścicielem udało nam się wytargować wiadro ciepłej wody na osobę za 3 LEJE. Po kilku dniach w górach było to cudowne zbawienie J Umyliśmy się, kupiliśmy też ziemniaki i opał na ognisko przy którym siedzieliśmy do 1 w nocy. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt że wstać musieliśmy o 7. Czekała nas taka wczesna pora ponieważ właściciel campingu jechał rano do pracy i zaproponował nam podwiezienie na pociąg do Simerii. Zabraliśmy się z nim o 8 a o 9 już byliśmy przy torach. Mankamentem tej podróży była cena którą policzył sobie za podwózkę przemiły (bo trzeba przyznać że był miły) pan. Udało nam się w końcu wytargować 34 LEJE zamiast 50. Jak już wspominałam o 9 wsiedliśmy w pociąg do Simerii gdzie praktycznie od razu po przybyciu wsiedliśmy w pociąg do Hunedoary. Tam pierwszą rzeczą którą zrobiliśmy było kupienie każdemu po hamburgerze :D Było przepysznie :D Po najedzeniu się udaliśmy się do Soska do szpitala. Doszliśmy tam ok. południa. Przemiła obsługa (pielęgniarki traktowały nas jak gwiazdy :D ) zaproponowała żebyśmy poczekali u nich na Soska który akurat pojechał do Devy zapłacić za leczenie. Gdy powiedzieliśmy że zamiast czekać 3 h pójdziemy pozwiedzać od razu zaproponowano nam żebyśmy zostawili w pokoju lekarskim bagaże a przemiła pani pielęgniarka odprowadziła nas do wyjścia. Takie przyjęcie zrobiło na nas bardzo pozytywne wrażenie – ludzie w Rumunii są naprawdę serdeczni J. Prosto ze szpitala udaliśmy się na zamek w Hunedoarze – największy w Transylwanii. Trafiliśmy tam na wycieczkę z Rzeszowa z przewodnikiem rzecz jasna J Usłyszeliśmy zatem trochę legend w języku ojczystym – było to bardzo przyjemne. Zamek całkiem się nam podobał chociaż nie mogę stwierdzić że był to cud świata. Wróciliśmy po 3 h (przechodząc przez sklep z lodami i pizzerię) do szpitala gdzie Sosek już leżał w łóżku. Spędziliśmy u niego 2-3 h, słuchając o Kristinie, Karmen i wesołym pielęgniarzu J którego udało nam się także poznać. Proponuję żeby Sosek o tych postaciach opowiedział bardziej szczegółowo. Ok. 18 poszliśmy do wcześniej zaplanowanego miejsca spoczynku czyli do opuszczonego kombinatu znajdującego się w pobliżu zamku. Po drodze udało mi się niefortunnie rozwalić nogę w studzience na środku chodnika. Przykryta była tylko drewnianą klapką która najzwyczajniej w świecie się pode mną załamała. Po dojściu na miejsce potencjalnego noclegu opatrzono mi ranę która okazała się niegroźna J Za to groźne okazało się samo miejsce... Pełne Cyganów i bezpańskich psów. Zwialiśmy stamtąd bardzo szybko. Jacek wpadł na pomysł żeby spytać się na zamku czy nie moglibyśmy rozbić się na parkingu. Okazało się że dla zamkowej dyrekcji nie jest to żaden problem „mamy tylko nie rzucać się w oczy i nie upijać”. Rozbiliśmy się na skwerku blisko bramy a wieczór spędziliśmy na murku nad fosą, opijając dobrym rumuńskim winem maturę Młodego i obserwując przepięknie oświetlony zamek. Miły pan cieć otworzył nam łazienki dla zwiedzających – mieliśmy tam pełen luksus. A co więcej nic nie zapłaciliśmy. Dodając do tego fakt że było w nocy bardzo ciepło można powiedzieć że była to najfajniejsza noc wyjazdu. Rano spakowaliśmy się w miarę szybko (na wszelki wypadek jakby komuś przyszło na myśl jednak ściągnąć z nas pieniążki za nocleg) i poszliśmy do Soska, który o 10 miał opuszczać szpital. Tuż przed dojściem na miejsce podjechał do nas samochód już z Soskiem w środku a za kierownicą ze znajomym soskowego taty, który jak się okazało jest też znajomym Tomysia i Marysi – proponuję aby ktoś z Was opisał historię tej znajomości ;). Robert zabrał też mnie i Marysię samochodem do Devy gdzie ma mieszkanie, chłopcy dojechali busem. Robert (czyli kierowca ) zaproponował nam zostawienie rzeczy na dzień oraz nocleg u siebie. Z zaproszenia oczywiście skorzystaliśmy. Po dotarciu chłopców wyruszyliśmy na górę Devy gdzie znajdują się ruiny zamku. Wejście i zejście miało być łagodne ale pogubiliśmy w natłoku różnych ścieżek trasę co zaowocowało dość stromym wejściem i zejściem. Po naszych wcześniejszych przygodach było to co prawda nic szczególnego ale ja i Tomys mieliśmy sandałki... Nie było to więc najłatwiejsze. Po zejściu z góry Deva pobiegliśmy na stację na pociąg do Alba Iuii gdzie obejrzeliśmy bardzo ładną twierdzę, katedrę w której znajduje się sarkofag Izabeli Jagiellonki oraz prześliczną cerkiew. Spotkaliśmy też zgrupowanie które wsłuchane było w jakiegoś proroczego profesora który zrobił na nas nienajlepsze wrażenie... Mówił głośno bez sensu i do tego po angielsku robiąc masę błędów. Do tej pory nie wiem jak ludzie mogli siedzieć i słuchać tego cały czas. Po piwku na drodze między sklepem a stacją wróciliśmy do Devy. Tam spotkaliśmy się z Robertem i Soskiem i poszliśmy na kolację. Była to kolacja z prawdziwego zdarzenia: 2 dania, wino i kupa kasy ;) Ale było warto – było przepysznie J Po kolacji krótki spacer po ślicznie oświetlonym miasteczku a potem pod prysznic i spać. Sosek z Jackiem dostali łoże małżeńskie J ja z Marysią mięciutką skórzaną kanapę a Tomyś z Łukaszem spali na karimatach. Rano znowu pobudka o zabójczej porze (Marysia wstała już o 6) bo trzeba było się spieszyć na pociąg do Timishoary (odjeżdżał 7.20). Był to tzw Rapid i trzeba przyznać że był wygodny cichy szybki nie śmierdzący i w ogóle w niczym nie przypominał typowego zdezelowanego i brudnego pociągu rumuńskiego. Po 10 wysiedliśmy w Timishoarze i ruszyliśmy na podbój miasta. Na śniadanie znowu były hamburgery, obejrzeliśmy kolejną cerkiew, a koniec wycieczki uświetniliśmy kawą i deserami. Trzeba przyznać że Timishoara była najładniejszym miastem które widzieliśmy – warto je zwiedzić. Przed 14 musieliśmy to przepiękne miasto jednak opuścić. Pociąg do Aradu zawiózł nas praktycznie bezpośrednio do Cracovii (trzeba było tylko zmienić peron ;) ). Na peronie spotkaliśmy się z Tomkiem a w pociągu z Soskiem - grupa znowu zrobiła się 7osobowa. W tym ostatecznym już składzie wróciliśmy do Polski. Podróż dłużyła się niemiłosiernie po południu i wieczorem a gdy poszliśmy spać zaczęto nas budzić na kolejnych granicach. Udało nam się jednak zająć do spania 2 przedziały – było więc wygodnie J O 5.20 w poniedziałek byliśmy w Krakowie gdzie Łukasz przesiadł się do Intercity (śpieszył do pracy) a my do pośpiechu który bezpiecznie dowiózł nas na Centralny gdzie byliśmy o 11.40. Tak skończyła się nasza wycieczka J

Warto jeszcze wspomnieć że przez praktycznie cały wyjazd towarzyszyły nam dzidziusie których na początku mieliśmy 144. Z dnia na dzień jednak ich ubywało a na koniec zostało tylko kilka... Trzeba przyznać że bardzo się przydały.

Nieodłącznym towarzyszem były też fekaliady których częstotliwość można określić na jedną-dwie dziennie. Było przy tym dużo śmiechu i zabawy J

Często towarzyszyły nam też opuszczone kombinaty które czasami ciągnęły się kilometrami wzdłuż torów a ich wygląd nieodłącznie kojarzył się z filmem „Stalker” Tarkowskiego. Polecam szczególnie jeden z filmów Łukasza z takiego kombinatu.

Jeżeli coś przekręciłam czy czegoś zapomniałam to dajcie znać ;)

N.

PS. Apeluję do Michała żeby opisał nam swoje przygody J

_________________
Porozumienie osiąga się gdy jedna ze stron udaje, że wierzy w dyrdymały opowiedziane przez drugą.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 09 maja 2007, 19:03 
Offline
I norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 paź 2005, 18:13
Posty: 1106
Lokalizacja: Prague North
Dla porządku zamieszczę jeszcze skrócone sprawozdanie finansowe z wyjazdu. Nie zawiera ono kosztów wspólnych zakupów w Carrefourze (3,20 PLN), hamburgerów w Hunedoarze (3,80 RON?), ziemniaków i piwa w Carnicu (6 RON), truskawek i truskawkowej łapówki dla personelu szpitala (2,80 RON) i chyba tyle... Na oko kwoty się zgadzają - mniejszy zwrot lei tłumaczą powyższe wydatki oraz złotówkowa kompensata pożyczki Soskowej:

Koszty:

Warszawa Wschodnia – Muszyna (posp) - 34,65 PLN
Muszyna – Arad – Muszyna (posp) - 207 PLN
Arad – Subcetate (pers) - 15,30 RON
Subcetate – Hateg (taxi) – 7 RON / 4 osoby
Hateg – Lacul Gura Apei (taxi) – 75 RON / 4 osoby
Cabana Rotunda camping – 2 EUR/ namiot (1 RON/os)
Cabana Carnic camping – 10 RON / os.
Cabana Carnic – Ohaba sub Piatra („taxi”) – 34 RON / 4 osoby
Ohaba sub Piatra – Simeria – Hunedoara (pers) – 4,60 RON
Hunedoara zamek – 3 RON
Hunedoara – Deva (bus) – 3,50 RON
Deva – Alba Iulia (pers) – 5,70 RON
Alba Iulia – Deva (acc) – 13,40 RON
Deva – Timisoara Nord (rapid) – 33,20 RON
Timisoara Nord – Arad (pers) – 4,60 RON
Muszyna – Warszawa Wschodnia (posp) – 34,65 PLN

1 PLN = 3,84 EUR (Warszawa)
1 EUR = 3,26 RON (Arad)
1 RON = 1,18 PLN

Total/os: 276 PLN + 123 RON = 421 PLN

Przypominam o zwrocie Łukaszowi pieniędzy za nocleg w Rotundzie!!!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 14 maja 2007, 1:09 
Offline
popularna
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 mar 2007, 23:39
Posty: 9
Hej!

Nie udało mi się jeszcze obrobić zdjęć z Rumunii (miałem komunię w rodzinie i te zdjęcia otrzymały najwyższy priorytet), ale wybrałem moim skromnym zdaniem najlepsze i wrzuciłem na stronkę. Mam nadzieję, że w rozsądnym czasie uda mi się przygotować płytki ze zdjęciami, a tymczasem zapraszam to oglądania :)

http://picasaweb.google.pl/vandermiet

_________________
Szczęście kryje się w ludziach, których masz obok :)
_________________________________________

<img src="http://akson.sgh.waw.pl/~lm34673/footer.jpg">


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 14 maja 2007, 10:05 
Offline
za wytrwałość

Rejestracja: 06 paź 2005, 22:19
Posty: 4924
Nie chcę się czepiać, ale warto dawać podpisy pod zdjęciami, aby osoby postronne również wiedziały, gdzie się tak dobrze bawiliście. To raz.

Dwa - zdjęć jest za dużo zdecydowanie. A może inaczej, często kilka zdjęć pod rząd przedstawia dokładnie to samo (ośnieżone góry te same z tego samego miejsca, lisa, Grześka ze złamaną nogą dzielnie idącego w dół). Moim zdaniem wystarczyłoby jedno-dwa ujęcia tegoż. Po prostu jak jest pięć razy pod rząd niemal identyczna fota to nie chce się w pewnym miejscu oglądać dalej :(

Czyli podpisy i selekcja. Poza tym zdjęcia OK.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 14 maja 2007, 20:10 
Offline
I norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 paź 2005, 18:13
Posty: 1106
Lokalizacja: Prague North
Zdjęcia super. Biorąc pod uwagę, że było ich ponad 1000, kompresja do 124 to i tak imponujący wynik, chociaż może ciut za dużo gór i lisa, a za mało mojej uśmiechniętej i zarośniętej mordy :]. Przydałyby się podpisy i koniecznie klimatyczny film z przejazdu obok kombinatu w Calanie.

Ja dla przypomnienia zamieszczam link na teledysk, który nas nieźle rozbawił w mieszkaniu Roberta: Nicolae Guta - Capitanul. Polecam!!! :D


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 15 maja 2007, 6:52 
Offline
mała złota
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 18:09
Posty: 338
Lokalizacja: Grochów
SOSO Ty żyjesz!!!!!!!!!!! ;)
pozdr dla ekipy było świetnie, powiem od siebie że powrót też miałem wesoły
bo przez to że się zagapiłem(Rumuni mają czas przesunięty do przodu) przegapiłem swoją stację i o 1.00 (nocą) wylądowałem na granicy rumuńsko-węfierskiej gdzie zostałem uratowany, napojony( tsujka- rumuńska wóda) i nakarmiony przez rumuńskich dyspozytorów pociągów. Pomogli mi też skorumpować madziarskiego kanara i dzieki temu pojechałem intercity do Budapesztu. Okazało się że madziar mówi po polsku i po skomplementowaniu jego zdolności językowych cena spadła o 5 euro! a w pociągu gadałem z węgierskim włóczęgą przez jakieś 3 godziny z moim zasobem 100 słów po niemiecku.

Jakby nie było przyjechałem 12 godzin wcześniej niż powinienem!!!

Węgry, Rumunia i Słowacja (bo na słowacji najpierw nam założyli blokadę na koło a potem zabrakło nam paliwa) żądzą.
pozdr mw


Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 11 ] 

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group