Dzisiaj jest 24 lis 2017, 22:40

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 27 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
PostZamieszczono: 12 sie 2011, 10:23 
Offline
mała brązowa

Rejestracja: 22 wrz 2010, 13:33
Posty: 72
Lokalizacja: Legionowo
Przez jakiś czas nie miałem w nowym domu internetu, dlatego ostatnio moja aktywność na forum znacząca spadła. Czas ten nie poszedł jednak na marne - wziąłem się za pisanie relacji z naszego wyjazdu. Ponieważ jest to forum zamknięte publikuje na nim pierwszą część moich wypocin. Relacja z dni 19.06-24.06 zajęła mi jedynie ... 12 stron w wordzie. Miłej lektury



19.06.2011 Warszawa – Wilno

Tego dnia rozpoczęła się nasza przygoda. W godzinach rannych wsiedliśmy do autobusu firmy Eco Lines relacji Paryż-Ryga, aby pokonać trasę z Warszawy do Wilna. My, a dokładniej Cyryl, Michał, Młody, Łukasz, Bartek, Magda, Iza i Ania. Miejsca mieliśmy dobre – siedzieliśmy na samym początku autobusu, na drugim jego piętrze, co ułatwiło nam podziwianie polskich widoczków i delektowanie się interesującymi nazwami miejscowości w Polsce wschodniej. Podróż przebiegała w dosyć komfortowych warunkach – linie Eco Lines znane są dwuetażnych autobusów, których stan techniczny jest bardzo dobry. Przejazd przez granicę przebiegł nadzwyczaj sprawnie. Około 15 byliśmy już w (Tarnopolu?), gdzie mieliśmy przepisowy postój – tak zwana sik-pauza. Toalety przydworcowe nie grzeszyły higieną. Oczywiście były w stylu azjatyckim. Całą wizytę w kiblu podsumowaliśmy następująco: „No, przynajmniej glazura jest w miarę ładna.” Po opróżnieniu zwieraczy przystąpiliśmy do pałaszowania czekoladek, przekazanych Ani przez Młodego z okazji jej imienin. Były zacne. Po szybkiej ewakuacji do autobusu znowu rozpoczęliśmy podróż do stolicy Litwy. Po kilku godzinach dłużącej się momentami drogi dotarliśmy na Dworzec Autobusowy Vilinus.

Przejście z dworca autobusowego do hotelu zajęło nam raptem 15 minut. Gdy w końcu tam weszliśmy nastąpiła długa rozmowa dotycząca jegomościa o imieniu Bartolomeo, który to pojawiając się w Wilnie sporo namieszał w planach miłej pani recepcjonistki. Na szczęście szybko doszliśmy do porozumienia i już po chwili mogliśmy delektować się dziesięcioosobowym pokojem i łóżkami w stylu japońskim (czyli jedno na drugim z niewielką ilością przestrzeni pomiędzy, wszystko to przypomina po trosze kapsuły kosmiczne) Po szybkim umyciu tyłków, pobrudzonych po trudach podróży wybraliśmy się „na miasto”. Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mi się w oczy po opuszczeniu hotelu były rysunki naskalne fanów Legii i jeszcze jakiejś innej drużyny z prowincjonalnego polskiego miasteczka, której fani zapewne schlali się w stolicy Litwy.

Po pięciu minutach marszu doszliśmy do, jak to lubią nazywać przewodniki turystyczne: „Historycznej części miasta”. Na pierwszy rzut oka ta część Wilna nie powaliła mnie na kolana. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta – Człowiek odpowiedzialny w Wilnie za renowację zabytków nie przejmuje się tu chyba zbytnio swoimi obowiązkami. Jest to widoczne do tego stopnia, że kwiatki w rodzaju pięknego, zabytkowego budynku, sąsiadującego ze starym, rozsypującym się, komunistycznym kombinatem są rzeczami na porządku dziennym. Po krótkim spacerze zdecydowaliśmy się na utopienie naszych smutków w alkoholu i pójście do knajpy.

Było dla mnie olbrzymim zaskoczeniem, gdy pani kelnerka spytała się nas po polsku: „Co państwu podać?” Cóż, język polski jak widać wciąż jest na Kresach dosyć popularny. Po sytym (niestety nie dla mnie i Michała) posiłku i po zacnym piwie zdecydowaliśmy się kontynuować spacer. Około 21 byliśmy już z powrotem w hotelu.

Cóż w tym momencie stwierdziliśmy, że warto zdać sobie filozoficzne pytanie: „Co robi student trzy dni po sesji?” Po długich filozoficzyczno-moralnych rozważaniach stwierdziliśmy jednogłośnie, że pije. W tej sytuacji zdecydowaliśmy się wysłać oficjalną delegację studentów SGH do pani Krysi z monopolowego z zapytaniem: „Który alkohol jest najtańszy?” I w ten właśnie sposób powstała idea wypicia „martini” ze „spritem”, oczywiście w wersji studenckiej.

Wieczór był długi, a alkohol wchodził. Około 1.00 poszliśmy spać. Pierwszą imprezę po sesji można już było uznać za zakończoną.

20.06.2011 Wilno

Wstaliśmy około 9.00. O dziwo wszyscy byliśmy wypoczęci i gotowi do zrealizowania „potrzeb wyższego rzędu” w piramidzie Maslowa. Taką potrzebą może być chociażby chęć zwiedzenia miasta, do którego przyjechaliśmy. Zaczęliśmy oczywiście od wileńskich kościołów i innych świątyń. Kolejność ich zwiedzania była następująca:

1. Kościół katolicki pod wezwaniem św. Barbary. – Zwyczajny kościółek, podobny do mnóstwa innych w wielu polskich miastach i miasteczkach. Jakoś szczególnie nie wrył mi się w pamięć.
2. Cerkiew prawosławna pod wezwaniem Męczenników Wileńskich. – I tutaj zaczynamy zwiedzanie świątyń przez duże Ś. Oczywiście jak można się domyślać cerkiew posiada bogaty ikonoklast, a do tego ciekawy ołtarz i zielonkawe wnętrze, niespotykane w innych cerkwiach (przynajmniej ja się z czymś takim wcześniej nie spotkałem). Z ciekawostek przyrodniczych – w lewej nawie (czy cerkiew ma nawy?) cerkwi zobaczyłem na oko dwustulitrowy baniak z wodą święconą z nalewakiem. Za drobną opłatą można było nalać sobie wody do dowolnego naczynia – rozwiązanie do bólu praktyczne, lecz dla mnie zarazem bardzo egzotyczne.
3. Kościół unicki pod wezwaniem trójcy świętej. – Dokładniej puste remontowane wnętrze. Sama bryła budynku może robić wrażenie, a wnętrze – w czasie naszej wizyty remontowane i prawie puste, ma potencjał aby nadać kościołowi dodatkowego uroku. Obecnie trudno to miejsce ocenić. Być może inna ekipa Trampów powie nam za kilka lat jak to wszystko się rozwinęło.
4. Kościół jezuicki pod wezwaniem św. Kazimierza. – Opad szczeny, ale … do połowy. Nie dlatego, że kościołowi czegoś brakuje, lecz dlatego że to co potem zobaczyliśmy znacznie przebija Kazika. Mimo tego kościółek raczej pisze się na listę „must seeing”, a decyduje głównie o tym przepiękny ołtarz i organy. Możliwe jest także zwiedzenie kościelnych podziemi, w których znajdują się krypty znanych wileńszczan, ale ze względu na opłatę (która była wprawdzie do przełknięcia, ale była) nie zdecydowaliśmy się na to.
5. Katedra wiedeńska – Dla mnie sporym zaskoczeniem był fakt, że katedra ta zupełnie nie przypomina naszych polskich monumentalnych katedr, jest raczej kameralna, ale właśnie dzięki temu ma swój uniwersalny urok. We wnętrzu uśmiech się do nas duża ilość marmury, lecz na szczęście nie ma tutaj przesytu. Katedra posiada też boczne ołtarze, które z jednym wyjątkiem zostały już odremontowane. Podsumowanie: Kolejna pozycja na liście „must seeing”
6. Baszta na wzgórzu nad katedrą – tak, nie jest to co prawda kościółek, lecz mimo to warto o baszcie wspomnieć. Ze wzgórza rozciąga się piękna panorama miasta. Wejście na basztę jest płatne i z tego powodu znowu włączył się u nas wszystkich z wyjątkiem Ani tryb skąpca. Nie wiem czy Ania widziała dużo więcej niż my, ale szczerze mówią mnie widok ze wzgórza zadowala. Warty odnotowania jest fakt, że było to nasze pierwsze podejście podczas tego wyjazdu :p

Z baszty zeszliśmy w kierunku przeciwnym do historycznej części miast i odbyliśmy przyjemny spacer po zielonej części miasta. Podczas spaceru zaliczyliśmy kolejne wejście, dokładniej mówiąc na wzniesienie z olbrzymi krzyżem. Widoczków było tym razem mniej, gdyż szczyt był zarośnięty. Dalej poszliśmy ulicą Kościuszki do kolejnego kościoła na naszej trasie mianowicie do:

7. Kościół pod wezwaniem świętych Piotr i Pawła. – Osobiście nie lubię kościołów barokowych, ale gdy wszedłem do tego szczena opadła mi w dół, a zęby radośnie zadzwoniły o posadzkę. Ilość rzeźb przyprawiała o zawrót głowy. Każda z nich przedstawiała inny motyw, tak więc mieliśmy spora zabawę w interpretowaniu znaczenia rzeźb. Symbole jakie udało mi się zinterpretować (z czego jestem niezwykle dumny) to symbol memento mori, a także oczywiście walka dobra ze złem. Warto było spędzić trochę czasu w kościółku, gdyż największe architektoniczne perełki były schowane gdzieś na uboczu (jak chociażby piękna malutka kopuła po prawej stronie prawej nawy tuż przy wejściu). Oczywiście w kościele był obecny święty Antoni, co wprowadziło mnie w nastrój pełnego szczęścia. Ostatnia ciekawostka – po lewej stronie lewej nawy tuż przy wejściu stały dwa olbrzymie bębny. Nie mam pojęcia do czego służą, bądź służyły, lecz ciekawie komponują się z bocznym ołtarzem, przed którym stoją. Podsumowanie: Kościół zajmuje pierwsze miejsce na liści „must seeing”. Przed jego zwiedzeniem warto jednak poczytać trochę na jego temat, tak aby w pełni docenić kunszt budowniczych i odszyfrować metaforyczny przekaz niezliczonych rzeźb, znajdujących się na sklepieniu.

Po Piotrze i Pawle nasze żołądki zaczęły domagać się respektowania ich praw, a że stosunkowo niedaleko znajdowała się knajpa toteż nasz proces decyzyjny nie trwał zbyt długo. U miłych pań kelnerek, które naprawdę dobrze opanowały język Mickiewicza, czy Kochanowskiego zamówiliśmy pyszny obiad. Po doładowaniu baków rozdzieliliśmy się na dwie grupy. Ja, Młody, Magda i Michał przejechaliśmy się wileńskim trajtkiem, po czym przeszliśmy jeszcze dwie ulice i znaleźliśmy się u wrót Uniwersytetu Wileńskiego ( w skrócie UW ;p). Reszta pokonała ta samą trasę spacerem. Uniwersytet Wileński (którego fundatorem był notabene Batory) dzieli się na trzy rodzaje wydziałów: wydziały sypiące się, wydziały odnawiane i wydziały odnowione, niestety z największa ilością tych pierwszych. Mimo to campus uniwersytecki jest dosyć klimatyczny, choć nie oduczyłem tutaj zbytnio naukowej atmosfery. Na kapusie znajduje się kościół uniwersytecki, który naprawdę architektonicznie daje radę, wpisałbym go na oddzielna listę: „worth seeing”.

Było już około 19.00, więc zaczęliśmy szykować się już do drogi powrotnej, lub na INO pod nazwą: „Znajdź tani pub”. Kręciliśmy się po historycznej części miasta, aż do momentu, gdy Młody zdecydował się wejść do pewnej bramy i zobaczyć co znajduje się po drugiej stronie. Niektórzy, w obawie, że w tym momencie zaczyna się motyw turystyki partyzanckiej, a pani która właśnie wałkuje ciasto nie zawaha się użyć swojego narzędzia pracy przeciwko wszędobylskim turystom zostali przed bramą. Gdy my, czyli turyści odważni weszliśmy, naszym oczom ukazał się pomnik … gołej baby na niedźwiedziu. I nie wiedzieć czemu to wydarzenie miało tak duży wpływ na naszą turystyczną psychikę, że pozostawiło w niej niezatarte ślady, dostrzegalne przez całą pozostałą część wyjazdu, a szczególnie przez ten wieczór.

Wieczorem, gdy w hotelu popijaliśmy piwo goła baba na niedźwiedziu dalej żyłowała naszą psychikę, a robiła to na tyle skutecznie, że poziom naszej rozmowy dramatycznie spadł. Cóż, na szczęście następnego dnie trzeba było wstać o 5.00 aby zdążyć na autobus na lotnisko, dlatego położyliśmy się stosunkowo wcześnie. Przez sen udało nam się na chwile zapomnieć o gołej babie na niedźwiedziu, lecz koszmar ten będzie w kolejnych dniach powracać do nas na jawie.

21.06.2011 Wilno –Ryga – Tibilisi

Tego dnia wstaliśmy bardzo wcześnie – około godziny 5.00. Po pomyślnym zakończeniu licznych procedur porannego ogarniania się wyszliśmy, aby złapać autobus. Około 6.00 byliśmy już na lotnisku. Dwie godziny później mieliśmy odlecieć do Rygi, lecz najpierw trzeba było się do tego odlotu przygotować zaklejając dokładnie nasze plecaki folią. Po uporaniu się z pierwszym betem, Młody i Iza awansowali na wyższy poziom umiejętności „owijania plecaków folią”, dlatego też pozostawiliśmy im resztę naszych betów, aby mogli expić dalej. Gdy cała procedura zbliżała się już do końca, czujne oko Młodego zauważyło niczego niepodejrzewającą, odwróconą do niego plecami i spokojną Magdę. Była to pokusa, której umysł Młodego nie mógł się przeciwstawić, toteż odwijając szybko folię i szeptem wołając Łukasza, Młody postanowił wprowadzić swój szatański plan w życie. Plan był prosty – owinąć Magdę jak największą ilością folii i wysłać w formie bagażu na pokład Beringa 737, czekającego już zapewne na torby podróżnych. Niestety Magda okazała się szybka jak ważka i już po pierwszym kontakcie ze śliską powierzchnią folii uskoczyła niczym rażona piorunem.

Po zdaniu bagaży i przekroczeniu strefy wolnocłowej nastroje w grupie, ożywionej po widowiskowej walce Magdy z folią, opadły. Na duchu próbował nas podtrzymać Młody, który rozpoczął rozmowę na temat języka litewskiego. Czytając jedną z ogólnodostępnych darmowych gazet samolotowych natrafił on na artykuł, w którym to jeden z litewskich politologów opisywał jak „premieros lenkijas Donaldas Tuskos” wybrał się w poprzednim tygodniu na jakieś spotkanie zagraniczne. Oczywiście cytując fragment tego jakże ciekawego artykułu Młody próbował udowodnić swoją tezę, mówiącą to tym, że niemal wszystkie wyraz litewskie da się odgadnąć poprzez dobranie odpowiedniego słowa polskiego i zakończenia go końcówką „os”, bądź „as”. Empiria zdawała się do pewnego stopnia potwierdzać tą teorię.

Lot z Wilna do Rygi należy chyba do jednych z najkrótszych spośród wszystkich lotów obsługiwanych przez linie lotnicze w Europie. Trwa on około 25 minut, a samolot musi zapewne lecieć po paraboli. Jedynie przez 5 minut można mieć odpięte pasy. Czas ten wystarcza stewardessie na przejście wózkiem z kanapkami z wejścia przy kabinie pilota do ostatnich rzędów siedzeń i z powrotem aby go odstawić. Jeżeli cała procedura pójdzie szybko zostaje jakieś 20-30 sekund na poprawienie makijażu. Potem trzeba już zapiąć pasy i psychicznie przygotować się do lądowania.

W naszym przypadku lądowanie przebiegło pomyślnie i wyjątkowo gładko. Około 8.30 czekaliśmy już na przystanku autobusowym. Dziesięć minut później wsiedliśmy do autobusu, jadącego w kierunku centrum. Podczas jazdy autobusem Młody dokonał profanacji najwyższego stopnia. Wyobraźcie sobie, że ów człowiek miał czelność zająć miejsce … na tronie pani bileterki. Na jego usprawiedliwienie może działać fakt, że obecnie system kupowania biletów u pani bileterki – spuścizna po dawnym ZSRR już nie działa, a bilety kupuje się w kiosku, bądź biletomacie.

Po około 20 minutach dojechaliśmy do centrum. Pierwszym z zabytków, który rzucił nam się w oczy był siermiężny radziecki pomnik, przedstawiający zapewne bohaterów dawnego sojuzu, którzy to przypominali wielkie skalne kloce i powalali ciężkością. Pomnik zdecydowanie mi się nie spodobał, dużo ładniejszy jest moim zdaniem Pomnik Braterstwa Broni przy Dworcu Wileńskim na Pradze.

Tuż obok pomnika znajduje się Muzeum Radzieckiej Okupacji Łotwy w latach 1945-1990. Z zewnątrz budynek wygląda ładnie, lecz nie mogą stwierdzić jaki jest w środku, gdyż czas nas gonił, a wchodząc do środka dużo byśmy go zmarnowali.

Tuż za muzeum zaczyna się historyczna część miasta, a bogactwo zabytków jest tu tak wielkie, że nie ma się nawet o czym rozwodzić. Trzeba to po prostu zobaczyć na własne oczy. Gorąco do tego zachęcam, gdyż Ryga zrobiła na mnie naprawdę piorunujące wrażenie, jest moim zdaniem dużo ładniejsza niż Wilno, a słyszy się o niej nie wiedzieć czemu zdecydowanie mniej. Wielkim plusem tego miasta jest to, że w jego historycznej części aż roi się od ulicznych grajków, którzy dodają miastu niesamowitego klimatu, a ich muzykę słychać w wielu wąskich uliczkach. Ważniejsze zabytki miasta, które udało się nam zobaczyć to:

1. Katedra Ryska – piękna gotycka katedra, o bardzo surowych murach, niezwykle monumentalna. Zbudowana jest ona oczywiście z czerwonej cegły, podzielona klasyczne na nawy. W środku, jak w wielu katedrach gotyckich można zaobserwować piękną grę świateł, a także witraże. Wnętrze katedry jest surowe, ornamentyki brak, co jest zrozumiałe, bo przecież to gotyk. Jedno z pierwszych miejsc na ryskiej liście „must seeing”.
2. Pomnik radziecki na byłym Placu Stalina – plac posiada obecnie nową nazwę, której nie udało mi się zapamiętać. Na pomniku przedstawiona jest kobieta, stojąca na niezwykle wysokim cokole i trzymającą w rękach wyciągniętych pionowo w górę trzy gwiazdy (dawniej był to oczywiście sierp i młot). Pomnik jest ponoć jednym ze źródeł łotewskiej dumy narodowej, jest czymś na kształt naszego Pomnika Nieznanego Żołnierza. Jest oczywiście monumentalny, bije od niego aura reprezentatywnej „radzieckości”, lecz moim zdaniem naprawdę piękny. Podczas naszej wizyty udało nam się zaobserwować zmianę warty pod pomnikiem. Nie wyglądała ona w sposób klasyczny. Panowie żołnierze szli specyficznym krokiem po sobie tylko widocznych liniach, a samo przekazanie warty wyglądało na bardzo reprezentatywne. Ponoć jeszcze stosunkowo niedawno łotewska Młodzież Mszechpolska pilnowała podczas każdej zmiany warty, aby żaden turysta nie śmiał się dotknąć bohaterskich żołnierzy łotewskich. Na szczęście wygoniono już stamtąd tych idiotów i na ich miejsce postawiono żołnierza – ochroniarza.
3. Łotewski budynek przypominający nasz Pałac Kultury i Nauki – dużo gorsza wersja naszego PKIN-u – dużo niższa, zbudowana z gorszych materiałów, niezbyt elegancka zarówno na zewnątrz jak i w środku. Z wejście na górę trzeba podobnie jak u nas słono płacić, a że pałac nie zrobił na nas zbytniego wrażenia nie zdecydowaliśmy się na to.

Po drodze udało nam się zjeść za stosunkowo niewielkie pieniądz w lokalu przypominającym nasz bar mleczny, prowadzonym przez Rosjan. W środku były rosyjskie porządku (nie w negatywnym tego słowa znaczeniu)– można było zjeść obiad i zamówić do niego setkę wódki, albo koniaku – bardzo praktyczne. Pewne rosyjskie małżeństwo siedzące obok nas strzeliło sobie właśnie taki obiadek z wódą/koniakiem na deser. Po zwiedzeniu łotewskiego PKIN-u udaliśmy się jeszcze raz w stronę historycznej części miasta, aby dokładniej zwiedzić rynek, wpisany notabene na listę UNESCO. Opłacało się – rynek ryski jest naprawdę piękny. Spędziliśmy na nim trochę czasu słuchając muzyki granej przez ulicznych grajków i kataryniarza, czy robiąc sobie zdjęcia. Nagle zrobiła się godzina 17.00 i trzeba było już się zbierać na lotnisko. Lot mieliśmy o 19.00. Wylecieliśmy więc z Rygi w kierunku Tbilisi, gdzie wyładowaliśmy około 0.30. Podczas lotu wszyscy z nas wpadli w objęcia Morfeusza. Po wylądowaniu noc spędziliśmy na lotnisku śpiąc na sztucznej trawie pod ruchomymi schodami i słuchając przez sen komunikatów, mówiących o tym czego to nie można wnosić na pokład samolotu. Młody – jedyny, który nie spał opowiedział nam później, że wzbudziliśmy na lotnisku spora sensację – ludzie przyglądali się nam dziwnie i robili nam zdjęcia. Ja miałem ich wszystkich głęboko gdzieś (w rzyci) i spałem twardo regenerując siły potrzebne aby przygotować się na następny dzień zwiedzania.

22.06.2011 Tibilisi


Ze sztucznej trawy na lotnisku w Tbilisi zwlekliśmy się około godziny 7.00. Wyszliśmy z lotniska i poszliśmy w kierunku przystanku autobusowego. Miejska marszrutka podjechała po 5 minutach. Wsiedliśmy i niezwłocznie poszliśmy do kierowcy w celu nabycia biletów. Niestety, nominały pieniędzy, które niedawno wymieniliśmy w lotniskowym kantorze, nie pozwalały nam na kupienie większej ilości biletów niż dwa (mieliśmy same grube). Nie przejąwszy się zbytnio tym incydentem machnęliśmy ręką i stwierdziliśmy, że przecież jakoś to będzie.

Po paru minutach kilka przystanków dalej jak na złość wszedł kontroler. Sprawdził bilety wszystkim uczciwym obywatelom gruzińskim i podszedł do nas. Nie chciał słuchać żadnych wytłumaczeń – po rosyjsku wytłumaczył nam, że mamy tylko dwa bilety, a jedziemy grupą ośmioosobową, więc będziemy musieli … W tym momencie jedna z pasażerek krzyknęła coś w stronę pana kontrolera. Nikt z nas nie zrozumiał jak przebiegała ta sprzeczka, ale wyglądać mogło to na przykład tak:

Pasażerka: Ty idioto! Turyści jadą do naszego miasta, a ty od razu chcesz ich naciąć! Debilu oni nie chcą nas oszukać, nie mieli tylko drobnych.

Kontroler: Gówno mnie to obchodzi! Turysta nie turysta każdy bilet musi mieć! Poza tym to nie twoja sprawa. Pilnuj własnej dupy!

Pasażerka: Wyskakuj z tego autobusu chamie jeden! Co to w ogóle jest? Z turystów kasę ściągać! Pewnie i tak wydałbyś wszystko na wódę! Ja już was znam – kanary od siódmej boleści

Kontroler: Jeszcze jakieś uwagi? Biletów nie mają i nic mnie nie obchodzi! A ty zawrzyj gębę i nie wtrącaj się

Po chwili powstał w autobusie tumult. Każdy pasażer zaczął coś krzyczeć, a najbardziej wcześniej wspomniana pani pasażerka, która od początku zaczęła nas bronić. Owa kobieta była niskiego wzrostu, miała na oko 50 lat i ciemnobrązowe długie włosy. Była dosyć gruba jak na polskie warunki, ale w Gruzji jej wygląd nie wzbudzał sensacji. W oczach miała coś „radzieckiego” i wschodniego, coś czego nie potrafię nazwać. Ta właśnie cecha kazała jej podjąć walkę z panem kontrolerem, to właśnie to coś decydowało o jej stosunku do nas. Walkę, na nasze szczęście wygraną. Już na pierwszy rzut oka było widać, że jest kobietą emocjonalną, bardziej nawet niż inni Gruzini, słynący przecież ze swojego porywczego charakteru. W kolejnych zdaniach zaczęła zapewne jeszcze bardziej (a na pewno głośniej) atakować kontrolera. Dwie stacje dalej kontroler nie wytrzymał i wyszedł rzucając zapewne jeszcze parę głośnych przekleństw na obchodne. Przystanek później wyszła owa kobieta.

Przyglądając się całej scenie od początku byliśmy w głębokim szoku. Nic nie mówiliśmy między sobą. Wydawało nam się, ze kłótnia z czasem zmienia zupełnie swój charakter. Po 5 minutach nie chodziło już zupełnie o ośmiu turystów z Polski jadących na dwóch biletach. Afera, której przedmiotem początkowo byliśmy z czasem oddaliła się zupełnie od nas. Mogliśmy zupełnie spokojnie wyjść na którymś przystanku, a żaden pasażer marszrutki nie zauważyłby że coś się stało. Wot gruzińska gościnność.

Gdy kobieta wysiadła zapomnieliśmy jej nawet podziękować. Na obchodne rzuciła nam swój, niepotrzebny już do niczego bilet i uśmiechnęła się do nas. W ślad z nią poszedł pewien mężczyzna w średnim wieku. Po tym fakcie zupełnie zgłupieliśmy. Czego można oczekiwać od kraju, w którym łamiący prawo turyści chronieni są przez parasol gościnności jego mieszkańców, a każdy, kto choć najdelikatniej wspomni o wyciąganiu z tej sytuacji konsekwencji zostanie przykładnie zrugany i sklęty od góry do dołu? Niedługo później mieliśmy się o tym przekonać.

Jechaliśmy dalej rozważając między sobą jaką to właśnie sensację wzbudziliśmy wśród Gruzinów. Wysiedliśmy niedaleko centrum, dziękując na obchodne za pomoc.

Dzielnice w Tbilisi dzielą się na cztery rodzaje: Dzielnice reprezentatywne, wyglądające niczym lepsze części warszawskiej Pragi, historyczną dzielnicę zabytkową o powierzchni nieprzekraczającej kilometra kwadratowego, dzielnice wokół ruin muru obronnego pełne w miarę dobrze utrzymanych i trudnodostępnych domów, które są zapewne gruzińskimi willami i pozostałe sypiące się dzielnice, przypominające zniszczoną Warszawę z późnych lat czterdziestych, gdy dzieci bawiły się granatami i minami-niewypałami przed tym co pozostało z ich domów po bombardowaniu. Po wyjściu z autobusu weszliśmy do dzielnicy tego ostatniego typu.

Rozciągająca się nad dzielnicą popielato-szara smuga biedy, przeganiana tylko od czasu do czasu widokiem świątyni amerykańskiego kosumpcjonizmu o nazwie Mc Donald’s nadawała ton tej dzielnicy. Główne ulice, choć otoczone zniszczonymi domami próbowały bezskutecznie zakryć to, co stanowiło jądro tej dzielnicy. Asfaltowa iluzja nowoczesności i europejskości działała na zmysły omamiając wielu Gruzinów, którzy w przeszłości przyjechali do stolicy za chlebem, a skończyli żebrząc na ulicy. Bez pretensji, bez żalu, bez smutku. Nawet z żebrania można się w Tbilisi utrzymać. Żebranie jest traktowane to jak każda inna praca. Codziennie. W tym samym miejscu. Od 8.00 do 16.00.

Gdy doszliśmy do końca ulicy zatrzymaliśmy się przy jednej ze stacji metra i rozdzieliliśmy się a dwie grupy. Zaplecze lingwistyczne w składzie ja, Młody i Magda zaczęło już szukać miejsca noclegowego po to aby móc zostawić tam bety i pójść na lekko w miasto. Za radą przewodnika Lonley Planet odwiedziliśmy trzy prywatne noclegownie. W każdej coś nam nie pasowało – albo cena, albo warunki, albo brak innych turystów. Do czwartej, ostatniej noclegowni weszliśmy po około 40 minutach. Dwupiętrowy rozsypujący się budynek, przypominający XIX-wieczną kamienicę czynszową nie nastawił nas optymistyczne do tego miejsca. Przed bramą powitała nas miła Japonka, mająca zawieszony na szyi najnowszy model aparatu cyfrowego. Pokazała nam którędy do Iriny. Weszliśmy w podwórko pełne kręcących się pod nogami dzieci. Noclegownia znajdowała się na najwyższym piętrze. Przeszliśmy klatkę schodową, weszliśmy do otwartych na oścież drzwi i oczom naszym ukazał się niezwykle gruba kobieta siedząca przy komputerze i trzymająca papierosa w ręku. W dymie papierosowym, którym wyraźnie lubiła się zaciągać, z delikatnym makijażem i wodzowskim spojrzeniem wyglądała niczym burdelmama dyskretnie pilnująca kręcącego się interesu. Jej oczy zdawały się mówić: „Dobra sprawa wygląda tak: Płacicie trzy dychy i miłej zabawy.” Jednakże pod tą cielesną powłoką kryła się niezwykle uprzejma Gruzinka, doskonale porozumiewająca się po Rosyjsku i lubiąca duże grupy turystów, szczególnie jeżeli byli z Polski. Za stosunkowo niewielką cenę biorąc pod uwagę warunki dostaliśmy sześcioosobowy pokój, oraz dwa miejsca w pięcioosobowym. Radośnie rzuciwszy bety na łóżka wybraliśmy się na zwiedzanie Tbilisi na lekko.

Zwiedzanie miasta zaczynamy do Placu Wolności, dawniej zwanego Placem Stalina, na którym znajduje się kolejna rzeźba w radzieckim stylu. Złoty koń z jeźdźcem na karku przygotowujący się do galopu stojący na dwóch nogach postawiony jest na wysokim cokole. Wokół placu pełno jest reprezentatywnych budynków. W jednym z nich położonym dokładnie za końskim ogonem znajduje się informacja turystyczna, do której to zajrzeliśmy nacieszywszy się widokiem placu. Po przywitaniu miła pani pracująca w informacji zaczęła przepraszać nas, że bezpłatne mapy miasta znajdują się jeszcze w druku. Po krótkiej rozmowie skierowała nas w stronę starego miasta. Gdy na obchodne rzuciliśmy że jesteśmy Polakami pani zaczęła składać się w scyzoryk i życzyła nam miłego wypoczynku. Dla czekających za nami w kolejce Czechów aż tak miła już nie była.

Za radą pani z informacji turystycznej udaliśmy się na Stare Miasto, które szczerze mówiąc nie zrobiło na nas wielkiego wrażenia. Na historyczną część miasta składa się raptem kilka wąskich uliczek pełnych drogich jak na gruzińskie warunki restauracji i kawiarni. Wszystko to połączone jest z druga stroną rzeki pięknym pieszym mostem prowadzącym do „zielonych płuc miasta” – dzielnicy wypoczynkowej, „dobrze zagospodarowanej przestrzeni miejskiej” jak zwykło się nazywać takie miejsca w Europie.

Po krótkiej wizycie na starym mieście udaliśmy się w stronę ruin murów miejskich oglądając po drodze cerkiew ormiańską. Cerkiew z wyglądu znacznie różniła się od cerkwi europejskich. Zbudowana była z ciemnego kamienia. Miała ciemne, surowe wnętrze. Była bardzo mała i nie posiadała niemal żadnych obrazów. Piękny drewniany ołtarz zdawał się lekko kłócić się z resztą, ale idąc na kompromis można był się do tego widoku przyzwyczaić. Ponad cerkwią na szczycie wzgórza znajduje się kościół katolicki. Niestety jego wrota były zamknięte. Kościół był otoczony ruinami murów pochodzących z XII wieku. Idąc dalej można było dojść do (baszty?), z której to roztaczał się wspaniały widok na miasto. W pobliżu murów znajdowały się w miarę zadbane domy, należące zapewne do najbogatszych mieszkańców Tibilisi. Dalej widać było Starówkę ozdobny most pieszy i całą resztę. Z tej wysokości bieda nie rzucała się tak w oczy.

Po godzinie byliśmy już z powrotem na dole. Zwiedziliśmy kolejny kościół i pomnik założyciela miasta na koniu, który to przypomina po trosze pomnik Poniatowskiego przed pałacem prezydenckim, jest jednak od niego bardziej monumentalny. Następnie udaliśmy się w kierunku dzielnicy rekreacyjnej z pieszym mostem. Sam most sprawiał wrażenie rzeczy, która została wrzucona w ten rejon zupełnie od czapy i bez chwili zastanowienia, lecz przyglądając się okolicy bliżej można odnieść wrażenie, że most w kształcie olbrzymiej szklanej żółwiej skorupy znakomicie do niej pasuje, celowo z nią kontrastując. W pobliżu mostu znajdują się fontanny, które to wieczorem umilają czas mieszkańcom tworząc muzyczno-wizualne przedstawienie. Dalej widać plac zabaw i wielkie szachy, w które to nie omieszkaliśmy zagrać. Niestety już podczas gry okazało się, że Bartek to wytrawny gracz, uczestnik kółka szachowego w szkole podstawowej i właśnie ten fakt zdecydował o tym, że już po 15 minutach skapitulowałem. Po mojej porażce wróciliśmy do Irinki.

Wieczorem zdecydowaliśmy się wrócić, aby obejrzeć przedstawienie muzyczno-wizualne w wykonaniu fontann. Niektórzy, bez wymieniania nazwisk stwierdzili, że fontanny są beznadziejne, że tryskają woda nie do rytmu, że w Warszawie są lepsze i w ogóle to chce mi się iść na piwo. Po 15 minutach posłuchaliśmy tej rady i udaliśmy się na Stare Miasto, po to tylko, aby zasiąść w knajpie, wypalić fajkę wodną i wypić piwo. Do hotelu wróciliśmy metrem.

Metro w Tibilisi znacznie różni się od metr warszawskiego. Jest położone niezwykle głęboko pod ziemią. Ruchome schody, które są znacznie szybsze niż znane nam z metra w Warszawie potrzebują aż dwóch minut, aby zawieźć podróżnych pod ziemię. I nic dziwnego, gdyż za ZSRR metro pełniło także funkcję schronów przeciwlotniczych. Stacje metra są niezwykle ciemne i nie powalają myślą architektoniczną. Wszystkie z nich zbudowane są według takiego samego projektu, a że od upadku sojuzu minęło już 20 lat to niektóre z nich po prostu się sypią. Tylko pociągi są takie same jak w Warszawie.

Po 20 minutach byliśmy już z powrotem w hotelu. U Irinki posnęliśmy szybko. Spaliśmy niezwykle twardo.

23.06.2011 Tibilisi – Pociąg Tibilisi-Erewań

Dzień ten rozpoczął się od jajecznicy made by Młody. Chylę czoła talentowi kucharskiemu byłego prezesa KTE, gdyż jajecznica była naprawdę zacna, szczególnie jeżeli została dodatkowo okraszona ostra papryczką. Już podczas śniadania pani Irina była wyraźnie zafascynowanie naszą grupa. Polubiła nas do tego stopnia, że zdecydowała się porozmawiać ze mną na osobności w jej prywatnym pokoju. Opowiedziała mi trochę o sobie. Dowiedziałem się, że jest ona profesorem farmacji na uniwersytecie medycznym w Tbilisi. Porozmawialiśmy trochę o turystycznych dolegliwościach. Jako dobra ciocia pani Irina doradziła mi w jaki sposób przyzwyczajać się do gruzińskiej, bardzo tłustej kuchni i jakie leki należy spożywać jeżeli złapie się ostrą sraczkę. Opowiedziała też o swoich sąsiadach, którzy to poprzez oszczercze plotki i pomówienia psują jej interes. Irinka ma ich wszystkich głęboko w rzyci i nie przejmuje się takimi głupotami. Mimo usilnych starań sąsiadów interes Irinki kręci się jak mało który, a turyści walą drzwiami i oknami.

Tuż po śniadaniu udało mi się dorwać do przeznaczonego dla gości komputera i sprawdzić wyniki egzaminów. Odetchnąłem z ulgą – sesja została bez problemów zaliczona, wszystkie egzaminy zdane, ze statystyki 4,5 i nie będzie kampanii wrześniowej.

Około 10.00 wyszliśmy na miasto zostawiając rzeczy u Irinki. Poszliśmy w kierunku wesołego miasteczka położonego na wzgórzu. Do wesołego miasteczka można dojechać kolejką górską, lub miejską marszrutką. My zdecydowaliśmy się na tę pierwszą opcję, lecz już na miejscu okazało się że kolejka jest nieczynna. Na górę prowadziły schody znajdujące się po prawej stronie torów. Gdy zapytaliśmy się strażników czy możemy po nich wejść na górę ci roześmiali się, lecz powiedzieli że droga wolna. Nikt z nas nie przypuszczał, że przyjdzie nam pokonać ponad 1500 schodków, czyli jak wynika z prostego rachunku ( m) pokonaliśmy przewyższenie wyższe niż wysokość Pałacu Kultury i Nauki! Po morderczej wspinaczce dosięgnąłem w końcu drzwi prowadzących wydawałoby się do wejścia na teren wesołego miasteczka po to tylko, aby odbić się bezwładnie od nich. Drzwi były zamknięte. Teraz przynajmniej wiedzieliśmy już z czego śmiali się ochroniarze na dole. Byliśmy zdesperowani i zmęczeni, lecz nagle naszym oczom ukazała się ścieżka. Nie zastanawialiśmy się długo i weszliśmy na nią. Po chwili przeskoczywszy ogrodzenie znaleźliśmy się na terenie wesołego miasteczka, gdzie udało nam się znaleźć ławki.

Byliśmy nieziemsko zmęczeni. W pewnym momencie siedząc na ławkach usłyszeliśmy muzykę, a dokładniej coś na kształt dziecięcej rymowanki. Poszliśmy za jej śladem i nagle naszym oczom ukazały się małe dzieci jedzące watę cukrową z balonikami w rękach. Przychodziły tu całe rodziny na błogi wywczas. Atmosfera była pełna sielanki. Dla nas – zmęczonych morderczym wejściem po schodach muzyka ta była iście psychodeliczna. Patrzyliśmy po sobie i pytaliśmy się nawzajem: „Jak to jest możliwe? My tu wychodzimy z siebie, jesteśmy spoceni jak myszy, a na górze małe dzieci chodzą sobie po wesołym miasteczku z balonikami i watą cukrową? To wszyscy zapindalają tak po schodach? Małe dzieci mają lepszą kondycję niż stare Trampy?” Odpowiedzi na nasze pytania nie trzeba było długo szukać. Po lewej stronie, zaledwie 100 metrów od górskiej kolejki znajdował się przystanek autobusowy, na którym zatrzymywały się miejskie marszrutki wiozące całe rodziny na sielski odpoczynek w wesołym miasteczku. Czuliśmy się przegrani, zwłaszcza, że jednorazowy bilet miejski kosztuje w Tbilisi równowartość naszych 50 groszy…

Następne 3 godziny spędziliśmy w wesołym miasteczku. Także i nam udzieliła się atmosfera sielanki. Spacerowaliśmy powoli i spokojnie, donikąd się nie spiesząc. Z góry roztaczał się wspaniały widok na miasto. Miejscami wiał siny wiatr, który lubił zwiewać czapki z głów.

Około 14.00 nasze żołądki zaczęły skręcać się w kulki. Poszliśmy więc na przystanek i zainwestowaliśmy owe 50 groszy w bilety, chociaż były głosy namawiające nas do zejścia na dół schodami.

Około 15.00 zamówiliśmy obiad na który składało się:

1. Khatsapuri – coś na kształt ciasta francuskiego z różnymi dodatkami (najczęściej serem) w środku, zazwyczaj o lekko słonawym smaku. Większości z nas przysmak tan zdecydowanie przypadł do gustu, lecz mi jakoś nieszczególnie.
2. Khinkali – danie podobne do naszych pierogów, różniące się jedynie kształtem i oczywiście dużo bardziej intensywnym smakiem. Ciasto jest natomiast zdecydowanie twardsze niż pierogowe. Nadzienie to najczęściej ser, mięso, lub grzyby – tych z grzybami radzę nie brać, bo na pewno nie one są lekkostrawne.
3. Ojakhuri – ziemniaki z niezwykle twardym do ugryzienia mięsem wołowym pieczone w tłuszczu i podawane na półmisku. Zdecydowanie odradzam – po pierwsze danie zdecydowanie za tłuste, po drugie na wołowinie można sobie zęby połamać. Danie to zapamiętam jako jedno z nielicznych, które mnie pokonało – nie dojadłem go do końca. Smakowo szału nie ma.
4. Wątróbkę z cebulką i ziemniakami – zamówiliśmy to bo Magda miała już pierwsze problemy żołądkowe i chciała zjeść coś lekkiego. Nic z tego! Gruzińska wątróbka z cebulką jest smażona razem z ziemniakami w głębokim tłuszczu i podawana podobnie jak ojakhuri na półmisku.

Po obiedzie wybraliśmy się na dworzec kolejowy w celu nabycia biletów na pociąg relacji Tbilisi-Erewań. Udało nam się kupić miejsca w plackartnej za niewygórowaną cenę 25 zł od osoby. Pociąg odjeżdżał o 20.20, a trzeba było dokonać jeszcze pociągowych spożywczo-monopolowych zakupów, więc resztę czasu poświęciliśmy właśnie na to. Udało nam się jeszcze wrócić do Irinki po plecaki, pożegnać się z nią i już o 20.00 weszliśmy do świeżo podstawionego pociągu, a godzinę później radośnie piliśmy piwo. Po krótkiej imprezie około godziny 23.00 położyliśmy się spać. Nasz sen nie trwał długo – pół godziny później musieliśmy wyskakiwać z paszportów i przygotować sobie 10 dolarów na wizę aby przekroczyć granicę gruzińsko-ormiańską. Procedury trwały niezwykle szybko i już po 15 minutach ruszyliśmy w dalszą drogę. Po przestawieniu zegarków o jedną godzinę położyliśmy się spać na niezwykle wygodnych miejscach leżących w gruzińskiej plackartnej.

24.06.2011 Erewań – jezioro Kari – nocleg po Aragatem

O 7.30 zostaliśmy obudzeni przez konduktora. Zdaliśmy pościel, spakowaliśmy to co pozostało po naszej imprezie i usiedliśmy czekając spokojnie na stację końcową. Za oknem rozciągał się przepiękny widok na górę Ararat – monumentalny, niezwykle wysoki i potężny samotny szczyt znajdujący się gdzieś w środku tureckiego stepu, zamieniającego się miejscami w półpustynię. Właśnie z tego powodu Ararat jest doskonale widoczny nawet z odległości kilkunastu kilometrów. Jeżeli widoczność jest dobra odległość, z której go widać rośnie wykładniczo, przekraczając niekiedy 100 km.

Do Erewania dojechaliśmy między 8.00 a 9.00. Dworzec, zbudowany na modłę sowiecką, czyli przypominający pałac, jest tutaj doskonale utrzymany. Do centrum dotarliśmy około 10.00. Przy jednym z głównych placów Erewania zdecydowaliśmy podzielić się na dwie grupy. Pierwsza, w składzie ja, Bartek, Magda i Michał poszła od razu zwiedzać miasto, mając na to zaledwie 3 godziny. Druga – Młody, Ania, Łukasz, Iza zdecydowali się pójść na zakupy spożywcze, gdyż jeszcze tego samego dnia mieliśmy wyjechać w góry. O 13.00 na tym samym placu miała nastąpić zmiana ról.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od erewańskich kaskad, położonych w samym centrum miasta. Kaskady zostały zaprojektowane przez lokalnego, cieszącego się estymą społecznika, artystę, za jego własne pieniądze. Z zewnątrz przypominają one nieco piramidy ze starożytnych miast Inków. Poniżej kaskad położony jest zespól parkowo-ogrodowy, pełen różnego rodzaju rzeźb (np. rzeźby gołego faceta z tarczą – tym razem dla odmiany. Facetowi notabene niczego nie brakuje :p) Wewnątrz „piramidy” natomiast znajdują się liczne muzea sztuki podzielone według gatunków, dominuje tutaj jednakże sztuka współczesna. Ze szczytu piramidy roztacza się wspaniały widok na Erewan, widać też stamtąd Ararat. Warto dodać, że aby się tam dostać należy pokonać 800 schodków, co było dla nas liczbą wprost śmieszną po przygodzie z wesołym miasteczkiem poprzedniego dnia.

Kolejnym punktem, do którego chcieliśmy dotrzeć był uniwersytet w Erewaniu, zamknięty niestety, ze względów bezpieczeństwa dla osób spoza uczelni. Z zewnątrz uniwersytet wygląda nieźle. Po drugiej stronie ulicy znajduje się muzeum ormiańskiego poety i wieszcza narodowego (którego imienia oczywiście już nie pamiętam). Poszliśmy tam, lecz nie zdecydowaliśmy się na zwiedzanie, z powodu braku czasu. Szkoda, bo wejście było za pół darmo (400 dram = 3 złote), a muzeum z zewnątrz wyglądało naprawdę ciekawie.

Po nieudanej próbie zwiedzenia uniwersytetu bardzo chcieliśmy zwiedzić jego kampus. Szukając go natknęliśmy się na pewien kościółek katolicki położony na terenie osiedla mieszkalnego, pełnego studentów erewańskiego ASP, próbujących dokładnie go odwzorować. Zapewne mieli jeszcze sesję i wykonywali właśnie swoje prace zaliczeniowe. Po wejściu do kościółka na krótką modlitwę udaliśmy się w kierunku erewańskiego meczetu.

Meczet w Erewaniu został zbudowany w XVII wieku, kiedy to Armenia była częścią Persji. W tym okresie wielu Ormian przyjęło wiarę w Allacha i do dziś niewielka populacja mieszkańców stolicy pozostała muzułmanami.

Do środka meczetu zostaliśmy wpuszczeni dzięki uprzejmości pewnej pani w średnim wieku, świetnie porozumiewającej się po rosyjsku i angielsku. Nie wymagała od nas nawet zakrycia ramion! Opowiedziała nam też w telegraficznym skrócie historię meczetu. Wszystko to za darmo. Muzułmanie w Erewaniu są bardzo postępowi. Żadna z widziany mu muzułmańskich kobiet nie nosiła hidżabu, czy chociażby burki.

Było już po 12.00, więc zdecydowaliśmy, że meczet będzie tego dnia naszą ostatnia atrakcją turystyczną. Udaliśmy się w kierunku głównego placu., gdzie już czekała na nas pozostała część ekipy. Nastąpiła zamian – my do sklepu, oni na miasto.

Po 16.00 udaliśmy się w kierunku przystanku autobusowego. Chcieliśmy dojechać nad jezioro Kari. Niestety, już na miejscu okazało się, że jedna z marszrutek pojechał, druga jest już pełna, a trzecia będzie za półtorej godziny. Zdecydowaliśmy się więc załatwić sprawę prywatnie i za 20 000 dram (czyli 150 zł) jeden z kierowców marszrutki, który już miał jechać na bazę zgodził się podwieźć nas najpierw nad jezioro.

Trasę 80. kilometrów z Erewanie nad jezioro Kari pokonaliśmy w ponad 3 godziny. Spowodowane było to głównie różnica wysokości, jezioro leży bowiem około 3200 n.p.m. Asfaltowa droga, po której jechaliśmy nie był też najwyższej jakości, co dodatkowo spowolniło naszą marszrutkę.

Gdy po godzinie 20.00 wyszliśmy na zewnątrz uderzyła w nas fala zimna – rzecz normalna na tej wysokości. Po krótkiej rozmowie z kierowcą i jednym panem z pobliskiego obserwatorium astronomicznego, poszliśmy szybko w kierunku miejsca noclegowego. Miejsce to przypominało po trosze nasz PTSM – za 15 000 dram (około 110 zł) pozwolono całej naszej ekipie spędzić dwie noce w pokoju bez łóżek, lecz za to dosyć dobrze ogrzewanym. Nocleg wyszedł nas zatem taniej niż dojazd.

Jezioro Kari to jezioro położone pod samym szczytem Aragatu. W jego okolicy znajduje się stare, pamiętające jeszcze czasy radzieckie i w większości nieczynne już obserwatorium astronomiczne. Miejsce zostało wybrane nie bez kozery – niebo nocą jest tu pełne gwiazd.

Nie mając wiele do roboty około godziny 23.00 poszliśmy spać. Nad nami parafrazując Kanta znajdowało się niebo gwiaździste, a prawo moralne było w nas. Usypiając wielce żałowałem faktu, że tak niewiele czasu spędziliśmy w Erewaniu, było to jednak wytłumaczone wysokimi cenami hosteli (od 6 000 dram za osobę = 45 zł i wyżej). Erewań zrobił na mnie spore wrażenie. Nie przeszkadzało mi, że ludzie jeżdżą tutaj w większości ponad trzydziestoletnimi ładami. Zauroczył mnie natomiast bardzo europejski charakter miasta. Miasta ludzi warto dodać względni bogatych i zadbanych. Z całą pewnością byłbym w stanie tu wytrzymać mieszkając nawet na stałe, czego nie mogę powiedzieć o Tibilisi. Szkoda, że nie udało nam się odkryć jego podskórnego piękna, pospacerować jakimiś wąskimi uliczkami, przejść się na ormiański targ, słowem zaznać tego wszystkiego, czego nigdy nie zaznają mainstreamowi turyści wypoczywający w tunezyjskich pięciogwiazdkowych hotelach w taryfie all inclusive. Pogrążony tymi myślami zasnąłem oczekując nadejścia następnego dnia, podczas którego zdobyliśmy najwyższą górę Armenii – Aragat.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 12 sie 2011, 11:57 
Offline
duża złota
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 wrz 2007, 17:22
Posty: 763
Lokalizacja: Łuków
Whoa, Cyrylu, szacun!

Na razie zerknęłam tylko na początek (resztę przeczytam później) i chciałam sprostować jedną nieścisłość - 19 czerwca były moje urodziny, nie imieniny :D


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 12 sie 2011, 18:15 
Offline
mała brązowa

Rejestracja: 22 wrz 2010, 13:33
Posty: 72
Lokalizacja: Legionowo
Dobrze, dobrze. Oto właśnie chodzi. Wyłapujcie nieścisłości. Mogłem popełnić błędy, przecież nikt nie jest doskonały nawet ja :P (choc niewiele mi brakuje ;) )


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 18 sie 2011, 20:18 
Offline
III norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 21:15
Posty: 2080
Lokalizacja: Zewsząd
Zacniutko, długa noc przed mną!

_________________
Życie jest – panie - ważne w życiu. Póki się je czuje, to jest dobrze. Tyle.
ciągle pamiętamy-->śmietana szatana na twarzy banana
Ot, zdrowie!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 22 sie 2011, 0:57 
Offline
mała brązowa

Rejestracja: 22 wrz 2010, 13:33
Posty: 72
Lokalizacja: Legionowo
Tak Młody. Za mną też jest już długa i owocna noc. Oto II cześć mojej relacji. W wordzie jak na razie 18,5 strony. Tak więc niniejszym przedstawiam państwu relację z dni 25.08-27.08.2011



25.06.2011 Wejście na Aragat – nocleg pod Aragatem

Tego dnia obudziliśmy się około godziny 8.00, O 9.00 byliśmy już gotowi do wyjścia. Naszym celem był Aragat – najwyższa góra Armenii, siostra leżącego już po stronie tureckiej Araratu. Zaczynaliśmy oczywiście od wysokości jeziora Kari, czyli od około 3200 m.n.p.m., a docelowo chcieliśmy wspiąć się na najwyższy szczyt Aragatu o wysokości 4090 m.n.pm., co udało nam się połowicznie. Aragat jako wygasły wulkan posiada cztery szczyty, z których dwa przekraczają magiczną wysokość 4000 metrów.

Początkowo szliśmy po podmokłej powierzchni o dosyć niewielkim nachyleniu, która szybko ustąpiła ciągle jeszcze zalegającemu na tej wysokości śniegowi. Szliśmy przełęczą, która to z kroku na krok stawała się coraz bardziej stroma. W pewnym momencie podzieliliśmy się na dwie grupy – grupę idącą śladem Izy i Magdy, która to zdecydowała się włoić na grzbiet szczytu południowego i dalej idąc nim zdobyć szczyt i drugą, idącą konsekwentnie przełęczą, która to weszła na szczyt podchodząc do niego dokładnie od zachodniej strony (?). Pierwsi szczyt zdobyli ci, którzy zaufali doświadczeniu i wprawnym oczom Izy i Magdy. Po 10 minutach dołączyła do nich grupa druga. Widok roztaczający się z południowego szczytu Aragatu zapierał dech w piersiach. Widoczność była dobra, widać było nawet Ararat. 3900 m.n.p.m zostało zdobyte bez większych problemów.

Problemy zaczęły się dopiero w momencie zejścia. Idąc dalej na zachód do miejsca zaznaczonego na mapie jako ścieżka, oczom naszym ukazała się przepaść. Podczas gdy niektórzy z nas zastanawiali się czy opłaca się z niej zeskoczyć, by tym najszybszym możliwym sposobem dostać się do doliny, zawsze czujny Młody sprawdził okolicę i znalazł ścieżkę na dół. Jej nachylenie było tylko minimalnie mniejsze niż nachylenie przepaści, lecz dało się po niej zejść. Tego zejścia długo nie zapomnę – kamienie sypiące się spod nóg, krew, pot i łzy, doprawione szczyptą adrenaliny buzującej w moich żyłach w tych kilku momentach utraty gruntu pod stopami i towarzyszącym im „snowbardowym” zjazdom po wilgotnej nawierzchni zbocza, z którego zdołał już stopić się śnieg. To wszystko wykończyło nasze turystyczne organizmy i kazało nam zaznać odrobiny odpoczynku w dolinie, w miejscu, z którego mieliśmy świetny widok na kolejny szczyt Aragatu – pypeć o wysokości 4040 m.n.p.m.

Odpoczynek, podczas którego większość z nas uzupełniła zapasy utraconej energii, spowodował pewne rozprężenie w naszych szeregach i kazał niektórym z nas dokonać rachunku turystycznego sumienia. Owo turystyczne sumienie, zaczęło nagle wyrzucać pewne fakty Bartkowi, Izie i Michałowi, co niepozwoliło owym trzem zdobywcom pójść w dalszą drogę. Grzecznie dziękując Ani, Cyrylowi, Magdzie, Młodemu i Łukaszowi za współpracę udali się oni w kierunku schroniska.

Ci, którzy pozostali wybrali się w dalszą drogę około godziny 13.00. Wejście, które na pierwszy rzut oka wydawało się strome i niedostępne posiadało sporą zaletę w postaci dużych i w miarę stabilnych kamieni, po których można było bez problemu się wspinać. O dziwo kamienie te nie były pokryte nawet najcieńszą warstwą śniegu, co dodatkowo ułatwiało wspinaczkę. Sielanka skończyła się mniej więcej w trzech czwartych podejścia. Duże kamyczki, ustąpiły miejsca, zgodnie z zasadami erozji i grawitacji, kamyczkom mniejszym, a podłoże stawało się gdzieniegdzie delikatnie grząskie, przy niezmienionym wysokim nachyleniu stoku. Niektórzy, szczególnie ci najmniej doświadczeni adepci sztuki wspinaczki (czytaj ja) zaczęli się ślizgać i zrzucać kamyczki pod nogi tych, którzy szli za nimi. Po około 40 minutach wspinaczki stok zaczął się delikatnie wypłaszczać. Szczyt osiągnęliśmy pięć minut później. Znajdował się tam m.in. niewielki krzyż, dwa kamienie symbolizujące dwóch prominętnych ormiańskich działaczy z komunistycznego Komitetu Centralnego w Moskwie, oraz flaga służąca turystom do wylania na jej delikatny materiał pytań/uwag/wątpliwości/komentarzy. Gdy ujrzeliśmy flagę zorientowaliśmy się, że popełniliśmy wtopę życia. Zapomnieliśmy zabrać na szczyt flagi trampowej! Oczywiście odpowiedzialność za to karygodne w skutkach niedbalstwo dzielą z nami też ci, którzy ową flagę nieśli (bez wymieniania imion/nazwisk/ksywek/inicjałów). Cóż nie mogliśmy zrobić sobie zdjęcia na szczycie Aragatu na wysokości 4040 m.n.p.m z naszym kochanym trampowym smokiem …

Tak czy owak widok z ponad czterech tysięcy metrów zapierał dech w piersiach. Ararat był dla nas na tyle sympatyczny, aby nie znikać za chmurami, a widok z tej wysokości, na miejsce lądowania Arki Noego był niesamowity. Na wschodzie widzieliśmy dalsze szczyty Aragatu i inne pypcie nieśmiało wyłaniające się spode mgły. Na północy i zachodzie widać było natomiast rozległe równiny, zamieniające się gdzieniegdzie w stepy. Po 20 minutach pobytu na szczycie i obowiązkowej sesji zdjęciowej, przeprowadzonej według najnowszych wymogów Facebookowego Urzędu Kontroli Jakości Materiałów Audiowizualnych, udaliśmy się z powrotem w kierunku doliny, ustalając wcześniej, że nie mamy parcia na zdobycie najwyższego szczytu Aragatu. Zmęczenie dawało już o sobie znawać, a zdobycie 4090 m i powrót do schroniska wydłużyłby naszą wycieczkę ( i moją relację :P) do godziny 21.00, co w wysokogórskich warunkach jest zwyczajnie niebezpieczne.

Schodząc w kierunku doliny wyszedł mój brak doświadczenia wysokogórskiego. Idąc jako jeden z ostatnich stawiałem swoje kroki dosyć nieuważnie, powodując tym samym częste mini-lawiny, przeszkadzające innym w schodzeniu. Na szczęście wszystkim udało się zejść cało, a odrobina gimnastyki, podczas omijania mini-lawin nikomu nie zaszkodziła.

Po dojściu do doliny dalsza cześć trasy do schroniska była niezwykle przyjemna. Znowu wróciliśmy na śnieżną czapę. Słońce robiło co mogło, aby ugotować nas żywcem, lecz nie popsuło nam to humorów. W pewnym momencie postanowiliśmy przyspieszyć nasze tempo i korzystając z niewielkiego nachylenia oraz dużej ilości śniegu, postanowiliśmy … zjechać na dupie! Po owym zjeździe, gdy znajdowaliśmy się zaledwie 800 metrów w linii prostej od schroniska poziom naszej adrenaliny we krwi znacząco opadał, co wywołało u mnie i u Magdy senność. Na ostatnim postoju tylko niemoralna propozycja Młodego( cytuję: „No dobra idziemy bez nich”) zdołała szybko postawić nas na nogi.

Do schroniska wróciliśmy około 18.00 i … zdziwieni odkryliśmy, że nasze rzeczy zostały przeniesione do innego pokoju. Właścicielka schroniska zaczęła się nam tłumaczyć, że chciała u nas posprzątać i bla bla bla, a teraz już możemy się z powrotem przenieść, co niezwłocznie uczyniliśmy. Po szybkiej szamie i krótkim odpoczynku poszliśmy oglądać zachód słońca – cześć z nas na murku przed schroniskiem, a cześć na pobliskim wzgórzu. Niestety, zachód nas wyprzedził i mimo naszych usilnych próśb nie chciał poczekać. Posiedzieliśmy więc chwilkę na zewnątrz aby nacieszyć się górami i popatrzeć w gwieździste niebo.

Nie dane mi było cieszyć się gwiazdami przez długi czas. Organizm, zmęczony już wcześniej chorobą turystyczną i spadkiem ciśnienia, dał sygnał żołądkowi i przez 15 minut było nieciekawie. Na szczęście przeszedłem tę chorobę w wersji „lajt” i już po godzinie wszystko wróciło do normy. Lawasz zjedzony na kolację okazał się dla mojego żołądka towarem bezzwrotnym. Mogłem dalej przyglądać się gwiazdom.

Spać poszliśmy około 23.00. Byliśmy wykończeni, ale też szczęśliwi. Zasnęliśmy owym twardym snem, który zawsze przychodzi po dużym wysiłku fizycznym. Czuliśmy się zdobywcami i zwycięzcami. Dla takich właśnie chwil warto podróżować.

26.06.2011 Zejście w kierunku Byurakan – nocleg na dziko ponad Boyurakan.

Tego dnia zostaliśmy obudzeniu około 7.00 Do naszego pokoju weszła miła Ormianka – prawdopodobnie jedna ze współwłaścicielek schroniska. Kobieta owa była niskiego wzrostu, miała krótko obcięte brunatne włosy, ciemną karnację i delikatnie skośne oczy, co sprawiało, że z daleka mogła uchodzić za Mongołkę. Swoim wyglądem przypominała wręcz członkinię jednego z plemion koczowniczych. Na oko miała może z sześćdziesiąt lat, lecz w niczym nie była podobna do tych radzieckich starszych i grubych kobiet, przypominających matrioszki, z charakterystyczną chustką na głowie, sapiących i stawiających ciężkie kroki, zwłaszcza gdy ciągną za sobą klasyczny dwukołowy wózek z zakupami. W jej spojrzeniu było coś swojskiego, coś co można zobaczyć w oczach niektórych ludzi mieszkających na wsi, lub u prawdziwych górali Biła od niej aura prostoty, połączona z uczciwością i szczerością. Obserwując niektórej jej gesty i zachowania można było odnieść wrażenie, że traktuje ona życie z przymrużeniem oka. Tego dnia była ubrana w czerwony sweter i czarne, długie spodnie.

Przez cały nasz pobyt w schronisku owa pani starała się nawiązać z nami jak najbliższy kontakt, odbyła więc z nami kilka krótkich rozmów, przeprowadzanych najczęściej na migi, lub łamanym rosyjskim. Były one często abstrakcyjne. Wyglądały mniej więcej tak:

Ormianka: Ile masz lat?

Iza: 23

Ormianka: Ile masz dzieci?

Iza: Jeszcze żadnego

Ormianka: Jak to? Jeszcze żadnego? Masz już 23 lata i nie masz jeszcze dzieci? Mój wnuk ma 21 i już ma dwójkę. Ja mam 65 i w twoim wieku to miałam już ich całą gromadę. A czy ktoś od was ma dzieci?

Iza: Nie

Ormianka: Niemożliwe. Co się na tym świcie teraz dzieje. 23 lata i nie mieć dzieci.

Po takiej rozmowie zwykle odchodziła nie kończąc ostatniego zdania i znikała rzucając się ponownie w wir obowiązków gospodyni schroniska. Tego dnia weszła do nas o 7.00 i spytała się nas łamanym rosyjskim:

Ormianka: Śpicie jeszcze

My: No … właściwie to teraz już nie

Ormianka: Aha. W takim razie dzień dobry. Witam was. Piękny mamy dziś dzionek, prawda? Słonko świeci i jest naprawdę ładnie.

Swój wywód na temat tego poranka skończyła tak nagle jak zaczęła, po czym zamknęła drzwi i poszła z powrotem do siebie. Nie wiedzieliśmy co o tym wszystkim myśleć, ale skoro już nas obudziła, to postanowiliśmy się zwlec i zacząć długi proces pakowania po dwóch nocach spędzonych w tym samym miejscu.

Ów proces trwał niezwykle długo, gdyż po dwóch nocach spędzonych w schronisku zdążyliśmy się tam zadomowić do tego stopnia, że cała powierzchnia pokoju wypełnione była skarpetami/majtkami/torebkami/jedzeniem.

W trakcie naszego ogarniania się do naszego pokoju weszła druga, mówiąca znacznie lepiej po rosyjsku pani i z pełną angielską flegmą oznajmiła nam iż powinniśmy opuścić teren schroniska do godziny dziewiątej, gdyż o 9.15 rozpoczyna się tutaj bankiet dla gości z Rosji, a schronisko jest zamknięte i niedostępne dla innych turystów. Jest to niedopuszczalne abyśmy przekroczyli dany nam limit czasowy, a kultura osobista wymaga pewnych zachowań, więc nie chcemy widzieć tutaj jakiś brudnych turystów Polski. Oczywiście przejaskrawiłem tutaj trochę jej słowa, ale fakt faktem, że oficjalne bankiety dla nadzianych Rosjan zdecydowanie nie pasują do trampowego klimatu. Po tej rozmowie przyspieszyliśmy nasze pakowanie.

Punktualnie o 9.00 opuściliśmy schronisko. Udaliśmy się w kierunku zachodnim, a po pięciu minutach marszu oczom naszym ukazało się obserwatorium astronomiczne pamiętające jeszcze zapewne czasy Chruszczowa, Breżniewa, pierestrojkę i Jelcyna świętującego na czołgu wygrany właśnie pucz moskiewski. Niestety, stan techniczny budynków pozwala w chwili obecnej na badanie tętna szczurów, czy obserwacje much wpadających do licznych pajęczyn. Tylko jedna cześć obserwatorium jest ciągle czynna, dając tym samym etat i chleb garstce naukowców spędzających tutaj (jak to wynikło ze wcześniejszej rozmowy z panem z obserwatorium) dwa do trzech miesięcy w roku, po to tylko, aby po tym czasie wrócić do Erewania i zająć się badaniem zebranych danych. Trwa to zazwyczaj kolejne trzy miesiące, po czym następuje powrót do obserwatorium.

Zniszczone budynki kompleksu przypominały mi ruiny starożytnego miasta z gier fantasy. Miejsce to wydaje się być trochę tajemnicze, owiane legendą i ma bardzo romantyczno-gotycki charakter, gdy jest pokryte mgłą.

Po zwiedzeniu obserwatorium skierowaliśmy się w dół w stronę wioski Byurakan. Szliśmy pięknie wyciętą dolinką z widokiem na drogę, którą tu przyjechaliśmy i ledwo przebijającym się przez chmury Erewaniem. Ararat co jakiś dawał znać o swoim istnieniu, ale chyba już się na nas obraził, bo co chwila chował swój nagi szczyt za chmurami. Pogoda dopisywała, słońce świeciło nam po plerach. Dziewczyny podziwiały piękne kwiatki porastające trawę w tych miejscach, skąd zniknął już śnieg, Młody z Bartkiem rozmawiali o czeskim doublingu w filmach. Według Bartka powinien być on zakazany, gdyż słowa „Ahoj! To sem ja. Ja sem nietoperek!” (oczywiście z charakterystycznym czeskim tylnojęzykowym przeciągłym akcentem ;p) w niczym nie pasują do batmana. Trudno się z tym nie zgodzić.

Około godziny 14.00 naszym oczom ukazały się jurty jakiegoś wędrownego plemienia. Nie zastanawiając się długo postanowiłem wybrać się tam w celu zakupu towarów konsumpcyjnych. Za 2000 dram (14 zł) kupiłem kilogram pysznego owczego serka domowej roboty. Gospodarze, mimo iż praktycznie nie porozumiewali się po rosyjsku zrozumieli, że jestem Polakiem, co przełamało wiele barier. Nie wszystkie narody z byłego sojuzu lubią gdy ktoś zaczyna rozmowę po rosyjsku.

Posiadając na stanie ser i lawasz nabyty jeszcze w schronisku postanowiliśmy zrobić sobie przerwę na żarło. I to właśnie podczas tego postoju, przy zakręcie drogi na kamieniu niedaleko od jurt, Młody wzbogacił ludzkość o nowy majstersztyk kuchni polowej nazwany przez nas później zaszczytnym mianem MC Sevania. Danie to tworzy lawasz z kozim serkiem, ostrą zieloną papryczką i innymi dodatkami na stanie. Idea MC Sevania udzieliła się większości z nas, więc po chwili powstało osiem świeżutkich kanapek, o których przepis niedługo miał upomnieć się MC Donald’s ( Młody opatentuj przepis szybko, bo te korporacyjne świnie niedługo ci go wykradną! :p). Kanapki, mimo iż złożone z podobnych składników znacznie różniły się smakiem, co zależało od … sera, który był znacznie bardziej słony po stronie zewnętrznej, a znacznie mniej po stronie wewnętrznej. Plasterki pochodzące z wnętrza sera przypominały trochę w smaku oscypek.

Posileni, wzbogaceni energetycznie i zubożeni o sole mineralne i mocznik po ekstremalnym sikaniu bez trzymanki wykonanym przez sekretarza klubu, poszliśmy w dalszą drogę. Około godziny 16.00 doszliśmy do ścieżki, po kolejnych 15 minutach do drogi. Przez kolejne 10 minut szliśmy po naszej ulubionej ciemnej asfaltowej nawierzchni, będąc wielokrotnie życzliwie obtrąbiani przez kierowców nielicznych samochodów. Jeden z nich – Mercedes kierowany przez pana z zimnym łokciem zatrzymał się aby chwilę z nami porozmawiać. Pijani Ormianie ucieszyli się, że ich kraj odwiedzają goście z Europy, przyczyniając się do wzbogacenia ormiańskiego PKB o jakieś 1000 Euro.

Z asfaltu zeszliśmy znowu na ścieżkę. Około 18.00 zaczęliśmy szukać miejsca do rozbicia namiotu. Po godzinie rozbiliśmy obóz i … schowaliśmy się szybko do namiotów przed zbliżającą się burzą. Na szczęście Neptun był tym razem dla nas łaskawy i przepędził chmury. Po umyciu się w cieplutkim potoczku, w genialnym miejscu- wannie, gdzie można było położyć się tak:

(I tutaj zdjęcie osoby leżącej w wodzie z rękami ustawionymi równolegle do tułowia)

Zebraliśmy drewno, rozpaliliśmy ognisko i odwdzięczyliśmy się Neptunowi śpiewem. Miło było popijać świeżutką miętę (zerwaną z okolic potoku :P) przy ognisku, patrząc na niebo pełne gwiazd w ciepłą lipcową noc. Niektórym spodobało się to na tyle, że zrezygnowali z noclegu w namiocie, śpiąc zwyczajnie n zewnątrz. Było bosko. W takich momentach można było zapomnieć o całym świecie. Wszystko poza ciepłym powietrzem, ogniem, śpiewem i niebem pełnym gwiazd było dla nas tego wieczoru czystą mrzonką.

Nie pamiętam, o której poszliśmy spać tego wieczoru, Czas stanął w pewnym momencie w miejscu. Sen przyszedł jakoś sam. I jakoś sam bez żalu odszedł następnego ranka.

27.08.2011 Zejście do Byurakan – przejazd do Erewania – przejazd do Noratus nad jezioro Sevan

Późnym rankiem udało się nam w końcu zwlec z wygodnego miejsca nad potokiem i rozpocząć dalszy marsz w kierunku wsi Byurakan. Zejście samo w sobie było przyjemne, lecz niestety upał doskwierał. Z początku krajobraz przypominał stepy, lecz im niżej znajdowaliśmy się, tym bardziej upodabniał się do śródziemnomorskiej makii.

Gdy po niespełna dwóch godzinach spokojnego i rytmicznego marszu weszliśmy w końcu do wioski, z miejsca staliśmy się atrakcją dnia dla miejscowych dzieci, które biegnąc za nami rzucały w naszym kierunku angielskie slogany typu: „Hello” , „How are you?”. Po 15 minutach iścia przez wioskę udało nam się dotrzeć do jej centralnego punktu – sklepu przy przystanku autobusowym. W owym sklepie zaopatrzyliśmy się w przepyszne ormiańskie lody, chłodzące napoje alkoholowe i bezalkoholowe i po krótkiej rozmowie z jednym z nielicznych, mówiących po rosyjsku wioskowych chłopów, dowiedzieliśmy się, że najbliższy autobus do Erewania odjeżdża za dwie godziny. W myśl przysłowia: „inteligentny człowiek nigdy się nie nudzi” trampowa inteligencja czas ten wykorzystała na czytanie książek, zaś ci, którzy byli zbyt leniwi by czytać, uderzyli w kimę. Fani motoryzacji zastanawiali się natomiast, po jaką cholerę co pięć minut przejeżdżają przez wioskę puste ciężarówki. Konkluzja była prosta – gdzieś w pobliżu musiał znajdować się kamieniołom, lecz obiekt ten był niczym pszczółka Maja ( „Gdzieś jest, lecz nie widomo gdzie”). Fakt, że ciężarówki te zjeżdżały z górki w znaczący sposób wpływał na szybkość jazdy (która czasem wynosiła więcej niż magiczne 10 km/h), w niczym natomiast nie redukował turkotu zużytych kół i skrzypienia innych podzespołów samochodu. Cudem było, że owe ciężarówki jakoś się jeszcze toczyły.

Po niespełna dwóch godzinach podjechał autobus, który długością i budową przypominał autobus europejski, a nie marszrutkę wschodniego typu. Za marne 250 dram ( około 1,80 zł) pokonaliśmy około 50 kilometrów dzielące nas od Erewania.

Do stolicy Armenii przyjechaliśmy około 17.30. Szybko popędziliśmy na przystanek marszrutek jadących do Noratus, łapiąc po drodze kebabopodobną kanapkę z prosiaczkiem. Niestety, na przystanku zamiast autobusu zobaczyliśmy dwóch miłych panów taksówkarzy, którzy to za 20 000 dram (140 zł) zgodzili się przewieźć nas nad jezioro Sevan, oddalone o ponad 120 km od Erewania. Z barku innej możliwości (ostatnia marszrutka nam uciekła) postanowiliśmy skorzystać z tej oferty. Po drodze mieliśmy obowiązkowy postój na stacji benzynowej, gdzie o mały włos nie wygrałem pluszowej zabawki w automacie, oraz nieobowiązkowy postój zasugerowany przez ormiańską policję, w celu wypisania naszemu kierowcy mandatu za złamanie art. nr 265 ormiańskiej ustawy drogowej, która zakazuje kierowcy taksówki wywozić turystów poza obręb obszaru, w którym jest zarejestrowana.
Po 120 km i dojechaniu do wyraźnie turystycznej miejscowości Noratus, zdecydowaliśmy, że chcemy jechać dalej i znaleźć płaskie miejsce do rozbicia namiotu w dziewiczych obszarach rezerwatu jeziora Sevan. I to był właśnie błąd. Po dojechaniu na miejsce zasugerowane przez panów kierowców, zaatakowała nas armia krwiożerczych komarów. Miejsce było wprawdzie fantastyczne, ale komary nie grzeszyły rozmiarami i ilością. Postanowiliśmy szybko rozbić namioty i użyć mocnego środka przeciwkomarowego, będącego w posiadaniu Młodego (bo kogóż by innego?). Środek wyraźnie pomagał, lecz tylko na chwilę. Impreza w Gwinei dziewczyn trwała więc dosyć krótko i nie była intensywna.

Około 23.00 zdecydowaliśmy się na pójście spać. Ze strachu przed bestiami, które na pewno za naszymi plecami podpisały tajny traktat z wampirami, szybko wpadliśmy w objęcia Morfeusza. Po praktycznie całym dniu jazdy nasze turystyczne organizmy potrzebowały szybkiej regeneracji. Tego wieczoru doceniłem genialny wynalazek moskitiery w namiotach. Spaliśmy płytkim i urywanym od czasu do czasu snem.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 12 wrz 2011, 19:08 
Offline
III norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 21:15
Posty: 2080
Lokalizacja: Zewsząd
Wreszcie mogłem przeczytać.

BOMBA!!!

Zabieram się za zdjęcia...

_________________
Życie jest – panie - ważne w życiu. Póki się je czuje, to jest dobrze. Tyle.
ciągle pamiętamy-->śmietana szatana na twarzy banana
Ot, zdrowie!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 13 wrz 2011, 22:01 
Offline
mała brązowa

Rejestracja: 22 wrz 2010, 13:33
Posty: 72
Lokalizacja: Legionowo
No a ja nie wiem kiedy ciąg dalszy. Ale nastąpi!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 14 wrz 2011, 9:40 
Offline
III norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 21:15
Posty: 2080
Lokalizacja: Zewsząd
A ja nie wiem kiedy ogarnę zdjęcia... Kaukaz, Bałkany, Ratarak i zaraz Zerówka. Kolejka jest niezła :D

_________________
Życie jest – panie - ważne w życiu. Póki się je czuje, to jest dobrze. Tyle.
ciągle pamiętamy-->śmietana szatana na twarzy banana
Ot, zdrowie!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 14 wrz 2011, 10:57 
Offline
Gomar
Awatar użytkownika

Rejestracja: 24 wrz 2009, 7:41
Posty: 584
Lokalizacja: Szczecin
Kaukaz jak najszybciej :) przecież zaraz rozpoczynają się pokazy slajdów :)

_________________
http://chcechodzic.pl/kasia.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 14 wrz 2011, 12:14 
Offline
III norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 21:15
Posty: 2080
Lokalizacja: Zewsząd
Spoko, się zalatwi :)

_________________
Życie jest – panie - ważne w życiu. Póki się je czuje, to jest dobrze. Tyle.
ciągle pamiętamy-->śmietana szatana na twarzy banana
Ot, zdrowie!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 18 wrz 2011, 15:36 
Offline
mała brązowa

Rejestracja: 13 gru 2006, 19:19
Posty: 95
Super relacja! Az mnie zachecila do wejscia na Aragac.

A ze za kilka dni bede w drodze do Armenii pytanie:

Ktos pamieta z ktorego przystanku/ dworca/ placu w Erywaniu odjezdzala marszrutka nad jezioro Kari?

Szacun i Pozdro dla calej ekipy!

_________________
http://kirschenbaum.blog.onet.pl/


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 19 wrz 2011, 9:04 
Offline
duża złota
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 wrz 2007, 17:22
Posty: 763
Lokalizacja: Łuków
Mam ten przystanek przed oczami, ale nie mam pojęcia jak się nazywała ta ulica ani jak wytłumaczyć jak tam dojść...

Ale na pewno miejscowi Ci pomogą :)


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 20 wrz 2011, 11:29 
Offline
III norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 21:15
Posty: 2080
Lokalizacja: Zewsząd
Grigori Lusavorich. Za meczetem na skrzyżowaniu w lewo (w okolicach ambasady Rosji).

pozdr!

_________________
Życie jest – panie - ważne w życiu. Póki się je czuje, to jest dobrze. Tyle.
ciągle pamiętamy-->śmietana szatana na twarzy banana
Ot, zdrowie!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 03 paź 2011, 10:39 
Offline
mała brązowa

Rejestracja: 22 wrz 2010, 13:33
Posty: 72
Lokalizacja: Legionowo
Im dalej w las tym więcej szczegółów mi się przypomina, a relacja rośnie w oczach. Dlatego też powstał pomysł, aby moja relacja wraz ze zdjęciami Młodego stała się jakąś bardziej zwartą formą - mam na myśli jakiś album w formie książkowej :hyhy: Zatem na forum niestety dalszej części mojej relacji nie uświadczycie :| , ale przygotujcie się na miłą niespodziankę za kilka (naście) tygodni ;)


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 03 lis 2011, 19:34 
Offline
mała brązowa

Rejestracja: 22 wrz 2010, 13:33
Posty: 72
Lokalizacja: Legionowo
Jednak złamałem swoją zasadę - Oto dalsza część. Wrzucenie jej zawdzięczacie naciskom Młodego :P



28.06.2011 Ucieczka z Noratus – przejazd do Sevan – nocleg w Sevan

Aby przechytrzyć przeciwnika w postaci komarów tego dnia wstaliśmy bardzo wcześnie. Bardzo – czyli około godziny 7.00, co i tak jest niezłym wynikiem zważywszy na fakt, że były to przecież wakacje. Zjedliśmy śniadanie, złożyliśmy pałatki, umyliśmy kubki … Właśnie – umyliśmy kubki! A raczej to Bartek był tak dobry, że umył kubek Izy w … błocie. Zadowolona właścicielka kubka doceniając trud i inwencję twórczą Bartka, który to posłużył się starożytnym wynalazkiem sznurka, aby nie ubrudzić swoich wielmożnych stópek, pochwaliła go za ten jakże miły gest. A tak na serio – na szczęście Iza ma poczucie humoru, bo potrafiła wybaczyć Bartkowi tą wielką zniewagę, jakiej doświadczył jej kubek i nie wpadła od razu w furię. O dziwo na początku żart jej się nawet spodobał, ale pięć minut później nie było jej już do śmiechu, co na szczęście wyczuł Bartek. Dwie sekundy później pędził już on co sił w nogach w kierunku jeziora, aby tym razem naprawdę umyć kubek. Uff! Wielka awantura ominęła nas zaledwie o włos, a Iza odebrała od życia jakże ważną lekcję – gdy Bartek jest miły i twierdzi, że z chęcią umyje ci kubek, to możesz się spodziewać, że zrobi to w jakiś bardzo … ekhm… oryginalny i niecodzienny sposób. A więc turysto! Pilnuj swego kubka! I nieważne czy jest on z wiewiórką, z kogucikiem, czy z tygryskiem!

Około godziny 8.00 byliśmy już na piaszczystej ścieżce, którą to poprzedniego dnia przyjechaliśmy wraz z dwoma miłymi taksówkarzami nad jezioro. Plan był prosty – zamierzaliśmy dotrzeć do najbliższej drogi asfaltowej, aby stamtąd złapać, jak to poetycko określił Młody – „coś w kierunku Sevania”. Po 15 minutach marszu oddaliliśmy się na tyle od brzegu jeziora, że żaden komar nie miał czelności zakłócać nam spokoju. Po naszej lewicy rozciągał się piękny, niziutki iglasty lasek, który to zapewne wyrósł niedawno ze szkółki leśnej, zasadzonej w ramach programu: „Ty też możesz zwiększyć lesistość Armenii”. Po naszej prawicy natomiast rozciągała się łączka, która gdzieniegdzie zamieniała się w ten sam niziutki iglasty lasek. Chwilę później oczom naszym ukazało się „skrzyżowanie dróg gruntowych”, obok którego rosła bardzo fajna trawka. Jak, że miejsce to było zacienione postanowiliśmy się tam na chwilę położyć i podumać o niebieskich migdałach. Tematów naszych rozmów nie pamiętam, ale musiały być śmieszne, bo nierzadko śmialiśmy się do rozpuku.

Gdy po około 10 minutach powoli oswajaliśmy się z myślą o dalszej drodze, dostrzegliśmy od strony jeziora mały punkcik, zbliżający się powoli w naszym kierunku i zostawiający za sobą mnóstwo kurzu. Pierwsze nasze przeczucie potwierdziło się – była to straż leśna poruszająca się dosyć wiekowym jeepem. Takiej okazji nie mogliśmy przepuścić. Zerwaliśmy się na równe nogi i zagrodziliśmy jeepowi drogę. Kierowca zatrzymał się przed nami, porozmawiał z nami chwilę i gdy dowiedział się, że jesteśmy tylko niegroźnymi turystami już chciał jechać, gdy … ktoś z nas wpadł na genialny pomysł zabrania się razem z panami leśnikami! Kierowcę zamurowało, lecz jego kolega okazał trochę więcej spokoju i po chwili namysłu pozwolono nam wejść. Zaraz potem na miejscu pojawił się drugi jeep. Panowie leśnicy odetchnęli z ulga i chcieli przewieźć nas w dwóch samochodach, jednakże natrafili na silny opór trampowej materii, opór któremu nie mogli się przeciwstawić. Odprawiwszy z kwitkiem drugi samochód, straż leśna otworzyła bagażnik jeepa i zaczęła nas w nim upychać. Samochód przystosowany był dla dwóch osób, z dużym bagażem, ale nam udało się zmieścić tam w ósemkę. Ustanowiliśmy tym samym nowy rekord Trampa w konkurencji: jazda stopem w grupie. Od 28.06.2011 rekord ten wynosi: 8 osób + 8 betów + aparat Młodego. Rekord ten nie zostałby ustanowiony gdyby nie dobre zagospodarowanie przez nas miejsca w jeepie. Po upchnięciu betów zaczęliśmy wsiadać. Pierwszy wsiadłem ja, na moich kolanach usiadła Magda, potem wszedł Łukasz z Izą, następnie Michał, których usiadł na plecakach, potem Młody i Ania, a Bartek … niepostrzeżenie zajął najbardziej komfortowe miejsce z przodu. Po minucie jazdy Ania zaczęła się dusić, więc aby Bartkowi nie było zbyt wygodnie, przesiadła się na pierwsze siedzenie.

Podczas jazdy czas płynął niemiłosiernie długo. „To właśnie prawo względności. Gdy trzymasz gorący kamień każda minuta staje się godziną. Gdy trzymasz gorącą kobietę każda godzina staje się minutą.” Prawo to dział też, gdy żelazna śruba napędowa do motorówki wbija ci się w łydkę, a ty nie możesz się ruszyć, bo ktoś na tobie siedzi. Tego uczucia nie zapomnę do końca życia. Oj będzie co przyszłości opowiadać wnukom! Słuchajcie moje wnuczęta, jak dzidek Cyryl w 2011 jechał stopem wraz ze swoimi znajomymi przez ormiańskie bezdroża! Tak to będzie wyglądało.

Po około 15 minutach dojechaliśmy do miejscowości Noratus. Stanęliśmy na głównym placu, niedaleko od kiosku i sklepu spożywczego. Gdy wychodziliśmy z jeepa, mieszkańcy miasteczka przecierali oczy ze zdumienia. Patrzą – podjechał jeep. Wychodzi z niego jeden człowiek, drugi, trzeci, piąty, .. ósmy! Potem bagaże – wielkie plecaki – jeden, drugi, piąty, .. ósmy! Potem ci szaleńcy pięknie dziękują straży leśnej za przewiezienie ich do miejscowości, życzą im zdrowia itd.! Wszyscy, którzy to widzieli wzięli nas za osoby chore psychicznie, lub szalone! No bo przecież ci turyści nie są chyba przestępcami, skoro puścili ich wolno i tak przyjaźnie z nimi rozmawiali.

Z Noratus udało się nam szybko złapać marszrutkę do kolejnej miejscowości - Sevania. Dojechaliśmy tam po około pół godzinie. Miły pan kierowca, chciał przewieźć nas aż do samego kompleksu hotelowego nad jeziorem Sevan za jedyne … 5000 dram (35 zł). Grzecznie podziękowaliśmy za jego dobre chęci i wybraliśmy kolejną marszrutkę za 400 dram (3 zł). Następnie dwoma taksówkami (jedną z taksówek była wołga – jechało się nią naprawdę bardzo przyjemnie) kosztującymi nas kilkaset dram dojechaliśmy do części hotelowej miasteczka.

Jak to bywa w branży turystycznej taksówkarze powiązani są często z niektórymi hotelami, którym to dostarczają klientów. Tak też było w naszym przypadku. Po odwiedzeniu pierwszego hotelu – tego sugerowanego przez taksówkarzy, postanowiliśmy dokładniej przeanalizować sytuację na rynku hotelarskim okolic jeziora. Po ponad godzinie poszukiwań i licznych naradach podjęliśmy ostatecznie decyzję. Zdecydowaliśmy się na nocleg u pewnej Rosjanki, która była dla nas dosyć twardym partnerem negocjacyjnym, lecz wykazywała się tez „ruską przedsiębiorczością” ( w pozytywnym tego słowa znaczeniu) i była bardzo konkretna. Za dosyć niewygórowaną stawkę zajęliśmy miejsca w dwóch zespawanych ze sobą kontenerach, z łazienką. Nie każdy z nas miał łóżko, dzięki czemu udało nam się urwać jeszcze kilkaset dram. Łazienka funkcjonowała dziwnie – żartowaliśmy, że została wykonana przez pijanego ruskiego hydraulika. Woda ciepła leciała ze słuchawki w najmniej spodziewanych momentach. Prysznic uruchamiany był nie za pomocą kurka, lecz zaworu hydraulicznego znajdującego się po drugiej stronie łazienki. Woda z toalety zintegrowana była z prysznicem –jeżeli nie leciała woda z prysznica, woda z toalety też nie mogła lecieć. Tak więc, jeżeli ktoś chciał zasiąść na tronie, lub stojąc opróżnić swój bak, musiał uważać aby nie zostać ochlapanym przez zimną wodę z gałki od prysznica. Вот pyссkaя техникa!

Gdy już się zainstalowaliśmy w miejscu noclegowym, przyszła do nas ponownie owa pani Rosjanka. Nasz dialog z nią wyglądał mniej więcej tak:

Rosjanka: На кассе я написалa 15000 dram. Hормально это стоит 20000. Даваитe pазделим деньги! Fifty – fifty! (Na kasie napisałam 15000 dram. Normalnie kosztuje to 20000. Dawajcie, podzielimy się pieniędzmi! Fifty-fifty!)

My: Xорошо (dobrze)

Rosjanie nie są głupi. Oprócz normalnej pensji pani pracująca w hotelu zarabia na takich właśnie transakcjach z turystami. Na nas zarobiła około 16 zł. My też byliśmy tyle do przodu. Jak na rosyjskie warunki ta pani była wyjątkowo wobec nas uczciwa!

Po tej szemranej transakcji część z nas uznała, że skoro nocujemy nad samym jeziorem Sevan, to musimy się w nim wykąpać. Brzmi logiczne, lecz jezioro to leży w miejscu o specyficznym klimacie. Mimo, iż na dworze żar lał się z nieba ( było około 35 stopni) to temperatura wody była na poziomie temperatury Bałtyku, jeżeli nawet nie niższa. Tylko ja, Młody i Magda zdecydowaliśmy się na kąpiel. Wyszliśmy z wody szybko; ja ledwo co zanurzyłem głowę.

Po tak dużym wysiłku fizycznym, jakim było siedzenie w lodowatej wodzie, czy tez ( w przypadku reszty grupy) opalanie się na słońcu, poczuliśmy nagle głód. Opuściliśmy zatem nasz hotel i poszliśmy coś zjeść. Gdy szukaliśmy odpowiedniego lokalu, natknęliśmy się na pewnego Ormianina, który … mówił dosyć płynnie po polsku. Nazwaliśmy go „panem Polakiem”.

Człowiek ten był dosyć wysoki, a na pewno bardzo tęgi. Budowę ciała miał bardzo „robotniczą” – silne, dobrze umięśnione ramiona i wielkie ręce, kontrastowały bardzo z jego olbrzymim brzuchem. Na pierwszy rzut oka pan Polak było człowiekiem około pięćdziesięcioletnim, lecz dosyć zaharowanym, o czym świadczyć mogły jego siwiejące już włosy. Twarz miał dosyć prostą, aby nie powiedzieć prostacką, na której dumnie zarysowywał się zadbany wąs. Podczas chodzenia pan Polak garbił się strasznie, lecz w górnej części pleców nie zarysował mu się jeszcze wyraźny garb.

Z zawodu był taksówkarzem. Jak wielu jego kolegów poszedł na układy z hotelami i restauracjami. Zaproponował nam posiłek w restauracji, która mimo jego twierdzeń nie była najtańsza w okolicy. Nam udało się znaleźć inną, lepszą i tańszą restaurację z obsługa porozumiewająca się po rosyjsku.
Po posiłku porozmawialiśmy trochę z panem Polakiem. Twierdził on, że jutro może nas zabrać na wycieczkę wokół ormiańskich monastyrów, dając nam, ze względu na jego sentymenty specjalny taryfikator. Nie chcieliśmy z nim tego dnia rozmawiać na ten temat, zbyliśmy go, mówiąc, że „pogadamy jutro”. Na odchodne pan Polak powiedział nam, że w Polsce mieszkał 13 lat. Przebywał w Kutnie, gdzie obecnie żyje jego syn, z Polską żoną i wnuczętami. Pełni współczucia dla jakże wzruszającej historii Ormianina, który chce wyciągnąć od nas kasę (a przynajmniej tak nam się w pierwszej chwili wydawało) grzecznie pożegnaliśmy się i wróciliśmy do hotelu.

Około 19.00 postanowiliśmy ponownie wyjść na miasto. Jedni poszli w kierunku sklepu, inni weszli na górę, aby napawać się widokiem zachodu słońca. Byłem w tej pierwszej grupie, razem z Bartkiem, Młodym, Michałem i Magdą. Idąc piechotą w kierunku sklepu, ponownie spotkaliśmy panią z naszego hotelu, zamieniliśmy z nią dwa słowa i poszliśmy dalej.

Gdy doszliśmy do sklepu postanowiliśmy, że oprócz zrobienia standardowych zakupów, kupimy też sobie oranżady w butelkach, które wypijemy przed sklepem. Gdy wyszliśmy ze sklepu i je otworzyliśmy, zostaliśmy nieco …ekm… odurzeni przez dwutlenek węgla, będący jednym ze składników naszych gazoz. A tak na serio – ormiańskie napoje gazowane mają bardzo specyficzny smak, smak, którego nie zapomnę do końca życia. Niezależnie od rodzaju – czy to jest napój gruszkowy, pomarańczowy, czy malinowy, czuć w nich głąboki samk jakiejś bliżej nieokreślonej substancji. Jedynie gazozy truskawkowe trzymają poziom.

Podczas picia tych napojów złapała nas kompletna głupawka. Śmialiśmy się ze wszystkiego, byliśmy nakręceni jak po jakiś narkotykach. Gdy poszliśmy za sklep, aby spojrzeć na jezioro z góry dostrzegliśmy ciekawe zjawisko – chmury ześlizgiwały się z górskiej grani w kierunku jeziora, były na tej grani zawieszone niczym kożuch na mleku. To tylko spotęgowało naszą wesołość. Żartowaliśmy, że ormiańskie gozozy są lepsze niż wódka – nie trzeba ich dużo wypić, aby wpaść w dobry nastrój. Gdy wypiliśmy gazozy nasza wesołość znikła. Nie wiadomo czy było to spowodowane brakiem „gazozowego paliwa” czy bólami żołądka spowodowanymi nadmiernym śmiechem. W każdym razie Pierwsza Trampowa Impreza Gazozowa dobiegła właśnie końca.

Po powrocie do hotelu odbyliśmy rytualną imprezę. Ormiańskie piwa butelkowe nie są niestety łatwe do otworzenia – przepraszam Magdo za tego twojego Opinela. Po imprezie został epicki bałagan, który Bartek skomentował: „Gdyby człowiek chciał świadomie tak butelki porozkładać to by mu nie wyszło.”

Nieco podchmieleni poszliśmy spać. Każdy z nas rozłożył się gdzie popadnie – na podłodze, na tapczanie, lub na ziemi. Długi, pełen przygód dzień dobiegł końca. Wolni od komarów zasnęliśmy dosyć twardo.

29.06.2011 Sevan – Sevanvansk – Dilijan – Gostavank – Hagartin

Dzień te upłynął nam pod hasłem: „Zwiedzaj monastyry razem z Trampem”. W tym miejscu należy się chyba trochę wyjaśnienia.
Monaster albo monastyr (ze staroruskiego od gr. μοναστήριον monasterion) – tradycyjna nazwa klasztoru w Kościołach wschodnich.
Pierwotnie monaster oznaczał zespół oddzielnych pomieszczeń mieszkalnych mnichów objętych klauzurą, w późniejszym okresie termin ten nabrał znaczenia odpowiadającemu klasztorowi w chrześcijaństwie zachodnim.
Monastery często obok zasadniczej części obejmują także zabudowania gospodarcze wykorzystywane przez zakonników, a także pewne elementy architektoniczne związane z obronnością. Obronny charakter budynku wyraźnie widoczny jest zwłaszcza w architekturze rosyjskiej. – taką definicję monastyru podaje Wikipedia, a ja w większości się z nią zgadzam.
Te Ormiańskie monastyry pochodziły z czasów wczesnego średniowiecza. Większość z nich została zbudowana pomiędzy VI a X wiekiem, a w latach późniejszych przebudowana i zmodernizowana. Materiałem budulcowym monastyrów był kamień, zazwyczaj o lekko zielonkawym zabarwieniu.
Naszą przygodę z monastyrami rozpoczęliśmy około godziny 9.00 od obejrzenia świątyni położonej na wzgórzu górującym nad jeziorem Sevan – zwanym Sevanvanskiem. Początkowo byłem skłonny stwierdzić, że monastyr jest naprawdę fajny i wyróżniający się, lecz po zwiedzeniu kolejnych mogę stwierdzić, że Sevanvansk reprezentuje sobą klasę średnią. Oczywiście nie oznacza to, że monastyr nie jest warty zwiedzenia. Na drobne wzgórze warto wspiąć się choćby dla samego widoku jeziora Sevan i panoramy miasta o tej samej nazwie. Duży plus należy się świątyni za jej wnętrze. W odróżnieniu od innych monastyrów w „ormiańskim zagłębiu świątynnym” wnętrze Sevanvanska jest bogato ozdobione. Na ołtarzu położony jest płócienny obrus, na ścianach można znaleźć kilka obrazów, a we wnęce przy wejściu wodę święconą. Już na pierwszy rzut oka widać, że monastyr nadal pełni swoją funkcję sakralną, a nabożeństwa odbywają się w nim regularnie. Ogólne wrażenie - w skali akademickiej mocna czwórka, lecz gdyby nie widoki to chyba byłoby 3,5.
Podczas schodzenia na dół, ja i Michał spotkaliśmy dwóch miłych panów, posługujących się świetnie po angielsku. Zaczepili nas pytaniem: „Are you Americans?” Naszą odpowiedzią było oczywiste zaprzeczenie. Po krótkiej rozmowie okazało się, że panowie ci są Ormianinami z amerykańskimi paszportami, którzy rzekomo przyjechali tu na wakacje. Rzekomo, bo po przeanalizowaniu ich zachowania mam inną teorię na ten temat. Wiem, że może jest to moja jakaś tam fanaberia, ale po przeczytaniu kilku książek Forsytha (dzięki za Negocjatora Michale) ośmielam się przypuszczać, że byli oni jankeskimi agentami. Oczywiście jest to nieśmiałe przypuszczenie, ale opiera się na kilku poszlakach. Jeden z panów podczas rozmowy spytał się, czy może zobaczyć moją książkę – Sztukmistrza z Lublina Isaaka Singera. Niby głupie pytanie, ale pan przejrzał książkę dokładnie. Niby rozmawiali z nami o pierdołach, ale chyba próbowali nas badać. Gdy upewnili się, że jesteśmy rzeczywiście polskimi turystami grzecznie się z nami pożegnali i dosyć szybko oddalili się od nas. Cóż rosyjski agent równie dobrze może wcielić się w innego polskiego turystę
Na dole spotkaliśmy ponownie pana Polaka, który namawiał nas, aby to z nim zwiedzić kolejne monastyry. Początkowo, oprócz ceny dowiezienia nas, sprytny pan Polak doliczył sobie „prowizję językową”, bo jak powiedział ze mną będzie wam lepiej, ja wam wszystko po polsku objaśnię i wytłumaczę. Ale na takie numery Tramp się nie nabiera! Po negocjacjach udało nam się dobić targu – za bodajże 7000 dram ( około 50 zł) pan Polak wraz ze swoim kolegą, który nie mówił nawet po rosyjsku zgodzili się zawieźć nas do kolejnych dwóch monastyrów. Ta cena była już raczej adekwatna do świadczonej usługi i zgodziliśmy się na nią. Być może u innych taksówkarzy udałoby się nam stargować jeszcze kilkaset dram, ale nie miało to większego sensu, zwłaszcza, że było już po 11.00.
Pierwszym monastyrem, który udało nam się zwiedzić było monastyr Goshavank, który zrobił na mnie dużo większe wrażenie niż Sevanvansk. Kilka budynków połączonych razem w dosyć duży zespół klasztorny, ruiny biblioteki, oraz przestronne wnętrza, z małymi oknami, nadawały monastyrowi klimatu ruin z gier fantasy, a latające nisko nad naszymi głowami nietoperze tylko potęgowały to wrażenie. Klasztor pochodzi z wczesnego średniowiecza, a jak twierdzi dalej wikipedia.
Goshavank was erected in the place of an older monastery once known as Nor Getik, which had been destroyed by an earthquake in 1188. Mkhitar Gosh, a statesman, scientist and author of numerous fables and parables as well as the first criminal code, took part in the rebuilding of the monastery.
At Goshavank, Mkhitar Gosh founded a school. One of its alumni, an Armenian scientist by the name of Kirakos Gandzaketsi wrote The History of Armenia. The architect Mkhitar the Carpenter and his disciple Hovhannes also took an active part in the building of the monastery. The complex was later renamed Goshavank and the village named Gosh in his honor.
To bardzo ciekawe, że nazwa monastyru, jak i miasta wzięła się słowa Gosh, czyli od nazwiska człowieka, który jak twierdziła miła pani mieszkająca przy samym monastyrze, był jednym z najważniejszych kronikarzy dziejów Armenii, kimś na kształt naszego Gala Anonima, a może nawet kimś więcej, bo jak mówi wikipedia w dalszej części swojego wywodu:
Mkhitar Gosh (Armenian: Մխիթար Գոշ) (1130–1213) was an Armenian scholar, writer, public figure, thinker, and priest. He wrote a code of laws including civil and Canon law that was used in both Greater Armenia and Cilicia. It was also used in Poland, by order of king Sigismund the Old, as the law under which the Armenians of Lviv and Kamianets-Podilskyi lived from 1519 until the region fell under Austrian rule in 1772. He also wrote a number of popular fables.
I w ten właśnie sposób odkryłem związek pomiędzy ormiańskim monastyrem, Trampem, panem Polakiem i naszym krajem – wszystkich nas połączył Mkhitar Gosh. Jeżeli kogoś pan Gosh zainteresował swoją wielebną osobą to tutaj - http://rbedrosian.com/hsrces.html - może znaleźć jego opowieści przetłumaczone na angielski.
No dobrze zboczyłem trochę z tematu. Poniżej jeszcze trochę na temat monastyru:
The impressive monastery which has remained in relatively good condition also houses one of the world's finest examples of a khachkar. A khachkar or khatchkar is a carved, cross-bearing, memorial stele covered with rosettes and other botanical motifs. Khachkars are characteristic of Medieval Christian Armenian art found in Armenia

Rzeczywiście Goshavank bogaty był w owe chaczkary. Ten powyżej zalicza się do najładniejszych i najlepiej zachowanych. Pod spodem – plan klasztoru.

Teraz należy pokusić się o ocenę. Cóż klasztor zasługuje na pewno na mocną piątkę, ale 5,5 nie dam, bo to co zobaczyliśmy następnego dnia było jednak nieznacznie lepsze. Ale mimo wszystko po zwiedzeniu monastyru wszystkim nam opadły szczęki w dół a zęby radośnie zadzwoniły na posadzce. Warto dodać, że po drugiej stronie ulicy położone są jeszcze dwa budynki, które kiedyś wchodziły w skład kompleksu, Zwiedziliśmy je, mimo twierdzeń pana Polaka, że tam przecież nic na ma. A jednak było – mała kaplica, jeszcze jeden mały budyneczek, oraz cmentarz. Myślę, że zobaczenie tych zabytków warte było fatygi i drobnej wspinaczki.

Około godziny 13.30, zadowoleni z tego co udało nam się zwiedzić pojechaliśmy dalej, w kierunku monastyru Haghartsin. Podczas jazdy, postanowiłem porozmawiać z panem Polakiem, na temat jego przygód w naszym pięknym kraju. Okazało się, że pan Polak przyjechał do Polski w 1995 roku. Dlaczego akurat tutaj? Tego nie powiedział, ale domyślam się, że miał w Polsce znajomych. Do 2008 roku przebywał w Kutnie. W owym roku musiał nasz kraj opuścić, bo jak twierdził zmieniły się przepisy odnośnie otrzymywania stałego pozwolenia na pobyt. Ponoć w 2008 roku Polska dostosowała swoje prawo do prawa unijnego i dlatego pan Polak musiał się z Kutna wynosić. Osobiści myślę, że to bzdura – zapewne pan Polak przebywał w Polsce nielegalnie, a w 2008 roku nagle ktoś się o tym zorientował. Obecnie w Kutnie mieszka jego syn z polską żoną i wnuczkiem, a pan Polak twierdził, że już w grudniu 2011 dołączy do nich, gdy wszystkie sprawy związane z pozwoleniem na stały pobyt zostaną załatwione. Tutaj interpretacja wydaje się prosta – jego syn ma pozwolenie na pobyt, bo ma żonę Polkę i na tej podstawie pan Polak próbuje wrócić do Kutna, tym razem oficjalnym kanałem.
Po krótkiej rozmowie około 15.00 dotarliśmy do monastyru Haghartsin. Przed świątynią pożegnaliśmy się z panem Polakiem, życząc mu, aby szczęśliwie powrócił do Kutna, oraz aby jego tułaczka nie trwała tyle, co tułaczka Odyseusza i aby Kutno nie stało się jego Itaką.. Czas opisać monastyr. I tutaj z pomocą przychodzi mi ponownie wikipedia:
Haghartsin (Armenian: Հաղարծին) is a 13th century monastery located near the town of Dilijan in the Tavush Province of Armenia. It was built between the 10th and 14th century (in the 12th under Khachatur of Taron); much of it under the patronage of the Bagratuni Dynasty. The sixteen-faced dome is decorated with arches, the bases of whose columns are connected by triangular ledges and spheres, with a band around the drum’s bottom. This adds to the optical height of the dome and creates the impression that its drum is weightless.
Opis monastyru jest na wikipedia piękny, lecz rzeczywistość nie jest taka różowa. W XII wieku, gdy monastyr był nowiutki wyglądał zapewne niesamowicie i robił piorunujące wrażenie, ale dzisiaj … bura należy się ekipie odpowiedzialnej za renowacje monastyru. Fakt, podczas naszego pobytu prace remontowe ciągle tam trwały i nie mogliśmy zobaczyć pełnego efektu, lecz pomieszczenia już wyremontowane raziły sztucznością, brakowało w nich klimatu i dziedzictwa ponad siedmiusetnetniej historii świątyni. W jednym z pomieszczeń według naszych informacji ma powstać (o zgrozo!) … hotel. Już widzę pijanych Rosjan rzygających na mury świątyni, która jest starsza niż chociażby Petersburg! To skandal, że nawet w takich krajach jak Armenia, niektóre zabytki, będące częścią dziedzictwa kulturowego tego kraju zamieniają się w świątynie konsumpcji, a komercja zaczyna serwować je w ładnym opakowaniu niczym hamburgery w Mc Donald’s! Jak można wydłubać oryginalną kostkę brukową z XIII wieku i zastąpić ją betonowymi płytami z XXI wieku!? Podobnych przykładów było na terenie monastyru tysiące! Ogólne wrażenie (przepraszam cię XIII- wieczny architekcie tego monastyru – to nie twoja wina) – 3.
Gdy już chcieliśmy zejść na dół spotkaliśmy przypadkiem jednego z robotników, który rosyjskim Откуда Вы? Zagaił rozmowę. Odpowiedzieliśmy mu, że jesteśmy z Polski. On na to, że w 1985 i w 1986 razem z innymi żołnierzami z krajów układu warszawskiego odbywał w Polsce służbę. Nasz kraj wspomina dobrze. Na pożegnanie, życzył nam miłego pobytu i wrócił do swoich zajęć.
Po owej rozmowie zeszliśmy w dół w poszukiwaniu noclegu. Było już po 16.00. Po drodze natknęliśmy się na zdemolowaną stację kolejową, obecnie dawno już wyłączoną z użytku. Na szczęście nie znalazłem żadnych napisów w stylu: Legia Warszawa, CHWDP, czy inne podobne, więc uspokojony dołączyłem do jedzącej obiad grupy.
Około 17.00 znaleźliśmy świetne miejsce na postawienie pałatek. Przy drodze dojazdowej do monastyru zobaczyliśmy zadaszony stół. Schodząc niżej znaleźliśmy w miarę płaskie miejsce, dosyć dobre na rozbicie namiotów. Gdy się już ogarnęliśmy, usiedliśmy przy stole, zjedliśmy kolację, odkorkowaliśmy wina, zaczęliśmy śpiewać i pić, pić i śpiewać aż do późnych godzin nocnych. Niebo nad nami było pełne gwiazd. Noc był ciepła, więc niektórzy z nas, czyli ja, Młody i Bartek, zdecydowali się spać na zewnątrz. Michał miał więc cały namiot dla siebie. Pod gołym niebem spało się wspaniale, a zimno nie doskwierało. Był to dla mnie jeden z najprzyjemniejszych noclegów podczas naszego wyjazdu.

30.06.2011 Zejście z Teghut – przejazd do Dilijan – przejazd do Sanahin – nocleg w sadzie niedaleko od Haghpat


Dzień rozpoczął się dla nas mocnym akcentem. Z miejsca, gdzie stał zadaszony stół dochodziły do nas odgłosy rosyjskiej rozmowy. Lekko przestraszeni i zaintrygowani podeszliśmy w kierunku stołu, na którym wcześniej znajdowały się nasze rzeczy i zobaczyliśmy grupę lekko wstawionych Rosjan, którzy urządzili sobie przy owym stole poranny piknik. Rosjanie to specyficzny naród, a po kilku wcześniejszych przygodach wcale nie zdziwiło nas, że niektórzy z nich potrafią do śniadania zamiast herbaty pić wódkę. Ci, których spotkaliśmy byli do nas przyjaźnie nastawieni. Porozmawialiśmy z nimi chwilę, zebraliśmy nasze rzeczy ze stołu i upewniwszy się, że nikomu nic nie brakuje szybko się spakowaliśmy i pożegnaliśmy towarzystwo lubiące pić na czczo.
Opuściwszy miłych Rosjan rozpoczęliśmy wędrówkę po ulubionej nawierzchni każdego turysty, czyli asfalcie. Na szczęście mieliśmy z górki, a odległość do najbliższego przystanku nie był duża. Po około 20 minutach dotarliśmy na dół, gdzie oczom naszym ukazał się dobrze utrzymany przystanek, wraz z małym, ale bardzo zadbanym budyneczkiem, który pełnił funkcje poczekalni. Zamierzaliśmy dotrzeć najbliższą marszrutką do miejscowości Dilijan. Po 10 minutach nadjechała pierwsza z nich, lecz niestety pełna. I mimo, iż kierowca jechał na bazę, to powiedział abyśmy na niego poczekali, a on specjalnie dla nas wróci i pojedzie z nami do Dilijan! Uradowani uprzejmością pana kierowcy niezwłocznie udaliśmy się w kierunku pobliskiej stacji benzynowej, aby kupić sobie coś do picia. Żar lał się z nieba. Na szczęście nam udało się dostać … prawdziwą lemoniadę! Czegoś takiego nie produkują już w Polsce. Ormiańska butelkowana lemoniada była intensywnie cytrynowa i nie był to wcale smak osiągnięty dzięki najnowszym odkryciom lokalnych chemików. Na dnie butelki pływały duże kawałki cytryny, które dodawały lemoniadzie niesamowitego smaku. Warto dodać, że napój nie był w ogóle gazowany, co przynajmniej dla mnie było spora zaletą. Lemoniada była lekko kwaskowata, ale dodatek cukru w odpowiedniej proporcji bardzo płynnie tą kwaskowatość odbierał. Uczucie smakowe było takie, że w momencie spróbowania, lemoniada była lekko kwaśna, ale sekundę po przełknięciu płynu, w gardle pozostawał przyjemny, odrobinę słodki i orzeźwiający smak. Dzięki temu lemoniada doskonale gasiła pragnienie i pół litra wystarczyło, aby zlikwidować suchość w ustach! Tak, smaku tej lemoniady nie zapomnę do końca życia!
Gdy przestaliśmy ekscytować się smakiem lemoniady oczom naszym ukazała się marszrutka. Pan, z którym pół godziny temu rozmawialiśmy wrócił po nas i zawiózł nas do Dilijan. W mieście, oprócz paru sklepów i banku atrakcji brak, toteż chcieliśmy z Dilijan wyjechać jak najszybciej, aby zwiedzić dwa monastyry wpisane na listę światowego dziedzictw UNESCO. Niestety, numer, który udało nam się zrobić z dojazdem do Dilijan nie wypalił na miejscu. Kierowcom marszrutek (co jest zresztą logiczne) nie wolno wykorzystywać państwowych pojazdów, w celu przewożenia turystów poza oficjalną taryfa biletową. Rozkładów jazdy też nie wolno dopasowywać do widzimisie ośmiu Polaków. Do Dilijan dojechaliśmy dzięki uprzejmości pana kierowcy, ale prawo nie zostało złamane – po prostu brakowało miejsca, a wracając po nas, kierowca skasował nas zgodnie z taryfą. Tym razem na uprzejmość kierowców nie mogliśmy liczyć – nikt nie chciał zrobić z nami specjalnego kursu, więc pozostały nam taksówki. I w ten właśnie sposób dojechaliśmy najpierw do Sanahin, a potem do Haghpat, gdzie położone są monastyry wpisane na listę UNESCO
Po około 40 minutach, gdy dojechaliśmy do Sanahin naszym oczom ukazał się monastyr. I aby oszczędzić czytelnikowi moich ochów i achów nad tym monastyrem napiszę krótko – był to moim zdaniem najpiękniejszy monastyr jaki widzieliśmy. Oprócz kościoła i zespołu klasztornego, monastyr ten posiada także bibliotekę, pomieszczenia na kształt akademii przyklasztornej, cmentarz i bogate podziemia, do których wstęp jest wzbroniony. Całość wybudowana w pięknym, obecnie lekko zielonkawym kamieniu. Zwiedzając monastyr widać jak na dłoni, że w przeszłości pełnił on nie tylko funkcję sakralną, ale był doskonale zorganizowanym miastem. Warto dodać, że Sanahin jest prawdopodobnie najstarszym monastyrem w całej Armenii (dokumenty wskazują na to, że pochodzi z połowy X wieku), a przy tym doskonale zachowanym. Sanahin jest też jednym z nielicznych monastyrów, w którym można znaleźć doskonale zachowane chaczkary. Cóż – nic więcej od siebie nie mogę dodać, wszystko widać na zdjęciach a piękna monastyru nie da się po prostu opisać. Na zwiedzanie monastyru poświęciliśmy około pół godziny, czytając dokładnie każdą tabliczkę (były na szczęście angielskie napisy). Ode mnie monastyr dostaje 5,5 ( 6 nie stawiamy, bo nie jesteśmy w szkole).
Po ponad pół godzinie zwiedzania, przerwie na zakup pamiątek i wyrzucenie śmieci, wsiedliśmy wreszcie do samochodów. Po około godzinie zniecierpliwieni panowie taksówkarze dowieźli nas do Haghpat.
Haghpat zdecydowaliśmy się zwiedzić w dwóch grupach –ja, Bartek, Iza, Łukasz i Michał poszła jako pierwsi poszliśmy zobaczyć monastyr, a reszta pilnowała betów. Haghpat plasuje się na drugim miejscu w moim osobistym rankingu najlepszych ormiańskich monastyrów. Nie oznacza to, że jest brzydszy od Sanahinu. Nie! Porównując oba monastyry trudno powiedzieć który jest ładniejszy. Decydują o tym względy osobiste. Być może układ budynków, cmentarz, czy inny detal zadecydował o tym, że bardziej podoba mi się Sanahin.
W Haghpat, oprócz kościoła i zespołu klasztornego znaleźć można największa bibliotekę, jaka kiedykolwiek została zbudowana w ormiańskich monastyrach, a także mnóstwo budynków gospodarczych. W odróżnieniu od Sanahinu trudno dociec, czy Haghpat był w przeszłości miastem, czy tylko olbrzymim klasztorem. Ja skłaniam się ku tej drugiej tezie, ze względu na brak cmentarza.
Warto podkreślić, że oba monastyry zbudowane zostały z innego rodzaju kamienia. Ten z Haghpat nie jest już taki zielonkawy, ma barwę popielatą, z małą domieszką szarości.
Wielką zaletą monastyru jest jego położenie – z wież kościoła rozciąga się wspaniały widok na pobliską dolinę. To właśnie głównie za ten widoczek Haghpat dostaje ode mnie 5,5.
Po około pół godzinie zwiedzanie zostało zakończone, jednak my nie ruszyliśmy się z miejsca. Było już około 17.00 więc zaczęliśmy rozglądać się powoli za noclegiem. Hotel położony przy samym monastyrze zdecydowanie nas nie zadowolił – zdecydowała o tym cena. Postanowiliśmy zatem kupić prowiant i poszukać jakiegoś wygodnego miejsca do rozbicia namiotów w pobliskiej dolinie. Zanim jednak wyruszyliśmy spotkaliśmy jeszcze dwoje Niemców, którzy podobnie jak my podróżowali z plecakami. Mężczyzna mówił słabo po angielsku, co znacznie utrudniało komunikację. Na szczęście kobieta, z którą podróżował mówiła po angielsku płynnie, toteż zamiast łamać sobie język twardym, niemieckim słownictwem, zdecydowaliśmy się porozmawiać właśnie z nią. Okazało się, że owa Niemka jest naprawdę niezłym globtroterem. Zanim przyjechała do Armenii, odwiedziła samotnie Iran (!). W Gruzji spotkała owego Niemca i postanowiła się do niego dołączyć. Wspólnie podróżowali już około tygodnia.
Po wydawało się skończonej rozmowie z Niemcami, chcieliśmy opuścić już okolice monastyru, gdy naszym oczom ukazali się rowerzyści, mozolnie wjeżdżający pod górę na załadowanych po brzegi rowerach. Na jednym z bicyklów powiewała (a jakże!) Polska flaga. Powinniśmy się raczej z tego powodu cieszyć, lecz reakcja niektórych z nas była tym razem zupełnie inna. Chcesz pojechać sobie z dala od Polaków, a oni i tak zawsze pojawią się w najbardziej niespodziewanym miejscu. Kurcze od naszych rodaków nie da się uciec, no chyb, że polecisz na księżyc. – skomentował Bartek.
Na szczęście dla mnie rodacy nie są tacy straszni! Razem z Izą, Młodym i Anią postanowiliśmy porozmawiać z rowerzystami. Okazało się, że pochodzą z Poznania. Przyjechali w ósemkę. Po krótkiej gadce zrobiliśmy sobie z nimi wspólne zdjęcie. Wtedy to okazało się, że sława Trampa rozeszła się daleko poza Warszawę, gdyż jeden z rowerzystów, spojrzawszy na nasze koszulki od razu skojarzył z kim ma do czynienia! Po zrobieniu zdjęcia wymieniliśmy jeszcze kilka uprzejmości, skoczyliśmy do sklepu, gdzie kupiłem wspaniałe wino z owoców granatu i ruszyliśmy w kierunku doliny.
Po 20 minutach marszu natknęliśmy się na sad, który położony był na stosunkowo płaskim terenie. Nie chcieliśmy się wpraszać na niczyją posiadłość be pozwolenia, toteż zaczęliśmy szukać właściciela. Po 10 minutach zobaczyliśmy staruszkę idącą w naszym kierunku. Staruszka owa powiedziała, że sad nie należy wprawdzie do niej, lecz sąsiadka, która musiała wyjechać zostawiła go pod opiekę jej. Pałatki możemy spokojnie rozłożyć, musimy tylko uważać na psy kręcące się czasem po okolicy i pilnujące posiadłości. Krowy raczej nie powinny nam zbytnio przeszkadzać.
Uradowani weszliśmy do sadu, gdzie szybko rozłożyliśmy namioty. Po zjedzeniu kolacji rozpoczęliśmy imprezę pożegnalną, gdyż była to ostatnia noc z Łukaszem, który to następnego dnia miał odlecieć do Warszawy, z powodu wyższych celów. Korki od wina strzelały zatem tej nocy niejednokrotnie. Około drugiej lekko pijani położyliśmy się spać.

01.07.2011 Haghpat – Alaverdi – granica ormiańsko-gruzińska – Tbilisi – Gori

Około godziny 8.00, gdy krowy pasły się już radośnie na pastwisku niedaleko od sadu trampowa ekipa gotowa już była do wspinaczki z powrotem w kierunku Haghpat, skąd mieliśmy nadzieję dostać się marszrutką do miejscowości Alaverdi. Kilka minut przed godziną 9.00 pojawiliśmy się na przystanku. Marszrutka przyjechała o 9.15, lecz … była to niestety tylko marszrutka, więc miejsca nie starczyło dla nas wszystkich. Tym samym zostaliśmy zmuszenie do podziału naszej ekipy na dwie grupy – ja Młody, Iza i Łukasz pozostaliśmy w Haghpat i zamierzaliśmy dotrzeć do Alaverdi następną marszrutką. Gdy okazało się, że przyjedzie ona na przystanek dopiero za godzinę nasze plany uległy drobnej zmianie. Do Alaverdi dojechaliśmy dwoma stopami, z których pierwszy był po prostu epicki.
Tak głupi pomysł mógł się urodzić tylko w mojej głowie. Gdy już z rezygnacją postanowiliśmy jakoś tę godzinę przeczekać oczom naszym ukazała się … ciężarówka do przewozu siana. Z wyglądu przypominała samochody używane do przewozu piasku na budowę, posiadała więc z tyłu charakterystyczną „skrzynkę”. I to właśnie w tej skrzynce zamierzaliśmy jechać.
Gdy podszedłem do pana kierowcy i spytałem, czy jest możliwe, aby zabrał nas ze sobą pokręciła z niedowierzaniem głową i powiedział: przecież z przodu mam tylko dwa miejsca! Gdy wytłumaczyłem mu, że chodzi nam o tył, zamurowało go. Przez dwie minuty siedział w ciężarówce i intensywnie się zastanawiał, po czym machnął ręką i otworzył klapę.
Skrzynka była pusta, więc jechało się znakomicie. Widoki były przepiękne, znajdowaliśmy się przecież dobre dwa metry nad ziemią! Wiatr rozwiewał nam nasze czupryny i owiewał nasze twarze dając przyjemne uczucie chłodu. Reakcje tubylców na nasz widok były rożne. Jedni machali nam przyjaźnie ręką i pozdrawiali nas, drudzy zataczali się ze śmiechu, inni pukali się w czoło, a jeszcze inni wzięli nas za ludzi chorych psychicznie.
Jeździe towarzyszyła spora adrenalina, mimo iż kierowca jechał zaledwie około 40 km/h. Podczas tej przejażdżki można było poczuć prawdziwą wolność, stać się takim easy riderem. I chyba właśnie to wywoływało w nas wesołość i radość. Jedną jedziemy ciężarówką do nikąd, jedną jedziemy ciężarówką! – chciałoby się powiedzieć.
Przed skrzyżowaniem z główną drogą, kierowca zdecydował się nas wysadzić. Szosa prowadząca od granicy do Alaverdi była na szczęście mocno uczęszczana, więc nie mieliśmy problemów ze złapaniem stopa.
W Alaverdi spotkaliśmy drugą cześć naszej ekipy, która za niewygórowaną cenę pojechała prywatnym samochodem z Alaverdi do samego Tbilisi. My niestety na taką okazję nie mogliśmy liczyć. Na marszrutkę do granicy spóźniliśmy się zaledwie dwie minuty, więc zmuszeni byliśmy pojechać taksówką. Za 10 000 (około 70 zł) dram miły i świetnie mówiący po rosyjsku taksówkarz, zawiózł nas nowoczesnym jak na warunki ormiańskie mercedesem, do granicy.
Po około półtorej godzinie jazdy przy akompaniamencie ‘The Scorpions” udało nam się dotrzeć do granicy. W sklepie po ormiańskiej stronie kupiliśmy za ostatnie dramy kilka butelek koniaku. I był to dobry wybór – pięcioletni koniak kosztuje w Armenii niewiele więcej niż pół litra wódki, ale różnica smakowa pomiędzy obiema trunkami jest kolosalna. Ciekawostką przyrodniczą jest fakt, że cytując wikipedię: Koniak (z franc. Cognac - nazwa miejscowości oraz okręgu we Francji) rodzaj alkoholu, najsłynniejszy winiak, którego technologia wytwarzania pozostała niezmienna od praktycznie 300 lat. Jako pierwsi koniak wynaleźli Ormianie, a na tereny Francji dotarł parę wieków później. Jak widać na załączonym obrazku za ostatnie dramy dokonaliśmy bardzo opłacalnej inwestycji.
Granice przekroczyliśmy na piechotę. Obyło się bez żadnych incydentów, chociaż … miłym smaczkiem było spotkanie z tym samym panem celnikiem, który podbijał nam paszporty podczas naszego wjazdu na teren Armenii na kolejowym przejściu granicznym. Oba przejścia – samochodowe i kolejowe położone są bardzo blisko siebie, dlatego zapewne celnicy pracują na tych przejściach wymiennie.
Po gruzińskiej stronie udało nam się złapać taksówkę do Tbilisi. Cena – 60 lari, co jak na warunki gruzińskie można nazwać zdzierstwem, lecz przy granicy takie ceny obowiązywały. Bystrzy studenci SGH od razu wychwycili zmowę cenową między gruzińskimi taksówkarzami. Cóż – pomyśleliśmy – trudno takie jest życie, przynajmniej dojedziemy z panem do centrum Tbilisi.
Niestety definicja centrum, jaką przedstawił nam pan taksówkarz wysadzając nas na jakiś przedmieściach znacząco różniła się od naszej. Na szczęście mieliśmy w ręku atut, jakim są pieniądze. Rozmowa ( a raczej nasz monolog) była krótka i brzmiała mniej więcej: Facet przestań robić nas w balon. Albo wysadzisz nas w centrum, albo z kasy nici. Szczególnie agresywną postawą wykazała się Iza. Nasze finansowe argumenty przemówiły najwyraźniej panu do rozsądku, bo ostatecznie udało nam się zmusić go do wysadzenia nas w centrum Tbilisi.
Na dworcu kolejowym spotkaliśmy pozostałą część ekipy. Wszyscy byli już obkupieni i gotowi do drogi. Jako, że przyjechaliśmy trochę później zdecydowaliśmy się szybko skoczyć do sklepu. Po zaledwie 10 minutach poszliśmy na peron. W pociągu kupiliśmy bilety, pożegnaliśmy się z Łukaszem, życząc mu udanego lotu i miłych praktyk, podczas gdy my dalej będziemy imprezowa w Gruzji … Około godziny 22.00 Łukasz był już w bezpośrednim samolocie do Warszawy.
My natomiast około godziny 15.00 rozpoczęliśmy podróż do Gori. Do miasta, w którym na świat przyszedł Stalin, jechaliśmy gruzińskim pociągiem-kiblem, w którym to panował niemożliwy do wytrzymania upał i ścisk, potęgowany jeszcze przez handlarzy, którzy sprzedawali w pociągu różnorakie produkty spożywcze.
Około 17.00 wysiedliśmy w końcu z dusznego pociągu i wsiedliśmy do marszrutki, która zawiozła nas do centrum. Słonce dawno już przekroczyło zenit i nieuchronnie zmierzało ku zachodowi, co skłoniło nas do poszukania noclegu. Lonleyowska oferta była mocno ograniczona – sprowadzała się w zasadzie do jednego miejsca, które natychmiast zostało storpedowane i skrytykowane przez żeńską część ekipy, która uczepiła się detalu, jakim był brak łazienki. Propozycja druga brzmiał tak – śpimy w miejscu lonleyowskim, ale idziemy do bani. Ostatecznie dopiero trzecia propozycja – idziemy do jednego z dwóch hoteli w mieście i płacimy te 240 lari ( około 300 zł) za całą ekipę, co dawało około 43 zł od osoby. Cena pioruńska, ale trzeba przyznać, że warunki były świetne.
Po rozpakowaniu plecaków, umyciu się zrobiliśmy zakupy i rozpoczęliśmy kolejną już wyjazdową libację. Wódka wchodziła, wino także, więc szybko staliśmy się pijani. Nagle ktoś rzucił w kogoś poduszką. Ten ktoś oddał komuś innemu, a z kolei ktoś inny rzucił poduszką w kolejną osobę. I tak na zasadzie domina rozpoczęła się bitwa na poduszki, która z czasem zmieniła się w ogólną walkę sześciu pijanych studentów na małżeńskim łóżku. Były niezliczone kanapki, szamotanie się, ktoś oberwał w głowę (notabene ode mnie), ktoś komuś przyciął rękę. Z czasem argument przytaczany niejednokrotnie podczas tej szamotaniny, który brzmiał: Cicho, bo Ania śpi, poskutkował i zziajani zaprzestaliśmy bitwy. Rzeczywiście ani oddała się w sąsiednim pokoju w objęcia Morfeusza i trwała w nich tak silnie, że nawet nasze najdziksze krzyki nie były w stanie wyrwać ją ze snu.
Po bitwie na poduszki atmosfera nagle opadła. Zrobiło się sennie, więc dzień uznaliśmy za skończony i położyliśmy się do łózek, lub na ziemię. Typowy dzień przejazdowy, podczas którego pokonaliśmy około 300 km dobiegł właśnie ku końcowi.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 27 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group