Dzisiaj jest 21 lis 2017, 3:00

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 34 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3  Następna
Autor Wiadomość
 Tytuł:
PostZamieszczono: 13 lut 2011, 23:06 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
06.02. camping - (Tripoli) - Methoni

Ok, zobaczylem, co sie dalo na poludniowym wschodzie, trzeba sie kopsnac na poludniowy zachod. A tu problem imieniem "sunday, bloody sunday". Innymi slowy: aby zobaczyc planowane Methoni i Pylos, trzeba sie kopsnac ze Sparty do Kalamaty. Niby blisko, ale po drodze przelecz z przesiadka, co sprawia, ze autobusy w tym kierunku i zwrocie sa dwa dziennie, chyba, ze jest, do chuja, niedziela. W niedziele jest jeden i to o 14.30.

Cos trzeba zrobic, bo jak do Kalamaty przyjade o 16.30, to de Methoni moge sie wcale dzisiaj nie dostac. Jest, okazuje sie, polaczenie przez... Tripoli. Tak wiec odrzucam mozliwosc rannego wyjazdu do Geraki i z powrotem (i tak bym nie mial pewnie czasu niczego zobaczyc) i jade przez Tripoli. Kosztuje mnie to dodatkowe 9euro, ale jesli dzieki temu mam miec pewnosc kempingu (nie odbieraja, chyba nieczynny w zime) albo darmowego noclegu - chaj bude.

Podroz bez wiekszych przygod, jeszcze raz odwiedzam Tripoli i, korzystajac z czasu wypytuje gosci na miejscowej stacji kolejowej. Stacja nie dziala, podobnie jak wiekszosc polaczen na Peloponezie. Odnosnie przyszlosci - nie dziala linia Kalamata - Patra, moze dziala Pyrgos - Olimpia i na pewno gorska kolejka Diakofto - Kalawryta. Z Tripoli mam bezposredni do Methoni, z czego skwapliwie korzystam poznajac kolejna droge wsrod gor Tajget. Przez chwila byla szansa na zobaczenie z okien starozytnego Messini, ale zabraklo 9 km. Wreszcie, kolo 15 jestem w Methoni. Poczatkowo nie za bardzo mi sie podoba - male domki ok, ale sporo zaniedbania. No to chodzmy zobaczyc zamek (i moze pojechac na noc do Pylos). Ide, ide i.. wow! Zamek potezny, nad woda, w srodku pozostalosci dawnych budowli weneckich i tureckich i gwozdz programu - polaczona z zamkiem mala calkowicie ufortyfikowana wysepka. Widoki cudowne, a soczyscie zielona trawa w obrebie murow zamku znacznie ozywia klimat (i mnie). Pierdole, dzis na spokojnie. Spie tutaj. I samo Methoni wydaje sie jakies inne - w zasadzie totalnie inne, zajebiste, w deche itd. Male senne miasteczko, doslownie jak na wyspach. Po prostu nikogo na ulicach w cieple (18 stopni w cieniu) niedzielne popoludnie.

Glodnym bedac jak nie wiem (poki co niecaly bochenek chleba kupiony po paskarskiej cenie 0,9EUR w knajpie w Tripoli, bo niedziela i piekarnie zamkle) szukam tawerny, zeby moze czego lokalnego skosztowac. W koncu nocleg za frajera. Pierwsza - drogo; druga - facet proponuje "snack" za 2,5 EUR - no dobra. Ledwo zamowilem, a widze obok sklep spozywczy - cholera, gdyby czlowiek nie byl tak glodny i poczekal. Spodziewam sie jakiejs minikanapki a tu mi wjezdza snack w postaci: kielbaska, pare kawalkow watrobki, jakies miecho, kilka sztuk fasolki w sosie pomidorowym i chleb do tego!!! Gitara! Aby nie isc za jasnosci na nocleg siedze z 3 godziny biorac po drodze jeszcze 2 lampki wina (bardzo dobre) i ogladam wygrana Olympiakosu w pile i pogrom jakiejs druzyny z konca tabeli przez Panathinaikos w kosza. Zrobilo sie ciemno - no to do Turasa na nocleg. Zalegam w hamamie na tych samych kartonach, co dostalem w Tripoli przed wyjazdem w gory. Swoja droga - widok spoza "hotelu" mam nieziemski. Wreszcie ide spac, jutro dla wyrownania ciezki dzien.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 13 lut 2011, 23:39 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
07.02. Methoni - Pylos - Palac Nestora - Chora - Gargaliani - Kyparissia - Pyrgos - Olimpia

Motto: Chory i Chora

Jak widzicie, dzien napiety. Pozycje 4-7 to tylko punkty przesiadkowe, ale mimo wszystko troche roboty bylo i zwiedzania tez sporo. W Olimpii chcialem byc na noc, bo LP obiecywal, ze jest tam caloroczny camping a do tego w necie znalazlem hostel.

Rano zwiewam z zamku. Noc byla ciepla, a miejscowa nieziemska, ale nie pospalem za bardzo (cholera, co jest z tymi niedzielami? kolejna niedziela i znowu nie moge zasnac). Jakis autobus zwiewa mi sprzed nosa, ale mam obczajony kolejny, co daje mi dosc czasu by wskoczyc do supermarketu i jeszcze w jedno miejsce na zakupy.

8.45 planowo odjazd. Wyuczone "stasi, parakalo" nie zdalo sie na wiele - pod zamkiem w Pylos nie ma jak stanac. Tym niemniej mam prawie 2 godziny do nastepnego autobusu w kierunku miejscowosci Chora, aby zobaczyc Palac Nestora. Czas wykorzystuje polobficie - z poczatku ide wzdluz nabrzeza by wspiac sie na twierdze. Widoki znad wody niesamowite, ale zamek zamkly bo poniedzialek (kolejna oszczednosc na wstepie). Obchodze wokol i wracam na glowny plac by w spokoju nacieszyc sie widokiem morza i polwyspu zamykajacego nieomal zatoczke, w ktorej miala miejsce bitwa pod Navarino => w zasadzie nieplanowana bitwa morska, gdzie polaczone sily aliantow tak daly Turkom w dupe, ze ci ostatni nie mogli juz za bardzo Grekom przeszkodzic. Czekajac spotykam Wlocha, ktory na haslo Polonia reaguje usmiechem, ze on tez katolik, ale gdy odmawiam zaproszenia na kawe (autobus mam za 15min od propozycji) odpowiada, ze insz Allah napijemy sie w raju. :zdziwko:

No dobra, podjezdzam pod Palac Nestora. W srodku niczego stoi, wyglada na zamkly, plotek maly - co to dla mnie? Po chwili widze jednak, ze ta atrakcja w poniedzialki dziala. Wchodze za darmo na EURO<26 po dluzszym tlumaczeniu, co to. Jeszcze raz podkreslam - Grecy, mimo ze w UE, naprawde nie wiedza, co to jest za karta! Ruiny takie sobie, ale jest ciekawa... wanna z czasow antycznych! Po wyjsciu odwiedzam jeszcze pobliski grob z epoki mykenskiej i kombinuje, co dalej. Po drodze do Olimpii nie mam juz wprawdzie nic w planie (pobliskie muzeum w Chorze zamkniete w poniedzialki), ale kiloetrow doprzejechania jest sporo. Anyway, do autobusu w pozadanym kierunku mam 2 godziny. Postanawiam przejsc sie do tej Chory, w koncu cos trzeba robic. Cos jedzie - a zamacham. Staje! Bierze do Chory!!! W tym miejscu, a propos dzisiejszego motto, zaznaczam, ze czuje sie nienajlepiej. Nic to, ogladamy Chore - mala wioska, kamienne domy. Ladne toto w pelnym sloncu, a do roboty za wiele nie ma. Wobec tego probojemy szczescia raz jeszcze, w koncu 2 godziny do autobusu, No to staje i znowu cud prawdziwy - juz po chwili lapie stopa do Gargaliani. Juz troche sie udalo przejechac, moze tym razem jakas oszczednosc na bilecie sie uda? Poza tym - opis wsi jak w Chorze i ciagle 2 godziny przewagi nad autobusem. I znowu mega fart - chyba pierwszy samochod bierze mnie do... no wlasnie. Chcac zrobic mi dobrze podwozi mnie do wsi przy rownoleglej drodze, gdzie malo co jedzie. Wyglada to kiepsko - jakby co musze wracac do glownej szosy pod gore z 5km by zlapac autobus - no ale z 15 minut postoje. Przez pierwsze 10min przejezdzaja 3 pojazdy, z czego jeden traktor. Czwarty pojazd bierze az do Kyparissii, gdzie przez mysl mi nie przeszlo dojechac stopem!!! Dostaje ponadto 10 mandarynek (starsi - sic - panstwo, co mnie podwoza, sa rolnikami), ktore pochlaniam niedlugo po przyjezdzie, bo czuje sie coraz gorzej i witamina C wysoce wskazana.

W Kyparissii godzina, co starcza na obejscie centrum i probe ataku na pokazany w atlasie Europy Shell 1993/94 zamek. Fajnie goruje nad miasteczkiem, w ogole kolejna porcja wdechowych widokow, ale wbiegac tam nie za bardzo mam czas i sily. No to autobus do Pyrgos. Pyrgos to wieksze juz miasto i absolutnie nieciekawe. Do tego pociagi do Olimpii jezdza rzadko. Spisuje rozklady PKS i PKP na jutro (tez spory plan) i po godzinie czekania na chlodzie jade do Olimpii. Tam na miejscu troche inny swiat - 1 glowna ulica, mnostwo sklepow z suwenirami, ale nieduze wiec ladne. Jest za pozno na cokolwiek, a hostel nie dziala (wisi kartka "closed"). No to na camping. Tym razem pokojow nie maja, wiec spie dzis za 8 EUR w spiworze na betonie. Aby nieco wyrownac sily ide na miasto na gyrosa - warto bylo, od razu jakos lepiej (od rana maly bochenek chleba, a choroba sklania ku czemus cieplemu).Przy okazji negocjuje by jutro dali przechowac plecak, jak bede po ruinach latal. A zanosi sie na niezly sajgon: 8.30 otwarcie muzeow i ruin, 9:00 autobus do Pyrgos, na ktory musze zdazyc by moc jeszcze tego samego dnia przejechac zabytkowa kolejka Diakofto-Kalawryta, zobaczyc twierdze w Patrze (blisko od dworca, najmniejszy problem) i zanocowac poza Peloponezem.

No nic, to ma byc jutro, a ja dzisiaj, chory, klade sie spac. Gonie z planem z prostej przyczyny - nie wszedzie da sie spac za darmo, a tanich (ponizej 25EUR) na trasie sie juz nie spodziewam. Wobec tego trzeba przyspieszyc. Zwlaszcza jak sie da bez bolu - co ma gwarantowac zwiedzanie z rana na lekko. Na dobranoc dostaje jeszcze dywan - badz co badz lepsza izolacja niz ten karton, co go nosze.


Ostatnio zmieniony 16 lut 2011, 8:11 przez Jasiek, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 14 lut 2011, 0:08 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
08.02. Olympia - Pyrgos - Patra - Kalawryta - Diakofto - Patra - Messolongi

Motto na dzis: Widoki, laguna i kurnawal w Rio

Budze sie calkiem niezle wyspany o 5.30. W chwile robi mi sie cholernie zimno, a nie ma gdzie sie skitrac. Wychodze z kempingu dopiero o 7.45 i to po obudzeniu Francuzki, co rzeczonym obiektem rzadzi. Galopem do tawerny, zostawiam plecak i ide do ruin. Tam stoi juz facet, ale mnie nie wpusci, mimo ze tlumacze, ze mam o 9:00 autobus i jak wejde o 8:30 to w sumie bez sensu. Nic to nie pomaga, wiec ide na piechote wokol ruin. Wczoraj wieczorem robilem wstepne rozpoznanie, ale nic nie bylo widac, a dzis- malina! Caly stadion jak na dloni, zza drzew widac tez ruiny swiatyn. To po co mam placic. Zadowolony z siebie zauwazam, ze jak autobus sie spozni chocby 5 minut, to z calego planu na dzis nici :( Czyli wyciagamy kopyta, by zdazyc na poprzedni - o 8.30. W efekcie odjazd o 8,45 (strach pomyslec, co by bylo, gdybym przyszedl na drugi, a tamten tez sie tak spoznil).

Na przesiadce w Pyrgos kupuje sniadanie w postaci chleba i panadolu ekstra (to drugie zreszta calkiem tanio bo 1,88EUR za 16 tabletek). Od razu podwojna dawka i planowo, 9.45, do Patry, W Patrze jest, jak wspomnialem, fajny bizanjtyjski zamek zklawym widokiem na morze i wyspy, ale jest tez przesiadka by dojechac do zabytkowej kolejki. Obczajam polaczenia - mam godzine do autobusu do Kalawryty. Dobra, to na twierdze i z powrotem, po drodze kilka niespodziewanych ruin rzymskich, w tym piekny (chyba odbudowany niedawno, bo LPi DK milcza) rzymski odeon. Bomba kolejna!!! Wracam zmeczony i jade. Podroz do Kalawryty mija wsrod pieknych widokow, az jestem ciekaw czy te z kolejki beda choc porownywalne.

Na miejscu w Kalawrycie gnam na dworzec kolejki i... tym razem szkoda, ze nie weekend. Za 20 min ostatni pociag, a w polowie trasy, we wsi Zachlorou, jest ciekawy kosciol. Pierwotnie - najstarszy w Gracji, po wybuchu prochu w 1934 zostalo tylko kilka zabytkow z IVw. Miejsce zwiedzal (jeszcze oryginal) Slowacki. No nic polowa drogi to ponad 7km, a skoro jest juz po 15, to sobie ten kosciol daruje. Kolejka nowoczesna, ale widoki po prostu wyjebane w kosmos. Naprawde, warto zabulic te 9,5 jurka. W Diakofto mam kupe czsu do autobusu w kierunku Patry. Troche szkoda odpuszczonego klasztoru, ale az tyle czasu chyba nie mialem. Przejezdza autobusowa komunikacja zastepcza do Aten (spod Koryntu juz normalny pociag). Nie pojechalem za 10 EUR i po kilku minurtach zaczynam sie zastanawiac, czy slusznie. Pewny nocleg za dyche, troche relacji napisze a do tego transport do Aten tez dycha. No nic, myslec, nie rozpaczac nad rozlanym mlekiem. W supermarkecie piwo i czipsy na wieczor (postanawiam nie placic za nocleg mimo choroby).

Wreszcie jest autobus do Egio. Tam przesiadka na autobus do Patry. Chce jechac tylko do Rio, gdzie jest most (nowka, ponoc super) poza Peloponez, a kierowca zawozi do samej Patry pomijajac Rio. Kurna, ale przewal! Na szczescie w Patrze jest jeszcze autobus do Nafpaktos i drugi do Messolongi. Mysle, do ktorego jechac, bo w Messolongi jest jakas laguna, gdzie LP poleca obserwowac ptaki (potencjalny swietny nocleg polowy) ale w takim ukladzie Nafpaktos odpadnie. W efekcie staje na Messolongi. Z autokaru nie udaje sie zobaczyc zamkow strzegacych mostu z obu stron (no dobra, ten po drugiej stronie, w Andirrio, calkiem widoczny), ale mostek naprawde dzielo sztuki! Jade jeszcze jakas godzine i laduje po ciemku w Messolongi. Na czuja (ale bezblednie) ide kilka kilometrow do laguny, a tu niemila niespodzianka - jest to betonowa grobla, w dodatku z regularnie ustawionymi latarniami. Jak tu spac? Na koncu jest miejscowosc - moze tam? Ale to kolejne 4km. :(

Wreszcie widze po lewej stronie opuszczony domek na palach. Pomost niekompletny, ale dzieki temu mam z glowy psy i inne stworzenia. No to na laweczce wsponiana kolacja, podwinac nogawki, zalozyc sandaly i hurra!!! Tyle ze wlasnie, mimo ze jest jakas 23, zaczynaja masowo jezdzic samochody. Czekam na przerwe i szybko na miejscowe. Jeszcze jakas motorowka krazy - pewnie mnie zaraz powina, ale jestem tak zmeczony, ze wkrotce zasypiam. Ptakow na lagunie prawie nie ma - moze chociaz nocleg usprawiedliwi przyjazd?


Ostatnio zmieniony 14 lut 2011, 19:05 przez Jasiek, łącznie zmieniany 3 razy

Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 14 lut 2011, 0:10 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
Drodzy Czytelnicy - mimo darmowego netu na dzisiaj tyle. Nie mam sily. Jak sie dowiecie, moze juz jutro, mialem dzisiaj wariacki dzien z nieprzyjemnie leniwym i nudnym poczatkiem oraz zabieganym koncem oraz nieprzewidzianym kolejnym noclegiem w Atenach. Nie mam sily - do przeczytania!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 14 lut 2011, 19:25 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
09.02. Messolongi - Arta - Preveza - Parga

Motto dnia: permanentna kastracja

Wstaje tuz przed budzikiem i przesuwam na 6.30, ale lac sie chce, wiec chcac nie chcac wychodze ze spiwora. Szybki przepak i przeprawa na staly lad - w sama pore! Gdy na laweczce nieco dalej od noclegu przepakowuje plecak, jacys kolesie podjezdzaja autem pod samiutki "hotel".

No to na miasto! Messolongi jest srednio ciekawe - znajduje w nim Park Bohaterow (wojny o niepodleglosc Grecji, oczywiscie) a wnim rowniez tablice upamietniajaca jakis polski oddzial. Jest tez kastro (podobnie jak w opuszczonym Nafpaktos), ale niewysokie to i w zasadzie sa to jedynie mury (nieistniejacego starego miasta). Zwiedzam na lekko, bo plecak za darmo na PKSie (mily grtecki zwyczaj - masz bilet, to mozesz zostawic garba). Nudzac sie nieco dochodze z powrotem do laguny i wreszcie widze sporo patkow (glownie lyski - glodnemu chleb na mysli?). Odjazd do Arty z przesiadka w Agrinio, podczas ktorej orientuje sie, ze zostawilem ognia w poprzednim autobusie, ktory juz, niestety, jest na miescie i nawet interwencja u dyzurnego na dworcu nic nie mogla zaradzic. Wobec tego pierwsza rzecz w Arcie to kupno zapalniczki. Po sprawach niezbednych oddajemy sie zwiedzaniu, a w polanie mamy kastro, kilka kosciolow bizantyjskich i most sredniowieczny na drugim koncu miasta. Jest fajnie, samo miasto przecietne, ale zabytki klasa i nie dziwie sie, ze DK wymienia je jako jeden z 10 najwazniejszych zabytkow z okresu Bizancjum w Grecji. Do mostu dochodze na pol godziny przed odjazdem, tak wiec mimo choroby musze pognac na dworzec. Zdazylem z zapasem 15min, ale smierc w oczach byla.

Teraz jade do Prevezy zobaczyc kolejne kastro i przy okazji malowniczy, ponoc, port. Po drodze mijam ciagnace sie wzdluz szosy ruiny miasta Nikopolis - naprawde fajna rzecz, zwlaszcza odeon, ale nie ma sensu wysiadac - wszystko widac z autobusu. Na miejscu okazuje sie, ze mam ponad 4 godziny, wiec zakladam, ze moze sprobuje stopa. Miasto w czesci turystycznej jest nieduze, ale ma jakis taki dziwny balkanski klimat, ktory mi nie do konca odpowiada i czuje, ze trzeba konczyc zwiedzanie dokladnie tak, by przed zmrokiem byc na dworcu. To tez czynie. Kastro takie sobie goruje nad nabrzezem, samo nabrzeze fajne, spokojne, sporo jachtow i wedkarzy. Z racji odczuwalnej grypy reszte czasu czekam na dworcu.

Teraz do Pargi, ktora atrakcje ma takie, jak ww. w Prewezie. Przyjezdzam po ciemku, wsio zamkle, a ja sie kiepsko czuje. Nie ma co, trzeba szukac noclegu. Ide w kierunku campingu (pewnie tylko w lecie, ale moze jakies bardziej odludne miejsce) witany co i rusz przez psy poszczegolnych mijanych domostw. Psy sa zreszta prawdziwa plaga Grecji, sporo bezpanskich, w gorach pasterskich, a te w miescie niewiele madrzejsze.

Moze w tym miejscu wymienie inne ciekawostki Grecji:
1. bardzo wiele osob w roznym wieku wykonuje znak krzyza przed kazdym mijanym kosciolem (u nas raczej nieliczne, starsze osoby)

2, w kazdym supermarkecie, sklepie a nawet kiosku jest duzy wybor czekoladowych (i nie tylko) rogali, a przodujaca marka jest... 7days

Wreszcie, wspinam sie na jakas, na oko odludna, gorke i tam sie rozkladam pod golym niebem. Gwiazdy daja nadzieje, ze nie bedzie padac. Poczatkowo denerwuje mnie kazdy halas na dole, a potem nie moge zasnac, ale w koncu sie udaje. Autobus mam o 7,30 i, co najdziwniejsze, aby dojechac do Janiny (Ioanniny) musze jechac przez Preweze, przez Igoumenitse nie da rady.


Ostatnio zmieniony 14 lut 2011, 20:43 przez Jasiek, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 14 lut 2011, 19:54 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
10.02. Parga - (Preweza) - Janina - Perama - Janina

Motto: dzien prawdy

Wiele dni tej wycieczki mialo byc dniami prawdy, ale ten najbardziej sie nadaje na to okreslenie. W Janinie, gdzie juz wczesniej dzwonilem do informacji turystycznej, mam do zobaczenia miasto, ruiny starozytne w pobliskim Dodoni, jednodniowa wycieczke do wawozu Vikos w gorach Pindos (autobusy jezdza tam tylko w pn, sr i pt) i jeden z podstawowych punktow trasy, ktory zadecydowal, ze tak szybko sie zebralem do wyjazdu, a mianowicie dokonczenie Albanii poprzez zwiedzanie Gjirokastry, Sarandy i Butryntu. Z Gj. powrot do Aten jest zreszta tanszy o jakies 20 EUR niz z Janiny, tak ze w tej chwili jest to nieomal koniecznosc.

Pobudka, zrywamy sie, pedzimy na autobus i czekamy, bo mamy pol godziny zapasu - dzien jak codzien. W Prewezie przesiadka na jakies 40 minut, ale niemila siurpryza - wszystkie sklepy zamkniete do 9.10 mimo, ze niby te przy dworcu otwarte odpowiednio od 7 i od 8. No to jade do Janiny przez kolejna malownicza droge o pustym zoladku (tylko jak zawsze podwojna dawka Panadolu). Na miejscu jest co robic - co prawda wszystkie dworce auytobusowe skupili w 1 miejscu, ale po spisaniu wszelkich polaczen, ktore mi sie moga przydac, szukam informacji turystycznej. Musze jakos wsadzic jaskinie w Peramie i zaplanowac dzien w Janinie, a do tego potrzebuje godzin otwarcia poszczegolnych obiektow. Ze spokojnego noclegu w odludnym Dodoni nici, bo autobus jezdzi tam jeno w wybrane dni, a konkretnie wtedy, kiedy do Vikos, co wydaje sie znacznie atrakcyjniejsze.

Wreszcie, po kreceniu sie w nie tym miejscu przez pol godziny znajduje EOT, czyli turinform. Wbrew temu, co pisze LP, informacja nic nie wie o warunkach w Wawozie Vikos, nie zna polaczen do Albanii (baba pod 50tke, jedyna co zna angielski, nigdy tam nie byla, a w koncu niedaleko). Cos sie dowiedzialem o godzinach (wg cennika sprzed roku!) i ide na miasto. Plan sie zmienia = musze zwiedzic miasto, poplynac i obejsc wysepke Nisi z kolejna dawka Bizancjum a potem pojechac do Peramy, by zdazyc przed 16, jakby w sezonie zimowym przesuneli godziny otwarcia. W Peramie tez, jako ze nieduza i blisko gor, planuje spac a na autobus do wawozu pojechac taryfa za, podobno, 5 EUR.

Najpierw miasto = pierwsze wrazenie w okolicach dworca bylo jak najgorsze: betony, nic ciekawego. Ale centrum jest typowo greckie i ladne - spore miasto to spore ulice i wysokie budynki, jest zielen, naprawde spoko. A starowka? Pedze pod kastro (tu: mury miejskie i cytadela) na przystan promowa i okazuje sie, ze mam na starowke 45 minut. W pelni starczylo, ale na cytadeli to bym jeszcze posiedzial. Naprawde sliczna starowka w typie przyjemno-balkanskim. Domy z szarego kamienia, cisza i spokoj, w srodku kosciol, klasztor i 2 nieuzywane meczety (w 1 muzeum Alego Paszy - miejscowego okrutnika, ktory jednak umocnil pozycje miasta i co nieco pobudowal a na koniec zostal zabity na Nisi). Teraz galop (plecak zostawiony przy promie) na prom. Na Nisi jestem po 15 minutach rejsu przez jezioro i kolejny zachwyt. Naprawde milutkie kamienne miasteczko, kilka kosciolow i trzcina dookola, gdzie mozna zobaczyc tyle ptakow, co na opisanej Klisova Lagoon kolo Messolongi. Zdazam obejsc i trzeba wracac. Galopem z garbem pod informacje turystyczna, a wlasciwie pod wieze zegarowa i w biegu lapie autobus do Peramy. Poki co wszystko idzie jak z platka, moze poza koniecznoscia opuszczenia Dodoni.

W Peramie przechodze przez cala wies i na studenckim (a jednak dziala to EURO, tylko trzeba sie nagadac) wchodze do jaskini. Naprawde warto!!! 19 rodzajow naciekow!!! Poza tym przyjemny labirynt wsrod wielkich i mniejszych sal. Generalnie jedna z najciekawszych jaskin Grecji, a pominieta przeze mnie Pyrgos Dirou na polwyspie Mani jest najbardziej znana nie z powodu szaty naciekowej a z powodu zwiedzania jej lodzia (za pewnie 20EUR). Teraz mam chwile, wiec szukam noclegu - gory lysawe i do tego w miare regularnie pojawiaja sie na stokach domy (psy!), po miescie nikt na glebe nie wezmie za zadne pieniadze - czyli albo bulisz 25 EUR (najtanszy pokoj) albo nie wezme od ciebie zadnej kasy. W pustostanie tez wlasciciel kasy nie chce. Co robic? Czas mamy, ale Perama jest na tyle mala, ze mimo zabawy w miejscowej tawernie, ktora obserwuje, zaczynam sie nudzic. No i widokow na sen nie ma. Pytam kierowce autobusu, czy dworzec w Janinie jest calodobowy. Mowi, ze tak! No to hajde na PKS i 1,1 (w tamta strone placilem kilkadziesiat centow wiecej, u kierowcy w Grecji jest drozej, przynajmniej na miejskich; na PKSach bywa taniej - z Olympii do Pyrgos zaplacilem 10 centow mniej niz w kasie) zamiast 5 euro za dojazd!

Podusmowujac dzien - Janina jest jednym z najciekawszych miast w Grecji! Perama to punkt obowiazkowy! Planujac trase wezcie pod uwage, ze do Vikos i Dodony autobusy jezdza w wybrane dni tygodnia. Olejcie rzadkim gownem informacje turystyczna w Janinie, ktora zreszta czynna jest od 7.30 do 14. Kretynskie godziny jak na ten typ uslug, ale w tym miescie wszelkie instytucje (w tym wszystkie banki) sa czynne w tym przedziale czasowym.

Robie zakupy energetyczne na jutro (sloik kremu czekoladowego i kola) i rozsiadam sie na dworcu. Planuje zasnac kolo 21, kiedy bedzie mniej ludzi. Udaje sie o 23.


Ostatnio zmieniony 14 lut 2011, 20:44 przez Jasiek, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 14 lut 2011, 19:55 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
Tu krotka wstawka, pisanie relacji jest dosc czasochlonne, tak wiec pisze glownie z pamieci nie patrzac w notatki. Moze cos uzupelnie po powrocie, jak nie bede mial innych zajec.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 14 lut 2011, 20:19 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
11.02. Janina - Megalo Papingo - Mikro Papingo - Vikos - Monodendri - Kakavia - Gjirokastra

Dzis dzien konia. Trzeba przeloic caly wawoz od 7 do 14, kiedy ma byc autobus powrotny z Monodendri. Potem w miare mozliwosci wczesnie pojechac do Kakavii, by w Gjirokastrze byc za dnia.

O polnocy, czyli po godzinie snu, wywalaja mnie z dworca, bo jednak zamykaja i to rzekomo do 5 rano (1. autobus dzis o 4.45). No to ide ze spiworem na lawke i na oczach ciecia (by mnie w miare mozliwosci nie okradli) klade sie spac. Budze sie potwornie zziebniety (ale w zasadzie zdrowy) o 4 nad ranem. W zyciu tak nie dygotalem i perspektywa 1,5 godziny w tych warunkach nieco przeraza. Obchodze dworzec i - nie wierze -juz jest otwarty! No to na godzine do ciepelka. 5.30 odjezdzam busem marki Mercedes z jeszcze jednym pasazerem, kierowca i kanarem do Papingo. Pytaja mnie o cos, mowie "Papingo" i w efekcie wysadzaja mnie w Megalo, a nie w Mikro, skad zaczyna sie trasa przez wawoz. Nic to, chwila przerwy na dojscie do siebie po kolejnej nocy na w pol przespanej i odczekanie na pierwsze promyki brzasku oraz odejscie wkurwiajacego psa i naprzod. Czasu powinno styknac - oba przewodniki pisza, ze 6-7 godzin a ja nawet z garbem mam lepsze tempo niz statystyczny czytelnik. Do tego ziemia twarda, a w powietrzu 10 (w cieniu) - 20 (slonce) stopni. W sumie idealne warunki. Martwi jedynie troche sniegu na starcie - jak beda jakies skalki, to moze mnie zmusic do powrotu. Okazalo sie, ze wysiadka w Megalo P. zmusila mnie do zapierdalania bez przerwy. Zajebiste po prostu widoki ogladalem w pospiechu. Na cale szczescie jedyny trudny fragment suchutki. Plecak musialem spuscic z gory, troche sie potoczyl, ale wszystko cale. Uff. Teraz galopem na gore (ja szedlem akurat w gore kanionu, bo wiekszy odstep miedzy autobusami, ale w druga strone jest niewiele lzej - tu i tam schodzi sie z gory do rzeki i pnie pod gore na koniec). Miejsce naprawde mocno na wypasie i polecam cala okolice - tj. pojechac do Janiny, zrobic Perame, Vikos, poplynac na Nisi i, jak sie uda, zobaczyc Dodoni.

Wawoz Vikos jest w ksiedze rekordow Guinessa jako najglebszy na swiecie. Wiele osob sie spiera, ale dla mnie bezsporne jest, ze przejscie jego (plus ponadpolgodzinnej trasy z Megalo do Mikro Papingo) po tylu dniach z nieprzespanymi nocami i niezwykle uboga dieta w 5,5godziny powinno tam trafic!

W Monodendri jestem po prostu martwy. WYkonczyl mnie ten kanion (zrobilem w 5,5h z ciezkim garbem, bo podwojna porcja napojow; w butach pecherze same maja pecherze). Okazuje sie, ze z Monodendri autobus jest 14.30-15.00! Czyli mam czas na znalezienie dobrego gospodarza tawerny, ktory pozwala mi sie troche obmyc. Potem robie sporo zdjec, bo Monodendri, podobnie jak inne wioski Zagorii, m.in. jedno i drugie Papingo, jest malutkie, kamienne i slicznie polozone. Autobusem zwiedzam jeszcze 3-4 inne podobne malenstwa, ale Monodendri najlepsze: mimo wszystko stragan z suwenirami jest pozyteczny, gdyz wprowadza zroznicowanie kolorystyczne. Wysiadka we wsi po drodze do Janiny, co daje mi szanse zlapania autobusu do Kakavii, ktory o 16 odjechal z mojego ukochanego dworca.

Jest i jade, moglem nawet wczesniej, ale gdy jechal autobus do Sarandy (prywatny albanski) ja stalem po drugiej stronie jezdni w otoczeniu drogowki (po prostu kierowca wysadzil mnie tam, gdzie i tak musial stanac).

Wysiadka na granicy i dalej z buta. LP pisze, ze trzeba taryfa, ale, na swoje szczescie, pytam jeszcze wspolpasazera. Okazuje sie, ze jest autobus! No to nim wlasnie jade, po drodze mijajac czekajacych na frajera napakowanych i opalonych albanskich taksowkarzy (czytaj: gangsterow). W autobusie pierwsza wymiana kasy - z 5 euro wydaje mi 450 leke i daje bilet za 150 leke. Czyli jakby 120 za sztuke - jeszcze zobaczymy. Krajobraz za oknem typowo albanski - potezne gory, wydajace sie jeszcze wyzsze i bardziej wystajace ponad teren niz w Grecji, chaos betonowych klockow mieszkalnych i od czasu do czasu grzybek=bunkier.

W Gjirokastrze od razu na uzupelnienie diety wykorzystuje jedyne znane mi wyrazenie "byrek me mish" (burek z miesem; dostepne inne pisownie). Teraz jak tu znalezc hostel, ktory mi uzytkownik Soslaw wynalazl w necie? Adres to, jak sie okazuje, dzielnica, ale od razu znajduje w niej hotel za 7 euro lub 1000 leke za noc. Po odwiedzeniu bankomatu i obejsciu okolicy a takze wypytaniu lokalsow o inne tanie noclegi zostaje w tym. Spartansko, zimno jak sam skurwysyn, ale jest wyro. Po raz pierwszy od Mistry. Myje sie, ide spac i planuje, jak jutro. Autobus podobno o 8 rano, ale z powrotami nie wiadomo nic, a tu trzeba jeszcze do Butryntu wyskoczyc i kupic bilet do Aten. Pierwsze wrazenie miasta bardzo korzystne - polozone na stokach gory (na ktorej, rzecz jasna, kastro) a starowka duza i z kamiennych domow. Normalnie jak nie Albania. Jutro kolejny wazny dzien (swoja droga, na przykladzie dnia do i z Olympii mozecie sie zorientowac, ile rzeczy musi sie zgrac, zeby sie wszystko udalo i to za normalne pieniadze).


Ostatnio zmieniony 16 lut 2011, 8:20 przez Jasiek, łącznie zmieniany 3 razy

Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 14 lut 2011, 20:42 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
12.02. Gjirokastra - Saranda - Butrynt - Saranda - Gjirokastra

No to pobudka 6:45, galop na dol (oszczedzam, nie place za autobus) i na okolo dochodze na miejsce, skad ma byc bus. Podjezdza faktycznie o 8, ale odjedzie za godzine. Dziwi mnie tylko, czemuy o 7 z minutami jak szedlem wszystko jeszcze pozamykane, a ludzi na ulicach nie widac. Temperatura nieprzyjemnie niska. Po drodze zobaczylem kantor, zamkniety lae kurs jest i wychodzi na to ze 1 euro to 140 leke. Czyli w moim hotelu za 2 noc zaplace w euro, bo taniej! W koncu jedziemy, widoki bomba i, o dziwo, bardzo przyzwoita szosa nie liczac malego kawalka (jakies 100m) bez asfaltu przed sama Saranda. Saranda to wielka betonowa dzungla (mimo ze w sumie nie ma zbyt wielu mieszkancow) i nie chce mi sie szukac zamku. Zamiast tego biore burka (fe, z serem, ale pusty zoladek nie zwraca na podly smak ani na goracosc a portfel sie cieszy, ze tylko 50 leke) i szukam czegos do Butryntu - jest autobus. Jade nim najpierw na sarandzka petle, potem juz do Butryntu wzdluz wybrzeza. W przeciwienstwie do autobusu z granicy, ktory byl miejskim neoplanem dzisiejsze jakos lepsze, a do Sarandy normalny autokar, ktory z powodzeniem moglby byc wlasnoscia greckiego PKSu. W Butryncie mam 2 godziny, jak zrozumialem, do powrotnego do Sarandy. Wiele zwiedzania chyba nie ma, ale dobrze wiedziec. Probuje obejsc kasy bo zadaja 700leke albo 6 euro a ja nie mam tyle leke. Wreszcie udaje mi sie wychapac jakas znizke, dzieki ktorej placac w euro place mniej wiecej rownowartosc 700 leke de facto.

Butrynt jest zdumiewajacy! Jest to jedna z najciekawszych pozostalosci starozytnych w calej Europie! Polozony na wzgorzu ma swietnie zachowane mury i rzymski teatr, koscioly sredniowieczne w lekkiej ruinie i pozostalosci wielu innych rzymskich budowli a takze odbudowany sredniowieczny zamek, w ktorym jest male muzeum. Naprawde, miejsce warte wszelkich trudow i 2 godziny sa nieco na styk. Jeszcze do tego widok malej weneckiej twierdzy na skraju cypla, na ktorym lezy Butrynt. Jest ta 13 i autobus podjezdza. Odjazd dopiero 15 po, ale udaje mi sie zdazyc na za piec do Sarandy. NO WLASNIE, NA ZA PIEC KTORA????!!

Szczesliwy, ze cudem zdazylem pytam kierowce, o ktorej jedzie do Gjirokastry, by sie upewnic ze o 14, a nie np. 14.10, co by mi dalo szanse zapalic. A on z uporem maniaka pokazuje jeden palec (wskazujacy). Wreszcie skumalem - nie przestawilem zegarka wjezdzajac do Albanii!!! Idiotyzm, ale na szczescie bez konsekwencji. No moze poza tym, ze na Gjirokastre mam mnostwo czasu i moze zamiast drugiego noclegu warto bylo pojechac nocnym. Kupilem tuz przed przyjsciem na autobus do Sarandy (rano w Gj.) bilet na 13ego rano, bo wszyscy tu i w Atenach mowili, ze jedzie 7 godzin, a to przy starcie o 19 oznacza zladowanie w Atenach w srodku nocy, po jakiejs godzinie snu. W dodatku staje toto jak ten z Polski, czyli przy parkingu w centrum, a nie na dworcu - wiec choc caly dzien na Ateny, to dzien po nocy na stojaco w srodku dzielnicy multi-kulti. Stalo sie, zwrocic nie da rady.

Po Gjirokastrze chodze dlugo i namietnie. Zapuszczona, ale tylko miejscami jest podle. Wiekszosc bardzo ladna, kamienna. Twierdza platna, ale w srodku Muzeum II Wojny, wiec ze spokojnym sumieniem odpuszczam. Szwedanie sie po miescie jest fajne, ale po tylu dniach zapieprzania bezczynnosc troche doluje, wiec ide do hotelu, ogladam w telewizorze jakis serial po angielsku (albanska tv ale zamiast dubbingu sa napisy) i klade sie spac w mojej chlodni.

Na koniec musze dodac, ze nawet Saranda ma plusy: po pierwsze polozenie na stokach gory schodzacej wprost do morza, po drugie wysadzany palmami deptak nadmorski. Konkluzja prosta - gdyby nie wariactwo budowlane ostatnich 70 lat bylby to jeden z najpiekniejszych krajow Europy!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 14 lut 2011, 21:04 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
13.02. Gjirokastra - (Andirrio) - prom - (Rio) - Ateny - Pireus - Ateny

Trzynastego wszystko zdarzyc sie moze...

Rano schodze z godzinnym wyprzedzeniem na autobus. Nie, nie pojebalo mi sie jak wczoraj, ale zliczenie kasy daje mi pewnosc popadniecia w dlugi, wiec trzeba wracac. Odpada urokliwa Trikala i malowniczy, gorski polwysep Pilion, odpada tez jeden z glwonych punktow trasy - klasztor Ossios Loukas (ten akurat na pewno by podrozyl wyjazd o kilkadziesiat euro zwiazanych z drogim dojazdem). Moze innym razem, zreszta, i tak sporo sie udalo i dotychczasowe wpadki (Geraki i Zachlorou) raczej niewinne.

Jedziemy. Na granicy wreszcie dostaje dobrze odbita pieczatke albanska do paszportu. Widoki juz znane, bo jedziemy przez Janine, a dalej przez Arte, Andirrio, Rio do Aten. Mam za to okazje zobaczyc w pelnym swietle oba zamki strzegace niejako nowego mostu nad Zatoka Koryncka oraz przeplynac promem (widac wychodzi na autobus taniej niz przez most). W Atenach laduje po 17. Co teraz? Postanowilem wracac do Polski (za doplata 5eur za zmiane terminu powrotu) o 23. Mam wiec 6 godzin i np. taki interesujacy Moni Kaisarianis jest zamkly. Wobec tego z garbem lece na metro i jade pod wskazany mi stadion Panathinaikosu. Wysiadka, jakies durne pytania policji i podziwiam nadnaturalnej wielkosci zdjecia zlotych druzyn (w tym calej jedenastki z Warzycha i Wandzikiem sprzed polfinalu LM w Amsterdamie) oraz samego Gucia w momencie oddawania zwycieskiego strzalu w ostatniej minucie wspomnianego spotkania. Ale dowiaduje sie, ze teraz graja na Olimpijskim (ze tez czlowiek nie sprawdzil), wiec postanawiam jechac tam. Pireus, ktory takze mialem dzis zobaczyc bedzie tak czy inaczej po ciemku. Tluke sie w przyslowiowym sluzewieckim scisku pol godziny pod stadion, gdzie ogarnia mnie zewszad tlum kibicow - jakis mecz zaraz. Naprawde fajne wrazenie (chuliganow nie stwierdzilem) po tym jak widzialo sie stary obiekt caly na zielono zobaczyc jeszcze zielony tlum. Wracam pod prad i czekam na powrotny autobus. Konczy sie moj poltoragodzinny bilet, na szczescie nikt nie sprawdzal, bo sie chyba nie zmiescilem.

Wysiadam przy tym samym metrze, gdzie stoi stary stadion i na kolejnym bilecie jade do Pireusu. Mile zdziwienie - miasto niby portowe, ale charakter jak najbardziej reprezentacyjny. Sporo tez przyjemnej zieleni, tyle ze wszystko puste, bo niedziela wieczor. Wracam po szybkim kursie (wiekszosc opuscilem, bo ciemno, nieprzyjemnie poza glownymi arteriami, no i w koncu spiesze sie na autobus). Jestem na parkingu niewiele po 21. Jeszcze nie przyjechal, ale odruchem starego bolszewika pytam w biurach innych przewoznikow, czy na pewno dzis jedzie. A wlasnie, kurwa, ze nie jedzie!!!

Po nerwowym telefonie i zaangazowaniu rodzonej matki do internetu po nocy dowiaduje sie, ze jezdzi z Aten tylko w soboty i poniedzialki! Wydawalo mi sie, ze czwartek na wyjazd z Polski a sobota na powrot (jest sie na poniedzialek, ale za pozno by sie nie spoznic do pracy) to dni na tyle z dupy, ze w kazdy dzien tygodnia jest polaczenie, Otoz, kurwa jego mac, nie. Zly jestem, ze jeszcze mi kasa leci, ale nie jest beznadziejnie - nie moglem byc wczesniej, nie mialem jak wydluzyc przyjazdu do Aten o dzien, nawet jakbym wiedzial, ze dopeiro w poniedzialek pojade (tzn. moglbym, ale za znacznie wieksza kase), no i mam nocleg za 10 eur w lozku plus darmowy net. Ide wiec do hostelu zalujac tylko, ze 5 godzin z garbem latalem, a plery mnie rypia od kilku dni porzadnie. Na miejscu zastaje w pokoju dwoje Polakow, ktorzy po 2 tygodniach w Izraelu wpadli na 4 dni do Aten, jutro leca do Stambulu a stamtad na 5 miechow do Azji! Poza tym jest jeszcze kanadyjski trener koszykowki, ktory pyta mnie o Prokom :) Zwiedza sobie Europe, korzystajac z tego, ze ma akurat kontrakt z jakas podparyska druzyna. Siadlem wiec na pare godzin na kompie by uzupelnic relacje, ale jak pisalem, zmeczonym bedac po wykanczajacym lenistwie przez pol dnia (naprawde fatalne dla psychiki po 2 tygodniach dzialania non stop) i pieciogodzinnym meczeniu sie z garbem.

Na plus na pewno musze zapisac tlumy kibicow Panathinaikosu, na ktore trafilem oraz przejechanie sie stara linia metra Monastiraki - Pireus w 2 strony. Szkoda tylko, ze nie pozwolili robic zdjec. A i na koniec dnia, w Pireusie, walnalem sobie 1 szt. souvlaki za 1 euro. Przyjemnie, miesko :D


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 14 lut 2011, 21:28 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
14.02. Ateny - Pireus - Ateny

Motto: W sumie wiekszosc dnia zajebista :/

O 7.30 budzi mnie (i tylko mnie) budzik wspomnianej dwojki Polakow. Jak juz wstalem, no to na miasto. Do zobaczenia peryferialnie polozony Moni Kaisarianis, cala planowana na wczoraj petla po Pireusie i moze jeszcze cos, Zakupy na podroz zrobilem jeszcze wczoraj w mini markecie na przeciw ulubionej a zamknietej Spar(y).

A wiec tak - najpierw szukam bankomatu i po wyciagnieciu 20EUR kupuje bilet calodniowy (4 jurki). Jade miejskim z Plateia Kaningos do dzielnicy Kaisariani, skad na piechte ide niecale pol godziny do klasztoru. Miejsce swietne i naprawde godne polecenia wszystkim, co sa w Atenach. Polozone na uboczu, wsrod wzgorz i w lesie to dobry przerywnik na zmeczonych wielkoscia stolicy Grecji. Ide choc niewielka mam nadzieje, ze zobacze glowna atrakcje - czyli freski z XVII/XVIIIw., bo w koncu jest poniedzialek. Ale cudem udaje sie wejsc do srodka - klasztor, sadzac po kolorze kamienia, odbudowany, ale kosciol stary i freski piekne. Dziekuje konserwatorowi, co mnie wpuscil i ide na maly spacer po okolicy. Zaliczam w ten sposob quasi-ogrod botaniczny, jakas kaplice i piekny widok na cale Ateny.

Wracam autobusem do centrum kombinujac, co by tu dalej. Jest 11, Pireus to za malo. Bezplatne muzea w Atenach sa nieliczne, a tylko 3-4 otwarte w poniedzialek (wykaz wg LP). Decyduje sie na jedno, Muzeu Teatru, ktore lezy w centrum. Niestety, ten wykaz (porownajcie z watkiem "Z pojara przez miasto") tez klamie i muzeum stoi obok wskazanej lokalizacji a do tego w poniedzialki nie dziala. No to moze sie przejde deptakiem do metra Monastiraki? Na wejsciu na deptak rozdaja Maltesers = cale zycie sie zastanawialem, jak to smakuje, a przyda sie na uzupelnienie diety jak znalazl! Coz moze byc przyjemniejszego niz spokojny dzien bez garba w najladniejszej czesci Aten, w temperaturze okolo 20 stopni i jeszcze do tego z paczka dostanych za darmo Maltesers? Oczywiscie!!! Wiecej paczek Maltesers - metodami znanymi z SGH (zmiana kurtki na bluze itd.) wyhaczam jeszcze dwie, z czego jedna daje od razu przyjemnemu z twarzy mlodemu niewidomemu, co stoi z puszka na ulicy. Po drodze do stacji odwiedzam jeszcze raz kosciol Kapnikarea z freskami chyba ciut nowszymi ale pelnymi!!! Tyle, ze zakaz fotografowania. Na metrze niespodzianka - zamkniete. Fakt, mowili cos wczoraj o jakims strajku przez pol dnia czy jakos tak. No to do Pireusu autobusem.

Wysiadam mniej wiecej tam, gdzie wczoraj zaczalem powrot do metra i kontynuuje trase wzbogacona o powrot tramwajem. Ateny maja 1,5 linii tramwajowej, a ta odnoga zaczyna sie w miejscu, gdzie wczoraj mialem konczyc spacer po Pireusie i konczy na placu Syntagma, gdzie rozdaja Maltesers! Spacer po Pireusie przekonuje mnie juz w pelni, ze dobrze sie stalo, ze nie dalem rady wczoraj pojechac. Po wielkomiejskich wrazeniach i wielkich statkach w porcie promowym przechodze do portu jachtowego, gdzie cisza, spokoj, pojedynczy ludzie siedzacy spokojnie na nabrzezu a wokol uginajace sie doslownie od owocow drzewa cytrusowe.

Podobnie fajnie wyglada przejscie do najmniejszego portu, nazwijmy go roboczo portem malych lodek. Po prostu wspaniale - mily, spokojny, ale nie bezczynny dzien na koniec wyjazdu i jeszcze te darmowe Maltesers? As good as it gets? Nie. Moze byc lepiej. Przy stacji trawmaju jest stadion Olympiakosu. Nie wiedzialem, ze to to miejsce i w ten sposob 2 najwazniejsze obecnie obiekty sportowe Aten i Grecji mam zaliczone. Wracam na Syntagme 45 minut i biore kolejne Maltesers. Czuje sie mega w deche, kraze po Place i Monastiraki, kupuje szalik, jeszcze jakies drobiazgi a plecak pecznieje. Na koniec jeszcze zachodze pod swiatynie Zeusa Olimpijskiego przyjrzec sie lukowi Hadriana, zaliczam oba konce jednej linii metra i ide do hostelu konczyc niniejsza relacje. Mam nadzieje, ze dzis juz uda mi sie pojechac, wobec czego reszte relacji napisze w srode kolo poludnia juz w Warszawie. Fajnie bylo, ale jestem juz nieco zmachany i mocno zbiednialy. Swoja droga - jestem ciekaw, ile waze. :) Korzystajac z uprzejmosci hostelu, ktory nie dosc, ze pozwolil zostawic na caly dzien garba, to jeszcze pozwala za darmo korzystac z netu juz chyba trzecia godzine skroben jeszcze kilka slow...

Konczac relacje na dzien dzisiejszy:

Mialem ogolnie rzecz biorac perfect day na koniec fajnego wyjazdu. Cos za pieknie, zeby moglo byc prawdziwe, co nie? Owszem, za pieknie!!!

Otoz przewoznik Agat z Krasnika, u ktorego kupilem bilet pozwala co prawda za glupie 5 euro zmienic date powrotu, ale trzeba uwazac. Na przyklad 14.02. stoje godzine i nic, nawet ludzi nie ma. W necie jest info, ze niby dzisiaj jedzie. Telefon, nerwowe szukanie po necie. Na wizytowce, jaka dostalem od kierowcy, sa 3 numery telefonu, z czego ten 24/7 nie odpowiada ktorys dzien z rzedu, a biuro w Polsce od kilku godzin zamkniete. Znaleziono w necie jakas infolinie i co?

Wygrales pobyt w Grecji do soboty (wtedy juz chyba pojedzie, na te sobote mam kupiony bilet)!!!

Wiekszosc z Was pewnie cieszylaby sie po takim ogloszeniu. Ja jakos dziwnie nie. Moze dlatego, ze jestem zmeczony fizycznie (od plecaka) i psychicznie (jakos od Arty), moze dlatego ze powieksze moj dlug o minimum 50 euro (koszt 5 noclegow w Atenach), moze dlatego ze mialem juz inne plany na te dni. Niewazne. Mam jeszcze 5 dni w Grecji, jeden dzien moge poswiecic na bezplatne muzea w Atenach, reszta - nie wiem. Sa rozne opcje:

1. siedziec na dupie - nie powiekszam dlugu

2. zrealizowac plan do 100% - ogladam wiecej kosztem sporego wysilkub finansowego. Poki co jedna swietna wiadomosc: w hostelu moge jakby co zostawic garba nawet jak tam nie spie.

3. Zrobic cos pomiedzy. Co z tego wyjdzie - dam znac. Jutro sprawdze pociagi z Aten, bo mam blisko a na razie z zakupiona ze srodkow przeznaczonych na przesuniecie biletu paczka czipsow oraz Mythosem ide myslec.

Do uslyszenia


Ostatnio zmieniony 14 lut 2011, 23:02 przez Jasiek, łącznie zmieniany 2 razy

Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 14 lut 2011, 21:39 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
pomysl wariacki, wykonanie przyzwoite :)


Ostatnio zmieniony 16 lut 2011, 8:00 przez Jasiek, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 15 lut 2011, 18:52 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
15.02. Ateny

Motto: Z pojara przez miasto, czyli Lutowa Kronika Muzealna

Polozylem sie spac pozno, wiec nie bylo w zasadzie mowy o ruszeniu tylka gdziekolwiek dalej. Budzik dzwonil o tej w pol do siodmej, ale zostal olany sikiem tak rzadkim, ze w zasadzie mozna powiedziec, ze nie dzwonil. Tak wiec cos trzeba ze soba zrobic, tak wogle to do soboty wlacznie, ale poki co pomyslmy, co by tu dzis. W LP mam jakis wykaz bezplatnych muzeow w Atenach, wiec sprawdzmy liste obecnosci:

wykaz bezplatnych muzeow z godzinami otwarcia i adresami - jest
szlugi - sa
ja - jestem
luty - jest

A wiec robimy kopie akcji sprzed dwoch lat!

Na starcie (nieco opoznionym) ide do obczajonego wczoraj Muzeum Teatru. Dzisiaj wisi tam kartka z data i moim ulubionym greckim slowem "15/2/2011 KLEISTO" czyli dzisiaj zamkle. Zostaje 6. Pod kolejnym jestem za wczesnie, wiec ide do Muzeum Wojny. Podobno takie sobie, taka pozostalosc z rzadow junty wojskowej. Podchodze i... wjazd 2 jurki. Jest to chyba najmniej ciekawe z calej listy muzeum, wiec skreslam. Teraz powrot pod Muzeum Kostiumow Teatralnych (czy jakos tak), bo juz czas wlasciwy. Moze i wlasciwy, ale wychodzi z naprzeciwka jakas kobieta i mowi, ze z powodu dzisiejszego strajku (nie jezdzi cala komunikacja miejska!) otworza pozniej, jakos za pol godziny - godzine. Nic to, ide na starowke do 2 kolejnych pozycji z listy. Po drodze zachodze jeszcze na Monastiraki obejrzec od srodka kosciol Sw. Mikolaja, ktory dotad widzialem tylko z zewnatrz. Spoko freski, reszta standard.

W ten oto sposob melduje sie pod Muzeum Instrumentow Ludowych. Otwarte, darmowe i zajebiste. W srodku rozne instrumenty w podziale na rodzaje z calej kontynentalnej Grecji oraz wysp. Mozna tez posluchac wybranych przez sluchawki. Spoko. Ciekawostka - melodia na gajde, ktora odsluchalem, jest nieomal identyczna ze znana mi melodia z plyty "Anthology of Traditional costam of Bulgaria". Jasne, wiem, ze Macedonia jest podzielona miedzy trzy kraje, ale zeby wszedzie grali te sama melodie?! Niewazne, spoko bylo. Walimy do kolejnej pozycji na liscie palac po drodze (troche redukuje, bo nie styknie mi do wyjazdu).

Po kilku minutach przed oczami staje niepozorny raczej budynek Centrum Greckiego Folk Artu. Wchodze a tu gosc tlumaczy, ze maja renowacje i otworza "mejbi nekst jer". Cholera, gorzej niz w Warszawie - poki co na 5 muzeow 4 odpadly.

Teraz w poprzek starowki przez nieomal cala dlugosc ulicy-poldeptaka Ermou, mijajac po drodze Kerameikos, dochodze do tzw. Technopolis. Jest to teren po dawnej gazowni, budynki zrewitalizowane - moj wykaz mowi, ze jest na tym terenie muzeum Marii Callas (swoja droga, ciekawe skad ksywa; czyzby jakis Hiszpan kazal jej sie zamknac, gdy podczas wakacji na, dajmy na to, Majorce cwiczyla spiew o wschodzie slonca?) a czasem sa jakies wydarzenia kulturalno-rozrywkowe.

Wchodze na teren dawnych zakladow, fajnie to wyglada, dawne budynki odnowione i... tyle! Wszystko co do jednego zamkniete, a w jednym ma niedlugo byc jakies PlayStation3Move, czy cos w ten desen, oczywiscie za gruba kase. Obchodze zalozenie i wracam na 3. probe pod Muzeum Kostiumow Greckich. Pol godziny z kapcia na niewiele sie zdaly, moze poza zobaczeniem stojacego nieco z boku kosciola Sw. Antka - w srodku miasta stoi na takiej kamiennej podmurowce, ze myslalem, ze wrecz na skale. Tak czy owak Muzeum zamkniete na glucho. Kurna, co robic? Nie chce mi sie za bardzo przemeczac. Ateny mi sie podobaja, moglbym tu nawet umrzec, ale nie mam zamiaru w tym roku i nie z nudow!

W poblizu jest wzgorze Lykovitos, wiec wspinam sie w przyjemnym sloncu, wsrod roznych kaktusow, aby zobaczyc mala kapliczke i wypasiony widok na miasto. Dzis jest stosunkowo dobra widocznosc i chyba z 10 zdjec Akropolowi zrobilem z roznych miejsc.

No dobra, gorka zaliczona. Po raz czwarty caluje klamke M.Kos.Gr. i ide na polnoc pod Muzeum Archeologiczne. Pod, nie do srodka, bo interesuje mnie darmowe Muzeum Epigraficzne. Jest otwarte i faktycznie darmowe, wiec kolejne 20 minut spedzam w otoczeniu tablic (zrekonstruowanych, wsadzonych w betonowe "ramy" tudziez w calosci) z tekstami sprzed nieomal 3 tysi lat. Srednio ciekawe, raczej dla hobbystow, choc za frajer.

No to nieznana dotad ulica obrzez centrum (troche jak w Paryzu kolo Gare du Nord, choc moze bialasi nie sa rzadka atrakcja) na dworzec kolejowy, aby obczaic mozliwe polaczenia w kontekscie planow na reszte pobytu. Jest dobrze, ale nie beznadziejnie. Wracam do hostelu na 15 i zaczynam kombinowac, co konkretnie before myself to take. Na dzis tyle, jutro moze byc ciekawie i niewykluczone, ze znow Was czeka kilkudniowa przerwa w czytaniu :)


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 18 lut 2011, 23:00 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
16.02. Ateny - Diakofto - Zachlorou

Wstaje bez pospiechu. Postanawiam zrobic plan maksymalny, tj. zobaczyc pominiety wczesniej klsztor Moni Megalou Spileo, po czym przedostac sie via Patra na polnocna strone zatoki Korynckiej i zobaczyc te czesc wybrzeza, ktora dotad pominalem (tj. Nafpaktos, Monastiraki i Galaxidi a przede wszystkim klasztor Ossios Loukas. Aby nie naciagac kosztow wyjazdu planuje przeciagnac ten objazd co najmniej do piatku z noclegami w krzakach.

Na jedenasta ide na pociag i odzalowuje 16 jurkow na bilet do Diakofto. Jade z 2 przesiadkami - pierwsza na drugiej stacji, druga po ok. 1,5h w Kiato, gdzie przesiadam sie na autobusowa komunikacje zastepcza. Razem ze mna jedzie Brazylijczyk, ktory korzystajac z tego, ze ojca ma w Atenach zwiedza sobie Europe. Co ciekawe, nie interesuje sie pilka; jest zawodnikiem futbolu amerykanskiego.

Wreszcie, pare minut przed 14, docieram do Diakofto i odwiedzam znajomy supermarket. Mam kilka godzin do zmierzchu, ale nie bardzo wiem, gdzie jest ta "dirt road", o ktorej wspomina LP. Poczatkowo probuje isc wzdluz trakcji, ale po jakims czasie nie daje sie. Mija mnie pociag do Kalawryty. Na szczescie pamietam, kiedy odjezdza na dol i mniej wiecej ile jedzie. No to torami. W okolicy obliczonej godziny przejazdu znajduje miejsce na mijanke i faktycznie po 5-10 minutach mija mnie pociag - mina maszynisty bezcenna :D

Bez przeszkod dochodze (w sumie 12km) na stacje Zachlorou, skad juz, po bozemu, wspinam sie w kierunku klasztoru. Widze na gorze cos a'la pensjonat, wiec znalazlszy miejsce, skad mnie stamtad nie widac lokuje sie na nocleg. Na rano niewiele zostalo do podejscia, do zmierzchu pol godziny, a nie warto gardzic dobra miejscowa. Jeszcze tylko pare smsow i w kime.


Ostatnio zmieniony 19 lut 2011, 18:26 przez Jasiek, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 19 lut 2011, 7:58 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
17.02. Zachlorou - Mamousia - Diakofto - Moni Megalou Spileo - Patra - Nafpaktos - Monastiraki

Pobudka wczesna (w sumie wyspalem sie, ale wczesnie poszedlem spac). Na gore ide dopiero przed 7, bo w koncu w nocy to pewnie jest zamkniety. Podchodze i okazuje sie, ze pensjonat, co go wczoraj widzialem, to nic innego jak nowa forma klasztoru. Wspominalem juz byc moze, ze klasztor w oryginalnej formie (ktora zreszta odwiedzal Slowacki) rozjebal wybuch skladowanego tam prochu. Otoz odbudowali "ciekawie". Nic to, lazlem tu godzinami, to se podejde i zobacze, co sie da; podobno ikona w srodku ma 1650 lat.

Im blizej tym lepiej - klasztor jest wmurowany w pionowe skaly (cos a'la klasztory w wawozie Lousios czy Ostrog w Czarnogorze), a poza budynkiem klasztoru sa jakies mniejsze, nieco ciekawsze architektonicznie. Jest jakis koles i poleca wlezc na I pietro - jak rozumiem, tam jest katholikon. Na pietrze kaplan wychodzi zza zlotych drzwi i zaprasza do srodka... Wow! Pisalem przy okazji wawozu Lousios o kosciolach ukrytych w labiryncie klaszztornych pomieszczen - tu jest podobnie. W srodku ciemno, mroczno, ale na oko jest to kosciol sprzed wybuchu. Klimat ekstra, bo akurat ww. i jeszcze jeden kaplan odprawiaja poranne modly. W mroku widac ikonostas i pare ikon. Super.

Wychodze i zmierzam w dalsza droge. Trzeba jakos wrocic do Diakofto, ale na rano nie mam rozkladu pociagow a asfaltem spod klasztoru jest, bagatela, 26 km. Decyduje zejsc do wsi i jeszcze raz poszukac "dirt road". Pomysl byl niezly w zalozeniach, ale wyszlo fatalnie. Idac jakas droga na kierunek, meandrujac (bo tak samo jak asfalt po 2. stronie wawozu trawersowala, co sie da) i probujac gdzieniegdzie skrocic po sporych spadoryjach wracam do poczatkowej bitej drogi i po kilkunastu minutach mijam kolesia, na oko z Maghrebu. Czort z nim, tyle ze ja go mijalem ponad 2 godziny temu!!! Tak sie koncza proby skrotu...

Jest w pol do 12, wiec zapierdalam z klasztoru 4,5h; nic dzis nie jadlem, bo nie bylo gdzie kupic i jestem w jakiejs wsi o nazwie Mamousia. Trafne. Na szczescie wiem, ze droga idzie tam, gdzie ma, ale nie mam pojecia, ile jeszcze. Wreszcie cos jedzie i za drugim podejsciem lapie stopa na, jak sie okazuje, 8 km do Diakofto, gdzie wpadam jak burza do supermarketu po 20 godzinach (tepy ch...) bez zarcia.

Podsumowujac MMS: klasztor z zewnatrz fatalny, choc zajebiscie polozony, w srodku nowoczesnie, klimatyczny kosciol dzieki ktoremu warto tam pojechac - ALE WLASNYM TRANSPORTEM. Ewentualnie mozna pol drogi przejechac kolejka zebata Kalawryta - Diakofto, a pol taryfa albo kolejnym pociagiem (pod warunkie nadmiaru gotowki rzecz jasna).

No nic, tak sobie wcinam, az tu nagle widze auto na warszawskich blachach. Wraca kierowca, pytam i mam transport do Patry. Jacek (kierowca) przyjechal poplywac na Naxos na desce i teraz sie przedostaje do Wloch, gdzie czekaja na niego znajomi. Postanowil jechac przez Kalawryte, wiec pokazuje mu po drodze MMS i dzieki temu sam ogladam jeszcze jakis stary skladzik beczek oraz mam mozliwosc zrobienia kosciolowi fotek. Po zwiedzaniu okazuje sie, ze jednak wracamy i pojedziemy dolem, bo krucho z czasem do promu Jacka. W ten sposob o 15 laduje w Patrze najedzony, w momencie gdy przed 12 marzylem tylko o czymkolwiek otwartym i zejsciu na dol przed zmierzchem.

Z Patry po godzinie z hakiem jade do Nafpaktos. Ladne to. Moze nie miniaturowe, ale nieduze (nascie tysi luda) i ma twierdze nad miastem, ktora ciagnie sie z gory na dol. Czyli - cytadela na gorze, ale mury schodza chroniac miasto i port. Naprawde spoko. Teraz na nocleg do czegos mniejszego - tu nie widze szans. 12km stad jest mala wioska Monastiraki, podobno malownicza = tam sprobujemy. Autobus o 19.30 i ladujemy po ciemku. Faktycznie nieduze, slicznie polozone, ale 1. wiecej nie powiem po ciemku; 2. skaly schodza do morza => gdzie sie tu skitrac?
Wreszcie znajduje kawalek odludnej, jak mi sie wydaje, plazy i tam (na kawalku betonu, by mnie nie zalalo) zalegam. Jakies pol godziny pozniej przechodza jakies 2 dziewczyny. Tyle kryjowki :/ Czekam jeszcze z 2 godziny, czy mi nie przysla np. taty-policjanta lub chlopaka-skinheada (brali mnie tu juz za Anglika, Francuza, ale tez za Albanczyka...). Pieprze to, ide spac. Na oslode noclegu w kiepskim miejscu bardzo przyjemny telefon :)


Ostatnio zmieniony 19 lut 2011, 18:26 przez Jasiek, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 34 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Yahoo [Bot] i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group