Dzisiaj jest 24 lis 2017, 22:41

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 27 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
PostZamieszczono: 08 gru 2011, 0:31 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
Dzien dobry,
witam Panstwa bardzo serdecznie na poczatek pierwszego odcinka nowej relacji. Coraz mniej osob mnie tu zna, wiec nadmienie na poczatek, ze relacja bedzie zawierac brzydkie slowa, tresci obrazajace uczucia religijne, osobiste, miejscami pesymizm i inne brzydkie rzeczy zabronione przez nieformalny etos korporacji transnarodowych a takze bledy ortograficzne i interpunkcyjne wynikajace z uzywania hiszpanskiej klawiatury oraz pospiechu. Relacja nie jest pisana po to, by sie wszystkim podobala, tak wiec kochany Czytelniku, jesli Cie nie bawi a nudzi i mierzi - po prostu nie czytaj.

Tytul relacji pochodzi z wybitnego dziela pewnego niemieckiego (?) artysty, nieoficjalnego hymnu nauki hiszpanskiego w liceum. Przy okazji pozdro dla Soni i Michala, jesli to czytaja, co daj boze, Amen.

Czasy podane wg czasu lokalnego.

Pomysl wyjazdu zrodzil sie jakies 2-3 lata temu, a plan wykonania go w biezacym roku powstal 2-3 tygodnie temu. W tym grudniu mial byc Paryz i Amsterdam, jest Londyn i Andaluzja, ale - jak mowia - chuj z tym. Bilety zanabyte w letkiem pospiechu, na zalatwienie ostatnich formalnosci 24 godziny przerwy pomiedzy wyjazdami. W zasadzie standard. Z Gdanska, gdzie zladowalem na rzeczone 24 h do Andaluzji da sie doleciec przez Londyn, stad taki wybor trasy i stosowne ogloszenie. Na powrocie z Hiszpanii jeszcze w planach przemila niespodzianka dla niektorych Czytelnikow forum, ale wszystko w swoim czasie ;)

6.12. Gdansk - Londyn
Dojazd na lotnisko i security check, dzieki ktoremu dowiaduje sie, ze GB nie jest w Schengen. Niby wstyd dla absolwenta, ale w sumie mam takie rzeczy w dupie od ponad 5 lat, a w ´Pilce Noznej´ rzadko o takich rzeczach pisza. Dolot przed czasem na Stansted i nabycie ´return ticket´do Victoria Station w firmie Terravision, bo maja tanie dwustronne. Do autobusu kolejka gigant, ale w koncu o 17.30 wyjazd i 19 na miejscu. Po drodze, poza zobaczeniem klawo oswietlonego London Eye, udaje mi sie zdzwonic z Tomkiem Bulinskim, u ktorego kimam. Umawiam sie na 20.30 na Westminster, ergo mam godzine. Nie, nie napierdolilem sie jeszcze do tego stopnia, by pol godziny na prostym rachunku tracic, ale w autobusie (?) zostawilem rekawiczke, ktora poza tym, ze pochodzila z lepsiejszej pary to jeszcze do tego byla jedyna ochrona mej prawicy na najblizsze 2 tygodnie z hakiem (a na powrocie troche sie poprzewalam przez zimne kraje). Poszukiwania skutku nie przyniosly, wiec pozostaje przejsc z niewielkimi odbiciami do Westminster, bo na wiecej czasu nie bardzo styknie.

Londyn w sumie przypomina miejsce znane mi sprzed 11.,5 roku, ale nie zapamietalem takiego wszechobecnego tlumu. Nie przypominam sobie tak zawalonego ludzmi miasta (i to wieczorem). No nic, jest fajnie - zabudowa wielkomiejska w dobrym wydaniu, oswietlenie jako takie - Palac Buckingham ciemny jak Uzytkownik Marcin, ale na szczescie jutro tez jest dzien. Okolice Westminster przyjemne, zarowno Parlament jak i Westminster Abbey pieknie oswietlone. 20.30 w umowionym miejscu, obaj punktualnie. Tomek tlumaczy co i jak oraz uzycza Oyster Card, dzieki ktorej 5 funtow styknie mi na wszystkie przejazdy. Akurat, bo w gotowce mialem 20, a 15 pochlonal autobus. U Tomka w domu przyjemnie, fajne plakaty z miedzywojnia, ale padam na ryj i zasypiam po obfitym poczestunku wieczornym.

7.12. Londyn - Malaga
Pobudka przed 8. Tomek idzie na uczelnie, ja zaraz po nim na miasto. Tomek radzil pojechac stacje za Westminster i sie przejsc kawalek zwazywszy, ze na Victoria Sq. mam byc o 13. Przerabiajac to na moje standardy jade do Tower, czyli kilka stacji dalej :)
Nie mam mapy ani przewodnika Londynu (pospiech przed wyjazdem, a na lotnisku jedynie platne), wiec wybralem jedyna dalsza znana nazwe, ostatnia nad Tamiza na linii (wg schematu). Byl to trafny wybor, bo dzieki temu bez wiekszych petli moge obejsc cale City. Zwiedzanie przyjemne - cieplo jak na Londyn i nie pada, zabudowa wielkomiejska, glownie secesja, klasycyzm i rozne rzeczy pomiedzy z przyjemnymi i nieodstajacymi za bardzo wypelnieniami z XX i XXI wieku.

Poczatek wzdluz Tamizy, Millennium Bridge i skret do St. Paul´s Cathedral. Tam znajduje turinform, gdzie dowiaduje sie, ze sa 3 muzea w City za frajer, a przede wszystkim dostaje mape (dotad korzystajac z licznych na ulicach). Pierwsze - Bank of England - calkiem spoko. Wszystkie znalezione banknoty i monety brytyjskie, prasa drukarska, co nieco o budynku i instytucji. Drugie - Guildhall - tylko z zewnatrz ze wzgledu na czas, choc sam neogotycki budynek chyba najladniejszy z calej wycieczki. Trzecie Museum of London w deche. Cala historia Londynu, gdzieniegdzie tez w pigulce, od 20000 p.n.e. do najnowszego problemu miasta, czyli zmuszaniu kobiet z biednych krajow do prostytucji przez ich rodakow. Cholerna szkoda, ze moge tu byc ledwie pol godziny, bo spokojnie spedzilbym drugie tyle. Teraz juz w miare prosto na autobus, po drodze zahaczajac o Trafalgar Square, St. James´ Park oraz Palac Buckingham i na koncu Westminster Cathedral. Wrazenia raczej pozytywne, do ruchu lewostronnego przywyklem szybko, fajne male taksowki, tylko ten tlum i cholerne swiatla co 50m. Apatie, czesta u mnie na poczatku wyjazdu, zwalczam pepsi z Tesco. Autobus jedzie 2 godziny, bo mimo wczesnej godziny Londyn caly zajebany. Laduje o 15, jeszcze tylko nadaremna wizyta w biurze Terravision w sprawie rekawiczki, odprawa (podczas ktorej trace paste do zebow, bo by przewiezc te smutna resztke pasty musialbym zabulic 1 funta za spectorebke). Odlot planowo, przylot przed czasem.

W Maladze (21.00) 14 stopni! Jade tanszym autobusem (1,2EUR zamiast 2,0) do miasta i zahaczam o dworzec autobusowy, gdzie spisuje autobusy na jutro. Przez mega oswietlone (pseudoswiatecznie, ale naprawde ladnie) ulice trafiam o 22 do hostelu. 14EUR za wyro w 10-os. dormitorium, ale w cenie sniadanie, powitalny napoj (piwo lub tinto de verano, czyli cos a´la sangria) i ogolnie fajnie. W centrum spory ruch, w hostelu tez i do tego muza. When I went to Spain I saw people partying, so I said to myself: Kurwa mac! To nie jest wyjazd z cyklu poznajemy ludzi i wesolo sie bawimy w miezdunarodnym towarzystwie, zamiast tego poranne pobudki codziennie i sporo latania a na koniec czlowiek chcialby spokojnie przekimac. Hosteli w sumie w Andaluzji jest malo, ale chyba trzeba kombinic, by w nich spac, bo mam za duzy plecak by kimac na spokojnie na lotnisku, zwlaszcza na samym poczatku, kiedy rowniez row nie wchodzi w rachube (duza urbanizacja, tez wokol miast) a wszystko inne drozsze. No nic, tinto poprawia humor, pisanie relacji nuzy do tego stopnia, ze zaraz i tak zasne, bez wzgledu na halas na dole. Zreszta w pokoju w zasadzie cisza. Jest niezle. Wielkie dzieki dla uzytkownika Marciniusza oraz Tomka Bulinskiego, ktory poza byciem zajebistym gospodarzem ma zajebisty angielski akcent po ledwie roku na miejscu.

Hasta la vista.

PS. Ale glupi ci Iberowie. Zupelnie pojebana klawiatura.


Ostatnio zmieniony 12 gru 2011, 22:20 przez Jasiek, łącznie zmieniany 3 razy

Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 08 gru 2011, 0:40 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
PS. Oba Manchestery w Lidze Europy - raduje sie serce, raduje sie dusza! Tylko oszukanego Ajaksu szkoda.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 08 gru 2011, 21:20 
Offline
II norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 21:07
Posty: 1874
Lokalizacja: spod gwiazd
Powodzenia! Nie napisałeś tylko, gdzie wylądowałeś w Andaluzji - obstawiam Malagę.

Byłem tydzień wcześniej w Londynie. Potwierdzam, ludzi jest tam mnóstwo i wszędzie. Miałem nawet taką refleksję, że Londyn to miasto nad miastami. Paryż się chowa. Rower miejski całkiem spoko - za 1 GBP można się przemieszczać przez 24 h wszędzie po centrum, wychodzi taniej niż metro/autobus i jeszcze się rozglądać można. Tylko trzeba się pilnować, by nie przekroczyć 30 min jazdy na raz.

Co do Ajaxu, to ci z Lyonu do spółki z Chorwatami to sk...syny do potęgi. Krąży wideo w necie, jak się Chorwat uśmiecha po 5. (!) straconym gole. Nie chciałem uwierzyć.

_________________
Hajrá Loki!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 08 gru 2011, 21:22 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
Za paredziesiat minut skoryguje pierwsze posty. Moze zejsc i stokilkadziesiat, bo tym razem klawiatura juz zupelnie pedalska.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 08 gru 2011, 21:56 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
8.12. Malaga - Antequera - Granada

Wstaje 9.00. Tepy chuju, budzika nie miales?! A ostatni spisany autobus o 12.15. Malaga wyglada na wiecej niz 2h . No nic, potem tez cos musi byc. Rozmowa podczas sniadania (przy okazji - nie da sie stargowac ceny noclegu rezygnujac z darmowego drinka lub sniadania) kaze raczej zrezygnowac z przejscia Sierra Nevada w poprzek, bo tam juz ludzie na narty jezdza. Zostawiam plecak i 9.40(!) uderzam na miasto. Chyba sie starzeje. Typowa hiszpanska zabudowa z kilkoma kosciolami w srodku. Stare miasto to w wiekszosci strefa piesza. Z kosciolow najladniejsza katedra (git), reszta przecietna. Teatro romano (rumunski - ? :) ) nieduzy, ale ladnie wkomponowany we wzgorze, na ktorym stoja 2 glowne zabytki - Alcazaba i zamek Gibralfaro. Ide pod gore na zamek i wchodze za 0,6eur na karcie euro<26 (zamiast 2,45eur). Widoki zajebiste i mozna ochlonac, bo drapanie sie pod gore po schodach w 20 stopniach nieco meczy. Widac cala Malage, gory nad nia, port i Alcazabe (ponizej, na tym samym wzgorzu, przejscia nie ma - nie chce mi sie isc naokolo jak wszystko widze). Na zejsciu troche szwedania sie po starowce (waskie uliczki z niebrzydka wysoka zabudowa) i bolesna konstatacja, ze baños arabes sa w normalnym budynku. W pelni zadowolony z pierwszego zwiedzania w Hiszpanii wracam do hostelu, a na tarczy 11.45! Zdazam wiec na autobus o 12.15 do Antequery bez pospiechu. 5,02eur, odjazd planowo. Malaga ladna, ale, nie liczac wzgorza z twierdzami, ladniejsza w nocy niz w dzien. W swietle dnia, poza katedra, Alcazaba i Gibralfaro przecietnieje. Spokojne, niezbyt meczace miejsce dobre na poczatek. 2h dluzej i bym sie znudzil. Kierowca PKS niezle szarpie, ale - o dziwo - slucha chyba plyty Bjork. Nowa metoda na chodzenie po miescie - wyjmowanie kartek z LP i wkladanie ich post factum z powrotem pochlania sporo czasu, lecz godzinny przejazd pozwala nie tylko na zespojenie zbindowanej kserowki, ale i na nacieszenie sie mijanymi gorami porosnietymi sucholubna roslinnoscia. Miasto zajelo mi az 4 godziny. Po pol na dojscie z i do dworcow. Male to, ale na swoj sposob urokliwe - male, biale domki, splowiale dachowki, kazba z katedra (laczny bilet, 3eur ze znizka, fajny audioguide w cenie). Zajebiste polozenie - spod katedry widoczny skalisty kanion, starowka na wzgorzu a ponizej otoczony gorami niewielki plaskowyz. Probuje lokalnego ciastka z migdalami doslownie rozpadajacego sie w palcach. Do tego jeszcze rozmowa z para z Polski, co studiuje w Kordobie weterynarie (wymiana z Lublina). No wlasnie - para zwiedza, bo dzis ma wolne z racji Dnia Dziewicy, w domysle Najswietszej. :) Przez to cale zarcie musze kupic w cukierni, bo wszystkie markety zamkniete na glucho. Zamkniete tez, o dziwo, pozostale koscioly, ktore chcialem zobaczyc (jeden podobno byl otwarty rano). Dobra wiadomosc - ceny w zasadzie jak w Polsce: za lokalne ciacho, bagiete i 2 litry koli w cukierni place 2,5eur. Bilet kolejowy do Granady 9,15eur - tu akurat przestrzegaja granicy 26 lat i w moim wieku euro<26 mozna se w dupe wsadzic. Nowiuski i dosc szybki (akurat ten odcinek reklamuje sie jako szybka linia, pociag 126 km jedzie 1h24min). W Granadzie laduje po ciemku i po kilkukilometrowym marszu z pewnymi zboczeniami trafiam do hostelu (ta sama siec Oasis, co w Maladze) pelen obaw, czy znajde miejsce. Na ulicach calego miasta (a jest ono duze) takie tlumy, ze moze byc problem. Wyszarpuje ostatnie wolne wyro w dormitorium za, niestety, 23 eur. Swiadczenia, halas i lekka klaustrofobia na przejsciach - jak wczoraj. Dzis i jutro musze wypytac, jak z tymi gorami. Moze jesli nie Sierra Nevada, to w nieco nizszych Las Alpujaras moze cos sie uda.

Dzisiejszy dzien pozwala na pewne przemyslenia. Skoro glupia Antequera zajela az 4h, to z tempem jest zle. Ponadto nijak nie moge sie zmusic do spania na dziko w (pozornie) niezamieszkalych gorach w okolicy. Cos sie zbyt rozbestwilem dlugim sezonem pilockim (duzo zarcia, spanie na wygodnym), z drugiej strony moze to tez kwestia ludniejszej i bardziej zurbanizowanej niz Grecja Andaluzji, a moze po prostu sie, curva mach, starzeje. Ze stopem w Antequerze nei wyszlo, choc juz sam pomysl by, slaby zwazywszy polozenie z boku glonej drogi do Granady. Wstyd mi pisac o wyjezdzie z noclegami 15-25 euro i przejazdami komunikacja publiczna na forum Trampa :wstyd: Moze jakos pozniej przyjdzie okazja udobruchac zgorszonego Czytelnika.

Tyle na dzis. Ide sie uspokoic po wydatkach darmowym drinem.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 09 gru 2011, 10:34 
Offline
I norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 paź 2005, 9:46
Posty: 1081
Lokalizacja: sam już nie wiem...
Sie czyta! Powodzenia na szlaku :)

_________________
"Moja ojczyzna jest rozprzestrzeniona, składa się z adresów w różnych krajach (...) tworzą ją setki drzwi, które wiem, jak otworzyć, autobusy, których numery pamiętam, ulice, przystanki, budki z gazetami, twarze, głosy" (R. Kapuściński, Lapidarium)


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 12 gru 2011, 21:27 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
Witam po dluzszej przerwie :) Musze sie usprawiedliwic - jak zwykle pisze te relacje z miejsc a´la hostel, gdzie przybywam zmeczony, z rana wybywam, a siedziec na kompie non stop nie wypada, zwlaszcza, ze do tej pory hostele mialy duze oblozenie, a kompow malo. Teraz chyba jest nas niewiele, ale za to komp szt.1. Z tego tez powodu pisze to wszystko na szybciocha, czasem cos mi umknie, czasem literowka albo zgubiony nawias. Mam nadzieje, ze mimo tego da sie to jakos czytac.

9.12. Granada - Trevelez

Myslac, jak opisac dzisiejszy dzien przyszedl mi do glowy stary dowcip: Jontek cale zycie sluzy Bogu wiernie, modli sie, przed slubem nie dupczyl, nie pije, nie pali, dzieci przykladnie wychowane itd. A spotykaja go same nieszczescie - inwentarz wyzdychal, jedno dziecko nie zyje, drugie w szpitalu jako roslina, zona zdradzala cale zycie, dom splonal a sam stracil wzrok i sluch. I tak siedzi i jeczy: Boze jedyny, co zek ja Ci zrobil? Dyc zawse po bozemu zyl i modlil sie. Na niebie odslania sie chmurka i slychac potezny glos Jahwe: ¨Bo widzisz, Jontek... cos ja cie, kurwa, nie lubie¨.

Granada ma w zasadzie wszystko, co mozna sobie obiecac po Andaluzji i najpiekniejszy (lepszy niz zamki w Malborku, Niedzicy oraz Taj Mahal razem wziete) zabytek, rozlegla starowka z mnostwem lokali i sklepikow z pamiatkami oraz hinduskimi ciuchami a takze darmowe tapas (przegryzki do piwa lub wina), z czego do kazdego kolejnego lepsze! Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak zle? Spierdalam stad mimo paelli za 5 euro, jaka by mnie czekala dzis wieczor w hostelu (na miescie drozej, a kiedys pewnie i tak trzeba bedzie zjesc). Trudno to ujac jednym slowem

Po wizycie w Alhambrze miasto wydalo mi sie jakies przecietne, te same domy i koscioly i nawet perelki nie poprawiaja humoru. Paella, jesli nawet bedzie jej troche bedzie do zjedzenia w zatloczonym hostelu, gdzie w tlumie ludzi i gwarze bede ja spozywal na stojaka, a gadac i odpowiadac po raz setny, czemu nie siedze po 5 dni w jednym miescie, nie szukam towarzystwa i nie chodze nocami do knajp po prostu mi sie, qurva, nie chce. Kolejna sprawa - niby ma to 260 tysia ludzi, ale bardziej przypomina ponadmilionowe Kayseri w Turcji lub taki np. Jaipur w Radzastanie - monotonna kolorystycznie i wielgachna poza starowka architektura jakos meczy, kilka ekstra perelek, w starym miescie scisk potworny i skutery na uliczkach, gdzie mijam sie z ludzmi z problemami. Szczesciem na ¨podlodze¨ czystawo. Przydalyby sie jakies wioski, gdzie o dziki nocleg (tutaj akurat jakis weekend swiateczny i ceny poszly mocno w gore). W zasadzie niedaleko od Granady sa najwyzsze gory kontynentlanej Hiszpanii, Sierra Nevada, oraz ponizej klawy region, La(s) Alpujara(s), Polakom znany bardziej z literatury, tak zwanej, pieknej. No, ale przesledzmy to od poczatku.

Za rada obslugi, wstaje rano (po kilku nerwopobudkach) o 6.45, bo choc kasy Alhambry otwieraja podobno o 8.30, to aby sie dostac na teren trzeba byc o 7.30. Proste, a Polacy z Antequery mowili, ze bez rezerwacji nie da sie wcale. Aha, jest 5.45, zle spojrzalem na zegarek. Nic to, wymeldowanie (choc okaze sie dopiero, czy tu jeszcze na 1 noc nie zostane), udaje sie zjesc sniadanie (choc formalnie od 8) i napic kawy. Wymarsz o 7 punkt i juz po 17 minutach laduje jako okolo 14-ty w kolejce. Otworzyli o 8, biletow bylo jeszcze multum, wiec - po doniesieniu plynnego stolca do otwartego tez o 8 kibla - mozna powiedziec, ze jest niezgorzej. Tera o samym zabytku - misternoscia zdobien palace Alhambry przebijaja Jodhpur, Samarkande i chyba rowniez wszystko inne, co muzulmanie zbudowali. Po prostu poezja plus Sierra Nevada w bekgraundzie. Ogrody Generalife (rowniez z niebrzydkim palacem) tez spoko, choc czesc w remoncie. Pozniej, jak wspomnialem, subiektywnie duzo gorzej, ale obiektywnie kilka fajnych miejsc w dawnej dzielnicy arabskiej udalo sie znalezc. Warto powielic trase z LP przez Albayzin a Mirador de S.Nicolas wrecz powala -> widok na cale wzgorze z Alhambra i Generalife z gorami w tle. Tym niemniej zniechecony psychicznie przez reszte miasta wracam do hostelu, gdzie bukuje na przyszlosc 3 noclegi (Kordoba i Sewilla). Planuje, co dalej. Zabrawszy graty lece szukac supermarketu (dzis nie swieto, ale po drodze nie bylo) i, znalazlszy, nabywam zarcie na kilka dni. Za 1,20 eur jade na dworzec, by zdazyc na autobus do Trevelez (w Sierra Nevada) o 16.30. Przy okazji dziekuje paniom od hiszpanskiego za wbicie mi do glowy ¨¿Hay un supermercado cerca de aqui?¨

Odjazd planowo, przyjazd po ciemku. Nie mam mapy okolic, gory sa lysawe, wiec chyba sie przespie na kempingu. Juz mialem darmo-miejscowe(po dluzszym szukaniu), a tu
znikad 2 gosci. Kto zacz- nie wiem, bo ciemno. Ide na kemping i place 8,80, co niby jest lepsze niz Sewilla, ale wkurwia mnie, ze mimo targow, mam placic jak za namiot. Ale mimo wszystko choc od psow i lokalsow mam spokoj, co wazne dopoki jest szansa na...

Dokonczenie w nast. odcinku. Kilka ciekawostek:
W Andaluzji ludzie chodza po chodniku od lewej do prawej (tzw. lancuszkiem czystych serc, jak mawiaja matka moja). Chodnik waski, wiec mijanie ich to horror, zwlaszcza z plecakiem. Rozsiane po waskoulicznej starowce zabytki i Wlosi oraz Japonczycy i Chinczycy robiacy wszyscy naraz zdjecia albo zdjecia grupowe byle gdzie powoduja duze korki.
Auchan ma logo jak w Polsce, ale nazywa sie Alcampo (czcionka jak u nas).


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 12 gru 2011, 21:50 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
10.12. Trevelez - Alto de Chorillo - Refugio Poqueira - Mulhacen, 200m pod szczytem - Refugio Poqueira

Liczne pobudki z zimna nie pomagaja, wbrew pozorom, wyjsciu z kempingu o ludzkiej porze. Zamiast tego start o 8.45. Niby mam dojsc do schroniska po 3.5h, ale zajmuje mi to 4´15. Po ciemku bym sie pogubil, bo oznaczenie drogi takie sobie. Wyrypa niezla, bo Trevelez jest na 1700 a Alto de Chorillo (po drodze do schroniska) na 2700. Po drodze spotykam ludzi, ktorzy utwierdzaja mnie w przekonaniu, ze na Mulhacen da sie wejsc, a raki i czekan pozycze w schronisku (w sumie bardziej oplacalne nawet jakbym atak zakladal od poczatku, a nie od wczoraj - w sumie 4 loty razy oplata za bagaz). Na 2500 i wyzej snieg, ale poki co nie siega nawet kostek i jest miekki. W schronisku zostawiam zbedne graty, pozyczam raki (10eur), czekan (gratis do rakow), okulary (3eur) i lyzke (do kremu czekoladowego, ktory ma mi robic za energie; gratis). Schroniskowy, Rafa, mowi, ze spokojnie jeszcze zdaze dzis, mimo ze juz 13. Wejscie i zejscie trwa srednio 6h, a ciemno dopiero od 18.30, czyli juz na latwiejszej czesci zejscia. Podobnie sie idzie jak na Kazbeka (jesli chodzi o polozenie schroniska i kierunki iscia na przelecz i dalej na szczyt), ale szczelin i lawin kamiennych nie ma. Podchodze po dosc miekkim sniegu na wysokosc okolo 3100 i zaczyna sie zabawa, tj. podejscie pod gran po lodzie. Z naprzeciwka schodza ostatni przede mna turysci, za mna juz dzis nikogo. Podchodze jeszcze z 20 minut i laduje na mniej wiecej 3250-3300 npm. Od pewnego czasu czuje sie mocno niepewnie z powodu stromizny za plecami, teraz ogarniaja mnie powazne watpliwosci, co do umiejetnosci zejscia. Probuje kawalek zejsc. Kurwa, jak ciezko. Z calej gitary napierdalam rakami o lod uzyskujac dosc niepewne wbicie. A nogi juz maja dzis w sumie 1800m podejscia. Jest 16, za okolo 15-20 minut bede na szczycie. Tak blisko...

Chuj z tym, schodze. Znam sie dosc dobrze i wiem, ze nie starczy mi cierpliwosci na okolo 300m schodzenia po lodzie. Na pomoc nie mam co liczyc - nikogo tu juz nie ma i do jutra, czyli przez 30 godzin, nie bedzie. Szanse na zejscie oceniam optymistycznie na 50/50, ale faktycznie sa nizsze, gdyz pomijajac niewielkie doswiadczenie i samotny atak, jestem coraz bardziej nerwowy i mam lekkie zawroty glowy. He beat a very brave retreat. Przy okazji dziekuje 3 fajnym dziewczynom (alfabetycznie E, J, M), ze moglem sie ostatecznie przekonac argumentem - wole nie wejsc na Mulhacen, niz Was wiecej nie zobaczyc, chocby szansa na zejscie smiertelne wynosila okolo 10% (50% ze sie z gory spierdole, z czego 90% ze na bezpieczna strone, z czego 10% ze sie poharatam rakami porzadnie, czyli w sumie 20% z 50%). Schodze bardzo powoli i laduje w schronisku o 18.30. Tam koncze wino, ktore od wczoraj niose, zjadam czesciowo rozlane parowki i ide spac po krotkiej rozmowie oraz szukaniu sandalow. A, tak. W Refugio Poqueira jest sporo sandalow i laczy po dawnych gosciach i kazdy bierze, co popadnie, myslac, ze wlasciciel (juz?) nie wroci. Mimo porazki z gora czuje sie dobrze, wyrzutow nie mam, a decyzji - ani o wyjsciu, ani o rezygnacji, nie zaluje. Widoki w deche, a przy okazji sprawdzil sie czlowiek.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 12 gru 2011, 22:11 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
11.12. Refugio Poqueira - Capileira - Bubion - Orgiva - Lanjaron - Granada - Jaen

Pobudka, oplaty (oprocz podanych wczesniej, 15eur za nocleg, czyli ujdzie). Start o 8 i po swiezo spadlym sniegu (2cm) zejscie przez zajebisty kanion Rio Poqueira do Capileiry. 10km i 1000m w dol zajmuje mi 4 godziny. Po drodze jeszcze elektrownia. Capileira to bardzo ladna wioska - domki, jak wszedzie - biale, ale male, wszystkie z dachowkami, do tego od czasu do czasu polaczone. Podobno to typowe dla Alpujary. Polozenie na stoku (bardziej pasowaloby tu i do kilku nastepnych ¨wdrazone w stok¨). Mam ponad 4h do autobusu, wiec przechodze 1,5km do kolejnej ladnej wioski, Bubion i tam probuje lapac stopa. Ciezko, ale wreszcie. Pierwszy zwozi 3km, kolejny podwozi tyle samo (mial wiecej, ale kierowca - Angol jechal zobaczyc, co sie stalo z jego Alfa rocznik 1959, ktora jego kumpel wlasnie crashed; ekspedycja liczyla 4 wozy, a ja sie przejechalem stopem w Mini cabrio). Dalej kawalek podejscia, bo nie chce lapac przy nich, podjazd kolejne kilka km, potem koolejne i laduje w jednym z glownych miast(eczek) Alpujary, Orgivie. Polozone super, samo ladne, choc malo porywajace - z ciekawszych rzeczy kosciol i kasztel. Wracam za miasto w strone Lanjaron i pierwszy anglojezyczny dzis Hiszpan (nie liczac Rafy) wiezie 6km do Lanjaron. Do autobusu dalej sporo czasu, wiec lapie i w koncu jakis Hiszpan w wieku ok.55 lat wiezie wsrod pieknych widokow na Sierra Nevade do samej Granady na dworzec! Gadatliwy jest, a ja nie do konca go rozumiem, ale nic to. Udalo sie, i to mimo ze zjazd w dol Alpujary dal tylko 1 wczesniejszy autobus do Granady (o 20 minut) i ze na kazdego stopa czekalem srednio pol godziny. Teraz do Jaen autobusem - chce byc przed noca, bo tam akurat nie mam zabukowanego noclegu, a od rana czeka mnie jazda, bo probuje, mimo nieplanowych gor uratowac program =)
Spie w hostalu, nie mylic z hostelem. Jest to w zasadzie to samo, co u nas pensjonat. Mnie sie trafil taki bardziej oficjalny (bez wspolnej przestrzeni z gospodarzami, czy kims takim). Na wejsciu dowiaduje sie, ze jedynki zeszly, a dwojka za 42euro! W LP ten jest najtanszy, w necie tez nic tanszego nie znalazlem. Ale po krotkim targu dostaje dwojke w cenie jedynki, do tego klima, tv (nie dalo rady stargowac ceny za wyniesienie tego z pokoju =) ) i calosc za 26eur, co sie zgadza z moimi informacjami i za hostAl, jest cena rozsadna. Myje sie, parowa i wykonczenie kremu na sen i - z braku czegokolwiek ciekawego w tv, zmeczenia i koniecznosci rannej pobudki - kima.

Zagadka - co to znaczy po hiszpansku ¨Mi lucha¨? Dla ulatwienia dodam, ze to tytul ksiazki. W rozwiazaniu prosze podac polski tytul. Rozwiazanie (i relacja z 12.12.) jutro.

Powodzenia i hasta mañana


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 13 gru 2011, 0:20 
Offline
duża złota
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 wrz 2007, 17:22
Posty: 763
Lokalizacja: Łuków
Polski tytuł to "Moja walka", czyli "Mein Kampf". Dobrze? :>


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 13 gru 2011, 0:26 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
Tak jest, Hiszpanie tlumacza tytul tego arcydziela na swoj jezyk. Na okladce przecudnej urody zdjecie prekursora emo.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 13 gru 2011, 1:03 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
A skoro i tak nie spie po koli:

12.12. Jaen - Baeza - Ubeda - Kordoba

Wczesnie zasnalem, wczesnie tez wstaje. Do zobaczenia w Jaen zamek na gorze, katedra i palac z darmowym, podobno zajebistym, muzeum. Wstepne pakowanie i jazda! Czasu tak sobie - autobus o 9.30 lub o 11, ale wskazany ten pierwszy, bo w planie na dzis jeszcze dwie perelki regionu, czyli Baeza i Ubeda oraz dojazd do Kordoby na wieczor, bo mam tu zabukowane 2 noce. Po drodze upewniam sie, ze katedra otwarta faktycznie od 8.30. Palac niby od 9 (pierwszy autobus by odpadl), ale nie mam jak sprawdzic, bo jest nie po drodze na zamek, a chce zdazyc na wschod slonca. Jezufie, jaka wyrypa! ¨Wzgorze¨ zamkowe ma chyba 400m przewyzszenia nad miastem na jednym kilometrze. Ide droga, bo na pale sie dalej nie da (plot) i robiac chyba z 5km na podejsciu wreszcie dochodze, po 1h15 od wyjscia z Hostalu. Widoki bomba, za pare minut wschodzi slonce, 8.10. Sam zamek chyba robi jeszcze wieksze wrazenie niz panorama - wyszorowany na glanc piaskowiec wkomponowany w skaly, o przewyzszeniu juz pisalem. Gdyby Peyrepertuse albo inny Montresor byly tak wysoko, Katarzy (co tez na gorach zamki budowali) do dzis w swobodzie wyznawaliby swoja religie. Nic to, schodze. 8.45 na dole - a podejde pod ten palac. Glupio tak olewac glowna atrakcje miasta, nawet kosztem 1,5h pozniejszego odjazdu. A palac zamkniety z okazji remontu. Kurwa, galopem! Wracam przez (w sumie niezbyt ladne) stare miasto pod potezna renesansowo - barokowa katedre i ogladam w srodku. Super, monumentalny barok, sporo zdobien nie swiecacych sie jak psu jajca, tylko (ciekawy obyczaj hiszpanski, juz po raz ktorys to spotykam) nie wolno robic zdjec. No dobra, 9.02. Do hostalu, lapie plecak, skladam posciel i mam 5 minut drogi a 10 zapasu, Przydal sie. Najpierw nie moge sie doczekac na przejscie ulicy, potem automat nie wydaje reszty i musze sie dopychac do informacji, a na koniec musze sie upewnic, co do autobusu. Jakis stoi i z jego tablicy wynika, ze powinien jechac przez Baeze. Powinien, nie znaczy jedzie, kierowcy nie ma, wspolpasazerowie nie sa pewni. Wreszcie, 9.35 pojawia sie kierowca (reszta autobusow z odjazdem o 9-30 juz odjechala) i nie poganiany przez nikogo odjezdza 9.42.

Przejazd przez coraz nizsze gory wsrod nieskonczonych sadow oliwkowych - w regionie Jaen produkuje sie 1/3 hiszpanskich oliwek, czyli polowe andaluzyjskich i to naprawde widac z trasy. Po ponad godzinie laduje w Baezie, na jakims srednio ciekawym przedmiesciu. W Jaen uderzyla mnie obecnosc w okolicach dworca licznej ludnosci murzynskiej, sami faceci, raczej mlodzi, ubior blokerski. W Baezie, na tym blokowisku, tuz obok budowanego nowego dworca jest ich sporo wiecej. Chce zrobic w miare mozliwosci szybko to miasto, choc to niby perelka regionu. Ano obaczym. Jakas babcia zapytana o centrum wysyla mnie... poza miasto i po pol godziny od przyjazdu jestem o 11.05 w punkcie wyjscia. Idac na starowke coraz bardziej sie upewniam, ze jest tu ohydnie. Estetyka przedmiesc tureckich, jakas dziwna mgla (za male toto chyba na smog), zachmurzenie i bezludzie (nie liczac ww.) poglebia odraze.
Po kilku minutach dochodze do wlasciwej starowki, ktora jest rownie smutna jak reszta miasta. Po prostu przygnebia ta kolorystyka, pustota i ludzie jakby tylko przemykajacy z zakupami do domu. A przeciez to na liscie UNESCO jest! No, wreszcie znajduje kilka naprawde wyjatkowych, w skali swiatowej, budynkow renesansowych - palace z pieknie zdobionymi fasadami, koscioly, resztki murow z 1 arabska wieza oraz maly romanski kosciol. 2 ostatnie wymienione to naprawde ewenement - w Andaluzji jest romanszczyzny tyle, co kot naplakal, a zabytkow poarabskich niewiele wiecej, bo oszalala krolowa Izabela Katoliczka (Isabela Catolica) kazala wyburzyc, co popadnie. Ladnie, acz niewiele, zwlaszcza jesli olejemy zwiedzanie katedry w srodku (po lekkim rzucie oka nie chce wydawac 4eur za obejrzenie gotyckiego bodaj oltarza i czegos tam jeszcze, reszta nizszej klasy niz w Jaen, choc - podobnie jak zaraz w Ubedzie - wszystko robil jeden architekt hiszpanskiego renesansu, Andres de Valdenvira. Jest 12 i nie mam wielkich szans na autobus o 12.05, ale zdazam. Tyle, ze biletow mi baba nie sprzeda (dworzec prowizoryczny - brak automatow, jedno okienko), bo niby komplet. Wsciekly, ze jeszcze tu 40 minut spedze ide do marketu tuz obok, po drodze mija mnie w zasadzie pusty bus jadacy do Ubedy :wsciekly:

Robie zakupy w postaci chleba i chorizo i wracam na dworzec. Cale szczescie, bo o 12.30 ni z gruchy, ni z pietruchy przyjezdza i zaraz odjezdza pozarozkladowy autobus! Po 10 minutach jestem w centrum Ubedy (w autobusie wiekszosc opalona na czarno), a tam na dworcu prawdziwa Afryka - w srodku z 20 jegomosci, z drugiej strony drugie tyle, bialych kilku i wszyscy jakby z dala od tamtych... Ale sama Ubeda rekompensuje wszystkie dzisiejsze niedogodnosci - starowka otoczona prawie w calosci ocalalymi murami, domy w formie takie, jak w Jaen i Baezie, tzn. solidniejsze niz na poludniu. Ale zdecydowanie wiecej zabytkowych niz w Jaen, a kolorystyka (biel ale nie tylko plus splowiale dachowki) oraz liczne zdobienia a przede wszystkim jakikolwiek ruch ludzki powoduja, ze z przyjemnoscia spedzam tam 3 godziny. Wiecej nie moge, bo o 16 ostatni sensowny autobus do Kordoby, a poza tym zdazylem wszystko obejsc po dwakroc, posiedziec przy chlebie z chorizo (jak portugalskie - to lepiej zmielone) i 2 razy oblac mury, bo jedyny publiczny kibel zamkly na glucho. Temperatura jak w Granadzie, czyli 10-11 stopni, slonce za chmurami. Zadowolony wsiadam w autobus, juz bardziej aryjski, i jade do tejze Kordoby. Dojazd po 19, autobus za 1,15eur (zamiast kilku km marszu) prawie pod sam hostel, gdzie robie przepierke i uzupelniam relacje.

A propos Murzynow - w Hiszpanii sa ich tysiace, kilka lat temu przeprowadzono akcje legalizacji nielegalnych imigrantow (kilkaset tys. zdaje sie), ale wciaz naplywa coraz wiecej.
Jeszcze a propos zarcia - cukiernie w Hiszpanii maja nie mniejszy wybor niz portugalskie, czyli, jesli ktos gustuje w ciastkach, kremach itp. - jest po co jechac :)

Do jutra!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 13 gru 2011, 21:38 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
13.12. Kordoba - Medina Azahara - Kordoba - Almodovar del Rio - Kordoba

Trzynastego wszystko zdarzyc sie moze, czyli kretyn bezgotowkowy

Witam Panstwa serdecznie w XXX rocznice ogloszenia stanu wojennego. Oto jak przebiegaly obchody w Hiszpanii:

Pobudka rano i pakowanie na dzisiejszy dzien. Bedzie na lekko, wreszcie! W planie zwiedzanie Kordoby i jej glownych zabytkow (przede wszystkim Mezquita i Alcazar), oddalonej o 6km Medina Azahara (dawny palac kalifa) oraz, byc moze, zamku w Almodovar del Rio. Wpierw do Mezquity, bo - jak zdaje sie nadmienialem - od 8.30 a 10.00 jest za darmo. Bol jedyny, ze dwie proby w bankomacie nie daja skutku, operacja niedozwolona. Wkurwiony wracam do hostelu i sprawdzam stan konta i limity - niby wsio gut, ale Caxa del Sur twierdzi inaczej, a posiada ona w okolicy 90% bankomatow. Nic to, poki co zwiedzam Mezquite, czyli dawny glowny meczet kalifatu przerobiony na katedre. Arcydzielo! Z meczetu pozostal plan. zreszta jak na meczet tez dosc oryginalny, las kolumn w srodku i przepiekny mihrab. Calosc ceglana, po bokach (a w zasadzie wszedzie, gdzie sie dalo) kaplice, po prostu miodzio. Podobno kiedys bylo w podreczniku do historii. Nic to, zobaczywszy ide na autobus, ktory podjezdza pod Medina Azahara. Po drodze szukam bankomatu, ale jedyne, co widze do Caxa del Sur, gdzie mnie (juz 3 razy) odrzucilo. A, jakos to bedzie. Mam w kieszeni 2 euro, co starcza w zupelnosci na przejazd w 1 strone. Dojezdzam, pol godziny z kapcia z postojem w jakim tam centrum informacji. W nim ¨nabywam¨ darmowy bilet (w Hiszpanii wiele obiektow jest za darmo dla grazdan Jewrosojuza) oraz moge zobaczyc film, ale nie chce mi sie czekac. Ide dalej kierujac sie na widoczne zabudowania na wzgorzu, ale po pewnym czasie okazuje sie, ze Medina Azahara nie jest tak wysoko, a to, co widzialem, to chyba zaznaczony w atlasie Shell Monasterio San Jeronimo.

Medina Azahara byla kiedys nieprawdopodobnie wielkim i kapiacym od zlota palacem kalifa. Budowalo ja 10.000 niewolnikow przez 40 lat! Sluzyla za to lat 30, az kalif (kolejny chyba) sie przeniosl. Od tego czasu m.in. dzieki okolicznym chlopom palac ulegl zniszczeniu w 90%, ale wciaz mozna docenic jego niegdysiejszy ogrom. Zwiedza sie spacerem po ruinach, po wytyczonej trasie. Czesciowo zamkniety z powodu trwajacych prac, co uniemozliwa zobaczenie kawalka a reszty z gory (lezy w sumie na 3 tarasach). Fajne miejsce, tani dojazd a i troche wystajacych z ziemi obiektow zostalo. Teraz wracam do szosy do Kordoby, a nawet ostatnie 1.5km podjezdzam stopem. Jest 11.50, Kordoba nie jest taka wielka, a ja juz jestem na szosie do Almodovar del Rio, wiec chyba sobie ten zamek zobacze bez uszczerbku dla Kordoby. Na stopa nikt nie bierze przez jakies pol godziny lapania w marszu. Niedlugo bedzie przejezdzal autobus do AdR, ale co z tego, skoro nie mam gotowki??! W okolicy pola i fabryki - bankomatu brak, a nawet jesli jest we wsi, to bez watpienia tylko Caxa del Sur. Pol godziny chodze w te i nazad wzdluz drogi i zrezygnowany lapie stopa do Kordoby. Szybko poszlo i laduje na przedmiesciach. Spacer do centrum okraszony zakupami po uprzednim hojnym obdarzeniu przez... Caxa del Sur. Do czterech razy sztuka, albo bez paragonu nie daja. Na dworcu PKS obmyslam nowy plan.

Mam plan Kordoby z hostelu z zaznaczonymi prawie 100 zabytkami, wiec robie sobie trase na 1,5 h przez co ladniejsze. Wspanialy spacer, bo tez i miasto sliczne! Niby te same kolory, co wszedzie, ale to kamienice, a nie klocki z pustakow i betonu. Klimatyczne i maksymalnie zakrecone uliczki Juderii (synagoge z XV w. tamze widzialem rano), liczne duze place w stylu miast wloskich nieco dalej na polnoc, wszedzie drzewa pomaranczowe pelne owocow. No po prostu bomba, warto bylo kilka dni poczekac. Wracam na 15.30 i miejskim autobusem jade zobaczyc Almodovar d.R. Jako ze miejski, to za przejazd 25km place... 1,65 eur! Zamek to widoczne z daleka wielkie bydle. Nie chce mi sie na niego wlazic, bo lezy na gorze nad miastem, niewiele mniejszej od tej w Jaen. Wyposazenie podobno niezbyt ciekawe. Wchodze waskimi uliczkami pod gore i raz po raz sie gubie, a zamek coraz mniej widoczny. Schodze z powrotem i robie kilka zdjec. Chyba i tak najwieksze wrazenie z dolu i dla samego tego widoku warto bylo przyjechac. Ponadto podczas plataniny w miescie (brzydkie, same klocki) akurat, gdy przechodze, slysze zza sciany domu cala rodzine spiewajaca Cumpleaños Feliz! Wracam po 45 minutach w miasteczku i laduje po ponad 1/2 h w Kordobie. Alcazar zaraz zamkna, ale jutro od 8.30 otwarty, a w srody jest za darmo!!! Wobec tego przekladam odjazd z Kordoby na 10.30 i zyskuje kilka euro. Do Muzeum Archeologicznego, podobno super, nie wyrobilem sie, ale trudno. I tak za bardzo sily i checi nie mialem. Na koniec dnia przyjemny spacer wieczorny wzdluz Gwadalkiwiru (mialem na geografii, w Andaluzji jest sporo rzek zaczynajacych sie na Guadal, moze jakies zapozyczenie z arabskiego? Teraz odpoczywam, bo nog juz pod koniec nie czulem i czekam na 21, kiedy mam zamiar zjesc zamowiona paelle w knajpce tuz obok. Nie robie sobie wielkich nadziei, bo malo kto do tej knajpy przychodzi, ale za to tanio.

No, tyle na dzis.

PS. Drodzy Kursanci, ktorych katowalem 3. prawem termodynamiki Rollego - w Hiszpanii akurat przed wejsciem wysoko trzeba konsultowac sie z mapa, a zejsc w zle miejsce trudno.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 14 gru 2011, 23:26 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
14.12. Kordoba - Ecija - Carmona - Sewilla

¡Hola!

Dzisiejszy dzien nadzwyczaj (poki co) przyjemny, az glupio relacje pisac, bo pedalsko bedzie. No, ale nic.

Pobudka 7.45 i punktualnie 8.30 w Alcazarze. Podobnie jak inne - palac poarabski lekko przerobiony przez Reyes Catolicos. Ciesze sie, ze darmo, bo poza imponujacymi murami i widokiem z wiezy jedynie baños arabes i ogrod (a nieco mi sie takie rzeczy opatrzyly). Z kiblem pol godziny. Z braku lepszych zajec poszukamy Calle de los Flores na Juderii (pisalem chyba juz wczesniej, pozydowska dzielnica waskich uliczek). Jest - waska, malownicza i z pocztowkowym widokiem dawnego minaretu, a obecnie wiezy Mezquity. No to sprawdzmy, czy aby nie otworzyli juz Muzeum Archeologicznego - a owszem, za darmo zreszta. Ciekawe toto: multimediow, znaleziska i ruiny teatru rzymskiego w podziemiu. Ciecie (szt. 3) chodza za mna wszedzie pilnujac kierunku zwiedzania. Teraz na dworzec, po drodze zabierajac zostawiony wczoraj na lawce obcinak don paznokci - jedyne narzedzie, ktorym moge otworzyc paczke parowek. 10.30 odjazd, przyjazd do Ecichy po godzinie z hakiem.

Mam chyba 2 godziny - ¨chyba¨ dlatego, ze nie jestem pewien, czy autobus sie zatrzymuje w Carmonie, do ktorej jade w nastepnej kolejnosci. Do zobaczenia raczej zwykle ilosci, wiec siedziec 2 godziny dluzej absolutnie nie ma sensu, o ile nie chcemy umrzec z nudow. Z poczatku wrazenie podobne do Almodovara z wczoraj (nie liczac zamku), ale w kilka minut dochodze do pierwszego zabytku i wyglad miasta przybiera bardzo przyjemna postac. Senne miasteczko, kolory jak wszedzie, starsze domy z kolorowymi balkonami a miedzy domami szersze niz zwykle uliczki. Specyfika Ecichy polega na diablo wysokich wiezach tych kilkunastu zabytkow schowanych w ww. zabudowie (kilka palacow i z 10 kosciolow), renesans i barok. Poruszajac sie wg opisu z LP odwiedzam wiekszosc, koncowke odpuszczam, bo bez opisu dojscia mozna sie zajebac, nawet jesli tutaj uliczki sa nieco szersze. Slonce raz po raz wychodzi zza chmur, wiec czekajac na autobus przez pol godziny susze ciuchy, ktorych nie udalo sie wysuszyc w Kordobie. Swoja droga pisanie relacji i liczenie wydatkow na biezaco idealnie wypelnia te wolne pol do calej godziny, ktore miewam w ciagu dnia. Godzina jazdy i jestem w Carmonie.

Autobus wysadza mnie pod brama starego miasta, ale ja na razie ide w 2. strone spisac autobusy do Sewilli, a przede wszystkim zobaczyc rzymski cmentarz i ruiny amfiteatru. Z tego drugiego zostalo naprawde niewiele, ale nekropolia w deche! Rozsiane po calym wzgorzu grobowce w postaci murowanej dziury w ziemi ze schodkami w dol. Co wieksze skladaja sie z kilku takich dziur. Powrot na casco historico i... kopara w gruncie! Obowiazkowo wyguglac! Male, stare domki, czesciej z obramowaniem czerwonym niz zoltym. Klimatyczne. W srodku tegoz kilka ladnych zabytkow renesansowych i barokowych, a na zewnatrz mury (zachowane w 50%) oraz lekko zrujnowany pokazny Alcazar od strony urwiska (bo, zeby nie bylo za malo, starowka lezy na wzgorzu). Po zrobieniu petelki wracam do katedry na popoludniowe otwarcie na 16.30 i spotyka mnie niemila niespodzianka - wjazd 3 jurki, wizygotyckiego kalendarza bez wstepowego nie znajde. Chuj, wracam w kierunku, z kolei, ratusza, gdzie jest rzymska mozaika. Po drodze zagaja mnie spotkany juz wczesniej tawerniarz. Ratusz zamkly, moze od 17? Jako ze jest 16.40 wykorzystuje czas na wpieprzenie u ww. tawerniarza pisto (ratatouille, czyli leczo bez kielby) z winem. Po posilku trzeci nieudany szturm na ratusz i wobec padajacego od godziny deszczu czekanie na autobus na zadaszonym przystanku.

Do Sewilli przyjezdzam linia miejska (35km za 2,4 eur) po 19, przejscie na 2. strone centrum zajmuje mi mniej niz znalezienie hostelu, a cale miasto zajebane ludzmi niegorzej niz Malaga czy granadzki Albayzin. Po drodze mijam katedre (2. najwiekszy kosciol po baz. sw. Piotra), light show na zabytkowym budynku ratusza oraz jakis jarmark swiateczny z produktami regionalnymi. Cale miasto podswietlone, do tego w pip swiatecznych dekoracji neonowych. W hostelu przyjemnie, od razu biore 2 noc (aby jutro obleciec Sewille na lekko) i zawijam sie do pokoju, gdzie m.in. 2 laski z Australii, z czego 1 naprawde niezle spiewa (i komponuje). Chyba szykuje sie jakies wyjscie, wiec moze raz na rok sie ssocjalizuje. Ano obaczym, hasta la vista, babies ;)

PS. Socjalizacji udalo sie uniknac. :)


Ostatnio zmieniony 15 gru 2011, 0:05 przez Jasiek, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 15 gru 2011, 0:01 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
Chuj z Manchesterami, dzisiejszy cud bije tamte na glowe!!!

Wisla z Krakowa to Lechii druga polowa!

Swoja droga - niezly pogrom Angoli: Chelsea wyszla z grupy dzieki ostatniemu meczowi, oba Manchestery odpadly z LM, Fulham odpadl z pucharow w ogole, za dobe taki sam los spotka pewnie Tottenham. W zasadzie najlepiej poszlo teoretycznie najgorszym - Arsenal w LM i Stolek w LE od dawna pewne awansu.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 27 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group