Dzisiaj jest 25 lis 2017, 9:43

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 27 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2
Autor Wiadomość
PostZamieszczono: 15 gru 2011, 20:42 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
15.12. Sewilla - Santiponce - Sewilla

Dzis relacja bedzie krotsza, bo po prostu padam na pysk.

Pobudka, sniadanie o 8 i na 9 na autobus do Santiponce. Dzisiaj w planie ta wlasnie miejscowosc (z zabytkami z okresu Cebullanki y Grzanki) oraz, bagatela, Sewilla. W Santiponce najpierw ogladam spory gotycki klasztor z zewnatrz (bo platny a do tego jeszcze zamkniety) a potem ide na koniec miasteczka do dawnej rzymskiej osady Italica. Osada to troche malo powiedziane: co prawda niewiele zachowalo sie rzeczy wyzszych niz na dwie cegly, ale teren obejmuje cale wzgorze, wieksze niz to, na ktorym jest cmentarz w Carmonie. Milo sie oglada, ale ile mozna, wiec jeszcze w Santiponce rzut oka na ciekawy i przyzwoicie zruinowany rzymski teatr i wygrany wyscig z autobusem do przystanku. Dalem dupy wczoraj i zapomnialem doladowac baterii od aparatu, co wiecej, zapomnialem rowniez tego zrobic dzis rano, wiec musze teraz dostosowac trase zwiedzania tak, by zostawic baterie do ladowania i po minimum godzinie po nie wrocic. W miedzyczasie robimy zdjecia na konajacym drugim komplecie akumulatorkow modlac sie, by sie aparat nie zjebal.

Zwiedzanie Sewilli od wysiadki z autobusu zajelo mi 9 godzin w zasadzie non stop chodzenia. Sewilla, wyraznie wieksza niz Granada czy Kordoba, ma tez zabytkow najwiecej i najwieksze ich rozproszenie. W zasadzie nie ma tak ladnej zabudowy jak Kordoba czy nawet Granada, ale prezentuje sie mimo tego bardzo ladnie, nie wspominajac o kilku perelkach najwyzszej swiatowej klasy. Kosciolow, jak to w Hiszpanii, mnostwo. Od gotyku po barok. Palacow w sumie niewiele, ale kilka naprawde ladnych. Poza tym takie obiekty jak chociazby najwazniejsza arena corridy w Hiszpanii (zal mi bylo 6,5eur za zwiedzanie z przewodnikiem), kilka ladnych placow i pare duzych parkow, stadion Sevilla CF,... Ogolnie centrum dzieli sie na Barrio de Santa Cruz, czyli cos w typie Juderii w Kordobie - biale z zoltymi paskami, waski labirynt uliczek z duza iloscia nieco tanszych knajpek; centrum oficjalne z Alcazarem, Alhambra i wieloma innymi monumentalnymi budynkami oraz, nazwijmy to, centrum komercyjnym, gdzie wysokie kamienice i waskie ulice pomiedzy nimi zamieniono w deptaki z lepszymi knajpami i butikami na parterze. Nie bede wszystkiego wymienial skupiajac sie na 3 najwazniejszych obiektach. Po pierwsze Park Marii Luizy. Park, jakiego jeszcze nie widzialem. Duze to, sciezki miejscami tworzace labirynt, sadzawki wygladajace jak jeziora gdzies w dzikiej puszczy, pnacza, niezliczone zywoploty i bardzo ladne otoczenie architektoniczne w postaci znajdujacych sie w zasadzie w samym parku Plaza de España oraz Plaza de America. Druga sprawa to Alcazar. Jest to jeden z zabytkow, gdzie po prostu trzeba wejsc. Tanio nie jest, 8.5 euro, bo nie ma znizek dla karty euro26, ale w sumie i tak taniej o pol jurka niz znizkowy bilet do Alhambry. Palac moze od rzeczonej Alhambry jest mniejszy, ale na pewno nie mniej ciekawy. Pieknie zachowane zdobienia sal z zachowanymi oryginalnymi kolorami sa po prostu wyjebane w kosmos. Jeszcze wieksze wrazenie (na milosnikach) z pewnoscia zrobia ogrody z rzezbami, altankami i w ogole full wypas. Lepiej utrzymane i znacznie wieksze niz granadzkie Generalife. Nie jestem milosnikiem, a w dodatku mialem juz w nogach jakies 7 godzin lazenia, wiec sobie wiekszosc darowalem. Po trzecie - gigantyczna katedra, drugi najwiekszy kosciol po sw.Piotrze. Nie zobaczylem calej, bo w przedniej czesci byla msza, a zaraz potem mial byc jakis oficjalny koncert, ale mimo wszystko wrazenie niezle. Poza wielkoscia warto zwrocic uwage na zdobione oltarze w kaplicach i srodkowej czesci kosciola.

Z zywnoscia dzis raczej ubogo, bo w scislym centrum nie ma zadnego normalnego supermarketu, jest jakas siec polecana przez turinform, ale zdecydowanie najdrozsza z tych, co widzialem w Hiszpanii. Mialem na szczescie jeszcze puszke bdb kalmarow w sosie wlasnym, co wraz z resztka chleba zrobilo za smaczny lunch po obfitym sniadaniu w hostelu. W sumie sniadanie podobne do tego z Malagi, ale troche lepsze platki mozna se bylo wsypac do mleka lub kakala, z czego obficie skorzystalem.

Z ciekawostek - naturalnie Sewilla, jak i inne miasta, upstrzona swiatecznie, ale ze od Kordoby bylo jakos aryjsko pewne wrazenie zrobil na mnie Murzyn sprzedajacy na swiatlach czapki a´la sw. Mikolaj. Poza tym, to co wczoraj wzialem za dym po jakichs petardach (a ciagnal sie przez cale komercyjne centrum), bylo - jak sie okazuje - dymem po sprzedawcach pieczonych kasztanow.

Koncze, bo juz nie mam sily. Miasto piekne, moze sobie jeszcze wyjde za jakas godzine i szarpne sie na torilla de camarones za 1,95 w knajpie polecanej przez LP. Taniej tego moge nie dostac, mimo ze Sewilla jest w zasadzie najdrozszym miastem Andaluzji.

¡Nara!

PS. W przeciwienstwie do Katalonii i, np., Wloch w Andaluzji nie jest latwo dostac szalik pilkarski. Jesli juz, to w 1-2 miejscach w miescie jest szalik lokalnej druzyny (w przypadku Sewilli jest nia Betis, duzo rzadziej Sevilla FC) oraz Real i Barca.


Ostatnio zmieniony 16 gru 2011, 23:18 przez Jasiek, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 15 gru 2011, 21:52 
Offline
II norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 21:07
Posty: 1874
Lokalizacja: spod gwiazd
Wakacje z lutego mi się przypomniały, aż miło :) większość miejsc pamietam, jakbyśmy byli wczoraj. Carmona nas urzekła - zostaliśmy tam na nocleg, który był jeden z najbardziej udanych. Starożytne zabytki - Medina A. i Italica przypominają, ile już tam władców było... i jakie to było kiedyś bogate terytorium, a teraz koniec świata, gdyby nie turystyka, to wszystko by się dawno w ruinę wywróciło... wystarczy popatrzeć na jakieś mniej oblegane miasteczka. Bardzo ciekawa Andaluzja jest.

_________________
Hajrá Loki!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 16 gru 2011, 23:16 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
16.12. Sewilla - Arcos de la Frontera - Jerez de la Frontera - Kadyks

Wybudzony alkoholem (a jednak, nadszedl moment socjalizacji) wstaje przed 8 (a kladlem sie o 2), wcinam sniadanie (jak wczoraj) i ide na dworzec. Na dworcu Hiszpania staje sie kolejnym krajem, w ktorym milicja sprawdza moje dokumenty, chyba przez choinke na plecaku, ale co zrobic, jak w hostelu nic, kurwa, nie schlo.

Jade 2 godziny przez przewaznie plaski i polny krajobraz. Wczoraj momentami byly 22 stopnie, dzis zanosilo sie podobnie, a skonczylo pochmurnie. W Arcos bylem w sumie 2,5 godziny, z czego godzina na dworcu. Najpierw o miasteczku - male, bardzo senne, cale biale (bez obwodek!) a w nim kilka ciekawych rzeczy, np. kosciol S.Pedro, katedra platna, dawny palac i zajebisty widok na S.Pedro z calym urwiskiem, bo Arcos lezy na wzgorzu. Autobus mial byc o 13.15, lecz nie przyjechal. Cos wprawdzie jechalo, jak sralem na dworcu, ale jeszcze 13 nie bylo. Odjazd, czternasta, fucking, pietnascie. Zly jestem nie lada, bo chce dzis jeszcze zobaczyc Kadyks. Jest bowiem szansa, ze jak jutro dociagne do Rondy, to troche sobie jeszcze po gorach pochodze, a hosteli po Kadyksie i tak nie bedzie. No nic, dojezdzam przed 15 do Jerez.

Jerez de la Frontera, arabskie Scheriz, skad wziela sie zarowno obecna nazwa miasta, jak i nazwa wina sherry, bardzo popularnego zwlaszcza w Wlk. Brytanii. Jak wyglada stolicy sherry i miasto, w ktorym kilka lat temu otwarto szlak flamenco, zapytacie. Otoz, chujowo. Poza centrum blokowisko, w centrum klocki. Jest pare naprawde fajnych miejsc, alcazar i dwa ladnie zdobione koscioly (inaczej bym tu nie jechal), ale wsadzone w nieciekawa starowke. Godzina akurat starcza (Alcazar drogi, katedra podobno mocno srednia i tez platna, wiec do obu nie wchodze), jeszcze wizyta w Karfurze i na pociag, ktorym dojezdzam do Kadyksu tuz przed 17. Ciekawostka - poprzednio jak jechalem pociagiem do Granady bylo normalnie, tu natomiast wchodzac na peron trzeba, jak w metrze, przylozyc bilet do czytnika. Nie byloby nic w tym dziwnego, gdyby nie to, ze owym biletem trzeba tez otworzyc bramke na wyjsciu.

Hostel 3 minuty od dworca, wiec szybko sie tam melduje, a na recepcji wita mnie... Polak! Co prawda urodzony w usa, od kilku lat mieszkajacy w Hiszpanii, ale w Polsce studiowal. Ruszam na miasto, by choc polowe zdazyc przed zachodem. Fajnie bylo. Miasto, wot bliad´ siurpryza, otynkowane na rozne kolory!!! Wreszcie jakas odmiana! Centrum waskie, jak zwykle zreszta, miejscami klimatyczne knajpki, gdzie indziej serie lepsiejszych butikow, jeden plac w calosci zajety przez stoiska kwiaciarniane. Z zabytkow - trzy zajebiste forty strzegace miasta od morza, zwlaszcza jeden, do ktorego sie idzie po grobli. Poza tym naprawde spora monumentalna katedra, pare innych kosciolow w stylu hiszpanskiego baroku, przepiekna (1,5eur ale warta wiecej) kaplica Szpitala dla Kobiet. Ogolnie bardzo przyjemne wrazenia. Na koniec, na ostatnich nogach, jeszcze muzeum miasta i wracam do hostelu, gdzie po pewnym zamieszaniu dostaje w koncu wlasne lozko. Mycie, pranie, czekanie na net i zaraz pewnie kima, bo pobudka o 6.30.

Na nastepna relacje byc moze przyjdzie Wam nieco poczekac, bo - jak mowilem - chyba juz mi sie zaden hostel nie trafi. To tymczasem.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 21 gru 2011, 22:05 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
No, sporo się zaległości narobiło. Jedziemy z tym koksem.

17.12. Kadyks - Taryfa - Gibraltar - S.Pedro de Alcantara - Marbella

Udalo sie wstac 6.30. Na dworzec, bilet (co tak drogo? a, fakt, ponad 100km) i jade. Z racji soboty w Taryfie mam sporo czasu, bo rzadko cokolwiek jezdzi. Miasteczko prawie cale biale (z rzadka żółte obwódki), zamek z zewnątrz ok, ale najfajniejszy jest widok styku Atlantyku i Morza Śródziemnego. Punto de Tarifa (najdalszy na południe punkt Hiszpanii) nie zajmuje mi za długo, bo za groblą jest teren wojskowy (Isla de las Palomas). Z braku lepszych pomysłów na zabicie czasu dziarska przeprawa na boso z Atlantyku do Morza Śródziemnego w 2min 15s. Na dworcu PKS ląduję z powrotem po 1,5h a do autobusu drugie tyle, więc idę do supermarketu nabyć trochę miejscowego żarcia na próbę - wybór pada na pasztet z anchois oraz jamón serano. Nie chcę ryzykować zakupów w Gibraltarze, gdzie pewnie drożej, a ja jestem od rana na jednym churro (niezłe, ale jeśli jeszcze raz mam zjeść, to tylko z czekoladą). Po dopełnieniu żołądka lekko przysypiam w autobusie do Linea de Concepción. Linea z kolei to nieciekawe miasto mające się tak do Gibraltaru, jak Czeski Cieszyn do Cieszyna, tyle że chyba stworzone naprędce po utracie GBR przez Hiszpanię. Dojście do Gibraltaru z dworca w Linei zajmuje jakieś 10minut. Tuż za kontrolą (można na dowód) mija się budkę z bardzo tanimi jak na UE szlugami, oraz przechodzi po... pasie startowym gibraltarskiego lotniska w poprzek.

Sam Gibraltar jest niezwykle ładny, jednak bardziej z racji położenia na samotnej, wystającej na kilkaset metrów górze, niż z racji zabudowy. Może i niebrzydka, ale w zasadzie poza niezliczonymi umocnieniami nic ciekawego. Spędzam tam jednak 4 godziny, bo by przejść całość nieźle się trzeba nachodzić. Przejście na sam koniec, Europa Point, urozmaicone widokiem na Zat. Algeciras oraz 100tonowe działo, które Brytole postawili w miejscu sprowadzenia zwłok adm. Nelsona. Na przylądku latarnia, ładny widok na Jebel Musa (góra w Maroku górująca nad hiszpańską Ceutą) i parę plansz o ptakach. Aha, niedaleko stoi meczet. Żeby natomiast zwiedzić górę (Upper Rock Reserve) trzeba się mocno nachodzić i nieźle zapłacić. Ja wprawdzie wybrałem dojście piechotą (dusza zdobywcy plus świadomość, że za wjazd kolejką pewnie bym zapłacił minimum 8 GBP) i wejście za 0,50 GBP (z braku funtów płacę 1 EUR), ale większość atrakcji na górze pozostaje dla mnie zamknięta. Jaskinię faktycznie bym chętnie zobczył, bo podobno nacieki niebrzydkie a 3 kilometry tuneli budowanych w czasie oblężenia twierdzy też na pewno robią wrażenie, ale co z tego, skoro trzeba kupić wspólny bilet do wszystkiego (poza wymienionymi jeszcze 2 miejsca z dużą dawką brytyjskiej martyrologii i bicia się w klatę) za 10 GBP? Zmachany jak nie wiem wracam na dworzec w Linei.

Do Rondy dziś nie dojadę, więc decyduję się spać w Marbelli, gdzie jest tanie schronisko młodzieżowe i w miarę po drodze. Zamiast, jak normalny człowiek, od razu tam pojechać, decyduję się na krótki postój w San Pedro, skąd do Marbelli bez przerwy coś jeździ. San Pedro w moich notatkach (LP milczy) opatrzone jest wzmianką "ruiny, bazylika wizygocka", skąd wnioskuję, że bazylika jest cała. Nic bardziej błędnego, cholernie trudne do znalezienia ruiny wystają, kurwa ich mać, ledwo ponad ziemię. Do tego całość po ciemku, więc widzę co nieco tylko dzięki latarce (i taksówkarzowi, który powiedział, gdzie tego szukać na ciemnych przedmieściach). W Marbelli ląduję więc tuż przed 22 i zapierdalam do schroniska (a nuż przyjmują tylko do 22?). Spóźniłem się. Nie, nie na 22, jestem za 10. Spóźniłem się 2 dni, bo 16ego zamknęli schronisko na okres świąteczny. Kurwa nędza, zostają hostale, czyli pewnie z 30eur. Na całe szczęście znajduję jeden za 20eur. Prowadzi go Rosjanka, jest ulokowany w ślicznym domku z patio, a ja za 20eur dostaję dwójkę dla siebie. Z kiblem byłoby 10eur drożej, ale na szczęście mam go naprzeciwko. Uff, udało się. Jak mawiał Zagłoba, Bóg wynagrodził męstwo. Mężnie zalegam i regeneruję nadwątlone siły.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 21 gru 2011, 22:13 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
c.d. pojutrze, bo dziś nie mam już siły.

Pozdrawiam z Duesseldorfu, gdzie korzystam z gościny... Oli Michalik! Zapowiadałem niespodziankę na powrocie i o to właśnie chodziło.

Do przeczytania (pewnie pojutrze, jak już będę w Gdańsku)!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 23 gru 2011, 10:57 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
18.12. Marbella - Ronda - Ardales - El Chorro

Pobudka o 9, pakowanie i na miasto. Ładna starówka - małe białe domki (połowa z obwódkami) plus 2 przeciętne kościoły i resztki murów zamku. Poza starówką typowy nadmorski betonowy "hotelowiec". Plaża w centrum (Costa del Sol jakby nie patrzeć) nieciekawa. Powrót, śniadanie, pożegnanie i wymarsz. Marbella może i jest znanym miastem, ale na dobrą sprawę nic tam nie ma. Jak się jest - warto się przejść na starówkę, jak się nie jest - jechać nie warto.

Miasto śp. Gila y Gila opuszczam po 11, w Rondzie 12.45. I, na dobry początek wizyty w najładniejszym miejscu drugiej połowy trasy, zaczynają się schody. Miałem zamiar zobaczyć kanion El Chorro i, jak się da, jedną jaskinię z rysunkami sprzed tysiącleci. Cieszyłem się, że dzięki zaoszczędzonemu dniowi będzie na spokojnie - a gówno! Jest niedziela, więc komunikacja jest mocno przetrzebiona, a nawet w dni robocze wiele lepiej nie jest. Niejako na pocieszenie dowiaduję się, że do jaskinii mnie nie wpuszczą (konieczna rezerwacja, przewodnik, wyprzedzenie ok. 2-3tygodnie, plus cena z tych wyższych). Po pół godzinie dumania postanawiam obejrzeć Rondę, jechać do Ardales (tam jest jaskinia, ale zarazem jest to najbliższa kanionowi wieś, do której się dojedzie autobusem; jedyny pociąg pod sam kanion o 7 rano), 15km zaasfaltować w nadziei na stopa i przespać się we wsi El Chorro przy samym kanionie (jest tam tani nocleg, czego nie można powiedzieć o Rondzie). Następnego dnia połazić wokół kanionu i albo jakoś na chama dostać jeszcze na noc do Malagi, albo przekimać drugą noc i pojechać do Malagi rannym pociągiem (50 min planowo między przyjazdem do Malagi a "gate closes" na oddalonym o 1/2 godziny jazdy autobusem lotnisku).

Ronda jest prześlicznie położona wśród gór (google.com - Ronda; obowiązkowo!). Zabudowa biało-piaskowcowa, choć naprawdę ciekawych budowli niedużo - w zasadzie tylko 3 mosty i mury wokół wzgórza starówki, ale za to nieprawdopodobna przepaść pod tymi mostami. Z obowiązku reporterskiego odwiedzam arenę corridy, bodaj najstarszą w Hiszpanii. Cóż, nie jestem amatorem tego sportu, ale wyjazd się kończy, a odwiedzić jedno takie miejsce w sumie wypada. Położenie miasta przypomina nieco Kamieniec Pedalski, ale tak z 2 razy głębsza dziura. 2 godziny zwiedzania z dojściem z dworca, bo siedzieć za bardzo nie ma gdzie (na zewnątrz przenikliwy chłód, wewnątrz wysokie ceny). Poza wydatkiem 8eur na arenę corridy (6 za wjazd, 2 za audioguide'a) trochę kasy idzie mi na szalik, ale w końcu nie wiem jeszcze, czy w Maladze będę miał choć trochę czasu a nie wolno dopuścić bym z 2 tygodni pobytu w Hiszpanii przywiózł tylko 1.

Po bez mała godzinie jazdy ląduję w pueblo blanco Ardales. PB to malownicza (w stylu: Achh, moja Hiszpania, gdzie flamenco płynie w żyłach namiętnych kochanków, język oszałamia zmysłowością, a woń kwiecia i prawdziwej <tu wsadzić nazwę jakiejś potrawy, co ją zna tylko jedna wieś, albo i to nie, tylko ktoś napisał z błędem w menu; mile widziany rodzaj żeński> doprowadza zmysły do ekstazy - jakby to ujęła Wojciechowska, Pawlikowska czy inny poeta-podróżnik, co mycie garów opisuje jak orgazm) nazwa na wieś złożoną głównie z kanciastych klocków, nowszych lub starszych, ale na pewno wszystkich pomalowanych na biało bez obwódek. Podobno to atrakcja, ładnie odcina się od gór w kolorze piasku i makii, ale mnie bardziej przypomina Albanię i choć w np. Capileirze były to fajne domki z tunelami, przejściami itd. uważam, że żaden inny naród nad Mare Mediterraneum nie odwala takiej chały w tak malowniczych miejscach. W Ardales jestem, jak wspomniałem, niejako z przymusu i zamiast zwiedzać robię zakupy i ruszam w asfalt. Za niecałe 3 godziny zamkną recepcję w El Chorro, a baba nie gada po angielsku, więc w sumie ciężko się było dowiedzieć przez telefon ile i za co zapłacę. Po 45 minutach trafiło się ślepej k... ziarno i z parą Angoli jadę prosto do El Chorro. Niezwykłym szczęściem mam okazję zobaczyć całą drogę z Ardales, podczas której z płaskowyżu wjeżdża się w skalisty kanion mijając po drodze ładnie wkomponowane w otoczenie jezioro, jeszcze za jasności. Najważniejsze, że udało się zobaczyć właściwą dziurę, czyli wąską a długą szczelinę ze ścianami skalnymi z obu stron (google!!!). Po podejściu na kemping i konstatacji, że piździ za bardzo na mój zjechany śpiwór, z radością przyjmuję, że za 12 euro za noc mam bungalow z klimą i ciepłą wodą cały dla siebie. Lekkie pustki, mimo że miejsce jest mekką wspinaczy, a sezon wspinaczkowy się jeszcze nie skończył. Kobity na kempingu mówią ponadto, że jutro o 15 jedzie do Malagi jakiś pociąg (czyli nie musiałbym jechać na lotnisko na ostatnią chwilę i ostatni nocleg miałbym za darmo), którego w systemie nie znalazł koleś z dworca w Rondzie a i rozkład na stacji El Chorro twierdzi, że od 10ego nie kursuje. Nic to, po niespodziewanie udanym dniu idę w kimę.


Ostatnio zmieniony 23 gru 2011, 10:59 przez Jasiek, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 23 gru 2011, 10:58 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
18.12./19.12. Góry w zimie są naprawdę niebezpieczne!

Jako wprowadzenie posłużę się cytatem z Użytkownika Roberta:
"Tak, góry są niebezpieczne. Na przykład: idziesz i nagle - aaa! - zapalenie płuc!"

I tak sobie śpię na 1 z 4 piętrowych łóżek. Wybrałem górne, bo jest na tyle nisko, że do dolnego nieomal światło nie dochodzi. Nie zwróciłem za to uwagi, że materac wystaje o kilka centymetrów poza szkielet łóżka. Niby nic, ale po pierwsze - mimo kli(z)my jest zimno, po drugie materac sztywny. Ergo - leżąc w całości w zamkłem śpiworze nie czujesz za bardzo, gdzie kończy się wyro pod materacem. Tym oto sposobem około 1 w nocy spierdalam się na grunt boleśnie tłukąc kolano, przedramię i lędźwie. Dobrze, że jem lepiej niż w Grecji, dzięki czemu dupa wciąż najcięższa - jebłem tak, że gdybym spadł na ryj, to bym się w kilku miejscach połamał.

Kolejne kilka godzin przesypiam na podłodze, potem przenoszę się na dolne wyro i obfity sen kończę wyrżnięciem z bereta w dechy górnego wyra. Mówiłem, zdaje się, że wyra były blisko siebie...


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 23 gru 2011, 11:20 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
19.12. El Chorro - Malaga

Suma sumarum pobudka nastąpiła około 9. Do 12 muszę się wymeldować. Mały problem z rozplanowaniem dnia. Po namyśle idę na lekko niejako wracając się w kierunku Ardales by zobaczyć jeszcze w świetle dnia wspomnianą szczelinę, a po wymeldowaniu może jeszcze coś uskutecznie. Ciężko mi się chodzi pod górę, poza tym jakby chęci mniej. Widoki w pierwszej części trasy pieszej zajebiste, a na powrocie zauważam odchodzącą od asfaltu w górę ścieżkę do opisanego w LP zamku (ruin) Bobastro. W efekcie, po zdaniu klucza, w pełnym ekwipunku wspinam się właśnie tamże. Jest to szlak rowerowy (muy hard wprawdzie dla cyklistów), a więc wspinaczka po ścianach nie grozi. Nagrodą za pomysł są piękne widoki z góry, bo wchodzę ścieżką na wysokość góry kanionu. Z zamku nici, bo od przejeżdżających tubylców dowiaduję się, że zamknięty i gówno widać, ale za to duży sztuczny zbiornik w kształcie nerki umila pobyt na górnym wypłaszczeniu. Schodzę na dół i bez większych nadziei idę na dworzec. O dziwo, pociąg przyjeżdża! No to jadę do Malagi, trochę przesiaduję w barze kosztując kilku potraw, których wcześniej nie miałem okazji, dla zabicia czasu trzaskam noszone od iluśtam dni sudoku wyrwane z darmowej angielskiej gazety i ostatnim kursem (21.30) tańszego autobusu jadę na lotnisko. Nażarłem się jak głupi i nieco podpiłem, ale cóż - ostatnie chwile w Hiszpanii. Kima na lotniskowej podłodze na karimacie.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 23 gru 2011, 11:41 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
20.12. Malaga - Düsseldorf

Pobudka wczesna, golenie i wietrzenie śpiwora. Podróż bez przygód, poza tym, że Ryanair czasem też się spóźnia (20min). Autobus z lotniska do D i ląduję w centrum. Niby wysiadam na dworcu kolejowym, ale wejścia nie widać, więc nieco czasu zajmuje mi znalezienie się na mapie plus wyskok do informacji turystycznej. Z Olą mam się spotkać w jej pracy, na co nie jestem do końca przygotowany logistycznie. Wreszcie, za drugim razem, udaje się kupić bilet (za pierwszym kasa przepadła, ale zemściłem się na przewoźniku jadąc na gapę) i po godzinie od przyjazdu do centrum jestem pod pracą Oli. Po niedługim czasie wspólnie idziemy do mieszkania Oli (swoją drogą - bardzo fajne, jeśli pominąć upierdliwego właściciela), gdzie mogę/muszę się umyć i przebrać. Na 19 idziemy do Oli znajomych oglądać Fussballspiel des Jahres dla miejscowych, czyli mecz 1/8 finału Pucharu Niemiec między Fortuną Düsseldorf a Borussią Dortmund. Docieramy, mimo podwózki, godzinę później przez mały problem techniczny (Użytkownik Olijka wyjaśni, jeśli zechce, co się zadziało). Mili ludzie i zacięty mecz między liderem 2. Bundesligi a wiceliderem pierwszej powodują, że 120 minut meczu plus karne szybko zlatują. W dobrych nastrojach wracamy do Oli i uderzamy w stosowne kimono.

Dla ciekawych opis gry Polaków w ww. meczu. Grali wszyscy trzej z BVB, Błaszczykowski raczej dzięki absencji Kagawy. Należy również dodać, że większość meczu mistrzowie Niemiec grali w 10tkę, po drugiej żółtej kartce dla Owomoyeli. Obie zasłużone. Przewagi zawodnika nie było widać. Fortuna zagrała od początku bardzo ofensywnie, ale z dziurami w obronie. Była też dużo gorsza technicznie i szybkościowo, więc gdyby Borussia nie wyszła na mecz z nastawieniem wygrania go na stojaka, do przerwy mógł być pogrom. F95 z kolei sprawiali wrażenie, jakby tylko ich trener chciał powalczyć (vide ustawienie), bo sami zawodnicy grali strachliwie i mocno stremowani przynajmniej przez pierwszą godzinę meczu. Gdy doszło do dogrywki, Fortuna nagle sobie uzmysłowiła, że po pierwsze gra na własnym stadionie, po drugie Borussi gra się nie klei, po trzecie mają przewagę zawodnika. Niestety dla miejscowych, bardzo dobry mecz rozgrywał Weidenfeller.

Gospodarzom starał się pomóc sędzia: podczas karnych Borussia musiała powtórzyć wykorzystanego karnego (Błaszczykowski powtórzył sukces) a Fortuna nieudanego (i za 2. razem weszło).

Lewandowski - grał za Barriosem (bezproduktywny) i co nieco tam przyjmował i zgrywał, ale raczej mało widoczny w meczu.

Błaszczykowski - ruchliwy, ale niewiele z niego pożytku, bo mniej więcej tyle samo dobrych centr, co strat piłki po bezsensownych dryblingach. Na plus spora odporność psychiczna przy karnym - strzelenie pierwszego i powtórki jest dużą sztuką, której po często zawodzącym w głównych momentach Kubie się nie spodziewałem.

Piszczek - słaby mecz, sporo przechodziło jego stroną, a w dogrywce mógł strzelić gola roku, ale nie udało się dzięki refleksowi... Weidenfellera. W bramce gospodarzy, nota bene, grał Niemiec o swojsko brzmiących personaliach, Michael Ratajczak.

A mecz, po bezbramkowych 120 minutach, zakończył się zwycięstwem Borussii 5:4 w karnych (jednego obronił Wiedenfeller).


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 23 gru 2011, 13:04 
Offline
II norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 21:07
Posty: 1874
Lokalizacja: spod gwiazd
Kurna, szkoda Fortuny! Fortuna debest :) swego czasu w Regionallidze Die Toten Hosen byli głównymi sponsorami tej drużyny, ze znakiem zespołu na koszulce :D

_________________
Hajrá Loki!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 23 gru 2011, 13:07 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
21.12. Düsseldorf

Poranna pobudka - Ola do pracy, ja na miasto. Ciemno jeszcze i chłodno, ale szalika nie wziąłem, bo przecież sobie zaraz kupię Fortunę. Nie wpadłem, niestety, na to, że wczorajsze tłumy kibiców F95 mogły kupować szale na ostatnią chwilę, tak więc, gdy o 10 wreszcie otwierają sklepy, dowiaduję się, że w całym centrum wykupiono szaliki i najwcześniej po południu będzie dostawa. Czyli cały dzień bez szalika, a temperatura z hiszpańskich kilkunastu średnio stopni spadła do kilku. Niebo pochmurne, ale, na szczęście, nie padało dłużej niż 20minut.

Düsseldorf to typowe północnoniemieckie miasto z dużą ilością handlowej strefy pieszej, zabudowane wysokimi kamienicami, przeważnie nowymi, a w środku tegoż mające zabytkowy ratusz i kilka kościołów gotyckich. Może sam opis niezbyt zachęca, ale naprawdę jest ładnie. Do tego, poza centrum, jeszcze dwie atrakcje z wyźsiejszej półki w postaci zabudowanego nowoczesnymi biurowcami kawałka nabrzeża (budynki należą do mediów różnej maści, skąd nazwa Medienhafen) oraz zespołu parkowo-pałacowego Benrath. To drugie raczej przeciętne w skali Niemiec, ale fajne na spacer, zakładając, że wiemy, jak się tam idzie. Mapy w turinformie nie sięgały tak daleko, a oznaczenie ścieżek rowerowych było (akurat tu) na tyle "doskonałe", że zamiast 5km szedłem tam z centrum ponad dychę. Pod samą starówkę wracam bezpośrednio tramwajem na zaoszczędzonym z wczoraj bilecie za 2,30eur.

Miło się chodziło po Düsseldorfie, tylko ta szarówka jakoś pogarsza wrażenie. Na starówce im bliżej końca dnia, tym więcej pootwieranych na ulicach drewnianych straganów - tzw. Weihnachtsmarkt, czyli stawianie w dużej części centrum miasta kiosków i budek, gdzie można spróbować różnych rodzajów grillowanej kiełby, ziemniaków, orzeszków oraz wszelkich słodyczy by na koniec zapić całość grzanym winem (Glühwein). Kolorowo i tłumnie, ale z produktów nie korzystam (kiełba po 3 euro, wino tak samo), zamiast tego kupując wreszcie szalik Fortuny (tylko w 1 sklepie można było kupić, w innych jeszcze dostawy nierozpakowane i nieuporządkowane). Oczywiście, około 18 na starówce jest już tu całe miasto plus trochę zagranicznych, w tym ja (Olę z racji zamieszkania oraz tego, w jaki sposób nawija po niemiecku, zaliczam do miasta). Powrót i kima.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 23 gru 2011, 13:39 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
22.12. Düsseldorf - Dortmund - Poznań

Jak wczoraj pobudka wczesna. Żegnam się z Olą (w tym miejscu jeszcze raz: Wielkie Dzięki!!!) i idę na pobliską stację kolejową. Pociągi (a w zasadzie S-Bahn) do Dortmundu jeździ w miarę często, ale problemy są gdzie indziej. Na stacji są 2 automaty biletowe (kas z ludźmi brak) i żaden z nich nie przyjmuje gotówki, a akurat mojej karty nie chce. Zły wsiadam do pociągu, a tam - wbrew domniemaniom lokalsów - też kupić nie da rady. Wobec tego czekam na ewentualną kontrolę, bo niby co? Co stacja mam wysiadać i sprawdzać, czy tam akurat automat bierze kasę i za każdym razem czekać 20min na kolejny pociąg??! Warto dodać, że dziś poza zachmurzeniem mamy nieustanny opad siąpiący. Tym oto sposobem do Dortmundu dojeżdżam za darmo oszczędzając 11,40eur. Na lotnisko w Dortmundzie (de facto poza nim) najprościej dojechać z Düsseldorfu pomijając Dortmund, ale w końcu nie było mnie tam ponad 14 lat a coś z dniem trzeba zrobić.

Po wysiadce i podejściu do turinformu okazuje się, że zabytkowe budynki, których nie pamiętałem z poprzedniej wizyty, a które spisałem z... szwedzkiej broszury w Stena Line, są z dala od centrum i do tego porozrzucane po całym mieście. Z braku laku (oraz sił i chęci, pogoda bez zmian) decyduję się na dwugodzinny spacer po starówce kończąc o 13 na dworcu. Miasto takie sobie, podobna jak w Düsseldorfie zabudowa, zabytków mniej, kościoły zamknięte ale za to Weihnachtsmarkt większy a w strefie handlowej znajduję sklep z szalikami. Na dworcu nie ma gdzie dupy posadzić, więc siadam przy windach obok jakiegoś gościa z walizką. Chyba śpi. Nagle osuwa się na grunt - dychać dycha, pulsić pulsi, ale nie reaguje, więc ide po jakąś pomoc. Po pewnym czasie udaje się znaleźć pracowników ochrony, którzy nieprędko acz licznie przechodzą stosowne kilkanaście metrów do miejsca zdarzenia. Facet jest Polakiem i wygląda jak bezdomny, ochrona stwierdza, że jest schlany i każe mi mu wytłumaczyć, że ma opuścić dworzec.

Wyprowadzając go dowiedziałem się, że sprawy mają się nieco inaczej. Facet w necie znalazł ogłoszenie o pracy i pojechał do Anglii. Jest biedny, ma żonę i dziecko a także długi. W tym celu z Anglii wracał tirami via Lille, Lyon, Frankfurt n. Menem i Kolonię, gdzie spotkała go przykra przygoda.

W tym momencie przerwa. Do wszystkich Czytelników - zapamiętajcie sobie, kurwa mać, na całe życie i powtórzcie znajomym, zwłaszcza tym bez języków - LĄDUJĄC Z PARTYZANTA ZA GRANICĄ MOŻECIE SZUKAĆ POMOCY GDZIE WAM SIĘ ŻYWNIE PODOBA, ALE, NA LITOŚĆ BOSKĄ, NIE RÓBCIE TEGO U NIEZNAJOMYCH WAM POLAKÓW, KTÓRZY JUŻ TAM MIESZKAJĄ. Opowieści jak Ci właśnie wykorzystują"frajerów", czyli naiwnych ludzi nieobytych w pracy za granicą, znam nie tylko z mediów, ale i od mojej własnej rodziny. I ma to miejsce we wszystkich krajach, gdzie istnieją nasi kochani, zorganizowani wyborcy.

W Kolonii poprosił właśnie Polaka, by ten mu kupił bilet do Berlina. Dostał bilet, ale dziecięcy, więc z pociągu wysadzono go właśnie w Dortmundzie, gdzie którąś już noc koczował na dworcu (nie bardzo wiem, na co licząc). Jego dramat jednakże zaczął się w Kolonii, gdzie napadli go Polacy, wpierdolili jak Pan Bóg przykazał (przeleżał kilka dni ze złamaną ręką w szpitalu) i zabrali resztę pieniędzy.

Prowadzę go na PKS, dziś - jak się okazuje - jeszcze coś jedzie do Świdnicy (tam on mieszka), tyle że za 72eur. Tyle to mu nie dam, a on nie ma za bardzo kogo poprosić, by mu w Polsce ten bilet kupił. Swoją drogą - może i ma, ale nie chce powiększać długów. Jak sobie nery zniszczy od spania na dworze i jak mu sztrafa za coś przypierdolą to będzie taniej? A niby jak ma na Święta tego swojego dzieciaka, co mu prezenty wiezie, zobaczyć? Nic, jego sprawa, ja na odchodnę daję mu parę euro i resztkę herbatników (nawet jeśli buja ze swoją historią, to i tak bym mu pewnie dał, a mimo wszystko mu wierzę). Idę na wcześniejszy pociąg, bo dalsza rozmowa z nim do niczego nie prowadzi. On postanowił poczekać do tego autobusu i ubłagać kierowcę. Inna rzecz - od tygodnia sypia po parę godzin na dobę z przerwami (budzenie przez służby), więc nic dziwnego, że wygląda jak menel.

Po tych nietypowych atrakcjach mam już mniej czasu do odlotu, głupie 4 godziny. Na lotnisku jestem w miarę szybko po podjechaniu kilku stacji pociągiem i przejściu 1,5km. Kolejka do kontroli bezpieczeństwa spora, więc już po 2 godzinach (koło 17) w niej staję. Tu mała niespodzianka dla mnie - mój plecak, wskutek kilku zakupów waży 10kg (pięknie wycyrklowane), ale się w pudle nie mieści. Nie chce mi się przepakowywać, najwyżej przy samym wejściu ubiorę się jak choinkę. Na szczęście nic takiego nie musiałem robić (po wniesieniu plecaka jak torby), za to wcześniej, prześwietlacz postanowił przejrzeć mój plecak, co mi się zdarza pierwszy raz w tym miesiącu (szósty lot). Co ciekawe, zobaczywszy pastę nie zabrał jej. Czyli tylko Junajtet Kińdom ma niedobory. W Poznaniu ląduje z 15-min opóźnieniem i "L"ką jadę na dworzec (są tańsze linie, ale bilet wychodzi i tak tyle samo, bo dłużej jadą). PKSów do Gdańska nie ma, busów też na 95% nie, więc czekam sobie 6 godzin na dworcu i o 3.11 odbywam ostatni kawałek podróży.

Podsumowując - zajebisty wyjazd. Andaluzja jednak, choć to kawał fajnego regionu jest, nie zaskoczyła mnie in plus w prawie żaden sposób. Tzn. zabytki super, ale takich miejsc Gerolimenas czy Monemvasia nie było. Przyroda za to spoko.

Naj:
- ładniejsze i najprzyjemniejsze duże miasto: Kordoba
- bardziej malownicze i przyjemne z małych: Carmona
- klawszy obiekt: Alcazar w Sewilli
- ładniejszy widok: jak się łatwo domyśleć, z grzbietu pod Mulhacenem
- lepsze żarcie: tapas w barze "Pepa y Pepe" w Maladze (ale w niewielu innych jadłem tapas)
- większy fart: ciężko powiedzieć ;) chyba te wstępy za darmo dla grażdan Jewrosojuza
- fajniejszy nocleg:
1. Sevilla City Oasis Palace Hostel - za towarzystwo
2. Funky Cordoba - za obsługę i spokój
3. Hostal Aduar w Marbelli - za nieomal hostelową cenę, możliwość palenia w pokoju i najładniejszy
budynek, w jakim przyszło mi spać w Hiszpanii
- brzydsze: nie licząc S.Pedro i Almodovar, gdzie jechałem zobaczyć 1 konkretny zabytek, to Jerez de la Frontera
- większa wtopa: zguba cholernej rękawiczki w autobusie ze Stansted
- większa szkoda, że: nie zobaczyłem ani jednej z 2 jaskiń z rysunkami z czasów Flintstone'ów
- częściej spotykana nacja podróżująca (nie licząc Hiszpanów): Australijczycy

Koszt: 3500zł bez groszy
Metoda na zaoszczędzenie 500zł: kupcie bilet do Anglii wcześniej, a do Polski nie wracajcie na święta.
Metoda na zaoszczędzenie kolejnych kilkuset: nie zbierajcie szalików piłkarskich! ;)

Dzięki dla Czytelników za wytrwałość! WESOŁYCH ŚWIĄT!!!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 27 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group