Dzisiaj jest 24 lis 2017, 13:07

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 6 ] 
Autor Wiadomość
PostZamieszczono: 14 gru 2009, 15:44 
Offline
duża srebrna
Awatar użytkownika

Rejestracja: 24 kwie 2006, 20:27
Posty: 617
Lokalizacja: Łódź
Jak niektórzy wiedzą Młody z Przemkiem wybrali się w ostani weekend na swój drugi bok - Śnieżka - Ślęża. Z Marysia postanowiliśmi zabrac się z nimi, razem ruszyć, a potem razem wracać pociągiem. Plan został zrealizowany.

Do Karpacza dojechaliśmy autobusem z Wrocławia parę min. przed 10. rano w sobotę. O 10.05 ruszyliśmy w 4 z Białego Jaru. Było dość ciepło, ale we miarę pokonywania dość monotonnego podejścia śniegu przybywało, a temperatura spadała. Na godzinkę przed szczytem, nie chcąc chłopaków hamować, postanowiliśmy się odłączyć i iść swoim tempem. Spodziewaliśmy sie, że będzie wiało i nie zawiedliśmy się. Przed schroniskiem pod Śnieżką dmuchało tak mocno, że nie wiedzieliśmy kórędy mamy iść i na chwie się schowaliśmy do schroniska. Tu spotkaliśmy wielką grupe młodych Brytyjczyków i Chińczyków (jeden chłopak pytał nas, czy w trampach da radę wejść na szczyt...). Po chwili ruszyliśmy, ale niestety cała ta międzynarodowa grupa postanowiła zrobić to w tym samym momencie. Wiało trcohę mniej, ale nadal słaba była widoczność. Gęsiego człapaliśmy pod górę, a mój lewy policzek i lewy okular systematycznie się oszraniały. Po 20 min doczłapalismy się do szczytu i zaraz rozpoczeliśmy zejście w stronę Przełeczy Okraj. Widoczność była tak słaba, że gdyby nie mocno owiane śniegiem tyczki (grube dzięki temu) i liczni Słowacy pochodzący z drugiej strony ciężko by było nie zabładzić. Z czasem straciliśmy wysokość i coraz sprawniej, schronieni od wiatru, poruszając się po zawietrznej stronie grzbietu zyskiwaliśmy odległość. Jeszcze tylko trochę przebijania się przez oblodzoną kosówkę i zaczął się las. Tu cicho i spkojnie. Bez przygód doszliśmy na Okraj. Mieliśmy plan iść dalej jeszcze 2,5 - 3h do "Czartaka" w Czarnowie, ale telefonicznie dowiedzieliśmy się, że nie ma tam miejsc. Zostaliśmy zatem na Okraju z lekką dozą niedosytu (plan był, żeby się złoić:P). Schronisko było chłodne, więc już o 20. leżeliśmy zasypiając w śpiworach i myśleliśmy o chłopakach, którzy gdzieś tam zmagają się z 15 godzinną zimową nocą...

W niedzielę wyszliśmy o 9.15. Plan był na trasę dłuższą od tej zrealizowanej w sobotę. Godzinkę zajeło nam przejście na Przełęcz Kowarską. Zimno było na tyle, że postój powyżej 5 min. był dyskomfortem, a woda przytroczona do plecaka powli zamarzała. Żeby było ciepło, trzeba było iść... Po następnych 2h byliśmy na Skalniku - najwyższym szczycie Rudaw Janowckiech. Dalej mieliśmy iść niebieskim szlakiem na północny wschód, ale jakoś nam się on z pośpiechu zgubił. Na szczęście Marysia miała kompas i na kolejnych rozstajach ścieżek wiedzielismy gdzie skręcać, by trzymać ogólny kierunek. Po niecałej godzince niepewności odnaleźlismy szlak, który doprowadził nas do Wołka. Stąd juz było z górki, godzinka z okładem do Zamku Bolczów, a dalej pół godzinki w dół do Janowic Wielkich, gdzie bylismy o 15.30 trochę zmarznięci i zmęczenie, ale zadowoleni z siebie. W Janowicach knajpy nie było, wiedzieliśmy, że w Marciszowie też nie będzie, więc kiblem pojechaliśmy do Wałbrzycha. Tuż przed Wałbrzychem dostaliśmy od chłopaków sms'a z pozdrowieniami z Ślęży. Udało im się i na pewno nie mieli łatwo. Na 32h 16 szli po ciemko i większym mrozie niż my (więcej sami pewnie napiszą). Trzeba jednak przyznać, że dość dziarsko wkroczyli do przedziału we Wrocławiu.

_________________
"Coraz bardziej dochodzę do wniosku,że chodzi w tym wszystkim też o to,aby móc spokojnie czytać gazetę i popijać herbatę (...) bez wewnętrznego niepokoju,bez wyrzutów sumienia,że się czegoś w życiu nie zrobiło."


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 17 gru 2009, 3:36 
Offline
III norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 21:15
Posty: 2080
Lokalizacja: Zewsząd
Wtorek, żółte światło latarni stara przedostać się do wnętrza kanciapy. Przemo: "Jedziemy?" Ja: "Jedziemy!".

I tak w sobotę o niepełnej godzinie 10 staliśmy w Karpaczu na przystanku szykując się do mozolnej drogi na Śnieżkę. Była nas czwórka: Marysia, Piotrek, Przemo i ja. Szerokość Drogi Śląskiej przyprawiała na myśl stoki narciarskie, widoki zapierały dech w piersiach tak, że aż nie chciało się mówić. Im wyżej tym bardziej zawiewało od drzwi niedomkniętych. Przy górnej stacji wyciągu Maria i Piotr zdecydowali, że dalej pójdą własnym tempem. Gdy wyszliśmy z Przemem na Równię wiało już całkiem konkretnie. Szybka międzymiastowa i lecimy na szczyt. Łańcuchy oblepione lodem kręciły młynki. W dół schodzili "cichociemni trampkarze", w których oczach nie dało odczytać się żadnych ludzkich emocji. Na szczycie i owszem, owszem. "Taka pogoda wysokogórska" cieszył się Przemo. I lecimy po paliczkach by jak najszybciej spaść do lasu. Kosówka skutecznie nas spowolniła. Gdy zaczeło się już robić coraz bardziej ludzko, ciało zaczeło domagać się naturalnych potrzeb zaczeliśmy mijać kolejnych ludzi wchodzących pod górę. "Jezu! To tam tak zimno jest!" wykrzyczał jeden z nich obserwując dwóch miśków polarnych. Droga do Okraju szybko zleciała.

Na Okraju wstąpiliśmy na herbatkę co by rozgrzać gnaty. Chłoneliśmy ciepło. Nie wystarczająco szybko. Spadanie do Kowiarskiej przecinając drogę wzbudzało tęsknotę do czterech kółek. Idealne warunki do trenowania prawej nogi. Weszliśmy w Rudawy. Przed nami dłuższy odcinek drogi leśnej bez żadnych rewelacji po drodze. W pewnym momencie zauważamy krew jakiegoś zwierzęcia na śniegu i od razu w głowie zanuciłem "Krew! Prawdziwa krew!". Tak, to były czasy. Nigdy więcej "Wiech" nie dawał takiego cienia, w kótrym można było się schronić przed wszystkimi, podłoga w Stodole nie wydzielała zapachu gumy a pod "Lotnikiem" nie można znaleźć informacyjnych wiedzących kto i gdzie. Z jednej strony sypiący się tynk z sufitu Proximy kiedy Siczka darł się o "uśpionej dolinie" a z drugiej chęć wyrwania się od tego ikarusa telepiącego się przez tory na Bankowym.

Czarnów z Czartakiem przywitał nas nocą i musieliśmy wyjąć czołówki. Czy zdawaliśmy sobie sprawę, że wyjmując czołówki powinniśmy wyjąć mobilizację na 15 godzin po ciemności? Krótka przerwa pod Czartakiem i napieramy w kierunku Wielkiej Kopy. A podejście na nią było cakiem, całkiem i aż z wrażenia ledwo nie zauważyliśmy szczytu. Sporo pochylonych gałęzi utrudniało utrzymanie równego tempa. Po małych kombinacjach i podziwianiu gospodarki leśnej leśnictwa właściwego znaleźliśmy się na kolejnej drodze leśnej szerokiej, która miała nas zaprowadzić do Marciszowa. Bardzo miło się szło. Na przystanku zrobiliśmy popas, podczas którego głównym naszym tematem było zachwycanie się nad kolejnymi przysmakami.

Przed nami duet pod tytułem "Krąglak i Trójgarb". Pierwszy padł dosyć szybko, gdyby nie pochylone całe drzewa byłoby naprawdę ekspresowo. Zejście z Krąglaka do Gostkowa, długie i nużące, przypomniało nam o skali przejścia. We wsi robimy krótką pauzę na przystanku. Wszystko wokoło daje żółto-złoty blask. Nawet stare i naznaczone zębem czasu fasady domów wyglądają całkiem majestatycznie. Wychodząc na Trójgarb musimy pokonać na początek kawał otwartej przestrzeni co nakręca tempo i nie pozwala myśleć o odczuciach temperatury. Już w lesie idę za Przemem, którego nogi młócą śnieg równym tempem. "Wojownik nie chce już walczyć, wojownik złożył swą broń, wojownik usiadł pod ścianą, wojownik stracił swój cel". Za głową idą mięśnie. Nogi chcą odmówić posłuszeństwa, a każdy głupi dyskomfort odczuwam pięciokrotnie. Może jakaś zmiana planów? I kurwa, po co to wszystko?

Na szczycie wiata stała. Zatrzymaliśmy się na 5 minut. I przypomniało mi się po co to wszystko i że zawsze zostaje dłoń zaciśnięta w pięść. Spadamy do Strugi. A jest ciężko. Szlak nie istnieje, idziemy jakimś syfem. Ale kierun jest i już niedaleko. Łuna wałbrzysko-świebodzicka wydaje się być amuletem przed wszystkimi wtopami. Takie ciepłe światło dawała. Dochodzimy do drogi i Przemo wyraźnie podkurwiony i zdołowany proponuję przerwę godzinną ze snem. Znajduje przystanek i to nas ratuje. Zmieniamy "dętki", ładujemy się do śpiworów i pamiętamy Żdanów. O nie! Teraz już tak łatwo się nie damy! Tak sobie myślę ciekawe gdzie zimniej - tutaj czy w Żdanowie. Widok sklepu naprzeciwko coraz bardziej się rozmywa.

Powrót do pionu nie zbrał nam dużo czasu. Im szybciej, tym lepiej. Zmieniamy trasę i napieramy asfaltem. Szkoda czasu. Szczawno, Wałbrzych - nocny spacer między tymi smutnymi komunałkami oświetlonymi latarniami sprawiał całkiem miłą persperktywę. Nie mogliśmy czuć się zawiedzeni. Kiedyś spróbuję je opisać. W Wałbrzychu mijaliśmy już tu i tam ludzi. Przy Podzamczu stał Orlen. Jak tam było ciepło! I hot-dogi mieli, i gorącą czekoladę. Nawet panowie w stanie drugiej świadomości bardzo się nami zainteresowali. A nam trzeba było iść... Jeszcze tylko Lubiechów przełoić i jesteśmy nad jeziorkiem. W Lubiechowie co jakiś czas nasze ramiona spotykały się dzięki kolizjom naszych współrzędnych marszu. Tak, okres przed świtem jest najgorszy. Przemo coś tam zaczął o jakiś halunach, droga wydawała się nie mieć końca.

Jeszcze przed Jeziorkiem Daisy otoczenie się rozjaśniło i w naszych łbach też nastał nowy klimat. Nad samym jeziorem zrobiliśmy użytek z baszt, które wydawały się wprost idealne do krótkiej 40 min drzemki. Przed nami Witoszowy czyli asfalt do Świdnicy. Yhaa! - chciałoby się krzyknąć. Jednak poziom jasności na świecie dużo załatał dziur w głowie i ruszyliśmy całkiem dziarsko. Jakoś ten Witoszów zleciał, nie że bez problemów, ale Świdnica jakoś pojawiła się całkiem szybko. Tam decydujemy się na krok, który może zdziwić. Idziemy do Tąpadeł asfaltem. Nogi składają się z dwóch drewnianych klocków, stopy odczuwają każdą nierówność pod nogami a Sergiusz powiedział, że ten żółty z Świdnicy to jeden wielki krzaczor. Nie mieliśmy ochoty na pieprzenie się jakimiś krzaczorami. A tak oszczędzamy dystans, czas i siły. Od Świdnicy do Wirek nie mieliśmy żadnej mapy ale droga prosta.

Prosta i jak zajebiście długa! Noga za nogą, wieś, noga za nogą, jakieś buraki, noga za nogą, przystanek, noga za nogą, mija nas rowerzysta - pozdrawia, noga za nogą... Ale widzieliśmy Ślężę. Tylko moje nogi zdawały jej nie widzieć. Ludzie co muszę jeść na skurcze!? Myślałem, że pozbyłem się tej dolegliwości jednak na dłuższym dystansie znowu skurcze łapały mnie często. I jak się później okaże tak już zostanie do samego szczytu. Gdy wleźliśmy na mapę morale wzrosło. Przez Wiry i Tąpadła przelecieliśmy całkiem sprawnie. Oczywiście jak na nasz stan. Na przełęczy staneliśmy szczęśliwi. Koniec tego rakotwórczego asfaltu! Przed nami ostatni etap.

Idę za Przemem. Widzę, że podjął taktykę iść w trupa byle dojść. Przy chroboczących ścięgnach bardzo słuszna taktyka. Niestety przy moich skurczach nie byłem w stanie cały czas iść równo. Gdy raz zatrzymałem się by rozmasować łydę, pochyliłem się i masuję. Dobra nasza, szybko czuję jak przechodzi. Prostuję się i ruszam nogą a ona się nie rusza. Jeszcze raz nią ruszam a ona bez ruchu. Trochę spanikowałem. Po intensywnych działaniach reanimacyjnych odzyskałem zdolność zginania nogi i ruszyłem przed siebie myśląc, żeby tylko się nie zatrzymać. Czerwony blask świateł wieży spowodował potężną ulgę. Słowa nie są w stanie wyrazić co czuliśmy pod schroniskiem. Gdy siedzieliśmy w środku czuliśmy jak każdy mięsień pochłania ciepło a nasze głowy odzyskują normalną temperaturę.

Trasa: Karpacz Biały Jar - Śnieżka - Przełęcz Okraj - Przełęcz Kowarska - Czarnów - Wielka Kopa - Marciszów Górny - Krąglak - Gostków - Trójgarb - Kolonia Struga - Wałbrzych - Lubiechów - Jeziorko Daisy - Witoszów Dolny - Świdnica - Gogołów - Wiry - Przełęcz Tąpadła - Ślęża.

Długość: 126,6 GOT. Czas: 31h 05' Średnia prędkość: 4,07 GOT/h.

_________________
Życie jest – panie - ważne w życiu. Póki się je czuje, to jest dobrze. Tyle.
ciągle pamiętamy-->śmietana szatana na twarzy banana
Ot, zdrowie!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 17 gru 2009, 17:51 
Offline
duża brązowa

Rejestracja: 25 lis 2006, 20:25
Posty: 382
Lokalizacja: Gród Gryfa
Szacun! (brak słów na coś więcej)


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 17 gru 2009, 18:18 
Offline
duża brązowa
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 wrz 2008, 17:18
Posty: 394
Chylę czoła, to wszystko wręcz nieprawdopodobne. I wyrazy podziwu dla kunsztu literackiego Młodego. Kolejna relacja, która po prostu ścina z nóg.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 17 gru 2009, 18:38 
Offline
duża brązowa

Rejestracja: 25 lis 2006, 20:25
Posty: 382
Lokalizacja: Gród Gryfa
To a propos grafomanii Młodego z wtorkowych dyskusji :P


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 23 gru 2009, 10:14 
Offline
I norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 paź 2005, 9:46
Posty: 1081
Lokalizacja: sam już nie wiem...
Znalazłem wreszcie czas przeczytać i... rewelacja! Gratuluję autorowi, gratuluję łojantom! Tak trzymajcie! :)

_________________
"Moja ojczyzna jest rozprzestrzeniona, składa się z adresów w różnych krajach (...) tworzą ją setki drzwi, które wiem, jak otworzyć, autobusy, których numery pamiętam, ulice, przystanki, budki z gazetami, twarze, głosy" (R. Kapuściński, Lapidarium)


Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 6 ] 

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group