Dzisiaj jest 23 lis 2017, 5:54

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 6 ] 
Autor Wiadomość
PostZamieszczono: 25 wrz 2009, 1:15 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
Relacja będzie uzupełniana w miarę możliwości czasowych. Na razie pierwsza część wyjazdu.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 25 wrz 2009, 1:17 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
WSTĘP

Plan wyjazdu pojawił się nagle – wracałem pociągiem z Symferopola do Lwowa, kiedy będąc po kilku kielichach odebrałem telefon od Edmunda, który szukał kompana do podróży do Norwegii. W sumie, pomyślałem, fajny pomysł. Miałem jechać do Norwegii niedawno i nie udało się, więc czas nadrobić – z drugiej strony miałem w międzyczasie zaplanowany inny wyjazd i wiedziałem, że w razie jeszcze jednego wyjazdu będę się musiał wypieniężyć z reszty oszczędności i podeprzeć to pożyczką. Już w Warszawie okazało się, że bilet kosztuje 330zł w 2 strony – decyzja nie była specjalnie trudna.

A więc po kolei:

14.08.

Wstaję rano, robię zakupy i dymam na WC, gdzie już czeka na mnie Edmund. Mam jeszcze trochę do odjazdu więc kupuję piwo w Centralu i NOKi w kantorze. Jedziemy w korytarzu, dwa piwa na łeb szybko idą, atmosferę urozmaica koleś na dragach. W Poznaniu szybka akcja – knysza (dają 2 kotlety!) i po piwku. Autobusem spod dworca na lotnisko i tam czekamy na odlot. Opóźnienie – no to do sklepu po kolę i wreszcie sru. Lot bez przygód, choć muszę uczciwie przyznać, że tylu twarzy nieskalanych wyższym wykształceniem, ani nawet pozorami nigdy w życiu nie widziałem.

Lądujemy w Torp, ładny kawałek od Osła i kombinimy, co dalej. Autobus drogi, inaczej jeszcze drożej - no to zaczynamy stopa. Kawałek z buta bez powodzenia, zakup wachy na stacji, dojście do głównej drogi i po paru minutach wiezie nas Pakistańczyk do samego Osła po drodze wypytując o Polskę i ceny u nas. Opowiada też, że w Ośle właśnie się odbywa festiwal muzyki pakistańskiej. Czad, ale jest późno. Wysiadamy przy bardzo ciekawym dworcu głównym i T-baną jedziemy na peryferia, żeby rozbić namiot w polecanym po temu parku. Postanowiwszy uczynili.

15.08.

Pobudka i zwijamy się. Na jeziorze w parku zawody triathlonowe, a w lasku mieszana para na spacerze z trzema psami utrudnia mi redukcję masy własnej. Zaczyna padać (wczoraj całkiem ładna pogoda była). T-baną i dalej na tym bilecie (dzięki uprzejmości kierowcy autobusu, też Pakistańczyka, bo ważny był tylko w strefie miejskiej) miejskim autobusem za miasto. Pada. Pierwszy stop łapiemy szybko, kobita z dwójką dzieci podwozi nas w lepsze miejsce, jakieś paręset metrów. Jadę w bagażniku. Drugi stop niedługo później – jakiś słabo gadający po nienorwesku facet przewozi niecałe 30km pod Hønefoss. Do granic samego miasta dojeżdżamy kolejnym stopem. Tu skończyła się bajka i po 100min łapania w towarzystwie bez efektu uczestników zawodów biegowych idziemy do centrum zobaczyć, po ile i kiedy autobusy. Po drodze oglądamy niebrzydkie wodogrzmoty. Autobus za kilka godzin, no to idziemy następne parę km w deszczu próbując łapać. Wreszcie, jakieś 2h iścia od centrum podwozi nas kawałek Białorusinka, która w Norwegii mieszka niejako z przymusu.

Swoją drogą pouczająca historia – pracowała tu z mężem i urodziło im się dziecko. Postanowili wrócić na Białoruś, gdzie jednak służba zdrowia nie zamierzała obsługiwać dziecka urodzonego na Zachodzie. Chcąc, nie chcąc wrócili.

Po wysiadce dupa zbita i zziębnięci i przemoczeni ładujemy się do autobusu. Nie jedzie on niestety do Jotunheimen, tylko do oddalonego o jakieś 150km Fagernes. Płacimy chyba 160NOK per pumpkin za bilet studencki (nie sprawdzają, że tylko 1 nas ma), ale udaje nam się nieco ogrzać. W Fagernes dalej pada. Na PKSie spotykamy jakichś Madziarów z rowerami, co w tym małym miasteczku zamierzają spać pod dachem dworcowym. Mnie się marzy altana i, o dziwo, od razu takąż widzę. Kawałek w las i mamy nocleg na suchym, z pięknym widokiem na Fagernes i jezioro, nad którym owo leży. Zaczyna mi się drzeć mój sztormiak z Reala za 14,99zł.

16.08.

Pobudka i opierdalamy się, bo autobus do Gjendesheim dopiero koło 12. W końcu idziemy do informacji turystycznej na dworcu i tu mały szok: w informacji kobita chętna do pomocy, folderki z całego południa kraju (biorę fiordy, Bergen i Stavanger) a na dworcu kalafior heiss jak scheiss’, dzięki czemu suszymy rzeczy po wczorajszym deszczu. Wsiadamy do autobusu, a tu kierowca – Polak. Jedziemy więc na biletach dziecięcych. Fart numer raz. Fart numer dwa – otwierając stolik (z tyłu siedzenia przede mną) znajduję bilet łączony kolej + prom z Flåm do Bergen. Kolejowe skasowane, promowy – nie. Chyba mamy jazdę za darmo. Dojeżdżamy na start – niby niedziela, ale mało ludzi, za to malowniczo i piękne widoki. Kupuję emergency raincoat i emergency paczkę ciastek (ta sama cena, 30 NOK), bo nie mam przegryzek. Idziemy podobno najładniejszym szlakiem w okolicy, granią nad jeziorem Gjende, i dochodzimy nad jeziorko w połowie grzbietu, gdzie zostajemy na nocleg. Jeden herbatnik styka na całodniową przegryzkę. Swoją drogą polecam – Bixit Søt havrekjeks 300g, bardzo pożywne i smaczne a w supermarketach 2 razy taniej. Sztormiak stał się kamizelką.

17.08.

Pobudka, szybka zbiórka, papu i jazda. Zimno, wieje, ale opad (precipacja) nieduży. Schodzimy na mniej ludny szlak i wśród super widoków (do złudzenia przypominających Rosję, a konkretnie grzbiet Sajłyk – Hem – Tajga w Tuwie, KMWTW), w niezgorszej pogodzie oraz w towarzystwie stad reniferów dochodzimy po kilku godzinach w okolice schroniska Glitterheim, gdzie kima. Pizga strasznie, ale w sumie git.

18.08.

Ranne powstanie i wio. Żarcie tuż przed schroniskiem, gdzie wieje mniej. W schronisku dowiadujemy się (na pożytek dni kolejnych), że spać samemu można 1km od budy, a jak się zapłaci – to 300m plus WC i prysznic inclusive. Nie znajdujemy WC, więc zostawiamy, co trzeba, ciut dalej. Drugi dzień z rzędu mam total płynną sraczkę. W świetnej, jak na ten kraj, pogodzie idziemy do 18 i rozbijamy się niedaleko schroniska Spitterstulen. Berbeluchę robimy godzinę, bo nazbierałem grzybów. Wywar bomba, same żarcie średnie (grzyby gotowane, nie było na czym smażyć); w każdym razie ilość spora. Myję się i robię pierwsze pranie na wyjeździe. Po jedzeniu, o 21 uderzamy w kimę, wyjątkowo późno jak na ten wyjazd.

19.08.

Pobudka o 9. Szykuje się w dechę pogoda, ale słońce nie dochodzi do doliny i piździ – czekamy. Wymarsz po jedzeniu o 11 i po kilku minutach wśród turystów zauważamy Polaków, niezbyt rozmownych, ale kapelusik i namiot marabuta jakoś tak cieszą oko. Pod schroniskiem Edmund wykonuje skok na sławojkę pozyskując mega rolkę papieru – jak się okaże, starczy nam ona do końca wyjazdu. Idziemy dalej, koło 15 pogoda się jebie, ale w sumie poza wiatrem nic nie przeszkadza. Bez większych trudności dochodzimy do schroniska Leirvasbu, które posiada schron. W tymże schronie gotujemy, a ja zostaję na noc (Edmund woli namiot).

20.08.

Edmund budzi mnie po 9, żarcie i wyjazd. Rano łapiemy trochę słońca. Ma być lajt, 4 godziny. W efekcie idziemy prawie 5, bo strumol do przejścia, sajłyki do skakania po jak w Tuwie i nieco ośnieżonej stromizny spowalniają nas znacznie. Stromizna mogłaby się okazać mocno nieciekawa w drugą stronę, więc, podobnie jak pierwszego dnia, cieszymy się, że idziemy w tę stronę a nie w drugą. W Olafsbu można spać za 270NOK per pumpkin a namiot z dostępem do prysznica to 60NOK na łeb (z tym, że ze schroniska wyganiają o 18 – CDCh?!). Chatkowy wskazuje miejsce, gdzie można się rozbić za darmo. Może być – stawiamy namiot i urządzamy wieczór dyskusyjny (o dupie Marynie i in. formach zbawiania świata).

21.08.

W nocy pada i pizga jak nigdy, jednak wstajemy i potem cały dzień idziemy w dobrej pogodzie, a widoki niebrzydkie. Tu wtręt – widoki codziennie były zajebiste, w zasadzie aż do ostatniego dnia wyjazdu, więc nie będę się na ten temat bardziej rozpisywał. Nocujemy trochę wcześniej, niż zakładaliśmy, bo wyhaczyliśmy git-miejsce nad wąwozem. Wpierdalam całą menażkę grzybów (tak, znowu nazbierałem, tym razem średnica kapelusza koźlarza czerwonego dochodziła do pół metra) do paciai i ,w miarę późno jak na nas, idziemy spać.

22.08.

Hasło dnia: wszystko się jebie.

Od rana zjebała się nieco pogoda i o 9.40 wychodzimy w lekkim deszczu. Po ponad godzinie w błocie docieramy do wczorajszej planowej mety – wyrzut śmieci i wrzut śniadania na żołądek. Zżarłem chyba ponad normę (125g kuskusu) i ciężko mi się idzie, a tu trzeba podejść z 800m na 1360 i zwalić się na coś poniżej 300. Po drodze w pizdu błota – zaliczam dupochlast, grzyby – mutanty oraz jagody. Zejście z 1360 grzbietem nawet ok, ale zaraz mokradło. Tam i ówdzie porobione przejścia, z tym że po kłodach trzeba gejszyć lub skakać. Od jakiejś 15 poprawa pogody. Wreszcie ok. 16.00 docieramy nad Vettifossen. Zajebioza! Gigantyczny wodospad. Edmund znajduje miejsce, skąd widać sam dół. Pooglądali i złazimy. Szlak jest na mapie, ale w terenie nie ma strzałki. Złazimy więc zygzakiem (dawny szlak, nie odmalowany, kiepsko utrzymane porobione pewnie 20 lat temu stopnie) na dół z bolącymi kolanami – było tego prawie 400 m zejścia. Doliną rzeki wychodzimy z Jotunheimen mijając po drodze kolejne, już mniejsze, wodospady i rozbijamy namiot na parkingu. Aha, po drodze otwiera mi się niejednokrotnie pas biodrowy. Na noclegu z kolei rozwala się chiński przyrząd do paznokci. Myjemy się, golimy i pierzemy. Jakieś szycie sprzętu i w końcu spać.

23.08.

Rano standard plus przeglądanie umieszczonych na sporej planszy mapek okolicznych miejscowości (przez 1 przejeżdżamy, w 2. planujemy trochę pooglądać). Tablica, skądinąd ciekawa, ma informacje po norwesku, angielsku, niemiecku, czesku (z flagą francuską) i holendersku (z flagą czeską). Idziemy z kapcia do Øvre Årdal, bierzemy wachę i dość szybko łapiemy 2 gości w Volvo, którzy wiozą nas (wzdłuż pierwszego fiordu na trasie – Årdalsfjorden) od razu do pierwszego planowego przystanku – miejscowości Lærdalsøyri. Tamże oglądamy starą wieś (bardzo ładne drewniane domki) i orientujemy się, że w niedzielę tu raczej nikt nie pracuje. Mniejsza o to, myślimy, malownicze miasteczko i tak nam się podoba. Ale pojawia się problem – wysiada mi aparat i nie ma gdzie baterii kupić. A w planie rejs przez Sognefjorden, widoki póki co niezagrożone. W międzyczasie odwiedzamy norweskie centrum dzikiego łososia (nie zwiedzamy bo drogo). Wracając na prom udaje mi się kupić baterie na stacji benzynowej. Prom przypływa ciut po czasie a my wchodzimy na bilety studenckie. Zaoszczędzone kilkadziesiąt złotych w przeliczeniu przeznaczamy na horrendalnie drogie piwo i coś na kształt omleta. Płynie się wspaniale, co z tego, że zimno. Widoki Sogne- a później Aurlands- i Nærofjordu rekompensują dyskomfort termiczny. No i to piwo po ponadtygodniowym poście. Naprawdę trudno przywyknąć do tygodnia w górach bez browaru. Dopływamy wieczorem do Gudvangen, oglądamy sklep z suwenirami oraz „wioskę wikingów” (szałasy, gdzie przebrani za Wikingów kolesie pokazują jak się żyło 1000 lat temu w Gudvangen i okolicach) i po drugiej stronie głównej szosy stawiamy namiot.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 25 wrz 2009, 1:23 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
W następnym odcinku między innymi o smaku walenia oraz o łapaniu na stopa zorganizowanej wycieczki.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 25 wrz 2009, 13:38 
Offline
duża złota
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 gru 2005, 0:57
Posty: 986
Lokalizacja: Bydgoszcz
Super! Czytałam w robocie, wiec próbowałam zachować jakąś tam powagę, ale przy "dupochlaście" i "gejszeniu" już nie dałam rady... :D


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 25 wrz 2009, 17:52 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
24.08.

Pobudka rano, śniadanie przy stacji benzynowej (podobnie jak wczorajsza kolacja) i łapiemy stopa do Flåm. Tam planujemy przyjrzeć się Aurlandsfjorden, przejechać jedną z najpiękniejszych kolejek górskich do Myrdal i z powrotem oraz, przede wszystkim dowiedzieć się, czy nasze znalezione bilety są jeszcze ważne na prom. Podwozi nas busem po niedługim czekaniu sympatyczny dziadek. Informacja turystyczna w miasteczku funkcjonująca również jako sprzedawca biletów promowych mówi, że jest ok. Dla pewności szukamy potwierdzenia u obsługi rzeczonego promu, a właściwie wodolotu. Git! Popłyniemy!!! Wobec tego kolejką musimy jechać w 2 strony, co kosztuje nas 330 NOK, Do tego nabywamy w supermarkecie sześciopak Tuborga (za około 60zł w przeliczeniu). Wsiadamy do odnowionego, dość starego wagoniku i start. Podróż niesamowita: wszędzie zieleń, piętrzące się skały i wodospady. Po drodze postój przy wodospadzie Kjosfossen i dość ciekawa muzyka etno. W Myrdal przesiadamy się na drugą, ciekawszą stronę wagonu i otwieramy po jednym (reszta na jutrzejszy rejs). Podziwiamy widoki przy browarze (biletu nam w tę stronę nie kasują – można spróbować opylić) i wracamy do Flåm (znów muzyka przy Kjosfossen). Idziemy na pagóra porobić panorami wsi i jemy obiad na dole, przy ławeczce. Kombinujemy dalszą trasę na podstawie prospektów z Fagernes i idziemy na nocleg nad fiordem poniżej drogi do Aurland.

25.08.

Jak to często bywa, o 7 budzi mnie siku. Po jakimś czasie wstaje Edmund i wracamy do centrum na ławki na śniadanie, Zagaduje do nas menelowato wyglądający Polak spod Kielc, podobno pracujący tu u farmera. Wbrew obietnicom z wczoraj, w informacji turystycznej nie dadzą nam przechować plecaków, więc wracamy w kierunku Aurland, a ściślej mówiąc idziemy 4km do Otternes, gdzie zamierzamy zobaczyć parę starych drewnianych chałup w czymś na kształt skansenu. Wprawdzie straszą biletami wstępu, ale mamy nadzieję, że coś się uda zobaczyć za darmo, zresztą i tak nic nie mamy lepszego do roboty – wieś schodzona wzdłuż i wszerz a prom o 15.30. Po drodze spotykamy rysunki rysunków naskalnych na kamieniu – odtworzone rysunki z epoki brązu, oryginały stoją po wsiach w regionie. Po jakimś czasie dochodzimy do Otternes, podłazimy jakieś 100m w górę i wchodzimy na teren skansenu Otternes Bygdetun. Jest to jakieś dziesięć chałup do złudzenia przypominających polską zabudowę na wsi (stodoła o konstrukcji zrębowej – pierwszy budynek drewniany o takiej konstrukcji, jaki widzę w Norwegii), najstarsza chałupa ma podobno 300 lat, ale żadna nie wygląda na tyle. Robimy zdjęcia i siku oraz pokrzepiamy puste żołądki odrobiną witamin (stała jabłoń). Wychodząc zwracam uwagę na jakąś sprzątającą kobitę oraz napis, że bilety kupuje się w tym a tym domu. Aha. Wracamy do Flåm i robimy zakupy prowiantowe. Decyduję się na produkt regionalny, czyli chipsy „Salt&pepper Maarud Potetgull”. Zanosi się na deszcz. W sumie od początku wyjazdu przewidujemy go na następny dzień, a tu w zasadzie nic nie pada. Owszem, dzień dziecka musi się kiedyś skończyć, ale oby nie podczas rejsu całym Sognefjordem. Ustawiamy się wcześniej w kolejce na prom, by zająć lepsze miejsca, ale niewiele nam to daje – jacyś Hiszpanie się dopychają do kapitana, że niby jedna z nich stara baba zostawiła bilet. Wchodzą w efekcie pierwsi, a za nimi jeszcze trochę bydła, co o kolejce nie słyszało. Wreszcie obsługa pozwala nam wejść. Rejs naprawdę zajebisty – oglądamy jeszcze raz Aurlandsfjorden, tym razem cały (wraz ze stojącym w nabrzeżnej wsi Undredal kościołem klepkowym, zresztą podobno jest to najmniejsza świątynia w całej Skandynawii), potem w zasadzie cały Sognefjorden i wyspy na Morzu Północnym po drodze do Bergen. Stoimy na zewnątrz, więc trochę piździ, a przez parę minut nawet pada, ale nic to. Wodolot pruje równo, a my robimy zdjęcia popijając piwem i przegryzając chipsami. W międzyczasie Edmund obczaił, że kobita w barze nie patrzy, więc można se nalać napój. Jemu z herbatą wyszło, ja nalałem kolę i laska wyskoczyła za mną, a ja palę głupa, że niby nie wiedziałem, że to nie za darmo i płacę duże naście złotych, mimo że całego kubka nie nalałem, Kurwa mać, człowiek oszczędza, a tu taka $^%$&U. Nie było się jak kłócić, w końcu brałem tę kolę, pozostaje jedynie pobrać rożka lodowego na pocieszenie. Pomijając ten nieprzyjemny incydent podróż jak marzenie. Bergen wita nas słońcem, co zdarza się podobno jedynie przez 90 dni w roku. Drałujemy pod górę aż docieramy do parku. Problem jednak w tym, że cholernie stromo a wszędzie ludzie biegają. Wreszcie udaje się dotrzeć do czegoś w miarę płaskiego i do tego z pięknym widokiem na miasto.

26.08.

Planowa wczesna pobudka, bo nie chcemy by nam biegali nad głową, a poza tym plan obfity. Na początek idziemy do kolejnego już na trasie drewnianego skansenu, Gamle Bergen, gdzie też jemy śniadanie. Nie wchodzimy do środka domków i patrzymy przez okna, dzięki czemu dowiadujemy się, jak wyglądały zakłady rzemieślnicze oraz sklepy 100 lat temu nie musząc płacić. Zastanawiamy się, czy to tak oryginalnie stało, czy przenieśli – dopiero w domu w necie odnajduję, że jednak całość jest przeniesiona. Powrót 4 km do Bergen. Wspaniałe, malownicze miasto portowe (pogoda wciąż sprzyja) – zwiedzamy co jest do zwiedzenia (Edmunda nie wpuszczają na studenckim do Muzeum Trądu), próbujemy wędzonego łososia i wieloryba na targu rybnym (wieloryb w smaku podobny do wołowiny), robimy zakupy w Remie 1000 (najtańszy sklep w Norwegii) i chcemy iść z buta do Fantoft, aby zobaczyć jeden z ładniejszych kościołów klepkowych (stavekirke) odbudowany po podpaleniu przez satanistę w latach 90. Powstrzymuje nas przed marszem wylotówka bez chodnika, liczne remonty oraz czas. Jedziemy autobusem podmiejskim z kolejnym kierowcą – Polakiem, tym razem, niestety, za całą stawkę. Wysiadamy i po długim błądzeniu jest stavekirke. Wstęp płatny, więc oglądamy tylko z zewnątrz spożywając browar oraz chleb z tuńczykiem (najtańsza opcja żywieniowa w Norwegii, naturalnie nie licząc piwa). Idziemy parę klocków z buta przez miejscowość Nesttun i nocujemy na przełęczy nad drogą za miastem.

27.08.

Od rana (a może nawet nocy) pada. Skończyło się babci sranie. Wstajemy, zbieramy się i lecimy do drogi łapać stopa. Na szczęście podmiejskie autobusy z Bergen mają kryte wiaty. Po kilkudziesięciu minutach koleś nas podwozi 20 km i lądujemy na innej wiacie, 3km przed Osøyro. Przez 2 godziny nic a pogoda się dokumentnie zjebała. Za 24 NOK mamy bilet do Halhjem, gdzie czeka na nas prom. Po drodze jeszcze 35 min czekania na przesiadkę w Osøyro – nic tam nie ma poza kilkoma marketami. O 13 wyjazd, pod promem żadna z ciężarówek nie jedzie do Stavanger (a tam właśnie zamierzamy dojechać, po czym wyskoczyć w tę i z powrotem nad Lysefjorden aby zobaczyć skałę pulpitową, czyli Preikestolen), a bilet PKS kosztuje 320 NOK. Wsiadamy na prom, znajduję niedopitą półlitrową kolę, co znacznie poprawia mi humor i na kiblu zaszywam dziurę w spodniach. Znowu ładne widoki, jazda krótka, ale ku naszej radości nikt nas nie zaczepia o bilety. Więc udaje się odrobić te 30zł za autobus do Fantoft i dzisiejszy do Halhjem. Na drugim brzegu jakoś nikt ze współpasażerów nie chce nas wziąć na stopa, ale jakby mniej padało – no to z buta. Po kilkunastu minutach stajemy na kolejnym przystanku autobusu czekając na następną dostawę z promu. Znów nic i powtórka. Wreszcie łapiemy kolesia, który przewozi nas przez prawie całą wyspę. W aucie leci cała płyta zespołu Aqua, pewnie jeszcze pamiętacie „Barbie Girl” czy „Dr. Jones”.:) Wysiadamy i po kilku minutach zatrzymuje się autobus z napisem „Outdoor Campen”, który już 2 razy widzieliśmy łapiąc stopa w innych miejscach, w tym raz dziś rano. Po kilku słowach mamy stopa nawet nie do Stavanger, a pod samo Preikestolen!!! Autobusem jedzie zorganizowana wycieczka dla singli z Holandii, jak się potem okazało. Średnia wieku uczestników to jakieś 35-40 lat. A narzekałem od dwóch dni, że nic na holenderskich blachach mnie nigdy na stopa nie wzięło, mimo że spotkać ich można wszędzie. W drodze gadamy z wycieczką, podziwiamy mijane skaliste wyspy i cieszymy się z kolejnych gratisowych promów. Jedziemy koniec końców przez Stavanger i Larvik, bo kierowca (kobita o posturze kreskówkowej walkirii) i pilot się nieco pogubili. Żegnamy się na kempingu, oglądamy prognozę pogody i idziemy pod schronisko Preikestolhytta, gdzie mamy zamiar rozbić namiot. Po drodze łapiemy na stopa kolesia pracującego w hytcie, który pokazuje nam miejsce na namiot. W pizdę tam komarów, ale jak mawia Natalia M. „nie jesteśmy tu dla przyjemności”. Jemy i kima.

28.08.

Rano bez pośpiechu, bo 11-14 ma padać. Piwo w hytcie poprzedzone 2h pod zamkniętym kioskiem z suwenirami (miał dach, chwalić Boga). Wreszcie jakieś za dwadzieścia druga wychodzimy, bo faktycznie jakby nie padało. Wchodzimy w deszczu, lecz się przejaśnia i oglądamy (ze sraką na wylocie) widoki z Preikestolen – 604 metry pionowo w dół! Jeszcze wchodzimy na szczyt góry (na gruncie non stop mokro, w butach mam bajoro) dla fotek i schodzimy w deszczu. W sumie niecałe 4h na samą górę i z powrotem. Drugie dzisiaj piwo w hytcie, Edmund funduje, cena wysoka. Gotujemy paciaję w obecności roju meszek i ładujemy się o 19 do namiotu. Jutro ma lać cały dzień – myślimy, czy zostać, czy spierdalać. W Stavangerze może nie być tak spokojnego miejsca na namiot, a i tak 30ego mamy pociąg powrotny do Osła. W namiocie przemaka podłoga. Kurwa mać!!!

29.08.

Śpi się chujowo, bo dupa mokra. Wstaję 7:35 i idę za drzewo. Wychodząc widzę, że pod namiotem płynie strumol. Edmund wsteje przed 9 i przenosimy się do hytty (a właściwie burżujskiego hotelu) wysuszyć rzeczy. Gotujemy pod wczorajszym daszkiem i po jakimś czasie uznajemy, że nam tu lepiej rzeczy wyschną, więc przenosimy tu namiot, mój śpiwór i obie karimaty. Tuż po 10 otwierają kiosk (widać w weekend się opłaca), ale koleś nas nie wygania. Znów znajduję niedopitą kolę (pono leży od wczoraj, ale gaz jest).Namiot schnie nieźle, reszta gorzej. Zimno nam, ale siedzimy twardo, kupujemy lody Lion za jakieś 30NOK sztuka i kombinujemy, co dalej. Postanawiamy iść na kemping (Edmund znów funduje), bo tam są Holendrzy. Jeśli nas jutro rano zabiorą wyjeżdżając, to znowu zaoszczędzimy trochę grosza na transporcie. Do kempingu dowozi nas inny autostop. Na kempingu płacimy w sumie 210 NOK i stawiamy namiot, Jemy, pierzemy i suszymy (niby pralka i suszarka po 40 NOK, naiwność ludzka nie zna granic).Noc w namiocie, znów mokro pod dupą. Wiemy, że o 9 Holendrzy wyjeżdżają.

30.08.

No to wstajemy, jemy, sprawdzamy net i jak gdyby nigdy nic łapiemy stopa od 9. O 10 wyjeżdżają Holendrzy i nas nie biorą. Fuck. Z buta do głównej drogi jeszcze jakieś 2km i łapiemy na przystanku. Nic nie bierze, jestem głodny – chuj, jedziemy autobusem. Po drodze (wlecze się w pizdu) widzimy, że przechodząc pobliskie Jørpeland na piechotę zaoszczędzilibyśmy po 25NOK na łeb, a tak to płacimy po 55. Na promie z Tau działa bileter, więc trzeba kupić te dwa studenckie za 40NOK.Wysiadka. Jest niedziela, ale o dziwo jest otwarty Spar. Drogo. Chodzimy (szukając baterii do aparatu, bo znowu wysiadły, tym razem jednak po kilkuset zdjęciach) wśród białych drewnianych domków Stavangeru aż dochodzimy do informacji turystycznej, gdzie znów z bagażami wysyłają na dworzec. Obok katedra – ładna, murowana, pięknie rzeźbione ambona i ołtarze boczne plus bardzo ładne witraże prezbiterium. Aparat ożył! Wraz z nim oglądamy Gamle Stavanger, czyli dwie równoległe uliczki białych drewnianych domków z XIX.w. Teraz spacer przez centrum na wzgórzu – znowu białe domki, ale też i trochę ładnych murowanych. W ogóle bardzo ładnie. Schodzimy na „blue promenadę”, czyli zwykłe nabrzeże i idziemy do Norweskiego Muzeum Ropy Naftowej. Wjazd studencki 40NOK, a warte minimum 2 razy tyle! Nowoczesne, interaktywne (por. wątek „Z pojarą przez miasto”), można oglądać filmiki, wejść do szalupy (batyskafu -?), poczytać, poszukać, sprawdzić, co w domu zużywa najwięcej prądu, po czym ten prąd wytworzyć. Bilet multi-entry, więc po 2 godzinach idę do kibla, ale wracać już nie mam siły. Edmund siedzi jeszcze do 18, a ja idę po fasolkę do Spara, którą spożywam później przed wejściem do muzeum. Idziemy potem jeszcze nabrzeżem i spod targu rybnego via 2 posesje: Breidablikk i Ledaal (definitywny koniec baterii w aparacie) idziemy nad jezioro Mos (Mosvatnet), jemy, rundka wokół i nocleg we w miarę osłoniętym miejscu.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 26 wrz 2009, 10:12 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
31.08.

Pobudka wczesna, jemy jak wczoraj we wiacie i idziemy prosto do upatrzonej Remy 1000 przy dworcu. Robimy drogie (w sumie 375 NOK!!!) zakupy, ale co zrobić, gdy piwo drogie. Na dworcu bierzemy sieciówki, dowiadujemy się co i jak z pociągiem do Osła i komunikacją zastępczą do Sandness. Po sprawdzeniu ceny pociągów osobowych Oslo – Torp wychodzi, że najtańszym dojazdem jest lotniskowy autobus za 180NOK/os.(!) No to pierwsze dwa piwa w altance, siku i czekanie przerwę w deszczu w Burger Kingu. Rundka z zahaczeniem o Vinmonopolet (dla niezorientowanych – Norwegia ma monopol państwowy na wszystko mocniejsze od piwa), ale z zakupów nici, bo najtańszy aquavit 589NOK za litr; a to tylko wóda z kartofli), podziwianie zacumowanych przy nabrzeżu megawielkich statków, znów siku i na dworzec. Po drodze oddaję puste puszki za kaucją i opuszczamy mocno kolorowy Stavanger. Po krótkiej podróży komunikacją zastępczą dojeżdżamy do Sandness (trzecie piwo). Stamtąd pociąg, walimy czwarte. W Kristiansand zmiana kierunku jazdy i zmiana ustawienia foteli w wagonie (!). Za oknem mniej skał a więcej lasów. Pogoda słaba, nudno. Dojeżdżamy z opóźnieniem 20 minut, szlug na peronie (poprzedni o 17.17, jest 21.56, matko!), oddaję puszki w Rimi i… sprzed nosa spieprza nam T-ban. Czekamy więc pół godziny na kolejny, jazda i rozbijamy się tam, gdzie poprzednio.

01.09.

Pobudka dość wczesna. W nocy mamy schizy – Edmund, że namiot zajebali, ja, że w nas ciężarówa wjedzie. Gotowanie i na miasto. Kupujemy single ticket, ale wysiadamy przy stadionie w pół drogi do centrum. Mimo targów stać mnie tylko na 2 szale w sklepie . Podróż kontynuujemy na tych samych biletach – w sumie nie wiemy, czy można, ale jak do tej pory nie było kontroli. Aż tu nagle wchodzi czworo Hindusów czy Pakistańczyków i sprawdza bilety. Na szczęście wsio gut. Jedziemy na dworzec i idziemy na PKS sprawdzić autobusy – info i kasa biletowa zamkłe. Po wdarciu się na peron (wstęp tylko dla odjeżdżających) dowiaduję się, że ostatni autobus jest o 19.25, bilet do Torp faktycznie 180NOK i zniżek dla studentów nie ma. Idziemy strefą pieszą przez centrum oglądając Storting (parlament), teatr narodowy i trochę ładnych kamienic, zdecydowanie najbardziej wielkomiejskich w tym kraju. Przed 12 lądujemy przed pałacem królewskim (dość przeciętny), chwila oddechu i idziemy do polecanej w śpiewniku Lonely Planet kawiarni. Edmund, zgodnie z radą, bierze „bread rolls with unlimited jam” i kawę. Po śniadaniu kontynuujemy zwiedzanie, w jakimś parku w kompletnej dupie spożywam chleb z tuńczykiem i walimy po piwku. Opuszczamy to urocze miejsce i wśród ładnej zabudowy docieramy do ratusza. Ogólnie – Oslo jest zajebiście ładne: kamienice zmieszane ze świetnie do nich pasującymi nowoczesnymi budynkami + sporo zrewitalizowanych fabryk/stoczni z XIX./XX.w. Do tego dużo przestrzeni. Ratusz zamknięty dla zwiedzających, ale nabrzeże super. Jeszcze się kręcimy, oglądamy Aker brygge, potem twierdzę i zamek Akerhus, wystawę o uchodźcach (w Nobel Peace Center) a na koniec najbardziej niesamowity budynek – opera. Wow! No to na dworzec, jeszcze wyskok do niezbyt ciekawej katedry (też zamkła) i na PKS. A na PKSie kierowca zaprzecza, że jest autobus o 19.25; jest tylko ten, co stoi i jakiś 20 minut później. Z braku laku jedziemy tym (ja wypieniężam się do ostatniego oere) na przednich siedzeniach i rozpoczynamy rozmowę o tarczach sprzęgłowych. Na lotnisku spotykamy znajomego Węgra z Fagernes, który musi zaliczyć jakiś egzamin w Bilbao. Jemy ostatnią wieczerzę we wiacie dla palaczy, Edmund kupuje gazetę nt. rowerów z gratisowym zestawem imbusów. Na lotnisku próbujemy self sernice check-in, ale można tylko na 2 godziny przed odlotem. No to siedzimy we trzech i czekamy na moment, by się przenieść w upatrzone przez kolegę Madziara miejsce. Z ciekawostek: na lotnisku nieczynne wszystkie ekrany pokazujące odloty, po wyjeździe ważę 58,62 kg wg wagi na lotnisku.

02.09.

O 0,14 budzi nas cieć i wygania do hali przylotów. W sumie śpi tam nas z 10 luda. Nie daję rady zasnąć, zamiast tego sprawdzam net. O 4.00 poddaję się z próbami zaśnięcia, bo i tak za godzinę kiosk otwierają. Muchy, co mi zasnąć nie dawały nadal krążą w składzie x-2. Zjadam resztkę żarcia, a Edmund odwiedza wspomniany kiosk, bo mu jeszcze jakieś drobne zostały. Lot przesypiam (tym razem współpasażerowie nie wyglądają aż tak tępo). Na Okęciu wsiadam w 148 nie wiedząc, że jedzie nieco inaczej i w rezultacie docieram do domu po ponad godzinie, via Metro Imielin.

Zajebiście było, there isn’t what. Koszt całkowity (mój) – 1900zł, bez szalików i piwa byłoby 1500.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 6 ] 

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group