Dzisiaj jest 18 gru 2017, 18:26

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 3 ] 
Autor Wiadomość
PostZamieszczono: 03 maja 2010, 7:34 
Offline
mała złota

Rejestracja: 08 lis 2006, 20:06
Posty: 210
Lokalizacja: Otwock
W ramach akcji "lato w mieście" adresuję moją pocztówkę szczególnie do tych, którzy nie mogli wyruszyć na majówkowe eskapady. Póki emocje całkowicie ostygną (czy raczej rozpłyną się w upale…) postanowiłem napisać ciut dłuższy fragment relacji z mojego miesięcznego wygnania do Indii. Ostatecznie jestem tutaj za Wasze (czyli unijne) pieniądze i jakaś wdzięczność za tą wycieczkę się ode mnie należy :-)

Po tygodniu spędzonym w kampusie Indian Institute of Science w Bangalore przyszedł czas zobaczenia przynajmniej kawałka państwa, w którym się znalazłem. Odprowadzony przez znajomych krzyczę do kierowcy „Majestic?” - zgadza się, wskakuję. Wieczorem ulice są tu już w miarę spokojne, ale dworzec autobusów dalekobieżnych to istna paranoja! Można to porównać jedynie to parkingu przed hipermarketem w szczycie przedświątecznej gorączki – tylko zamiast samochodów trzeba wstawić autobusy… Ruchem mijających się na milimetry pojazdów kierują pracownicy KSRTC (stanowy PKS). Ci wymachują na kierowców kijkami i sygnalizują gwizdkami, na co autobusy odpowiadają klaksonami. Do tego między pojazdami przewijają się chłopcy z napojami i sprzedają je przez okna pasażerom. Ostatecznie znajduje moje klimatyzowane, dalekobieżne VOLVO, gdzie już czeka na mnie koc i butelka wody na noc.

Obrazek

Budzą mnie pasażerowie opuszczający wehikuł. Za oknem jest jeszcze ciemno. Właściwie nie jestem pewien, gdzie wylądowałem (bilet kupiłem do miejscowości, której nazwa najbardziej przypominała tą, gdzie chciałem się dostać). Wygląda na niezłe zadupie, obok przechodzi jakaś krowa... Nad horyzontem dostrzegam jakieś kształty, wiec chyba jest dobrze, bo przynajmniej jestem w górach. Jeżeli to właściwe miasto, to powinna tu być jakaś świątynia. Póki co nic takiego nie widzę, a w brzuchu burczy, wiec wchodzę do pierwszego szałasu w nadziei zaspokojenia głodu. Dostaję na starcie herbatę z mlekiem – jedzenia okazuje się, że o tej porze tu jeszcze nie mają. Upewniam się, że trafiłem we właściwe miejsce, dopijam trunek i w kolejnym szałasie pytam „idli?” (jedyna nazwa potrawy, co do której jestem pewny) – udało się!

Obrazek

Subramanya jest jednym z indyjskich centrów pielgrzymkowych. Jeszcze przed oficjalnym otwarciem świątyni udaje mi się wejść do środka, gdzie budzę ciekawość wiernych oczekujących w kolejce na otwarcie wewnętrznej części. Jest to moja pierwsza wizyta w hinduskiej świątyni, wiec zachowuję daleko posuniętą ostrożność, aby uszanować nieznane mi obyczaje. Chyba się udaje, bo jedyne, na co zwrócono mi się uwagę, to kierunek – należy poruszać się zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Niestety we wnętrzu obowiązuje zakaz robienia zdjęć.

Po kilku nawrotach i wbrew wszystkim mylnym wskazówkom udaje mi się wydostać z wioski i staję przed wytartą tablicą „Pushpagiri Wildlife Sanctuary”. Coorg to coś w rodzaju tropikalnych Beskidów. Widoki przednie, wiec nawet żar lejący się z nieba nazbyt nie doskwiera. Za mną podąża grupa dzieciaków z wioski, która najpewniej wybrała się na wakacyjną wycieczkę. Niestety bariera językowa pozwala nam jedynie na wzajemne przedstawienie się i poratowanie wodą. Przy chatce Bhattara Mane zagaduje mnie forest officer i razem idziemy, żeby dopełnić formalności wejścia do parku. W leśniczówce okazuje się, że ze względów bezpieczeństwa nie mogę dalej iść samemu, wiec w oczekiwaniu na jakiekolwiek towarzystwo zostaję oprowadzony po ogródku. Rejon słynie z plantacji kawy, ale tutaj rośnie ona tylko w dzikiej formie, za to tutejsze owoce i sok z dopiero co ściętej trzciny cukrowej smakują wyśmienicie!

Obrazek

Park rocznie odwiedza kilka tysięcy turystów, ale dzisiaj jakoś na złość (jest piątek) nikt poza mną się chyba tu nie zaplątał. Nic nie wskazuje na poprawę sytuacji, wiec korzystam z zaproszenia i schodzę ponownie do chatki, gdzie mam szanse dostać coś do jedzenia. Dobrze, że na kampusie trenowałem jedzenie palcami, bo tutaj sztućców nawet nikt mi nie proponuje :) Czas płynie powoli, a zamiast turystów, z którymi mógłbym kontynuować wycieczkę, w kierunku szczytu nadciągają jedynie deszczowe chmury. Leśniczy twierdzi, że dzisiaj już nie ma co i lepiej, żebym u niego zanocował a ruszył z samego rana. Planowałem spać na szczycie pod chmurką, ale w wersji deszczowej średnio mi się to uśmiecha, zatem przyjmuję zaproszenie. Czas do wieczora zabijamy gaworzeniem o różnicach i podobieństwach kulturowych i o tym, że ciężko będzie rodzicom załogi leśniczówki zaaranżować im małżeństwa z Rosjankami (o czym wszyscy marzą). Udaję się z moimi gospodarzami na patrol (grabieże leśne i kłusownictwo nie są tu rzadkością), w chatce dostajemy „słodycze” (roztwór nasycony cukru w mleku z makaronem) i dojadamy jakimś jajkiem z ryżem (chłopakom, jako kawalerom, nie chce się tu przyrządzać wykwintnych potraw). Zaczęło padać, wiec decyzja o noclegu okazuje się słuszną.

Obrazek

Wieczorem uzgodniliśmy, że jeśli nikt się do rana nie pojawi, to dla formalności opłacę wstęp za dwie osoby (żeby papiery oraz kasa się zgadzały) i będę mógł wejść do parku. Opłata dla obcokrajowców jest kilkukrotnie wyższa, ale na rachunku nie pojawia się wzmianka o moim aparacie. W sumie całość wychodzi uczciwie i po udzieleniu wskazówek co do drogi żegnamy się w przyjaznych stosunkach. Sam szlak jest bardzo widokowy, słońce jeszcze nie zdążyło się rozgrzać, wiec szczyt osiągam wyśmienitym nastroju. Na Pushpagiri znajduje się prowizoryczna świątynia a wiele śladów świadczy o częstym biwakowaniu. Mi dane było znaleźć się tutaj samemu, wiec niespiesznie opuszczam to miejsce i dopiero w zejściu mijam kilka grup.

Obrazek

Do odjazdu jedynego w ciągu dnia autobusu mam jeszcze ponad dwie godziny, wiec zamiast smażyć się na obskurnym przystanku idę przed siebie dalej w kierunku Somwarpet. Łatwo powiedzieć, tyle że dochodzę do rozjazdu i tablica owszem jest, ale niestety z języka Kannada nie potrafię odczytać ani jednej litery. Nie uśmiecha mi się minięcie z busem, wiec postanawiam czekać… Po jakiejś godzinie słyszę pierwsze auto – co mi szkodzi, macham, udaje się! Wykorzystując indyjską gościnność ładuje się jako 6-sty pasażer do małej osobówki i przyjmuję propozycję rodzinnej wycieczki z Bangalore, żeby wspólnie obejrzeć pobliski wodospad.

Obrazek

„Zanim dojdziemy do samochodów zdążymy wyschnąć!” i faktycznie to się nam udaje… W rytmie indyjskiego disco pokonujemy kolejne zakręty i docieramy do Somwarpet. Miasto wygląda tragicznie – jeden wielki śmietnik i kawałek bazaru. Początkowo planowałem tutaj zanocować, ale od wczoraj wszyscy mi to odradzają… Krzyczę do odjeżdżającego autobusu „Kushalnagar?” – bileter kiwa głową z lewa na prawo, zatem wskakuję (tutaj wszystko jest na odwrót)!

Obrazek

Droga mija na przyjemnej rozmowie z dwoma młodzieńcami, którzy objaśniają mi wszystko, co mijamy – od stacji paliw po fabryki kawy. Niebo nad Kushalnagar zaciąga się chmurami, wiec nie zwlekam i obchodzę centrum w poszukiwaniu noclegu. Wszystkie pokoje z TV w mieście okazują się zajęte, wiec biorę jakąś klitkę za 7pln. Lokum nie jest zbyt przyjemne, wiec po jadło ruszam na miasto (jak się później okazało – tłusty chińczyk ze straganu nie jest dobrym pomysłem po trzech kokosach…).

Obrazek

Kushalnagar pasjonujące nie jest, wiec rano po mszy w języku Kannada (co ciekawe – część tubylców pogańskim zwyczajem zostawia buty przed kościołem) łapię rikszę do pobliskiego klasztoru buddyjskiego. Golden Temple znajduje się na eksterytorialnym skrawku Indii przyznanym uchodźcom tybetańskim. Póki co jest to najbardziej zadbane i spokojne miejsce, jakie widziałem w tym kraju. Buddyjscy mnisi wydają się dosyć wyluzowani – zarówno ci na ścigaczach, jak i ci grający w krykieta.

Obrazek

Przed kolejnym punktem programu podróż umila mi gawęda z hindusem, który jedzie do Chennai, aby wyrobić wizę do Anglii. Paradoksem jest, że do Londynu podróż zajmie mu pewnie mniej czasu… Mysore jest dla niego tylko przerywnikiem, ale ja mam tu parę rzeczy do zobaczenia. Znajomość podsumowujemy lokalnym chmielem „KingFisher” – na pusty od rana żołądek i przy tym upale pomysł wydaje mi się ryzykowny, ale nie ma opcji. Pałac Maharadży to główna z lokalnych atrakcji, a wizyta skłania do zrewidowania wyobrażenia o „biednych Indiach” (wg leśniczego to nie jest biedny kraj, bo z niego pochodzi najwięcej milionerów na liście Forbes’a). Pałac o zmierzchu jest oświetlany stu tysiącami żarówek i w tym wydaniu przyciąga nie mniej ludzi niż za dnia.

Obrazek

Żegnam się z maharadżą, żeby zdążyć w ostatniej chwili przed odjazdem pociągu. Słynne indyjskie koleje w wydaniu klasy „sleeper” okazują się bardzo wygodnym sposobem podróżowania. Pozostaje już tylko stargować opłatę za rikszę i o północy jestem z powrotem w mojej naukowej bazie wypadowej.

Obrazek


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 04 maja 2010, 17:49 
Offline
mała złota
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 18:09
Posty: 338
Lokalizacja: Grochów
Widzę, że nie pieścisz się jeśli chodzi o spożycie różnych lokalnych smaczków. Jak żołądek? Jak ogólnie postrzegasz Indie?
pozdr
mw


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 05 maja 2010, 19:26 
Offline
Gomar
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 15:02
Posty: 3417
Lokalizacja: Augustów
kakharaszo pisze:
Widzę, że nie pieścisz się jeśli chodzi o spożycie różnych lokalnych smaczków. Jak żołądek? Jak ogólnie postrzegasz Indie?
pozdr
mw

Południowe Indie to trochę bardziej cywilizowany świat ;-)

Piotrek, fajna relacja, pisz więcej!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 3 ] 

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group