Dzisiaj jest 23 lis 2017, 1:40

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 27 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2
Autor Wiadomość
PostZamieszczono: 03 lis 2011, 22:07 
Offline
III norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 21:15
Posty: 2080
Lokalizacja: Zewsząd
Czekamy na dalszą część! :)

Cytuj:
„To właśnie prawo względności. Gdy trzymasz gorący kamień każda minuta staje się godziną. Gdy trzymasz gorącą kobietę każda godzina staje się minutą.”

Dobre!

_________________
Życie jest – panie - ważne w życiu. Póki się je czuje, to jest dobrze. Tyle.
ciągle pamiętamy-->śmietana szatana na twarzy banana
Ot, zdrowie!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 03 lis 2011, 22:20 
Offline
duża złota
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 wrz 2007, 17:22
Posty: 763
Lokalizacja: Łuków
Szacun!!

Dwa zastrzeżenia:
1. W imprezie gazozowej brała też udział Iza
2. Pod gołym niebem po zwiedzaniu monastyrów spałam też ja


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 18 lis 2011, 0:32 
Offline
III norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 21:15
Posty: 2080
Lokalizacja: Zewsząd
Ehm...!

_________________
Życie jest – panie - ważne w życiu. Póki się je czuje, to jest dobrze. Tyle.
ciągle pamiętamy-->śmietana szatana na twarzy banana
Ot, zdrowie!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 24 lis 2011, 20:50 
Offline
mała brązowa

Rejestracja: 22 wrz 2010, 13:33
Posty: 72
Lokalizacja: Legionowo
Spokojnie panie Chachaj - pisze się. Ale ... jeszcze trochę minie zanim pozwolę forumowiczom nacieszyć się kolejną częścią jakże zacnej relacji


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 22 gru 2011, 17:41 
Offline
mała brązowa

Rejestracja: 22 wrz 2010, 13:33
Posty: 72
Lokalizacja: Legionowo
Uwaga! Nadchodzi kolejna część relacji! Niestety opisałem tylko jeden dzień, ale wierzcie mi tego dnia sie działo :hyhy:


02.07.2011 Gori – Khashuri – Zestafoni – Kutaisi – Lentekhi

Tego dnia wstaliśmy bardzo późno. Około godziny 10.00 ze snu wybiło nas szamotanie się Młodego, który to poszedł do sklepu, aby zakupić MLEKO i GAZOZĘ. Kiedy o 10.30 ów jegomość zjawił się z powrotem okazało się, że na opakowaniu, w którym rzekomo znajdowało się mleko, napisane jest wielkimi łacińskimi literami słowo KEFIR. Osobiście bardzo się ucieszyłem i to wcale nie dlatego, że odczuwałem jeszcze w swoim żołądku dzień wczorajszy. Niestety, ci którzy liczyli na mleko bardzo się na Młodym zawiedli.
Taką wpadkę wszyscy byli skłonni Młodemu odpuścić. Cóż Młody, skoro twoje mleko jest kefirem, to może dasz mi chociaż łyka gazozy.- rzucił nagle Bartek. Po skosztowaniu, a raczej wmuszeniu w siebie łyka żółtawo-pomarańczowego płynu i przełknięciu go, Bartek zamyślił się na sekundę, po to aby za chwilę krzyknąć na całe gardło: Przecież to smakuje je syrop na kaszel! Nie wątpiąc w doświadczenie syna lekarki, postanowiliśmy po kolei sprawdzić co to znaczy, że coś smakuje jak syrop na kaszel. Po skosztowaniu łyka napoju mogę powiedzieć, że smak ten przywołał mi na myśl smak pewnego proszku do rozpuszczaniu w przegotowanej wodzie, będącego tańszym substytutem Vibovitu, który to miał jednak tę przewagę na gazozą Młodego, że nie był gazowany. Smak tego napoju można by opisywać na jeszcze wiele sposobów, wszystkie z tych opisów miałby jednak jeden wspólny mianownik: Gazozy, którą tego pięknego poranka kupił nam Młody nie dało się po prostu pić.

Około godziny jedenastej opuściliśmy uroczy hotelik, po to tylko, aby zwiedzić muzeum Józefa Stalina po drugiej stronie ulicy. Muzeum to położone jest w pobliżu pewnego maleńkiego domu, w którym to rzekomo na świat przyszedł Stalin. Dwadzieścia metrów za tym domem wznosi się imponujący gmach pałacu, w którym znajduje się muzeum.

Otworzywszy wrota pałacu oczom naszym ukazało się wnętrze, zawierające w sobie kilka wyznaczników radzieckiego przepychu. Były to między innymi kryształowe żyrandole, marmurowe posadzki i kolumny, czerwone dywany, czy delikatne i nierzucające się w oczy drewniane elementy, wykonane zapewne z najwyższej jakości sosnowego drewna. Już przy kasie można było zorientować się, że Stalina się tutaj kocha, jeśli nie ubóstwia, o czym mógł świadczyć chociażby asortyment sklepu z pamiątkami. Można było nabyć w nim niemal wszystko z wizerunkiem ojca narodu, od prezerwatyw, na wódce skończywszy.

Ceny biletów nie były raczej wygórowane. Za 25 lari od osoby wykupiliśmy sobie prawo do zwiedzenia muzeum i wagonu kolejowego Stalina i to jeszcze z rosyjskojęzycznym przewodnikiem, a raczej panią przewodnik.

Pani przewodnik była osobą bardzo specyficzną. Na pierwszy rzut oka wyglądała niemal jak komunistyczna przodowniczka pracy. Jej nienaganne maniery i ostrożne dobierania słów, w momencie gdy przechodziła do tematów związanych z życiem Józka, pozwoliły mi przypuszczać, że czułaby się doskonale w roli osobistej sekretarki ojca narodu. Z drugiej jednak strony była świadoma, że ten, którego tu darzy się czcią był tak naprawdę zbrodniarzem, który odpowiada za śmierć wielu milionów ludzi. Uczucie przyzwoitości kazało jej jednak nie pominąć tych jakże istotnych faktów. W tych rzadkich momentach, gdy musiała przyznać, że Józek lubił zsyłać niepokornych do łagrów, czy też eliminować ich z życia publicznego za pomocą innych środków dyscyplinujących, pani przewodnik wyraźnie toczyła ze sobą wewnętrzną walkę. Głos jej stawał się cichszy i bardziej melancholijny, a do oczu napływały jej łzy. Lecz wyraz jej twarzy wyraźnie sugerował, że byłaby w stanie Józkowi wybaczyć, byłaby zawsze w stanie znaleźć wymówkę dla jego zbrodni. W duszy zdawała się mówić: Tak to prawda. Ale on wcale nie był taki zły! On nie chciał zabijać! To jego wrogowie zmuszali go do tego! Wszyscy, którzy mienili się jego przyjaciółmi knuli za jego plecami intrygi! Zrozumcie go, on był w tym wszystkim zagubiony, on nie chciał! Gdybym ja wtedy była przy nim, na pewno by czegoś takiego nie zrobił. Ja bym go przed tym wszystkim ochroniła! Po tych krótkich momentach wewnętrznej walki pani przewodnik zawsze potrafiła jednak znaleźć jakieś pozytywne cechy Józka. Już nie w myśli lecz na głos mówiła wtedy zdania typu: Tak to prawda, ale, prawdą też jest, że Stalin był niesamowicie przystojny. Spójrzcie dziewczyny tak wyglądał, gdy maił 20 lat. Albo: Stalin bardzo dobrze grał w szachy. Nigdy nie przegrał, zawsze ci którzy z nim grali nie potrafili go pokonać. W tych momentach wyraźnie rozpogadzała się, a na jej twarz powracał uśmiech i dobry nastrój. Cóż homo sovieticus przetrwał jak widać aż do naszych czasów.

Główna część muzeum Stalina znajduje się na pierwszym piętrze pałacu. Eksponaty poukładane są w niej chronologicznie. W pierwszym pomieszczeni znajdziemy więc zdjęcia Stalina z wczesnego dzieciństwa, w kolejnym z młodości i studiów, w katolickim uniwersytecie, których to nigdy nie skończył. W następnych pomieszczeniach znajdziemy kolejno: fotografie z pierwszych spotkań Stalina z Leninem, zdjęcia z wygnania i działalności w Partii Komunistycznej, pamiątki Stalina z czasów II wojny (np. złoty samowar, szachy) i dalszej działalności politycznej. Zwieńczeniem wszystkiego jest ostatnie pomieszczenie, w którym znajduje się odlew twarzy Stalina sporządzony kilka dni po jego śmierci.

Pomieszczenia, a których znajdują się te wszystkie eksponaty mają za zadanie przytłoczyć zwiedzającego swoją wielkością i przepychem, a nagromadzenie wielu pamiątek po ojcu narodu, od których to można dostać niemal pomieszania zmysłów i oczopląsu, próbuje przekonać zwiedzającego o spokojnej naturze Stalina. My na szczęście nie ulegliśmy tym złudzeniom.

Pod koniec wizyty w muzeum, widząc nasze żywe zainteresowanie tematem, które objawiało się w zadawaniu przez nas dużej ilości pytań, pani przewodnik zdecydowała się zejść z nami do suteryny, w której to znajdowały się pamiątki z wydarzeń z roku 2008, kiedy to Rosjanie wkroczyli do Gori. Widzieliśmy zdjęcia czołgów i wielu ciał leżących na ulicach. Według relacji pani przewodnik w tamtym okresie zginęło około 50 mieszkańców miasta. To było raptem trzy lat przed naszą wizytą! To okropne, że takie rzeczy zdarzają się jeszcze na tym świecie! Ale najgorsze jest to, że świat na to nie reaguje i milcząc godzi się na takie okropieństwa.

Po ponad półtorej godzinie zwiedzania został nam jeszcze wagon kolejowy. Przed wejściem do niego pożegnaliśmy się z panią przewodniczką. Wagon był jednym z większych smaczków muzeum. Oczywiście był z pewnych powodów (o których dbając o czystość języka relacji nie zamierzam wspominać) szerszy. Józek postanowił stworzyć sobie w nim odpowiednie warunki zarówno do pracy, jak i do odpoczynku. W wagonie kazał więc zbudować w pełni wyposażoną i funkcjonalną kuchnie, w której to można był spełnić jego rozmaite kulinarne kaprysy; salę konferencyjną, w której to mógł planować zarówno strategię walki z wrogiem, jak i zawiązywać intrygi przeciwko niepokornym partyjnym; oraz jeden pokój na wyłączność, wraz z łazienką, toaletą, biurkiem i łóżkiem, w którym to mógł wypocząć i nacieszyć się samotnością.

Wagon zwiedziliśmy dosyć szybko, gonieni przez dużą grupę turystów z Izraela, dla których z wiadomych powodów wizyta w takim miejscu była dość ciężkim przeżyciem.

Po zwiedzeniu muzeum część z naszej ekipy (Bartek, Magda i ja) poczuło silną potrzebę przełamania komunistycznych klimatów. Po zrobieniu sobie kilku wspólnych zdjęć i obfotografowaniu pomnika Stalina znajdującego się przed muzeum, zdecydowaliśmy się opuścić resztę grupy i udaliśmy się w kierunku ostatniego miejsca wartego zobaczenia w Gori – ruin zamku, znajdujących się na wzgórzu nad miastem. Po krótkiej wspinaczce, która po tych kilku dniach łażenia z plecakiem nie była dla nas żadnym wyzwaniem, znaleźliśmy się na szczycie.

Ze szczytu wzniesienia, na którym ów zamek się znajdował roztaczał się piękny, lecz zarazem smutny widok. Gori jest miastem bardzo biednym. Dopiero z góry można było zobaczyć morze slumsów, które przypomina czarne dzielnice amerykańskich metropolii, gdzie bieda, narkotyki i bark perspektyw życiowych prowadzą mieszkańców do frustracji. W Gori podobnie jak w amerykańskich filmach trakcje elektryczne zawieszone są bardzo nisko, niewiele ponad wysokością dachów slumsów. Wszędobylska panorama biedy, nie dawał mi spokoju. Bieda gruzińska różni się jednak od biedy amerykańskiej. Jest od niej bardziej pokorna, co widać po ludziach pogodzonych ze swoim nędznym losem. Nie jest tak kryminogenna, chociaż i tutaj nie brakuje miejsc, w które nie warto zapuszczać się po zmroku.

Około 13.00 skierowaliśmy się w stronę dworca autobusowego. Naszym celem było Kutaisi, lecz po krótkiej rozmowie z innymi polskimi turystami, którzy tym miastem byli szczerze zawiedzeni, zdecydowaliśmy się pojechać dalej.
Do Gori dotarliśmy około godziny 17.00. Po krótkiej wizycie w Mc Donald ‘s, zaplecze językowe w okrojonym składzie (czyli ja i Młody) udało się w kierunku pobliskiego dworca w poszukiwaniu marszrutki do Lentehi. Marszrutki oczywiście nie znaleźliśmy, ale po pół godzinie poszukiwań udało nam się zaleźć taksówkarza, który swoim JEEPEM miał nas zawieźć w tamtym kierunku.
Umówiliśmy się z nim na godzinę 18.00, robiąc w międzyczasie szybkie zakupy na pobliskim targu. Punktualnie o 18.00 w pobliże dworca podjechał ów JEEP, który zdecydowanie nie zasługiwał na to chlubne miano. Samochód ten różnił się od zwykłych osobówek jedynie tym, że miał trzy rzędy siedzeń. Jakimś cudem udało nam się tam zmieścić wraz z naszymi plecakami, jazda nie należała jednak do tych komfortowych, a do tego dłużyła się niemiłosiernie. Przez następne 3 godziny toczyliśmy się po gruzińskich górskich i wyboistych drogach ze średnią prędkością 40 km/h, przy akompaniamencie hitów rodem z remizowych dyskotek z „No Face no Name no Number” Modern Talking w roli głównej. Było ciasno, gorąco, ale zabawnie zwłaszcza, gdy „No Face …” leciało po raz trzeci w ciągu naszej jazdy.

Do Lentehi przyjechaliśmy tuz po 21.00. I zaczęło się! Najpierw zatrzymała nas policja. Na początku sądziliśmy, że funkcjonariusze przyczepili się do naszego kierowcy za „nielegalne przewożenie turystów w pojazdach dwuśladowych”. Po chwili rozmowy okazało się, że są mu za to niezwykle … wdzięczni. Lentehi jest bowiem straszną dziurą, a właściwie jednym z nielicznych skupisk ludności w dolnej Swanetii, a zarazem stolicą regionu Racha-Lechkhumi and Kvemo Svaneti. Region ten jest omijany przez turystów, którzy to kierują się raczej do Mesti, będącej jak na gruzińskie warunki swoistym turystycznym kołchozem. Tej nocy mieliśmy poznać co oznacza „prawdziwa gruzińska gościnność”.

Zaczęło się już od rozmowy z panami policjantami, którzy próbowali nas przekonać, że ich komenda jest tak naprawdę bardzo przytulna i ciepła, więc powinniśmy w niej przenocować. Pomyśl ten wydawał nam się mocno nietrafiony, z wiadomych zresztą względów. Po krótkiej naradzie, podczas której na szczęście udało nam się dojść do głosu, policjanci zaproponowali nam nocleg na terenie szkoły. Mieliśmy rozłożyć swoje namioty na trawi w pobliżu boiska szkolnego. Rozwiązanie to wydało nam się optymalne.
Gdy doszliśmy na miejsce zobaczyliśmy trzech gruzińskich chłopaków grających w piłkę. Powitali nas miło i zaproponowali wspólną grę. Po rozpakowaniu się i rozłożeniu namiotów stwierdziliśmy, że w sumie to nic nie stoi na przeszkodzie aby z nimi zagrać i wcale nam to nie przeszkadza że będziemy biegać boso. I zaczęła się wspólna gra!

Z początku chłopaki mocno się zmobilizowali i chcieli nam cos udowodnić. Jednakże siła, masa i rzeźba były po naszej stronie i szybko udało nam się odskoczyć na kilka bramek. Oni jednak nie odpuszczali. Z czasem gra zaczęła się wyrównywać. Ale była to tylko chwilowa dekoncentracja. Po kilku minutach było już pozamiatane. Szczególnie jeden z zawodników zaimponował gruzińskim chłopakom. Był to ten co strzelił gole kolejno: z pseudoprzewrotki, dwukrotnie piętą, w tym za drugim razem tak zwanym krzyżakiem, a na koniec wieńcząc dzieło posłał piłkę z całej siły wolejem prosto w lewe okienko bramki. Po tym golu chłopaki poddali się, podziękowali nam za grę, zrobili sobie z nami wspólne zdjęcia i zawołali pól wioski. I zaczęło się!

Gdy skończyliśmy grę było już dawno po 22. Większość wioski była już o tej godzinie jeżeli nie całkowicie, to choć częściowo pijana. Z tego właśnie powodu wielu mieszkańców wioski stało się nagle bardzo skorymi do rozmowy. Na szczęście zanim zostaliśmy przez nich całkowicie zaatakowani udało nam się wybłagać jeszcze pól godziny spokoju na kolacje. Zanim zdążyliśmy się zorientować dostarczono nam wiele produktów spożywczych. Nie mogliśmy ich nie przyjąć, a wynikało to nie z naszej chytrości, lecz z faktu, że w przypadku odmowy Gruzini poczuliby się urażeni, a biorąc pod uwagę że byli pijani mogło by się to skończyć nieciekawie. Zostaliśmy zatem zmuszeni do zjedzenia ich produktów pod jakąś dziwną niepisaną groźbą, co nie oznacza że potraktowaliśmy to jako afront.

Około 23.00 mieszkańcy wioski zdecydowali, że wystarczy już nam spokoju i że musimy z nimi porozmawiać. I tutaj widocznie unaocznił się hierarchiczny podział społeczności Lentehi. Wielu mieszkańców nie zostało do nas dopuszczonych. Wielu rozpoczęło pokątnie kłótnie o to kto może z nami zamienić słowo. Wszyscy mieli już zapewne obmyślone argumenty udowadniające innym, że to im należy się zaszczyt rozmowy z nami. Z nadejściem jednego człowiek wszystkie ich plany zawaliły się jednak jak domek z kart.
Stary, lekko zmęczony już życiem, potężnej postury Gruzin, ubrany w sweter a la Kononowicz przecisnąwszy się przez tłum, usiadł w pobliżu naszych namiotów i zagaił rozmowę. Towarzyszyli mu jego synowie. Wszyscy trzej nie przyszli do nas z pustymi rękami. Mieli dla nas świetne brązowe wino, oczywiście domowej roboty. Rozmowa zaczęła się po rosyjsku, lecz z czasem starszy pan przeszedł na … hiszpański.

Okazało się że ów człowiek (zwany przez nas odtąd Panem Hiszpanem) spędził dużą część swojego życia w Hiszpanii, dokąd pojechał za chlebem. Na miejscu okazało się, że życie w Europie wcale nie jest takie różowe. Pan Hiszpan z początku nie znalazł pracy. Noce spędzał w parkach. Żywił się jakimiś odpadkami. Po sześciu latach zdecydował się wrócić do Letehi. I mimo, że wyjazd ten był dla niego ciężką szkołą życia, a w dodatku nie przyniósł mu żadnych finansowych korzyści, to dał mu jedną bardzo ważną rzecz: Wysoką pozycję w wiosce. Nieoficjalnie stał się najważniejszą postacią w Lentehi, dlatego też gdy zbliżył się do nas, pozostali mieszkańcy postanowili powrócić do swoich domostw, aby to nie narazić się Panu Hiszpanowi.

Rozmowa z początku przybrała formę „konwersacji zapoznawczej”, lecz im mniej było wina w butelce tym bardziej szła w kierunku dysputy filozoficznej. Z czasem Pan Hiszpan rozpoczął swoje rozważania na temat Boga. Rozmowa stała się w tym momencie bardzo głęboka. Około 1.00, gdy wszyscy byli już pijani jak bele Pan Hiszpan powiedział: Pamiętajcie o jednym. Na ziemi trzeba pić wino. Trzeba pić jak najwięcej wina. Dlaczego? Bo trzeba się przyzwyczaić. W niebie będziemy pili już tylko wino.

Około drugiej stwierdziliśmy, że czas już na nas. Pożegnaliśmy się z Panem Hiszpanem i z trudem odgoniliśmy jego dwóch pijanych jak bela synów. W końcu sami położyliśmy się spać. Był to jeden z najbardziej intensywnych dni podczas tego wyjazdu.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 22 gru 2011, 17:43 
Offline
mała brązowa

Rejestracja: 22 wrz 2010, 13:33
Posty: 72
Lokalizacja: Legionowo
Mała edytka:

Oczywiści opiszę dokładniej nasz pobyt w Lentehi, ale teraz jestem już wypruty. W każdym razie opis tego dnia wydłuży się z 4,5 stron maszynopisu do... chyba ponad 5


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 23 gru 2011, 11:14 
Offline
duża brązowa

Rejestracja: 12 paź 2005, 10:52
Posty: 485
Lokalizacja: Zug
Bardzo ciekawie piszesz, nie powiem :)

Ale 2 komentarze mam:
1) Jakby swiat nie reagowal na wojne rosyjsko-gruzinska (jak piszesz), to Pan Saakaszwili siedzialby teraz w USA a Gruzja bylaby druga Bialorusia. Daleki jestem od lubienia Rosjan, ale akurat ta wojna jest dosc kontrowersyjna...
2) Piszesz ze: "Wagon zwiedziliśmy dosyć szybko, gonieni przez dużą grupę turystów z Izraela, dla których z wiadomych powodów wizyta w takim miejscu była dość ciężkim przeżyciem." Zastanawia mnie dlaczego wizyta w muzeum Stalina jest dla przedstawicieli starszych braci w wierze takim przezyciem? Np niejakiego Jagode rzeczywiscie na smierc wyslal, ale chyba nikt za nim nie placze...

Pzdr!
Artur

_________________
Obok dużej bramy jest zawsze mała furtka


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 23 gru 2011, 23:36 
Offline
mała brązowa

Rejestracja: 22 wrz 2010, 13:33
Posty: 72
Lokalizacja: Legionowo
Dzięki za konstruktywną krytykę :P

Na twoje uwagi mogę odpowiedzieć jedno: Napisałem tak po prostu "aby to ładnie wyglądało" dużo lepiej czyta się o jakieś niesprawiedliwości i trudnych przeżyciach :p A tak na serio - rzeczywiście pisząc tą część relacji miałem świadomość tych mankamentów- gratuluję ci wyłapania ich.

Właśnie ze względu na takie szczegóły postanowiłem po skończeniu pisania usiąść jeszcze raz i poprawić te nie najlepsze fragmenty. Poza tym moja relacja ma jeszcze jedną chyba największa wadę, której nikt z was do tej pory n ie wyłapał: Strasznie mieszam style pisania :zly: . W jednym akapicie prowadzę (pseudo)głębokie rozważania na temat biedy w Tbilisi, w kolejnym rozkładam psychikę pani przewodnik muzeum na czynniki pierwsze, by zaraz potem przejść do opisu imprezy :kwasny: To jest cholerna niekonsekwencja z mojej strony, ale mam nadzieję, że nie przeszkadza wam to w czytaniu i nie rzuca się zbytnio w oczy :P


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 26 sty 2012, 1:35 
Offline
III norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 21:15
Posty: 2080
Lokalizacja: Zewsząd
Tej!

_________________
Życie jest – panie - ważne w życiu. Póki się je czuje, to jest dobrze. Tyle.
ciągle pamiętamy-->śmietana szatana na twarzy banana
Ot, zdrowie!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 13 lut 2012, 18:46 
Offline
mała brązowa

Rejestracja: 22 wrz 2010, 13:33
Posty: 72
Lokalizacja: Legionowo
Tak tak. Wiem. Ale będzie ciąg dalszy. Za godzinę zabieram się za pisanie


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 13 lut 2012, 19:06 
Offline
mała brązowa

Rejestracja: 22 wrz 2010, 13:33
Posty: 72
Lokalizacja: Legionowo
Dobra. Póki co wrzucam to co już kiedyś napisałem, lecz do tej pory nie wrzuciłem. Następne dni właśnie się piszą. :P


03.07.2011 Lentehi – góry Swaneckie


Po niezwykle twardym śnie obudziliśmy się o godzinie 8.00 ubożsi o sandały Michała. Obudziliśmy się, a raczej byliśmy od godziny 6.00 na bieżąco budzeni przez lokalnego koguta, który mniej więcej co 20 minut oznajmiał, że jest już widno i pora wstawać. Nie trudno domyślić się, że okropnie nas to irytowało, a większość z nas miała ochotę przerobić koguta na pasztet.

Z relacji damskiej części ekipy, która to kładła się spać stosunkowo trzeźwa, wynika, że około 4.00 słyszały one wyraźne głosy tych samych chłopaków, z którymi graliśmy w piłkę. Skopali oni podobno nasze namioty, co dosyć mocno wystraszyło nasze dziewczyny, ale cóż … faceci spali twardo i niczego nie słyszeli, a jakby tego było mało to im wcale nie przeszkadzało, że kobiety umierają ze strachu. Cóż w dzisiejszych czasach rycerza już niestety nie uświadczysz. Kogut plus mali Gruzini demolujący nasze namioty… Nie to nie była spokojna noc.

Nietrudno domyślić się w jakie mieliśmy tego ranka nastroje. Szykowanie się szło nam okropnie ciężko. Śniadanie jedliśmy półtorej godziny. Podczas jedzenia mali Gruzini rzucali w naszą stronę małymi zielonymi jabłkami. Oberwaliśmy wielokrotnie.
Doświadczywszy poprzedniego dnia gruzińskiej gościnności stwierdziliśmy, że dobrze byłoby się stąd jak najszybciej wynieść, w przeciwnym razie za kilka godzin powstanie wokół nas wędrowny jarmark „Europa”. Dla każdego z nas jasne było to, że jeżeli jak najszybciej się nie spakujemy, to po prostu z tej wioski nie wyjdziemy. Około 11.00 byliśmy już gotowi., namioty dawno były już złożone, naczynia pomyte, plecaki czekały już na nas całe obładowane naszymi betami, jeszcze tylko Magda pójdzie z Młodym zapytać się o drogę i idziemy. Magda z Młodym z braku innej możliwości postanowili wejść do pierwszego lepszego gruzińskiego domu. I zaczęło się!

Z perspektywy pozostałej części grupy to co miało się teraz stać było co najmniej dziwne. W najdłuższej wersji pytania: W jaki sposób możemy dotrzeć do …, oraz w najdłuższej wersji odpowiedzi na to pytanie: Musicie iść w kierunku… interakcja pomiędzy pytającym i pytanym trwa około 3 minut. Potem następują wzajemne uściski, życzenia szerokiej drogi, ewentualnie jakiś ostrzeżenia przed lawinami, czy niedźwiedziami, podziękowania i każdy rozchodzi się w swoim kierunku. Cały proces pytania się od drogę trwa więc w najgorszym wypadku do 5 minut.

Niestety tym razem owo 5 minut wydłużyło się w przedziwnych okolicznościach do ponad dwóch godzin. Mniej więcej piętnaście po trzynastej, ktoś z nas dostrzegłszy Młodego zawołał: O wreszcie idą. Cóż jeżeli mam być szczery to nie nazwał bym tego marszem. Młody wraz z Magdą słaniali się wręcz na nogach, co dowodziło, że spędzili ten czas dużo bardziej produktywnie niż my czekając na nich. A podobno dżentelmeni nie piją przed dwunastą. Niestety skoro na tym świecie nie ma już rycerzy to trudno także znaleźć dżentelmenów.

Z próby dosyć pokrętnego wytłumaczenia nam z faktu tak długiej wizyty, jakiej próbował dokonać Młody można wywnioskować, że przebiegała ona mniej więcej tak:

Po wejściu w progi gruzińskiego domu afrontem dla gospodarza byłoby nie wypicie z nim chociażby jednej kolejki. To zrozumiałe. Po pierwszej kolejce gospodarz wpadła w achy i ochy nad naszą ekipą tłumacząc, że to wspaniale, że do przyszliśmy akurat do Lentekhi a nie, nie daj Boże do jakiejś tam Mestii i z tej okazji, to znaczy dlatego że jesteśmy fajni chce wypić z Młodym następną kolejkę. Magda odmawia tłumaczyć się, że jest kobietą, więcej jej nie wypada, na co gospodyni przyznaje jej rację i nalewa brązowego wina. Po wypiciu drugiej kolejki gospodyni przynosi na stół jedzenie, przepraszając za opieszałość i kłaniając się w pas, dodając że ma nadzieję na rychłe wybaczenie jej win, a jako, że ona nawaliła a wódka jeszcze jest to można by jej ponownie skosztować… .Takie cykle trwają w kółko, aż do momentu, gdy Młody z Magdą mówią, że naprawdę muszą już iść, na co gospodarz odpowiada, że jak najbardziej ich rozumie, ale muszą jeszcze wypić strzemiennego, a tak poza tym to on ich odprowadzi. Kiedy Młody próbuje go przekonać, że nie ma potrzeby, ten zaczyna mu całym sercem dziękować, że zechciał wpaść do niego do domu, zjeść jego jedzenie wypić jego alkohol i w ogóle to dawno nie widział tak wspaniałych turystów… Gospodarz zaczął dziękować Młodemu i Magdzie, że ci zgodzili się łaskawie wypić jego alkohol i zjeść jego jedzenie! To nie do pomyślenia!

Nie byłem obecny przy tej rozmowie, ale znając już z autopsji gruzińską życzliwość i doświadczając poprzedniej nocy stosunek mieszkańców Lentekhi do alkoholu, myślę że powyższy opis oddaje istotę gruzińskiej gościnności. Aha w tym miejscu warto jeszcze wspomnieć, że cel wizyty, czyli zapytanie się o drogę, nie został w ogóle zrealizowany. Morał jest z tego prosty: Jeżeli zgubiłeś się gdzieś w Gruzji, a nie masz ochoty się upić, udawaj że wszystko jest w porządku i staraj się sprawiać wrażenie pewnego siebie podróżnika.

Ostatecznie na szlak wyszliśmy mniej więcej dwadzieścia minut po trzynastej. Po półtorej godzinie iścia spacerowym tempem, zdecydowaliśmy się na postój. Gdy ugasiliśmy pragnienie, oczom naszym ukazała się ciężarówka do przewozu drewna, której kierowca ujrzawszy nas zaczął ochoczo trąbić i pozdrawiać nas. Nie przywiązaliśmy jednak do niej zbyt dużej wagi, zwłaszcza że po tych kilku sygnałach dźwiękowych kierowca pojechał dalej.

Gdy zamierzaliśmy już opuścić miejsce odpoczynku, aby udać się w dalszą drogę usłyszeliśmy przeraźliwy ryk silnika. Okazało się że była to ta sama ciężarówka firmy Tatra, która teraz podjeżdżała po górę alkoholu wręcza nam litr domowej wódki pędzonej na tych samych małych zielonych jabłkach, którymi tego ranka wielokrotnie oberwaliśmy z rąk małych Gruzinów, po czym najspokojniej w świecie w akompaniamencie klaksonu i machając do nas wielokrotnie rękoma wraca do swojej pracy i odjeżdża! Człowiek ten zapewne nie wiedział co to znaczy kodeks drogowy, nie znał definicji stanu pod wpływem alkoholu, czy stanu nietrzeźwości, którymi to wielokrotnie zamęczanie są młodzi kandydaci na kierowców w polskich szkołach jazdy. Zostaliśmy sami bogatsi o litr domowej wódki i ze szczękami na wyboistej utwardzonej drodze.

Ze swoistego myślowego letargu wybiła mnie po chwili celna uwaga Bartka: Taa w Armenii alkohol był tani. W Gruzji alkohol jest darmowy. Po krótkiej salwie śmiechu postanowiliśmy kontynuować naszą podróż.

Tym razem uszliśmy zaledwie z półtora kilometra, gdy naszym oczom ukazała się nowoczesna terenowa policyjna Toyota, która to na nasz widok zatrzymała się. Miły i o dziwo niezwykle spokojny i wytonowany pan policjant grzecznie zapytał się nas, czy może nie chcielibyśmy być przez niego podwiezieni. Po krótkiej naradzie zdecydowaliśmy, że nie jest to głupi pomysł i wsiedliśmy do Toyoty. Tym razem podróż przebiegała w bardzo komfortowych warunkach. Nie trzęsło niemal wcale, widoki, które nawet z perspektywy piechura były piękne zyskały jeszcze na urodzie w momencie, gdy do naszych uszu zaczęła docierać tradycyjna gruzińska muzyka. Było po prostu cudnie.

Gdy dotarliśmy do najbliższej wsi, pożegnaliśmy się z panem policjantem grzecznie dziękując i wychwalając pod niebiosa sposób funkcjonowanie swanetańskiej policji. Było już koło 16.00, więc powoli zaczęliśmy rozglądać się za obiadem. Usiedliśmy więc na drzewie i postanowiliśmy poczekać aż obiad sam do nas przyjdzie. I przyszedł!

Około 16.15 z domu naprzeciwko nas wyszła pewna niska i otyła Gruzinka w średnim wieku. Nagle usłyszała jakieś hałasy i rozmowę w nieznanym jej języku, wyszła przed dom i rozejrzała się. Zobaczywszy nas uśmiechnęła się do nas, po czym wróciła do swojej pracy. My jednak nie zamierzaliśmy odpuścić takiej okazji. Magda podejdź do pani porozmawiaj z nią i powiedź jej że z chęcią coś u niej zjemy, oczywiści za odpowiednią zapłata. – rzucił ktoś nagle.

Po krótkiej rozmowie, podczas której Magda nie musiała się wysilać, aby przekonać panią gospodynie, że z chęcią u niej zjemy, znaleźliśmy się w jadalni. Gospodyni była zachwycona. Od razu zawołała swoje dwie córki, które to nakryły nam do stołu, podały chleb i dwa rodzaje słonych serów, a następnie zajęły miejsca w pobliżu wpatrując się w nas ja w obrazek. Jedzenie było przepyszne. Chleb miał charakterystyczną naturalną konsystencje, był lekko lepki, jeżeli dotknęło się jego wnętrza, oraz lekko słonawy. Sery zrobione były oczywiście z koziego mleka, a jeden z nich po przełamaniu zostawiał w swojej strukturze ślad podobny do tego jaki zostawia po sobie przełamana chałwa.

Po skończonym posiłku, nie udało się nam niestety wręczyć pieniędzy pani gospodyni, która to zarzekała się że cała przyjemność jest po jej stronie. Postanowiliśmy zatem zrobić sobie na odchodne wspólne zdjęcie, ja zaś poczęstowałem gospodynię i jej córki gumą do żucia.

Było już wpół do szóstej, postanowiliśmy zatem wspiąć się na szczyt górujący nad wsią i tam poszukać noclegu, co okazało się być świetnym pomysłem. Około 20.00 dotarliśmy bowiem do polanki, która poza czysto przyrodniczymi i widokowymi walorami była także stosunkowo płaska. Znajdowało się na niej pastwisko, lecz jego właścicielowi wcale nie przeszkadzał fakt, że rozbiliśmy na nim nasze pałatki. Po rozłożeniu się, zjedzeniu kolacji i rozpaleniu ogniska, gdy grzaliśmy już się przy ogniu usłyszeliśmy jakieś hałasy. Po pięciu minutach oczom naszym ukazała się … grupka pijanych Gruzinów. Ponieważ nie chcieliśmy przeżyć efektu Déjà vu z wizyty w Lentekhi zdecydowaliśmy się tym razem udawać istoty całkowicie nie rozumiejące języka rosyjskiego. Z początku to wcale nie przeszkadzało Gruzinom, którzy żywo próbowali nawiązać z nami kontakt, lecz wobec braku naszej reakcji na cokolwiek, po 15 minutach siedzenia w pobliżu naszego obozu postanowili dać za wygraną i odejść. Odetchnęliśmy z ulgą.

Dzień ten zakończyliśmy wpatrzeni w płomienie ogniska rozświetlające polanę. Jest coś takiego w ogniu, że człowiek bez powodu może na niego patrzeć całymi godzinami i nie nudzić się. Lecz, gdy ogień zgaśnie a zapasy drewna skończą się, człowieka zaczyna ogarniać zmęczenie i silna potrzeba snu. Tego dnia drewno skończyło nam się około północy.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 13 lut 2012, 22:02 
Offline
mała brązowa

Rejestracja: 22 wrz 2010, 13:33
Posty: 72
Lokalizacja: Legionowo
Uwaga! Proszę o miejsce! Dalsza część relacji nadchodzi


04.07.2011 Góry Swaneckie

Tego dnia złożyliśmy nasze obozowisko około godziny 10.00. Po uzupełnieniu zapasów wody wyruszyliśmy w poszukiwaniu szlaku, o którym dowiedzieliśmy się poprzedniego dnia od właściciela pastwiska. Początkowo trudno nam było uwierzyć, w fakt, że w tej okolicy powstała tak szczytna inicjatywa, lecz zaledwie po około pół godzinie marszu spostrzegliśmy na jednym z drzew ślad czerwonej farby. Kierunek marszu wskazywany przez szlak zasadniczo zgadzał się z drogą wyraźnie zaznaczoną na radzieckich sztabówkach. Szliśmy zatem jedynym szlakiem turystycznym w górach Swaneckich.

Sposób oznakowania szlaku był bardzo prosty, aby nie powiedzieć prymitywny. Co kilkaset metrów jakiś Gruzin chlapnął odrobinę czerwonej farby na drzewo, od czasu do czasu zawiesił na przeźroczystej żyłce pustą puszkę. I mimo, iż szefostwo PTTK nie byłoby zadowolone z takiego oznakowania szlaku, to my przyjęliśmy je z pocałowaniem ręki. Zwłaszcza, że farbę widywaliśmy na drzewach stosunkowo często.

Niestety nasza radość z iścia szlakiem nie trwała długo. Po mniej niż godzinie szlak nagle się urwał. Gruzinowi znakującemu szlak zapewne zabrakło farby, więc postanowił olać cały interes i wrócić do swoich. Od tej pory orientowaliśmy się tylko na podstawie radzieckich sztabówek.

Parę minut po dwunastej zaczęło robić się stromo. Z początku myśleliśmy, że ta stromizna jest tylko chwilowa, lecz ku naszemu zdziwieniu nachylenie podłoża zaczęło rosnąć z minuty na minutę. Z czasem sztuka utrzymania pionu, będąca tak trudną dla wielu ludzi po spożyciu nadmiernej ilości alkoholu, stała się także dla nas sporym wyzwaniem. Nie wiem dokładnie jakie było nachylenie stoku, ale po kilkunastu minutach utrzymanie równowagi stało się możliwe jedynie dzięki pomocy kończyn górnych. Idąc łapaliśmy się tego co popadnie – traw, pokrzyw, drzew, czy krzewów. Nieważne było co rośnie przed tobą. Czy jest trujące, czy cię poparzy, czy może nie. Ważne było aby nie stoczyć się w dół. I iść dalej.

Po pół godzinie człapania się na czworaka po naszej lewej ręce zaczęła wyrastać przepaść. Miała ona może ledwie z 30 metrów spadku, ale z góry wyglądała na naprawdę potężną. Człapiąc w górę ze strachem i w pełni świadomy co mnie czeka w przypadku poślizgnięcia się starałem odwracać głowę w prawą stronę. Ach ten cholerny lęk wysokości.

W pewnym momencie dalsze iście w górę ograniczyło się do dwóch opcji – zejścia delikatnie na prawą stronę i człapania po pokrzywach, lub zejścia delikatnie w lewą stronę (bliżej przepaści!!!) i człapania po piachu do najbliższego i wyglądającego solidnie karłowatego drzewa. Młody poszedł w prawo. Przede mną był jeszcze tylko Bartek, który poszedł w lewo. Gdy przyszła kolej na mnie postanowiłem pójść śladem Bartka. I mogło to się skończyć dla mnie tragicznie.

Paradoksalnie suchy piasek jest nawierzchnią zdecydowanie gorszą do człapania na czterech kończynach niż trawa. Trawy zawsze można się złapać i mimo, iż nie jest to solidna podpora , to zawsze ułatwia ona iście, a raczej człapanie. Wysuszony piasek jest dużo bardziej śliski. Sprawia to, że ryzyko osunięcia się w przepaść wzrasta. Nawet jeżeli za parę metrów widać drzewo, rosnące na piaszczystej ziemi, to nie warto iść tą drogą. Dlaczego? A czy wiadomo jak głęboko sięgają korzenie drzewa? Czy wiadomo, czy drzewo nie jest spróchniałe? I jak głęboka jest gleba, na której owo drzewo rośnie (a skoro rośnie na suchej ziemi to znaczy, że raczej głęboka nie jest)? Poza tym drzewo to było KARŁOWATE i sięgało mi zaledwie do pasa. Wszystkie te ostrzeżenia gdzieś tkwiły w mojej podświadomości ale perspektywa oparcia się o coś SOLIDNEGO była na tyle kusząca, że ani na moment nie zastanowiłem się nad pójściem w prawo. To był błąd. To co wydaje się solidne z kilkunastu metrów wcale nie musi być solidne naprawdę. Poza tym warto iść za osobą, która jest bardziej doświadczona od ciebie. I pomimo, iż Młody będzie zaprzeczał fakty na dzień 04.07.2011 były takie, że to on był najbardziej doświadczoną osobą w całej ekipie. I to za nim należało iść.

Lewą stroną szło się ciężko. Piasek był śliski, buty co chwila traciły przyczepność. Na szczęście drzewo było bardzo solidnie osadzone w ziemi. Nie było spróchniałe. I utrzymało mój ciężar. Ponad osiemdziesiąt kilogramów żywej masy plus około dwanaście do piętnastu kilogramów bagażu. Lekko licząc dziewięćdziesiąt dwa kilo. Nie muszę pisać jakiego miałem stracha, gdy próbowałem się przedrzeć przez liczne gałęzie. Cały konar był solidny i spokojnie mogłem się na nim oprzeć, ale pojedyncze gałęzie … tego nie wiedziałem i nie zamierzałem się dowiadywać. Chciałem ja najszybciej wczłapać się dalej, toteż … o mało co nie popełniłbym kolejnego błędu. Już chciałem przyspieszyć, gdy do głowy wpadła mi pewna myśl: Przyspieszając zacznę wykonywać więcej gwałtownych ruchów. Naprawdę nie chce sprawdzać wytrzymałości tego drzewa. Zacząłem iść więc dalej powoli i spokojnie, dbając aby każdy krok był możliwie jak najpewniejszy, a każdy ruch jak najmniej gwałtowny. I opłaciło się.

Po pokonaniu tego rozwidlenia teren delikatnie się wypłaszczył. Delikatnie – to znaczy na tyle, że dało się usiąść bez ryzyka osunięcia się niżej. Postanowiliśmy wykorzystać tą sytuację i zaznać trochę odpoczynku, zwłaszcza, że dalsza część naszej wspinaczki zapowiadała się niestety ponownie w pozycji „na niedźwiedzia”. Zjedliśmy czekoladę, wypiliśmy herbatę i po piętnastu minutach ruszyliśmy w dalszą drogę.

Po pięciu minutach marszu znowu zaczęło się robić stromo. Z czasem znikła trawa i otwarta przestrzeń. Na jej miejscu pojawiły się … pokrzywy, a raczej ściana pokrzyw. Miały one wysokość mniej więcej … metra osiemdziesięciu. Zrobiło się dosyć niefajnie. Pomiędzy pokrzywami nie było żadnej ścieżki, więc zostaliśmy zmuszeni do przejścia pokrzyw „w pław”. Pierwsza, z uwagi na długie spodnie szła Iza, za nią poszedłem ja, potem Magda i reszta. Byłaby to zapewne dosyć bolesna przeprawa, gdyby nie Iza, która starała się jak najlepiej udeptać pokrzywy. Jako drugi w kolejce odczułem co prawda wiele ukuć, ale mogło być ZNACZNIE gorzej. Grunt to dobra taktyka.

Za ścianą pokrzyw zobaczyliśmy mały opuszczony domek. Na drzewie tuż obok ktoś z nas zauważył kawałek czerwonej farby. A więc znów byliśmy na szlaku! Po szybkim spojrzeniu na mapę i możliwe opcje przejścia naszej trasy, Młody stwierdził, że … szlak prowadził przez jeszcze bardziej stromy teren. Dobrze zatem, że udało nam się go zgubić.

Po krótkim odpoczynku w pobliżu domku weszliśmy do lasu. Utrudniło to jeszcze bardziej wspinaczkę, gdyż powierzchnia, która była do tej pory trawiasta, pokryła się nagle liśćmi. Nie musze chyba mówić, że liście są śliskie. Stąpaliśmy zatem najostrożniej jak się dało, a mimo to chyba wszyscy z nas (łącznie z Młodym) zaliczyli chociażby jeden zjazd na dupie w dół. A ja powinienem chyba zostać okrzyknięty rekordzista Trampa w tej dyscyplinie.

Późnym popołudniem zobaczyliśmy skraj lasu. I wtedy zrobiło się jeszcze trochę stromiej. Szliśmy od drzewa do drzewa, odpoczywając co chwila. W tym momencie drzewo stało się dla nas symbolem wybawienia. Wspinaczka wyglądała mniej więcej tak: Kończymy opierać się o pień drzewa, idziemy niemal na czworaka, łapiemy się gałęzi najbliższego drzewa, podciągamy się, przystajemy i zaczynamy opierać się o pień tego drzewa, którego gałąź wcześniej złapaliśmy. Taki cykl trwał na szczęście bardzo krótko, ale wydłużył moment wychodzenia z lasu na otwartą przestrzeń.

Po wyjściu z lasu powierzchnia wyraźnie się wypłaszczyła. Zaczęliśmy więc szukać jakiegoś miejsca noclegowego, gdyż nie było sensu dalej iść. Po kilku minutach dotarliśmy do miejsca, gdzie możliwe było rozłożenie namiotów. Zobaczyliśmy też sam szczyt. Droga do niego zajęłaby nam zapewne jeszcze z trzy godziny, a że była stroma to utwierdziła nas w przekonaniu, że podejmujemy dobrą decyzje zostając tutaj.

Rozłożenie namiotów okazało się zadaniem dosyć trudnym. Gleba w owym miejscu wypłaszczenia była bowiem mocno zwietrzała, a przez to niezbyt głęboka. Mieliśmy problemy z wbiciem szpilek na głębokość, zapewniającą namiotowi stabilność. Z tego powodu byliśmy zmuszeni rozbić namioty w miejscu osłoniętym od wiatru. I ta trudna sztuka ostatecznie nam się udała.

Po rozbiciu obozowiska miały miejsce standardowe czynności jedzeniowe. Co bardziej zdesperowani postanowili zadbać o własną higienę, lecz strumień, który znajdował się w pobliżu raczej średnio nadawał się do mycia. Z powodu dosyć znacznego spadku nie zdecydowaliśmy się na ognisko. Cóż nie można mieć wszystkiego.

Warto wspomnieć także o bardzo ciekawej „toalecie”. Otóż najbliższe krzaki – czyli miejsce które umownie nazwaliśmy toaletą, po przejściu paru kroków i schowaniu się za nimi, w celu zapewnienia sobie chociażby minimum intymności, oferowały … wspaniały widok. Niesamowitym uczuciem było podziwianie gór w momencie załatwiania własnych potrzeb. Trzeba było tylko uważać aby zbytnio się nie zapatrzyć i … no dobra pominę ten temat.

Gdy zapadł zmrok mogliśmy rozkoszować się wspaniałym gwieździstym niebem. Było cudnie, brakowało tylko ogniska … Cudne było też to uczucie, kiedy rozmyślając o trudach dzisiejszego dnia i oglądając w świetle czołówki stare radzieckie sztabówki, człowiek uświadamia sobie, że mimo iż pada na pysk, to praktycznie nie ruszył się dzisiaj do przodu. Tego dnia zrobiliśmy ledwie 20 gotów. To były chyba najtrudniejsze goty jakie udało mi się zrobić w życiu.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 27 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group