Dzisiaj jest 18 lis 2017, 2:58

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 13 ] 
Autor Wiadomość
PostZamieszczono: 23 sie 2010, 23:27 
Offline
mała brązowa
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 wrz 2007, 19:20
Posty: 83
Lokalizacja: Siedlce
Dojazd:
Dla większości ekipy (Ania, Młody, Michał i Łukasz M. oraz Dawid) wyjazd zaczął się w poniedziałek 2 sierpnia. Ja i Łukasz, jako, że zdecydowaliśmy się na odważny wariant podróży stopem ruszyliśmy dzień wcześniej. Po nocnej podróży PKSem do Chabówki rozpoczęliśmy przygodę ze stopem. Zaczęło się bardzo optymistycznie- pierwsza podwózka trafiła się już po 6. minutach, co zważywszy na godzinę wczesnoporanną poczytaliśmy sobie za spory sukces. Przygód specjalnych nie było, podróż w miarę płynna, jedynie przy granicy słowacko- węgierskiej mieliśmy 2 godziny przestoju (z czego jedną przeznaczyliśmy na drzemkę, więc praktycznie rzecz biorąc czekaliśmy godzinkę). Następnie trafił nam się TIR , który dowiózł nas na przedmieścia Budapesztu. I wtedy pojawił się problem. System autostrad w kształcie słoneczka może i jest fajny, ale on i bariera językowa w kontaktach z kierowcą zaowocowała tym, że nie wiedzieliśmy gdzie dokładnie jesteśmy. Prognozy dogadania się z miejscowymi w ich ojczystym języku były marne, do tego robiło się późno. Nie pomógł przystanek autobusowy ze schematem linii, z którego nie wynikał nic. Nie pomógł nawet słownik autostopowicza na podstawie którego wykaligrafowałam na kartonie węgierskie słowo, które miało oznaczać "południe". Kartonem owym radośnie machaliśmy madziarskim kierowcom przed szybami ich samochodów i ze zdumieniem obserwowaliśmy ich zdezorientowane miny. O tym, że owszem, słowo to znaczyłoby południe, ale gdyby zamiast "o" było "d" a nad "e" pojawił się akcent, słownik nie informował. Zrobił to natomiast kierowca, który zatrzymał się po jakichś 30 minutach i władał (dzięki Bogu!) językiem angielskim. Dowiózł nas na sporą stację benzynową, na której (a właściwie w krzakach nieopodal) spędziliśmy noc.

Rano po raz kolejny przekonaliśmy się, że autostrady wcale nie są dobrym miejscem do łapania stopa i dopiero koło 11 zlitował się nad nami turecki kierowca TIRa (ach te gustowne frędzelki w oknie!) i dowiózł nas do granicy z Serbią. Zaczęło się robić ciasno z czasem, bo umówieni byliśmy z resztą ekipy w Belgradzie na wieczorny pociąg do Podgoricy, a do rzeczonego Belgradu został nam jeszcze kawałek... Na szczęście miły pan ("I've never been in Poland and I don't want to because you have very bad police oficers"??) podrzucił nas do dworca autobusowego w jakimś mieście, którego nazwy nie pamiętam, zatrzymując się po drodze przy banku, gdzie nabyliśmy serbską walutę. Stamtąd szybko i przyjemnie dojechaliśmy do Novego Sadu. Tam kupiliśmy bilety na nocny pociąg do Podgoricy, który ruszał właśnie z Novego Sadu i po konsultacji telefonicznej z resztą ekipy spokojnie czekaliśmy na odjazd.

Później stało się coś dziwnego- niby wszystko było w porządku, bo reszta siedziała już w pociągu, ale, jak się okazało rano, ktoś ich wygonił z miejsc (bo nie mieli miejscówek), potem chcieli zmienić pociąg, a gdy się nie udało postanowili wrócić do tego pierwszego, jednak zamajaczył im już tylko jego mglisty koniec. (Jako, że nie byłam uczestnikiem tych wydarzeń możliwe, że coś pokręciłam, dlatego proszę mnie poprawić) Faktem jest, że ja i Łukasz spędziliśmy noc w pociągu relacji Novy Sad- Podgorica, a reszta grupy w ho(s)telu w Belgradzie.

Kolejny dzień upłynął nam na "zwiedzaniu" Podgoricy, a za opis tego miejsca niech starczą słowa pana i informacji turystycznej:
Ł: "Co tu jest ciekawego do obejrzenia?"
Pan: "No wiecie, to jest miasto stołeczne, całkiem młode, sporo tu budynków administracyjnych itp. Ale jest też muzeum."
Połączenie naszych ekip nastąpiło ok. 22, skąd wzięliśmy taksę (a nawet dwie) do granicy z Albanią.

Tam:
Nasz kontakt z Albanią rozpoczął się w momencie, kiedy Czarnogórski pogranicznik ostrzegł nas, że jest już późno i żeby uważać, bo Albańce nie używają świateł i może być niebezpiecznie. Pierwszą noc w Albanii spędziliśmy kilkaset metrów od granicy, tuż nad torami, podziwiając piękne gwiazdy (nie było warunków do rozstawienia namiotów) i służąc za pokarm, a właściwie za toaletę, wszak mrówki mają w zwyczaju swoje ofiary obsikiwać a nie gryźć ;) niezliczonej ilości mrówek.

Następnego dnia dojechaliśmy do Szkodru, gdzie Dawid miał szansę wprawić się w targowaniu, a potem transportem kombinowanym dostaliśmy się do Peszkopi. Podróż była niemiłosiernie dłuuuuuuuuuuga, ale widoczki za oknem trochę to rekompensowały. W Peszkopi wylądowaliśmy już po ciemku i trzeba było szybko znaleźć nocleg. Nieoceniony w tym okazał się miejscowy mafiozo, który wziął nas pod swoje skrzydła, obwiózł chłopaków po hotelach w mieście, a jako alternatywę zaoferował swój ogród - rzekomo dobre miejsce na rozbicie namiotów. Z ogrodu zmuszeni byliśmy zrezygnować, gdyż z opisu chłopaków wynikało, że owym ogrodem był nieciekawy kawałek trawnika na jeszcze bardziej nieciekawym blokowisku. Koniec końców stanęło na hotelu, w którym ów pan wynegocjował nam cenę do zaakceptowania. Przed pójściem spać zasiedliśmy w hotelowym barze pijąc piwko i inne mniej procentowe płyny, a Dawid poznał historię życia owego pana, w tym jego problemy z policją, wymienił się numerami telefonów i zyskał przywileje w pobliskiej piekarni ;)

Rano ruszyliśmy w góry. Mijaliśmy kilka wiosek, a co za tym idzie kilka "ostatnich" sklepów na trasie. Każdy ostatni sklep zarobił na nas głównie sprzedając IVI, wodę lub lody. Nie był to dzień męczący, ani obfitujący w GOTy, bo na miejsce noclegu dotarliśmy już około 15, a sklep ostatni z ostatnich zarobił jeszcze na piwach i pomidorach po które wróciliśmy, bo w sumie było blisko :) Nabyte i przydźwigane napoje spożyliśmy wieczorem dyskutując o sprawach mniej i bardziej poważnych, a po konsumpcji udaliśmy się na spoczynek.

Pierwsze promienie słońca nieśmiało wyglądały zza gór by delikatnie muskać tropiki naszych namiotów, kiedy niespodziewanie świeżość poranka została zmącona przez stado owiec, które oblazły nasze namioty dzwoniąc dzwoneczkami w najróżniejszych tonacjach. Bardzo skuteczny budzik to był. Wstaliśmy więc, zjedliśmy śniadanie i poszliśmy dalej w stronę Piku Korabi, najwyższego szczytu Albanii i Macedonii. A przynajmniej Młody twierdził, że idziemy w jego stronę ;) Szliśmy i szliśmy podziwiając piękne widoki i rozkoszując się prawdziwie bałkańskimi warunkami atmosferycznymi (jakieś 40 stopni i żadnych chmur) pokonując setki metrów przewyższeń, w tym jeden szczególnie udany skrót :D. Potem trochę zagubiła nam się ścieżka i nim zdołaliśmy ją odnaleźć zastał nas wieczór, ale nocleg wypadł w bardzo pięknym i przyjemnym miejscu, wśród krzaków pełnych jagód, nieopodal strumyka. Dużo więcej nie pamiętam, bo bardzo szybko poszłam spać. A moich dobrych wspomnień co do tamtego miejsca nie zmąciły ani kamienie, które wbijały się w moje plecy przez całą noc owocując ich bólem do końca wyjazdu, ani zagubione mydło, do zostawienia którego co niektórzy nie chcą się przyznać, które do tej pory pewnie leży na kamieniu przy strumyku w ślicznej różowej mydelniczce w kwiatki :P:P:P

c.d.n.

_________________
Łatwiej kijaszek pocienkować niż go potem pogrubasić


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 24 sie 2010, 10:41 
Offline
II norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 21:07
Posty: 1874
Lokalizacja: spod gwiazd
He, fajny opis! :) mogliście stanąć też na zwykłej krajowej 5-ce zamiast na M5, ale podejrzewam, że autostrada tak czy siak, i tak wyszło Wam to lepiej, bo ogólnie autostrady na Węgrzech są od kilku lat dość tanie, więc ruchu na równoległych drogach specjalnie nie ma.

Pociągi do Podgoricy i Baru to nie jest zaś taka prosta sprawa - są 3 nocne pociągi z BG do Baru, ale z tego tylko 2 wyjeżdzają z głównego dworca w Belgradzie. Ten z Suboticy i Nowego Sadu, którym Wy jechaliście, jest ten 3. i jedzie inaczej, bo tylko przez Novi Beograd, nie wjeżdża na dworzec główny. Więc niezależnie od tego, czy Młodemu z ekipą udałoby się pojechać tym pociągiem, do którego wsiadli, i tak byście się w pociągu nie spotkali :)

a że pociągi do Bar są zawalone, doświadczyliśmy na własnej skórze, jak wracaliśmy ze Stambułu i nasi towarzysze podróży już nie mogli kupić biletów na ten sam dzień, bo wszystkie się skończyły. Potem odjeżdżał jeden z tych pociągów, miał z 15 wagonów, wszystkie pełne do cna, jakby ludzie na Woodstock jechali. Aż się miło patrzyło :) a ten koncert gwizdek przy ruszaniu... :zawstydzony:

_________________
Hajrá Loki!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 25 sie 2010, 15:11 
Offline
I norma za wytrwałość

Rejestracja: 07 paź 2005, 0:26
Posty: 1113
Lokalizacja: ? stąd
W tytule wrzucić tez trzeba Kosowo :) Z Michalem wrocilem wczoraj poznym wieczorem, Mlody z Ania dzis z ranna powinni zawitac do Polski. Wyjazd bardzo fajny. wielki szacun dla Mlodego za organizacje!
I czekam na dalsze opisy, pozniej tez sam dodam jakies historyjki.

_________________
"Czuję się jak komar na plaży nudystów. Wiem, co mam robić ale nie wiem gdzie zacząć." Pat Riley o sytuacji w Miami Heat.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 26 sie 2010, 15:38 
Offline
mała brązowa
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 wrz 2007, 19:20
Posty: 83
Lokalizacja: Siedlce
Jakoś tak wena mnie opuściła, ale oto zapodaję ciąg dalszy:

Kolejny poranek był chłodny i zapowiadało się na deszcz. Na szczęście do przejścia mieliśmy niewielki odcinek, a do tego zdecydowaną jego część po płaskim ;) Po śniadanku ruszyliśmy więc niespiesznym krokiem w kierunku Radomire- wioski, z której następnego dnia wykonaliśmy atak szczytowy na Golem Korab. Na trasie zrobiliśmy przerwę w celu konsumpcji berbeluch, kaszek, chińskich zupek i wszelakich innych specyfików, które wypadło nam spożyć w towarzystwie owiec, bo te po raz kolejny nas oblazły. Swoją drogą owca zbiegająca ze wzgórza to naprawdę zabawny widok. Potem chmury przestały straszyć, niebo się rozpogodziło, a my szliśmy całkiem przyjemną dolinką podziwiając widoki i po południu bezproblemowo dotarliśmy do wioski.

Rozbiliśmy się nad Radomire, za krzakami na jakimś polu i naturalną koleją rzeczy zarządzono szturm na sklep. Sklep w wiosce, owszem, był, ale można było znaleźć w nim wszystko oprócz jedzenia. (Nie licząc batoników po 30 groszy i piwa) Koszulki, druty i inne żelastwo, części do roweru- proszę bardzo, ale po chleb odesłano nas do "restauracji". W knajpie chleba też nie było, ale za to był pan, który bardzo dobrze mówił po angielsku. Z jego pomocą udało nam się zamówić chleb na następny dzień, a na wieczór właściciel lokalu zaopatrzył nas nieodpłatnie w chleb ze swojego domu. Bardzo miły był to gest. Piwo spożyliśmy i udaliśmy się do namiotów (bo rano trzeba było wstać), gdzie szum strumyka jednych ukołysał do snu, a innym tenże sen uniemożliwiał.

I tak oto nastał dzień kulminacyjny, jeżeli chodzi o górską część wyprawy. Niestety Michałowi dokuczał Achilles (i tu powstaje pewna wątpliwość: ścięgno czy pięta?) i zdecydował się zostać. Jako, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, na kontuzji Michała skorzystali wszyscy inni, bo mogliśmy zostawić dobytek w namiotach i na Korab wyruszyć na lekko.

Trasa była bardzo malownicza. Piękne widoczki, piękna pogoda i nie licząc kilku pasterzy i pary turystów (zgadnijcie jakiej narodowości?) żadnych ludzi. Na szczyt wdrapaliśmy się praktycznie bez problemów, jedynie Łukasz M. miał delikatny "spadek formy", na szczęście sytuacja nie była poważna, więc w szóstkę wdrapaliśmy się na sam wierzchołek. Widoki były tylko na stronę Macedońską, bo jakiś wredne chmurzyska zasłoniły całą resztę, ale i tak było pięknie. Posiedzieliśmy, zjedliśmy, wypiliśmy piwko, zrobiliśmy zdjęcia i ruszyliśmy z powrotem.
Szliśmy sobie spokojnie, każdy swoim tempem i trochę się rozciągnęliśmy- Młody, Ania i Łukasz M. zostali z tyłu, a ja, Łukasz T. i Dawid poszliśmy przodem. Nie mogąc się na nich doczekać poszliśmy dalej w dół dolinką, tylko jak się później okazało nie tą co trzeba. :) To również wyjaśniło, dlaczego nie mogliśmy doczekać się na resztę. Pomyłka skutkowała tym, że musieliśmy przekraczać spory strumień (był dość silny prąd i nie dało się po prostu przejść) a ja dowiedziałam się, że umiem skakać dużo dalej niż mi się wydawało.

Dotarliśmy na miejsce. Ku naszej uciesze, wizja Michała siedzącego w namiocie i odganiającego się kijkiem trekingowym od albańskich dzieci okazała się tylko wytworem naszej wyobraźni. Z wieczornego wywiadu w wiosce dowiedzieliśmy się, że autobus do Peszkopi jest tylko jeden- o 6. rano, więc w demokratycznych wyborach postanowiliśmy go olać i porządnie się wyspać.

Rano zeszliśmy do wioski licząc na jakiś cud albo inny przypadek, który umożliwiłby nam dostanie się do Peszkopi, i dalej do Krui. Zasiedliśmy we wspomnianej "restauracji" i zaczęliśmy poszukiwania transportu. Kilku chętnych, żeby nas zawieźć nawet się znalazło, ale okazyjna cena (z tego co pamiętam) 100 euro stała się dla nas zaporowa. W końcu jakiś klient załatwił nam busa z Peszkopi, który przyjechał specjalnie po nas. W funkcji umilacza podróży wystąpił Dawid i raczył kierowcę swoim albańskim. Aż dziwne na ile tematów można rozmawiać posługując się zaledwie kilkoma słowami! Szczególnie podobał się nam wszystkim wątek o robotach drogowych i drodze jednokierunkowej. Panu chyba też się konwersacja podobała, bo częstował nas rakiją, którą kupił po drodze prosto od producenta. Butelkę, jaką pamiątkę z podróży, udało nam się nabyć drogą kupna i kto wie? Może komuś z was dane będzie nawet jej spróbować?

Z Peszkopi złapaliśmy kolejnego busa do Krui. Trafiliśmy tam już po południu. Na miejscu znaleźliśmy pokoje w hotelu "Panorama" i zjedliśmy pizze, która (podobno) stała się przyczyną kolejnych niedyspozycji. Z tego oto powodu kolejna noc była ciężka dla Michała, a dzień dla Ani.
Kruja nie powaliła nas na kolana, ale było całkiem przyjemnie. Spędziliśmy tam więc kolejną noc, żeby z rana ruszyć na podbój Tirany.

Po Tiranie oprowadziła nas koleżanka Łukasza M. Inną sprawą jest, że nie było po czym oprowadzać. Na mnie osobiście Tirana zrobiła kiepskie wrażenie. Główny plac, na którym znajdowała się ponoć jakaś ciekawa mozaika, rozkopany i nic nie było widać. Byliśmy w jakimś meczecie, parku, barze i w albańskim odpowiedniku Mc Donalds'a (w ogóle w Albanii nie ma ani Mca, ani innych sieciówek typu KFC czy Pizza Hut) no i w sklepie oczywiście :) Jako że do grona nie całkiem zdrowych dołączyłam ja, w markecie hitem były sucharki, zakupione przez nas w całkiem sporych ilościach. Z Tirany dalej pojechaliśmy pociągiem i było to bardzo ciekawe przeżycie. Już koleżanka Łukasza i jej brat ostrzegali nas żeby pociągiem nie jechać, ale nie mogliśmy sobie odmówić takiej atrakcji. Dworzec w Tiranie składał się z jednego peronu, a rozkład jazdy obejmował jakieś 6 pociągów dziennie. Na stacji czekał już na nas nasz pociąg (2 wagony), a w całym wagonie nie dało się znaleźć okna z dwoma szybami. Jak przekonaliśmy się po drodze brak okien był spowodowany zachowaniem wioskowych dzieci, których ulubioną zabawą było rzucanie kamieniami w okna, lub miejsca, w których powinny się one znajdować.
Na szczęście nikt nie zginął, więc wszyscy cali, aczkolwiek nie wszyscy zdrowi (w pociągu Łukasz T. pozazdrościł nam sucharkowej diety i postanowił się przyłączyć) dotarliśmy do Fieru. Wysiedliśmy już po ciemku, więc pozostała sprawa noclegu. Miejscowe hotele nas nie zachęciły, więc wzięliśmy dwie taksówki do Apollonii, gdzie spaliśmy w namiotach tuż nad wykopaliskami archeologicznymi (jakoś po ciemku nie było ich widać).

Z samego rana zwiedziliśmy Apollonię- pozostałość po starożytnej greckiej osadzie, ale mam wrażenie, że Albańce potrzebują jeszcze kilku lat, żeby doprowadzić ją do porządku. Potrzeba oznaczeń, ścieżek (teraz od jednej ruiny do drugiej trzeba się przedzierać przez jakieś osty i inne krzaki) i tabliczek informacyjnych. Do tego na całym terenie ciągle trwają wykopaliska. Ale miejsce to ma spory potencjał- oby potrafili go wykorzystać.

_________________
Łatwiej kijaszek pocienkować niż go potem pogrubasić


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 26 sie 2010, 16:43 
Offline
duża brązowa
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 wrz 2008, 17:18
Posty: 394
Dobrze się czyta, czekam na więcej!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 26 sie 2010, 17:05 
Offline
III norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 21:15
Posty: 2080
Lokalizacja: Zewsząd
I nam udało się szczęśliwie wrócić. Najpóźniej, bo w Bratysławie odwiedziliśmy Trampową rodzinkę, za co jeszcze raz wielkie dzięki, i bardzo miło dojechaliśmy do Warszawy Chopinem. Wyjazd jak najbardziej udany, choć męczący. Ogarniam się dalej i więcej wszystkiego już niedługo.

pozdr

_________________
Życie jest – panie - ważne w życiu. Póki się je czuje, to jest dobrze. Tyle.
ciągle pamiętamy-->śmietana szatana na twarzy banana
Ot, zdrowie!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 29 sie 2010, 13:56 
Offline
I norma za wytrwałość

Rejestracja: 07 paź 2005, 0:26
Posty: 1113
Lokalizacja: ? stąd
Z dedykacją dla Ani ;)
http://www.youtube.com/watch?v=Itiga_8l ... re=related

_________________
"Czuję się jak komar na plaży nudystów. Wiem, co mam robić ale nie wiem gdzie zacząć." Pat Riley o sytuacji w Miami Heat.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 29 sie 2010, 22:42 
Offline
duża złota
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 wrz 2007, 17:22
Posty: 763
Lokalizacja: Łuków
Wooky pisze:


Dziękuję, Eskimosku :D


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 30 sie 2010, 13:52 
Offline
III norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 21:15
Posty: 2080
Lokalizacja: Zewsząd
Zdjęcia właśnie się zgrywają, wreszcie widać mnie znad sterty betów i moje myśli wybiegają dalej w przyszłość niż kolejna godzina. Zabieram się do roboty (a będzie się działo!).

pozdr

_________________
Życie jest – panie - ważne w życiu. Póki się je czuje, to jest dobrze. Tyle.
ciągle pamiętamy-->śmietana szatana na twarzy banana
Ot, zdrowie!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 16 sty 2011, 1:11 
Offline
III norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 21:15
Posty: 2080
Lokalizacja: Zewsząd
Nadrabiania zaległości komputerowych cz 1 :)

www.gomarfoto.com zdjęcia z Albanii, Macedonii, Kosowa i Bratysławy. Tradycyjnie w GomarTravel i tradycyjnie oglądajcie tylko na pełnym ekranie (F11)!

_________________
Życie jest – panie - ważne w życiu. Póki się je czuje, to jest dobrze. Tyle.
ciągle pamiętamy-->śmietana szatana na twarzy banana
Ot, zdrowie!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 16 sty 2011, 10:10 
Offline
I norma za wytrwałość

Rejestracja: 07 paź 2005, 0:26
Posty: 1113
Lokalizacja: ? stąd
O!

_________________
"Czuję się jak komar na plaży nudystów. Wiem, co mam robić ale nie wiem gdzie zacząć." Pat Riley o sytuacji w Miami Heat.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 16 sty 2011, 19:30 
Offline
Gomar
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 15:02
Posty: 3415
Lokalizacja: Augustów
Młody pisze:
Nadrabiania zaległości komputerowych cz 1 :)

Uczysz się do sesji? ;-)

Bardzo ładne zdjęcia.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 17 sty 2011, 1:13 
Offline
III norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 21:15
Posty: 2080
Lokalizacja: Zewsząd
Powoli zaczynam ;)

_________________
Życie jest – panie - ważne w życiu. Póki się je czuje, to jest dobrze. Tyle.
ciągle pamiętamy-->śmietana szatana na twarzy banana
Ot, zdrowie!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 13 ] 

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group