Dzisiaj jest 25 lis 2017, 13:30

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 86 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna
Autor Wiadomość
PostZamieszczono: 07 lis 2012, 11:29 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
Intro

Rozpoczynam relacje z wyjazdu bardzo, jak na mnie, nietypowego. Po pierwsze - nie jade sam. Po drugie - planowany ze sporym wyprzedzeniem. Po trzecie - to chyba pierwsza relacja spoza Europy, o ile nie uznajemy granicy na Wisle.

Wyjazd planowalem od co najmniej pol roku ( ja to pisze??!). Rozne byly jego warianty i rozny tez mial byc okres (w opcji maksymalnej na piec miechow po trasie Tajlandia - Laos - Wietnam - Kambodza - Malezja). Z pomyslem zdradzilem sie Michalowi, ktory od razu podlapal temat (i to do tego stopnia, ze kupil bilety kilka miesiecy przede mna i w efekcie za 800zl mniej). W zasadzie dosc dlugo wahalem sie, czy w ogole mi sie chce, bo z samotnych podrozy poza Europa mam mocno zmeczone wspomnienia, ale w koncu przewazylo, ze nie wiem, jak dlugo jeszcze bede mial mozliwosc wyjazdu na ponad miesiac. Co do towarzystwa, to w bodaj maju pomysl podchwycil Michal D. a jakis miesiac temu dolaczyl do nas jeszcze Jacek P. Miala z nami tez jechac jedna dziewczyna, ktora poznalem za pomoca bodajze olneo albo innego portalu podrozniczego, ale jak to bywa - wykruszyla sie.

Suma sumarum mamy jakby 4 czesci:
1. Wspolnie z Michalem robimy polnoc Tajlandii
2. We trzech z Jackiem zwiedzamy Birme
3. Z Michalem dokanczamy Tajlandie, a Jacek sam Birme
4. Samotna Malezja i Singapur

OSTRZEZENIE
Relacja moze zawierac rzucanie kurwami, wrzuty na wszystkie rasy, pesymizm i niekoniecznie sladowe ilosci specyficznego poczucia humoru. Obywatelu - odlej sie przed lektura!

No to do rzeczy:


Ostatnio zmieniony 07 lis 2012, 11:37 przez Jasiek, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 07 lis 2012, 11:31 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
30.10. Warszawa - Frankfurt n.Menem -

Jeszcze chyba nigdy nie przygotowywalem sie do wyjazdu na takiego wariata. Od 30 sierpnia do 10 pazdziernika mialem sezon pilocki podczas ktorego nie mialem w zasadzie czasu pierdnac. W jednodniowych przerwach miedzy wycieczkami zalatwialem nowy paszport (a i tak pojechalem na starym), drukowalem przewodniki oraz zalatwialem za posrednictwem Michala wize do Birmy. Po sezonie jeszcze kurs do rodzicow i 3-dniowe gory, takze przed wyjazdem nie mialem ani jednego wolnego dnia, zebym nie mial czegos nie zwiazanego z wyjazdem na glowie.

No to odjazd. Ja lece z Warszawy do Bangkoku Lufthansa (przesiadka we Frankfurcie) i ladem mam dojechac do Chiang Mai, gdzie w Swieto Zmarlych o 12.30 czasu lokalnego laduje Michal (leci do Phuket z przesiadka w Zurychu, dalej lokalnymi do Chiang Mai).

W zasadzie do konca nie jestem pewien, czy wzialem wszystko, co trzeba, ale ze speclisty na tego typu wyjazdy wszystko odhaczone lub celowo olane. W zasadzie to w Warszawie pizdzi od przedwczoraj (ze tez, kurwa, nie moglo 2 dni poczekac!), ale nic to. Na lotnisku zapoznaje sie z samoobslugowa odprawa Lufthansy w automacie, a ze mam jeszcze sporo czasu, to po oddaniu bagazu szukam na Zwirkach jakiegos spozywczego z normalnymi cenami. Za rada goscia z lotniskowej informacji jade na rog 17 stycznia, gdzie znajduje (przy Zwirkach, tuz za biblioteka) maly kiosk wziety zywcem z poprzedniej epoki. Ceny dosc wysokie, ale o niebo taniej niz na lotnisku a do tego nie widziane przeze mnie w sklepie od lat kleby dymu, bo wlasciciel sobie swobodnie pali w otoczeniu pustawych polek. Powrot na lotnisko i bez przygod wylot do Frankfurtu.

Lot trwa jakies 1,5h, co umilam sobie lektura Frankfurter Allgemeine. Na miejscu sprawdzam, jak z transportem do centrum, bo na powrocie bede mial wiecej na przesiadke (okazuje sie, ze S-Bahn jedzie 20min). Odlot do Bangkoku bez przygod i darmowej prasy, za to z sympatycznym i dosc gadatliwym Austriakiem. Jedzenie niezle jak na lot plus jako napoj mozna brac wino. Korzystajac z tego trzecim udalo mi sie ostatecznie siebie uspic.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 07 lis 2012, 11:34 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
31.12. - Bangkok -

Po polsku o jakiejs 8 rano, po miejscowemu pare minut po 14 laduje w Bangkoku. Pilot oznajmia, ze czeka tam na mnie 30 stopni. Kurwa, na dzien dobry, niedospany bede sie jebal z plecorem przez 8-milionowa metropolie! Na szczescie okazuje sie, ze dociagneli Skytrain, czyli w zasadzie S-Bahn, az do lotniska. Na samym lotnisku zeszla mi godzina, bo primo wypelnianie migracjonnej kartki, drugie primo czekanie w napieciu na bagaz i trzecie primo - ultimo obczajanie bankomatu i dojscia do ww. skajtrejna. Bankomat znalazlem, ale ze stosowal 150batow* prowizji postanowilem wymienic licznie posiadana walute obca w Islamic Bank of Thailand. Za rownowartosc 1EUR jade Skytrainem do miasta w klimatyzowanym, nowoczesnym wnetrzu i tam, po okolopieciominutowej przesiadce jade takoz klimatyzowanym metrem na dworzec kolejowy. Kupuje bilet na pociag siedzacy, tzn. bez miejsc do lezenia (ciekawostka -10min pozniej odjedza pociag sypialny bez miejsc do siedzenia; siedzacy jedzie szybciej i kosztuje o 600 batow mniej). Mam godzine wiec zaliczam pierwsze zarcie z ulicznego grilla i krotki spacer wokol dworca. Na droge kupuje kole i przysmak foliowany z ryb w stylu tych rosyjskich lub - dla tych co sie zalapali jak to bylo w polskich sklepach - kalmarsona. Odjazd z 15min opoznieniem, po niedlugim czasie opoznienie wzrasta do godziny, a o 23.00 mamy juz opoznienia 100 minut.

Tak nieco podsumowujac pierwsze godziny w Tajlandii, to sporo zaskoczen in plus. W szeroko pojetym regionie bylem jedynie w Indiach i, choc wiedzialem, ze takiego syfu nie ma nigdzie na swiecie, nie spodziewalem sie takiej czystosci i spokoju w Tajlandii. Zaczepiaja tylko taksowkarze i to NIE KAZDY, ludzie w sumie ciekawi i co nieco do powiedzenia maja, znajomosc angielskiego poki co dosc powszechna (zobaczymy, jak na prowincji), czysty chodnik, ze az wstyd kipa rzucic (nie, koledzy scrabblisci, nie wyrzucam laotanskiej waluty a niedopalonego papierosa). W ogole nawet w godzinach okoloszczytowych w 8-milionowym Bangkoku nie widac jakiegos nieprawdopodobnego scisku, a w ogole w porownaniu z Indiami to taka cisza, ze az w uszach szumi. Jedyna rozpowszechniona siecia spozywcza w Tajlandii jest 7eleven, czyli raczej nieduze supermarkety. Z mapki Bangkoku zdobytej na lotnisku wiem, ze jeszcze z rzadka pojawia sie Tesco.

WAZNE UWAGI I WYJASNIENIA:
*bat - w zasadzie baht, czyli tajska waluta, 39 dostaje sie za jurka, czyli wartosc nieomal 10 groszy
LP - przewodnik Lonely Planet
wat - swiatynia tajska
watowiec - buddyjski mnich w Tajlandii i okolicach


Ostatnio zmieniony 07 lis 2012, 11:40 przez Jasiek, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 07 lis 2012, 11:39 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
01.11. - Chiang Mai
Z w koncu trzygodzinnym opoznieniem dojezdzam do Chiang Mai, ale nie ma bolu, bo dopiero 9.15. Po drodze zapoznmany Taj opowiada, ze jest nawet bezplatny pociag z BKK do Chiang Mai, ale wlecze sie jak smrod po gaciach bo staje na kazdej stacji. Przez posiadane 3 godziny udaje mi sie przejsc na piechote na druga strona miasta na lotnisko po drodze obczajajac tani jak na Chiang Mai nocleg, odwiedzic informacje turystyczna, zjesc co nieco po drodze (flak z grilla), kupic kole w 7eleven i wynudzic sie godzine na lotnisku. Co ciekawe, kontrola przez bramki bezpieczenstwa jest tam juz na wejsciu, czyli chcac zapalic musialem sie liczyc z kolejna kontrola. Zgodnie z planem Michal zladowal o 12.30 i nie spodziewajac sie mnie minal mnie i specjalnie w turinformie wykonany napis "Michal Domanski" tajskim alfabetem. Razem jedziemy taryfa do centrum wraz z 2 Francuzkami (dolaczylismy metoda stopy w drzwi, bo cena jest za kurs; biedactwa pewnie do konca zycia nie zrozumieja naszego postepowania).

Po rozlokowaniu chwila kimy i pierwsze sputnik-wyjscie na miasto. Troche miejscowych specjalow. kilka watow z zewnatrz, na kolacje piwo oraz na zagryche foliowane wodorosty, pieczona rybka i takiz batat. Z ciekawostek i spostrzezen - estetyka budownictwa podobna do Indii ale w o niebo lepszym stanie, czystosc wzorcowa i pod3muje, ze ogolnie spokoj i kultura. W naszym "hostelu" obsluga jest bialoskora, z czego gosc, co nas przyjal, mowi o sobie, ze nie pochodzi z zadnego kraju, a "from love". Rodzice z Belgradu, urodzony w Holandii, mieszkal jeszcze w Szwajcarii i Grecji. Od dluzszego czasu mieszka w Holandii. Mimo jego podniecenia iloscia pieczatek w paszporcie Michala i nadziei na stosowna rozmowe na ten temat udalo nam sie go juz dzisiaj nie spotkac po wieczornym wyjsciu. Chiang Mai ogolnie jest miejscem bardzo turystycznym, a w zasadzie co trzeci czlowiek na ulicy to turysta (glownie bialasy, sa tez z regionu).

Sam nocleg spoko, jakis recznik zamiast koldry (chyba obyczaj tajski, tak samo bylo w pociagu), drugi recznik do wycierania sie, "panstwowe" male mydelko i wiatrak. Wszystko za 280 batow za pokojonoc. Potwierdzam wrazenia odnosnie spokoju i niemeczacej sympatycznosci mieszkancow. Generalnie egzystuje sie tu nieomal jak w Europie, podczas gdy ilekroc wychodzilem z pokoju w Indiach szedlem jak na wojne.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 07 lis 2012, 11:58 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
02.11. Chiang Mai

Pobudka jakos kolo 7.30-8.00 (jasno jest od 6 rano) i po niedlugiej toalecie oraz darmowej kawie (podobnie jak internet - noz liuks, nie hostel) wyjscie na miasto. Bez garba duzo przyjemniej, ale dalej sie czlowiek lepi po jakiejs polgodzinie. Na poczatek spaceru boczne uliczki w obrebie centrum miasta - calkiem przyjemnie, co nieco cienia i sporo zieleni, dosc egzotycznej zreszta.

Wreszcie przyszla pora na waty. Jak wyglada - ciezko opisac, lepiej wygooglajcie. Wszystkie w zasadzie sa podobne z zewnatrz. W srodku sa ciekawsze i mniej ciekawe, ale juz po pierwszym wiedzielismy, ze szybko nam sie znudza. Sam wat w zasadzie jest zalozeniem na ktore skladaja sie 2-3 swiatynki, 1 chedi (w Indiach zwane stupa, funkcja w buddyzmie taka jak pomnik JPII przed polskimi kosciolami, czyli jest przy kazdym i ma oddac hold zyciu i tworczosci, w tym przypadku Buddy) oraz plac otaczajacy ww. budynki okraszony a to zielenia a to jakims stawikiem. W srodku wata obowiazkowa wielka figura Buddy i kilka mniejszych, po bokach miejsce podwyzszone dla watowcow, do tego jeszcze co nieco ciekawostek:

1. Jest cos z dwiema diodami "latajacymi" wkolo, gdzie w niektorych mozna wrzucic 5 lub 10 batow i wtedy diody za3muja sie na jakiejs kombinacji. Pieniadze nie wyskoczyly, wiec Michal zdaje sie nic nie wygral (moze jakis pieciominutowy upust w czekaniu na przyszla nirwane).

2. Przed "prezbiterium", gdzie stoja figury buddy (a czasem tez rzezby watowcow z wosku, superdokladne zreszta), wierni klada ofiary, ktore mozna kupic zarowno przed watem jak i w zasadzie w kazdym miejscu miasta. Oprocz kwiatow lotosu, czy swieczek, sa tez gotowe wiaderka (takie, jak dla malych dzieci do piaskownicy) z produktami spozywczymi (napoje gazowane, konserwy,...). Zakladamy, ze jak sie juz dosc uzbiera, to sprzed oltarza trafiaja z powrotem do sklepikow przed watem.
3. W swiatyni nie wolno siedziec ze stopami wymierzonymi w Budde. W ogole w Tajlandii nie wolno siedziec w takiej pozycji wobec nikogo (poza swiatyniami po turecku siadac mozna, w watach stopy za siebie lub pod dupe) a takze (co wiem zarowno z LP, jak i z dosc zabawnej kartki w jednym z watow) dotykac cudzej glowy.

Upal, kolejne waty, duze targowisko ze wszystkim (kupuje miejscowe, zapakowane w folie skrety - tansze niz najtansze oficjalne papierosy, a na tyle mocne, ze jeden starczy za dwa. W sumie fajnie, spokojnie (lata cale nie zwiedzalem tak spokojnie) ale powoli nie ma co robic, wiec zwiedzamy jeszcze pare watow i wracamy do hotelu. Jeszcze maly wyskok po okulary (wymogi - tanie i mieszczace sie w przywiezionym ze soba pancernym pokrowcu kupionym 2 lata temu w Delhi) i po raz pierwszy na tej wycieczce siadam na net [jeszcze nie wiedzac, czy opublikuje te relacje - zdecydowalem sie dopiero po kilku dniach].

Po tym, co widzialem dzis i tym, co przeczytalem w LP dochodze do dosc piorunujacego wniosku : w Tajlandii jest malo rzeczy do zobaczenia!!! Male wyjasnienie: gdy jezdze po Europie, a nawet w Indiach, obejrzenie starej budowli traktuje jako obowiazek turystyczny, chocby byl to kilkudziesietny na liscie w przeciagu 2 tygodni (a nawet jednego, jak w Irlandii) i kazdy kolejny cieszy mnie prawie tak samo. W Tajlandii zobaczenie jednej rzeczy z kazdej kategorii w zasadzie by mi wystarczylo, gdyz kazda do kazdej do zludzenia podobne. Wszystko, co ma do zaoferowania Tajlandia da sie pogrupowac w kilka kategorii:

1. Waty. Starsze czy mlodsze, ale w sumie z jednej beczki. W zasadzie po wizycie w Chiang Mai, planowanej wizycie w Authayi, Sukhotai, Si Satchalanai (i moze dla przyzwoitosci jeszcze Lopburi) bedzie tego az za duzo. W Europie a nawet w Indiach (mowie o starych budowlach) z mniejszym lub wiekszym ale w sumie zacieciem zwiedzalem kilkadziesiata swiatynie, tu nie mam najmniejszego zamiaru. Za malo mnie to podnieca i za malo sie od siebie rozni.

2. Ladowe parki narodowe. W zasadzie wszystkie maja w przewodniku taki sam opis - dzungla z warstwowa roslinnoscia, w srodku slonie, tygrysy i inne gryzonie, ale pewnie bez oplaty za safari i tak nie do zobaczenia, oraz wodospady. Super sprawa, ale biorac pod uwage upierdliwosc dojazdu do wiekszosci, oplate za wejscie na teren oraz to ze sie roznia od siebie w zasadzie tylko iloscia wodospadow - chyba nie bede czul niedosytu gdy poprzestaniemy na jednym.

3. Wodne parki narodowe - nurkowac nie zamierzam, wiec interesuja mnie glownie widoki malowniczych wysepek. Czyli standardowe wyposazenie kazdego z nich. Innymi slowy - znow mozna poprzestac na jednym, mozliwie najladniejszym, i sru.

4. Zjawiska miejscowe - typu "ulica" na wodzie pod Bangkokiem, przejazd petelka 500km w regionie Mae Hong Son (oba w planie) czy rejs lodka w Sangkhlaburi po wielkim zbiorniku o poranku. Wiele wiecej nie ma.

5. Zjawiska "ponadtajskie" czyli drogo platne - w tej liczbie park linowy w dzungli ze zjazdami na linie (nie chce mi sie za 150zl prac obsranych spodni), rafting (czy koniecznie musze tutaj?!) czy wspomniane safari (chyba najciekawsze, ale w zasadzie platne kupe kasy za zobaczenie nagonionych zwierzat badz ich niezobaczenie).

Wszystko inne - jakies ciekawe znajomosci, piekny zachod slonca itp. sa zawsze (choc w kazdym kraju inne) i czesto nie daja sie zaplanowac.

Podsumowujac - same rzeczy ekstra, ale jest ich rachitycznie malo do wrzucenia do programu, powiedzmy kilkanascie na caly kraj. Zeby nie czuc niedosytu w takiej na przyklad Albanii tez bym sie do kilkunastu ograniczyl, ale Tajlandia to kraj duzo wiekszy. Czuje wiec pewien zawod, bo co to jest - wedlug moich standardow - spelnienie turystyczne po kilkunastu miejscach w kraju o powierzchni 513tys. km.kw., zasiedlonym przez 69 milionow ludzi?!!

Gdybym byl sam (samemu przewaznie poruszam sie szybciej) machnalbym pewnie jeszcze Kambodze w planowanym okresie pobytu w samej Tajlandii.

To moze dla odmiany cos o zarciu - zroznicowane, ale mniej niz w Indiach i w zasadzie jak tam co drugie bylo z zielona masala, tak tutaj co drugie jest z jakimis podrobami (a ja akurat podrobow i ich wszedobylskiego wsrod stoisk i straganow zapachu nie lubie). Wychodzi to calkiem drogo, bo jakies 8-10 PLN dziennie za samo zarcie (a do tego schodza mi, jak to w upale, 1-2 litry koli), czyli wiecej niz mi szlo w Indiach (tanszy kraj) a nawet w zachodniej Europie (bo tam sie mozna stolowac w supermarkecie). Smakowo, jesli unika sie, czego si e nie lubi, jednak bomba. Znowu kilka kategorii :

1. Z rusztu - mieso, podroby, lokalne kielbaski, panierowane owoce
2. Z ryzem - mieso, podroby, warzywa, tofu; niezbyt przypomina chinola z Rakowieckiej, ale sympatyczne
3. Z makaronem - glownie rzeczy zupowe, ale rowniez (skopiujcie se opis z punktu wyzej)

Na stole w kazdej knajpie i knajpce jest zestaw 4 rzeczy sluzacych jako przyprawy - chili krojone w marynacie, chili w proszku, cos a'la tofu i jakas octowata ciecz. [edit: Michal slusznie zwrocil mi uwage, ze w 9 przypadkach na 10 czwarta przyprawa nie jest proszek tofupodobny a cukier]

Bazary - kolejna ciekawostka - w Chiang Mai nie przypominaja rodzimych albo indyjskich, a sa raczej zajetymi przez sklepiki i warsztaty parterami budynkow, pomiedzy ktorymi przebiegaja waskie (ale ruchliwawe) uliczki. Do tego dochodzi obiekt centralny, czyli zadaszona hala targowa (co jest na pierwszym pietrze - nie mam pojecia). W sumie interesting.

* tuktuk - to, co w Indiach zwie sie motoriksza


Ostatnio zmieniony 07 lis 2012, 18:30 przez Jasiek, łącznie zmieniany 2 razy

Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 07 lis 2012, 12:08 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
03.11. Chiang Mai - Pai

Chcac objechac znajdujaca sie w NW Tajlandii prowincje Mae Hong Son po namysle zamawiamy miejsce w turystycznym autobusie do Pai. Powody - wprawdzie kilka zlotych drozej niz lokalnym, ale szybciej i nie trzeba z worami zapierdalac przez pol miasta. Pobudka dosc rano, tym razem snu nie macili gadajacy na dziedzincu naszego guesthouse'a Tajowie. Autobus, wg recepcjonistki imieniem Sara (Kanadyjka, pracuje tu od sierpnia i nie ruszyla sie poki co poza hostel) ma byc za 15 osma lub 15 po. Jakis Taj wczoraj mowil, ze jednak o 9tej i w efekcie on, a nie Sara, mial racje. Jedziemy 3 godziny z postojem po drodze. W Pai postanawiamy zostac na dluzej, bo sporo mniejsze od Chiang Mai i jeszcze bardziej zielone. Na pierwszy rzut oka - mekka plecakowcow (ang. backpackers), ale po drugiej stronie rzeki o wiele sympatyczniej. Wresz cie widzimy troche wiejskiej Tajlandii, ludzie robia w polu, piekne porosniete lasem tropikalnym gory wokolo - spoko. W samym cen tr u m, poza turystami jest tez generalnie ok, nie ma ich jakichs niezliczonych ilosci ( dopiero poczatek sezonu). Sielankowo.

O KURWA JEGO SMUTNA MAC. WRESZCIE ZASIADAM NA KOMPIE, NA KTORYM SAMA SIE NIE ROBI SPACJA!!!

Ok, wiadomo, ze gdybym byl tu sam, juz by mnie tu nie bylo po 2 godzinach, ale pozostanie w sumie na zle mi nie wyszlo. Udalo sie nieco przeczekac upal, wytchnac, a wieczorem znalezc...

Kolejna ciekawostka kulinarna - w niezawodnym 7eleven na polce w lodowce z piwami znajdujemy specyfik w butelce jak piwo (0,6l), tyle ze za 25 batow (dla przypomnienia - o ile pisalem - 1 baht to okolo 11 groszy). Po otworzeniu (2. strona rzeki, po zachodzie slonca, full relaks) okazuje sie, ze to... alpaga na ryzu!!! No, pelen sukces. Na zagryche wzieta kolejna porcja "morskich przekasek", tym razem sprasowany na sztywno wodorost. W takim otoczeniu ogladamy puszczane w niebo lampiony (komu pokazywalem za pomoca szczura herbacianego, jak Ruscy od Amerykancow rakiete kupowali, ten wie, o co kaman). Zapomnialbym, spimy (ponownie 200 batow) w "Jan's Guesthouse". Michal zaliczyl tam zreszta godzinny masaz.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 07 lis 2012, 13:01 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
04.11. Pai - Tham Lot - Mae Hong Son

Szanownym Czytelnikom, po kilku juz opisanych dniach, nalezy sie troche wyjasnien odnosnie naszej marszruty: podzielilismy sobie Tajlandie na 2 czesci (przed i po Mianmie), z czego druga liczy sobie jeno tydzien i podczas niej rowniez nalezy przejechac z Bangkoku do Phuket. Wobec tego w pierwszej czesci ogladamy atrakcje polozone na polnoc od stolicy, co sprowadza sie de facto (patrz kilka postow wyzej) do odwiedzenia polnocnego zachodu kraju i wymienionych "parkow historycznych" w czesci, nazwijmy to, srodkowo - zachodniej. Chiang Mai i prowincja Mae Hong Son (dalej: MHS) to polnocny zachod kraju.

Po przeczytaniu bloga jakiejs pary, co se byla wczesniej w tem kraju postanawiamy objechac malowniczy MHS loop (czyli 500km-owa petle po serpentynach NW Tajlandii) autostopem. Wyjscie z Paia jest proste - wczesna pobudka, przejscie okolo kilometra z Jana na obrzeza i tam lapiemy. Po drodze jeszcze sniadanie w malej knajpce, gdzie dogadujemy sie na migi. Czesc ze stolikami niewidoczna z ulicy, wiec Michal probuje na migi => w efekcie pani zapewnia nas (chyba), ze nie ma u niej toalety :) Bierzemy wg zdjecia, bo pani angielskiego nie zna i trafiamy roznie: Michal dostaje niezle curry, ja z kolei salatke z duza iloscia octu (jest we wszystkich daniach na zimno, moj zoladek - podobnie jak przy polskim occie - ledwo go znosi), przez co malo nie wale hafta. Na koniec liczy sobie pani po 50 batow, wiec chyba z 10 na leb sobie dorzucila. Wniosek taki, ze mimo wszystko trzeba zachowac tu rozsadek turystyczny i wiedziec przed zamowieniem, ile sie zaplaci.

Stopa lapiemy po ok. 1,5 minuty. Facet (ubrany jak lotnik, okazuje sie ze skaut) przewozi nas ponad 50km do krzyzowki z droga prowadzaca do ciekawych jaskin Tham Lot*. [edit: zapomnialem napisac, ze po drodze zabralismy jeszcze mlodego watowca, ktory chyba rzadko jezdzi, bo gesto rzygal na serpentynach.] Mamy 9km do jaskin, wiec decydujemy sie lapac na tej polnej drodze - po przejsciu malej wioski specjalnie dla nas staje osobowka. To, ze staje, to pikus. Lepsza sprawa, ze byla to wycieczka na 2 auta i facet napchal wszystkich do jednego, bysmy z nim jechali w drugim. Dojezdzamy po 10 minutach.

Na miejscu nabywamy wstep do jaskin i pokarm dla ryb. Kolejny wtret - jaskinie o tej porze roku mozna zwiedzac tylko lodzia. Przeplyniecie w jedna strone kosztuje (poza obowiazkowym wynajeciem przewodnika za 150 batow) i powrot pieszo naokolo gory, w ktorej jest jaskinia, kosztuje 300 batow od osoby; taki sam program z powrotem lodzia po sladach to o 100 batow wiecej. Innymi slowy - nie dosc, ze zaoszczedzimy, to zobaczymy wiecej. Pokarm dla ryb (brazowe kulki, lekko wysuszone i chropowate wiec raczej nie gowno) sprzedaje mnostwo dzieciakow na parkingu przed wejsciem a takze kasa. Michal sie ulitowal i kupil mala paczke.

Plynie sie lodkami z bambusa, duzo bardziej stabilnymi niz nasze drewniane. Przewodniczka zna po angielsku kilka slow - zajebista fucha, dukasz kilka slow i nikt Ci nie zadaje pytan, bo nie spodziewa sie, ze zrozumiesz! Plynie sie kilka minut, wysiadka, jaskinia, powrot, plynie sie... W ten sposob mijaja 2 godziny liczac z powrotem. Jest ekstra, bo - mimo tajskich, czyli zadnych, zabezpieczen jaskini szata naciekowa jest naprawde ekstra choc rysunek naskalny z tego powodu jest juz ledwo widoczny. Rzecz jest wapienna, wiec chodzi sie po takiej wapiennej glinie w gore i w dol (jak miejscowi sie nie wypierdalaja co krok w swoich kroksach i japonkach pozostanie dla mnie tajemnica) z krotka przerwa na zasrany przez jerzyki (?, ang. - swift; bardziej na oko jaskolki) odcinek koncowy systemu jaskin. Po powrocie do kas chwila przerwy konsumpcyjnej i po zagadaniu z busiarzem wiozacym - na oko - gimnazjalistki podjezdzamy z powrotem do glownej trasy Pai - MHS.

Na drogach tej czesci Tajlandii spotkac mozna w zasadzie 4 typy pojazdow: wszedobylskie skutery, pikapy (na ktorych pace najfajniej sie jezdzi), busy (wiozace zorganizowane grupy) i rzadkie osobowki. Absolutny brak ciezarowek (chyba pierwsza widzimy po kilku dniach) tlumaczy swietny, nieosiagalny w dzikim kraju Bolanda Bolanda, stan nawierzchni.

Na trasie po kolejnych paru minutach (kurna, lepiej tu niz w Turcji!) lapiemy pikapa do MHS. Sympatyczny kierowca wysadza blisko centrum, wiec po niedlugim czasie ladujemy w samym srodku miasta. Wyglada spoko, bo jest tam niewielki zbiornik wodny, naokolo waska warstwa zieleni, maly ruch i lsniacy wat. Po 10min znajdujemy tani i na oko spoko nocleg, gdzie - jak sie okazalo chwile po zameldowaniu - mieszkaja Polacy. Adam i Ewa sa Polakami, ktorzy zyja od bodaj 10 lat w Bombaju i z udzialu w bollywoodzkich produkcjach (moze niekoniecznie tych najbardziej kasowych). Maja podobnie do mnie - pol roku nie maja zajecia i moga jezdzic. Opowiadaja nam troche o Indiach (okazuje sie, ze niektore obyczaje stawiaja ten kraj w jeszcze gorszym swietle niz mi sie wydawalo), Tajlandii (sa tu ktorys juz raz) i Nepalu.

OT = nie wspierajcie nepalskich domow dziecka pod zadnym pozorem!! jest ich ponad 1000, sieroty to niewielki procent, a reszta korzysta z tego, ze biali wujkowie przysylaja kase i wysyla tam swoje dzieci; jak dziecko prosi, byscie kupili mleko - zaraz je odniesie do sklepu i dostanie gotowke. Nasi rozmowcy wiedza, bo pracowali tam na ochotnika.

Wieczorem, po umyciu sie i rzeczy, idziemy jak zwykle na miasto. W sklepie chinskim znajdujemy podobna butelke do naszej ryzowej alpagi, ale 2 razy drozej. Zdziwieni postanawiamy sprobowac lepszego wina. Po powrocie okazuje sie, ze jest to ichnia najtansza "whisky", czyli jakis alkohol, pewnie na ryzu, z aromatem. Smak okrutny ale poniewierka nieslaba i rozmowa ze stesknionymi za mowa ojczysta Polakami tez jakby lepiej sie kleila.

Tham - po tajsku: jaskinia
W ramach pisowni Tajowie czesto mieszaja "b" i "p", bo podobnie sie u nich je wymawia. Stad mozna znalezc rowniez tlumaczenie jako "Lod cave". Z innych rzeczy - rownie czesto wymawiaja "r" jako "l".

PS. [edit: A na przekaske pod znane od wczoraj wino - kurze glowki (zjedlismy tylko mieso z szyjek].


Ostatnio zmieniony 07 lis 2012, 18:39 przez Jasiek, łącznie zmieniany 6 razy

Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 07 lis 2012, 13:30 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
05.11. MHS - Long Neck Karen Village - Mai Aw - MHS

Dzis uskutecznilismy pomysl by przejechac sie skuterem po okolicy. Planowalismy wstepnie w Chiang Mai, ale tu okolica jakby bardziej offowa i mniejszy ruch, wiec czemu nie? Za rada Polakow z Bombaju bierzemy polautomata (pierwszy raz dla Michala, ja nie umiem na zadnym), bo automaty ponoc padaja pod gorke.

Ranna pobudka z niewielkim kacem, 100m do upatrzonej wczoraj wypozyczalni i bierzemy honde za 150 batow za dzien. Nie ma OC, wiec lekki strach, ale ryzyk fizyk. Po pierwszym tescie sprzetu wracamy po kaski i ruszamy w trase. Na poczatku na zachod zeby zobaczyc wioske longnekow, czyli jednego z birmanskich plemion wygnanego z kraju przez wladze i wojne, ktoremu Tajlandia udzielila 10 lat temu azylu; nazwa od znanych z National Geographic itp. zlotych obreczy na szyjach. Jedzie sie mocno spoko - piekne widoki na porosniete gestym lasem (jakis rodzaj dzungli) gory, pola ryzowe (chwilowo nie kaskadowe, jak na zdjeciach) i male wioski dosc prowizorycznie zabudowane. Michal szybko opanowuje sprzet i po niedlugim czasie jezdzi jak doswiadczony Taj, ja przyzwyczajam sie powoli i po niedlugim czasie boli mnie zarowno dupa ("Od jaboli dupa boli"???) jak i pachwiny. Po drodze (ludzki pan! juz malo jaja nie znioslem z tylu) za3mujemy sie na sniadanie. Po jakiejs niecalej godzinie przez slabo oznakowane drogi jestesmy u longnekow. Na wejsciu tablice, ze tajski rzad itd. oraz smutny pan kasujacy 250 batow za czaszke. Jest tez info, ze jak chcemy wesprzec plemie, to tez najlepiej tu przy kasie. Innymi slowy - longnekow traktuje sie mniej wiecej jak zwierzeta z zoo, ktore z calej kasy ze wstepow maja chyba tylko wode i jedzenie.

Wioska wlasciwa niezbyt ruchliwa a mocno biedna. Mniej wiecej polowa kobiet ma na sobie te obrecze. W kazdym za to domu jest sklepik (tzn. na froncie kazdego slumsa jest lada) z przydrogimi suwenirami. Jakby byla jakas knajpa, to bysmy usiedli na chwile, ale skoro nie ma, to nasz pobyt ogranicza sie do przejscia w te i nazad. Michal, dobry czlowiek, za 50 batow kupuje jakies pierscionki w ksztalcie obreczy naszyjnych.

Wracamy w kierunku MHS, by przed miastem odbic na polnoc. Tam z kolei mamy do zobaczenia wodospad oraz wioske chinska (czy wszystkich azylantow Tajowie 3maja pod birmanska granica??!) zlozona z uchodzcow z Kuomintangu. Duzo czysciej i bez pobierajacych oplaty. Dojazd podobnie ciekawy jak do longnekow. Male jeziorko w srodku wioski (Michal pozbywa sie reszty pokarmu dla rybek), domki dosc zadbane a w kazdym w centrum jest supermarket z chinskimi wyrobami. Siadamy na herbate i dostajemy 3 jej rodzaje oraz co nieco slodkiego na zab. Jak juz zaczynamy sobie pluc w brode, ze nie zapytalismy, za ile okazuje sie, ze darmo. Zbudowani chinska goscinnoscia kupujemy paczke "roasted country chestnuts" jako kolejna przegryzke i idziemy dalej. Bardzo, podkreslam, ladne miejsce i duzo bardziej budujace niz smutna wioska (rezerwat - ?) longnekow. Na popoludniowym powrocie kilka fotoprzerw i dluzsza przerwa na obiadokolacje. W MHS jeszcze wjezdzamy na gorujacy nad miastem szczyt (ladne widoki, 2 obowiazkowe chedi) i zdajemy motur.

Zajebista wycieczka, ponad 100km, a wyniosla nas 150 batow za wypozyczenie oraz 100 batow za wache (zatankowanie do pelna na koniec -> 2,25l = 100THB).

Zamiast wieczornego wyjscia gospodarz wola nas na "birthday". Zadne urodziny, tylko (o czym wiemy od Adama i Ewy) po prostu impreza. Podobno w tajskim jest bardzo podobne slowo oznaczajace wlasnie jakiekolwiek party. Zjadamy troche tajskiego zarcia, cos a'la granite (siekany lod z sokiem) aportem wnoszac niedopita tajska lyche z wczoraj. Na towarzystwo sklada sie gospodarz, jego 2 corki, jakis Birmanczyk mieszkajacy od kilku lat w MHS, jeszcze jakas miejscowa laska oraz 2 Bialasow - para Francuzow, co w Paiu tez spali sciana w sciane z nami.

Na koniec dnia podpity ruszam jeszcze na miasto, ale w MHS wymiana tylko w bankach (byly zamkniete juz jak wracalismy, czyli o 18), wiec wyciagam ze sciany (prowizja 150 batow jest bez wzgledu na wysokosc transakcji). Powrot lekko szerokim halsem.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 07 lis 2012, 13:46 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
06.11. MHS - Doi Ithanon National Park

Kolejny dzien mamy zakonczyc pod najwyzszym szczytem Tajlandii. W tym celu ruszamy z rana autostopem, zaopatrzywszy sie (dzieki kasjerce w 7eleven) w karton z po tajsku napisana nazwa najblizszego wiekszego miasta. Upewniamy sie po drodze, ze nie napisala tam czegos a'la "tepe chuje" czy "uwaga, pedaly!". Wszystko sie zgadza do tego stopnia, ze niezwlocznie po wyciagnieciu kartonu za3muje sie pikap. Jedziemy nim do stosownej miejscowosci, w ktorej mamy zboczyc na droge prowadzaca w gory. Towarzyszy nam na pace nowiuski skuter, ktory doreczamy po drodze nowemu wlascicielowi. W Khun Yuam (tymze miescie) wysiadamy w centrum przeoczywszy fakt, ze na wiekszosci posiadanych map regionu droga w gory odbija z deka wczesniej. Wobec tego, w najwiekszym nieomal upale, ruszamy pare kilo z powrotem. Znowu male niedopatrzenie - nie skumalismy, ze juz po kilkuset metrach bylismy na wlasciwej trasie, ale za to obejrzelismy kolejna porcje lekko prowizorycznych domkow na przedmiesciach.

Ruch mamy maly, a wszystko - jesli w ogole staje - jedzie do jakiejs pipidowy niecale 20km dalej. W koncu z nudow podjezdzamy. Wysiadamy przy skrecie z naszej trasy, przy posterunku policji (sa tu na kazdej granicy prowincji). Mija jakies 10 - powiedzmy - min i jedziemy kolejne paredziesiat kilo. Wysiadka w zupelnie nieturystycznej wiosce, gdzie robimy za atrakcje wsrod mlodziezy na oko licealnej. Przerwa jedzeniowa, dluzsze stanie i lapiemy pikap do kolejnego sporego miasta na trasie, a jak sie po chwili okazuje, wlasciwie pod sam szczyt. Podczas szamopauzy w ww. wsi walimy na deser po browarze, dzieki czemu co nieco przysypiamy, zwlaszcza od momentu, gdy kierowca po kilku kroplach deszczu zaprosil nas do srodka. Wysiadamy przy posterunku straznikow parkowych i dowiadujemy sie, ze o 18 (jest 16.47) zamykaja 10km droge w kierunku szczytu. Polecaja nam jechac 7km dalej do kempigu, co - wobec tego, ze widac jak na dloni, co zrobimy - postanawiamy uczynic. Na oslode sami nam lapia pikap.

Rzeczone 7km dalej znajdujemy wioske oraz potezny kompleks siedziby Doi Ithanon National Park. Okazaly czy nie - komunikacje maja zjebana. W siedzibie parku placimy za kemping i namiot, ktory taszczymy 600m na kemping by zobaczyc, ze stoi tam sporo pustych. Jeszcze maly chuj, ze przeplacilismy mogac za namiot wcale nie placic, gorsza, ze to bydle wazy tyle, co 2 gwinee albo i wiecej. No nic, korzystamy z rozstawionego namiotu. Podloze - glina (w jednym z namiotow stoi kaluza w przedsionku), kible znosne, w prysznicach brak cieplej wody.

Wieczorny spacer przez biedna (serio, najbiedniejsze widziane dotad miejsce) wioske z widokiem na rzedy swiatelek na zboczach gory gor Tajlandii (jakis krolewski program rolniczy, ale widok ekstra), papu, obczajenie sklepow i kima - na sucho, bo w sklepach tylko piwo albo lycha.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 07 lis 2012, 14:12 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
07.11. DINP - Doi Inthanon - Chiang Mai

Dzisiejszym naszym celem jest Doi Inthanon, najwyzszy szczyt Tajlandii. Jego wysokosc, 2565m, moze nie poraza, ale pamietajmy, ze w tych stronach swiata wysokosc bywa mocno zwodnicza...

Po opuszczeniu naszego pancernego namiotu brnac przed podmokly teren, na ktorym przyszlo nam spac, w dodatku bez dostepu do cieplej wody, przygotowujemy sie do wspinaczki. Zredukowawszy ekwipunek o czesci zbedne, posiliwszy sie ruszamy na trase zdesperowani, by podjechac jak najblizej niedostepnego szczytu. Zredukowawszy konieczne podejscie przez dzungle do minimum rozpoczynamy atak szczytowy.

Osiagniecie wysokosci 2500m npm nie nastrecza nam wiekszych problemow, choc pokonanie oberwanej do polowy polki skalnej przyspiesza co nieco bicie naszych serc. Od okolo 2360m npm zaczynamy coraz wyrazniej odczuwac zmiane klimatu, co objawia sie przenikliwym chlodem. Ogolnie cala wspinaczka do wysokosci okolo 2500m npm miesci sie mniej wiecej w standardzie alpejskim, jednak ostatnie 50m do podejscia jest bez porownania trudniejsze i chuj jeden raczy wiedziec, kiedy i czy w ogole osiagnelibysmy wierzcholek, gdyby Tajowie nie wpadli na oporeczowanie odcinka. Nareszcie Dach Syjamu ("the roof of Siam"*) zdobyty!!! Niestety, opatrznosc nie wynagrodzila mestwa widokami) opity goraca woda z imbirem w niewielkim (na ile warunki pozwolily) schronisku sporo ponizej szczytu.

No dobra, tyle sciemy.

DI to faktycznie najwyzszy szczyt Tajlandii, czy Syjamu, ale wjezdza sie jakies 2m ponizej szczytu. Po drodze oberwalo im pol jezdni (ww. polka skalna :D ). Na koncu duzy parking i obiekt radiotelekomunikacyjny oraz wybrukowana sciezka z poreczami na szczyt. Widokow brak, bo zarosniete. Jest za to maly i dosc malowniczy "wacik", dwie budy nieco nizej, z czego jedna to sklep a druga knajpa, kible i sciezka przyrodnicza, ktora wbrew naszym oczekiwaniom wcale nie prowadzi paru kilo w dol do 2 chedi postawionych na 60te urodziny krola i krolowej (1989 i 1992 odpowiednio) a robi jakas 100metrowa lupke po malym zabagnionym kawalku dzungli z ciekawie omszalymi drzewami. Pod obiektem komunikacyjnym pijany zolnierz bawi sie w przewodnika i wydusza w pewnym sensie z nas po 10 batow za slodkawe miniciacho.

Zjezdzamy stopem w okolice tychze chedi, gdzie dokonujemy pierwszego podzialu wycieczki. Michal wypatrzyl jakas kolejna sciezke przyrodnicza i wybral sie na nia liczac na widoki. Zaplacil za to bodaj 200 batow, bo wstep jeno z przewodnikiem. Mnie szkoda kasy, co chcialem, to widzialem, wiec wole szybciej byc w Chiang Mai by przeprac rzeczy (mam na sobie przedostatnia czysta zmiane, ktora dzis wypada wyprac) by wysuszyc pranie do rana i, daj boze, zamiescic w koncu relacje popijajac darmowa kawe.

Poszlo niezle. Jeszcze nie zniknal mi z oczu Michal, gdy zlapalem pikap do Chon Thom. Po drodze, wraz z czworka Tajow, zaliczylem postoj pod widocznym z ostatniego noclegu wodospadem (po drodze pod sam wodospad malowniczy krolewski ogrod) oraz pod kolejnym, juz za biedna wioska pod dyktoratem DINP. Tam, gdzie maja mnie wysadzic zauwazaja zolta taksowke (pelni funkcje marszrutki, najtanszy transport w ramach regionu) i trabiac zatrzymuja umozliwiajac mi bezposrednia podroz do Chiang Mai. Jedzie sie dosc szybko, choc znacznie wolniej od szalejacych pikapow i okolo 15 laduje w ChM. W naszym "Giant Guesthouse 2" maja jeszcze pokoj i, chwala bogu, na ostatnim pietrze, wiec moze nie beda nas meczyc rozmowy. Szybko podlaczam padajace akumulatorki, robie pranie i czekam na Michala piszac relacje. Jest jakies 2 godziny po mnie. W zasadzie nie ma co robic, poza modlitwa o wyschniecie prania, ale jeszcze co najmniej na zarcie uderzymy do miasta.

A wieczor spokojnie. Sprobowalismy czegos slodkiego z fasoli, znalezlismy nieznana przekaske do wina w Tesco i upewnilismy sie, ze nasze ulubione wino jest tylko w 7eleven. Na jutro plan taki, ze jedziemy do Si Satchalanai (historyczne ruiny historycznych watow) z tym, ze nie wiemy jak, wiec o 7 rano wymarsz z guesthouse'u i liczymy na zalapanie sie na w miare wczesny autobus do Sukhotai oraz na to, ze ow w Si Satchalanai staje.

Nastepne odcinki w przyszlosci nieokreslonej, z dokladnoscia do darmowego netu.
Milego wieczora (w Tajlandii jest 6 godzin pozniej niz w Bolandzie).

* Autentycznie, w miejscach podnioslych Tajowie uzywaja rowniez starej nazwy kraju. Dla tych, co nie wiedza - w polskim jezyku Tajlandia nosila ongi to miano, stad i "bliznieta syjamskie", i haslo "syjonisci do Syjamu".


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 08 lis 2012, 15:30 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
8.11. Chiang Mai - Sukhotai

Pobudka o 6.30, spakowanie nie do konca wysuszonych rzeczy, darmowa kawa i na dworzec. Nie wiemy, o ktorej odjezdza autobus do Sukhotai, ale generalnie przed poludniem sa co 1,5 godziny. Aby nie isc 5km z kapcia (mimo wczesnej pory juz upalnie) bierzemy tuktuka za 80 batow (stargowane z setki). Na dworcu 7.25 i kupujemy bilet (wszystko skomputeryzowane, ladniejszy bilet niz w Polsce; nota bene - gdzie nie kupujemy czy to dworzec, czy 7eleven - wszedzie komputerowa ewidencja, niezle) na 8.00. Siedzenia numerowane, przestrzega sie tego, ale glowny myk polega na ilosci miejsca - jest tego ogrom!!! Mercedes stary dosyc, drzwi oddzielaja obsluge od pasazerow (czemuz, do kurwy nedzy, poniechano takiego rozwiazania???), ktorych wejdzie na siedzenia jakies niecale 30. W autobusie, ktorego gabaryty pozwalaja wsadzic minimum 45 osob! W takim oto luksusie i przy klimie na full (zimno, autentycznie zimno) punktualny odjazd. Mialem tego farta, ze skorzystalem z kibla pprzed odjazdem, bo pierwsza mozliwosc wysiascia na 5 minut po rowniuskich 4 godzinach jazdy. Po 5ciu z malym hakiem jestesmy na dworcu PKS w Sukhotai.

Mala odmiana - tuktukarze jakby bardziej zaczepni i meczacy, plasko wokol i upal bardziej doskwiera. W naszym dzisiejszym guesthousie ladujemy po jakiejs polgodzinie (mial byc inny, z LP, ale po drodze znalezlismy niezly). W srodku zielen, duchota w pokoju, skutery do wynajecia i basen - dwojka za 300 batow. Tyle samo kosztuje nas wynajecie skutera na dobe, bo przyjemniej i szybciej zobaczymy w ten sposob zarowno Sukhotai Historic Park (dzis, 12km od miasta) jak i Si Satchalanai-Costam Historic Park (60km, jutro). Chwila przebiorki i jazda w teren. Jest po w pol do trzeciej, a o 6 zamykaja.

Sukhotai HP to rozsiane na sporym terenie swiatynie z okolic XI-XIIIw. Dziela sie one na 5 kompleksow - centralny, N, W , S i E. W centralnym kupujemy wejsciowki (po 100 batow od czaszki, 10 za skuter; do niedawna jeszcze byla opcja zaby zabulic 300 i miec wszystkie 5 stref tutaj plus muzeum plus Si Satchalanai, teraz jednak przyjdzie nam za wszystko bulic oddzielnie). Po szybkim i w cenach dla turystow sniadaniu rozpoczynamy zwiedzanie najciekawszej, centralnej czesci. Po niedlugim czasie nastepuje rozdzial, bo jednak bez koli zamiast podziwiac tylko sie wkurwiam na tej dusznej patelni. Zbiorka 16.20 i zwiedzamy dalej, az postanawiamy, ze skoro placilismy za ten skuter to objedzmy to w cholere, skoro mozna. Z wysiadkami rzecz jasna, ale sama centralna czesc zajmuje 2x2km. W ten oto sposob rozpoczynamy coraz dalsze kolka i udaje nam sie bez placenia za bilety (nawet nie bylo gdzie i komu) za wszystkiego 100batow zwiedzic tez czesc poludniowa i zachodnia, a po ciemku (czyli po 18) rowniez polnocna.

W przeciwienstwie do tego, co mozna zobaczyc w dzisiejszej Tajlandii waty sa murowane i golym okiem widac, ze stale. Postawili je mieszkancy krolestwa Sukhotai (jakies po polsku mowiac sredniowiecze) oraz w podobnych czasach wladajacy tym terenem Khmerzy. Same "waty wlasciwe", czyli swiatynie, zachowaly sie jedynie w postaci ruin do kilku cegiel wzwyz oraz zachowanych kolumnad, jednak pozostalo sporo chedi, niektore ponad 20m. Caly teren bardzo malowniczy - zielona trawa krotko przystrzyzona, malownicze fosy - sporo klimatu (zgodnie zreszta z przewidywaniami). Wygooglajcie.

Po obfitym w zwiedzanie dniu i zarciu w okolicach (curry w postaci zupy miesnej pyszne, zupa faktycznie na lekko przypieczonym miechu, nie na podrobach czy rozgotowanej kurze; dla mnie kurczak slodko kwasny, czyli pierwsza i od razu wykorzystana okazja zjedzenia w Tajlandii tak, jak na Rakowieckiej).

Na powrocie jeszcze wizyta w duzym centrum handlowym, gdzie udaje nam sie znalezc inny gatunek wina ryzowego - niestety drozszy o 9 batow i slabszy o prawie wolty (6,4 vs. 8,bodajze,2), ale nic to - trzeba probowac. Powrot szybki i bez przygod. Lepie sie i smierdze bardziej niz do tej pory, a jeszcze jest winko do zrobienia, a rano trzeba szybko wstac, by do 14 zrobic Si Satchalanai (o 14 konczy sie nam doba). Dobra wiesc taka, ze pozwola nam po dobie hotelowej korzystac z m.in. basenu, bo 5 godzin jazdy do Ayutthayi mamy zamiar pokonac autobusem nocnem (no dobra, pol-nocnym).

Tyle na dzis, do nastepnego.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 08 lis 2012, 18:23 
Offline
duża brązowa
Awatar użytkownika

Rejestracja: 23 lis 2005, 18:41
Posty: 354
Lokalizacja: Łowicz
Jasiek pisze:
Tak nieco podsumowujac pierwsze godziny w Tajlandii, to sporo zaskoczen in plus. W szeroko pojetym regionie bylem jedynie w Indiach i, choc wiedzialem, ze takiego syfu nie ma nigdzie na swiecie, nie spodziewalem sie takiej czystosci i spokoju w Tajlandii.


Oj tam oj tam. W Indiach nie jest znowu tak źle. A w każdym razie idzie się przyzwyczaić :)

_________________
http://www.bastazja.pl


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 09 lis 2012, 11:21 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
9.11. Sukhothai - Si Satchanalai Historic Park - Sukhotai -

Dzisiejszy dzien mija calkiem przyjemnie - z ranca skuterem 60 kilo do Si Satchalanai, tam objazd watow i powrot na 14. SSHP rozni sie tym od Sukhothai HP, ze waty stoja wsrod bujnej zieleni, a ze ludzi tez duzo mniej, to zupelnie inne wrazenie mimo prawie identycznej architektury.

Moze dwa slowa o ruchu drogowym w Tajlandii. Po pierwsze - lewostronny, o czym juz chyba pisalem. Kierowcy raczej spokojni, tzn. trabia tylko kiedy wyprzedzaja. Mila rzecza sa rowniez sekundniki pokazujace, ile jeszcze bedzie zielone czy czerwone. Kiedys wprowadzili cos takiego do Polski, ale chyba wycofali, bo przez lata widzialem podobne rozwiazania tylko w krajach zachodnich i... Bulgarii. W tej czesci kraju (w zasadzie lekko polnocne centrum) dalej kazdy ma skuter, ale nieco wiecej osobowek i sporo mniej pikapow. Zeby zobaczyc ciezarowke dalej trzeba sie zaczaic na kilka godzin.

Naturalnie po drodze pare razy siedlismy w knajpce. Knajpka tajska to niski parterowy blaszak polaczony z czescia mieszkalna. W jednym, nieduzym miejscu (na widoku lub nieco z tylu) jest miejsce, gdzie przygotowuje sie posilki - przewaznie piecyk, a na nim gary lub jakis wok. Od ulicy stoi kilka starych stollikow, jako ze wiekszosc tego typu lokali to biznes rodzinny o przebogatej konkurencji. Na scianie w miejscu widocznym obowiazkowo zdjecie (czasem kilkanascie z roznych wydarzen) krola, poza tym mozna znalezc rowniez plakaty ManU, Chelsea albo Barcelony. Dwie pierwsze pojawiaja sie rowniez na billboardach przy logo sponsora (przy Chelsea jest to jeden z browarow). Inny browar na swoich puszkach piwa ma zdjecie Barcelony. Tajowie, jak widac, choc sami graja gorzej niz my, interesuja sie najwiekszymi klubami Europy; co po niektorzy laza w podrabianych klubowych koszulkach, ale chyba koszulek zadnego nie-tajskiego klubu poza ww. nie widzialem.

Koncze i ide na basen, przy ktorym za darmo czekamy do 22 aby pojsc na pol-nocny autobus. Biletow kupic sie nie udalo - bez rezerwacji sprzedaz biletow na autobus o 23 rozpoczyna sie o 22.30.

No dobra, ruszamy wczesniej, bo skrotu przez zamykane osiedle nie uskutecznimy po nocy :(

Z rzeczy do zapamietania z dzis:
1. Wycieczka na 5 duzych autokarow zlozona z dzieci 6-14 (na oko). Kazda klasa ubrana w inne koszulki lub czapeczki, nauczycielka porozumiewa sie z dziecmi za pomoca megafonu.
2. Przejazd skuterem przez ponadstumetrowa kladke dla pieszych (wiszaca na "jednym sznurku", w poprzek deski).

Z rzeczy, ktore powoli robia sie wkurwiajace:
1. Klimat. Jest jakies 30stopni, w dzien wiecej, duza wilgoc i absolutny brak wiatru (ABW, kolejny skrot pogodowy po PWN). Jest jak w srodku goracego lata w kolei transsyberyjskiej - czlowiek sie lepi jakies 5 minut po wyjsciu spod prysznica.
2. Wszedobylskie liczne komary.

Plan na najblizsze dni: jutro Ayutthaya i na noc do Bangkoku, tam 2,5 doby i wylot do Birmy, pardon, Mjanmy.
Do przeczytania!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 13 lis 2012, 2:56 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
10.11. - Ayutthaya - Bangkok

No to pojechali. Mimo 20inutowego opoznienia na starcie jestesmy punktualnie, tzn. 4:35. Mocno niewyspani zaczynamy sie rozgladac za droga dojscia. Dworzec PKS mial byc wprawdzie 4km od centrum, ale nas kierowca wysadzil w dupie, tj. przy autostradzie do Bangkoku. W efekcie zajelo nam to sporo ponad godzine iscia przez przedmiescia (i przekraczania pustych drog po kilka pasow w 1 strone). Ayutthai i zarazem okolo 7km. Po drodze dwie ciekawostki: 1. do chyba kazdego watu (niekoniecznie zabytkowego) jest drogowskaz z szosy; 2. wszedobylskie 7eleven potrafi byc oddalone jedno od drugiego o 50m (w jednym nawet pozwolili skorzystac z kibla - niewyspanie? brudne rece?).

Wreszcie dotarlismy do zbiornika wodnego w srodku miasta i ustalamy plan. Odleglosci nieomalze skuterowe jak w Sukhothai, ale tym razem postanawiamy inaczej. Dzieki uprzejmosci pani z kiosku z biletami do Bangkoku (te akurat odjezdzaja z centrum) zostawiamy garby i idziemy w miasto.

O zabytkach - waty wieksze i bardziej malownicze niz w Sukhothai i Si S., do tego jeden istotny wciaz czynny (reszta kamienne, czyli zruinowane). Naprawde ekstra. Swoja droga - jakby kto jechal do Tajlandii i chcial sobie stopniowac przyjemnosc w zwiedzaniu starych watow, polecam skopiowac nasz kolejnosc zwiedzania, czyli najpierw Sukh., potem Si S. a na koniec Ayutthaya.

Zajelo nam kilka ladnych godzin przejscie w zasadzie wszystkich istotnych miejsc, Dzis upal jak rzadko, ale dla mnie najlepszy dzien do chodzenia, bo w koncu... WIEJE! I to odczuwalnie! Tym niemniej robimy sobie liczne przerwy w klimatyzowanym 7eleven probujac a to kawy, a to ovaltine (lokalny napoj czekoladowy, chyba made by Nestle, ale slodszy od Nesquika). Cudnie bylo, ale generalnie wszystko chuj! Chuj ze swiatyniami, wiatrem, klimatyzacja - najwieksza atrakcja dnia byl WARAN!

Znana mi jedynie z filmow przyrodniczych jaszczur(ka) przechadzala sie po trawniku jednego z watow. Nawet nie liczylem, ze zobacze warana i to za darmo. A rozne safari, na ktorych cudem boskim mozna zobaczyc cokolwiek, kosztuja po kilkaset zlotych.

Na koniec Ay., tuz przed autobusem, bijemy kolejny rekord - nasze ulubione wino ryzowe SiamSato obalamy w minute. Przejazd do Bangkoku bez przygod i bez nadmiernej klimy. Z autobusu w okolice ul. KhaoSan taryfa z dopilnowaniem by wlaczyl licznik. Po znalezieniu sensownych warunkow za 30zl na czaszke uderzamy w miasto, a raczej okolice. Khao San, pobliska naszemu noclegowi ulica wraz z sasiednimi to getto backpackerskie. Przewalaja sie tu tlumy bialasow, a w zasadzie kazdy dom to guesthouse, masaz, podroby ciuchow markowych, ciuchy indyjskie lub knajpa. Jesli chodzi o ww. tlumy to nawet Michal byl mocno zniesmaczony co po niektorymi.

OT - wam pewnie turysta z plecakiem kojarzy sie jako ten, co jedzie cos poogladac, gdzies sie drapac itp. Otoz wsrod backpackerow turystow jest tylu, ilu turystow wsrod Polakow wieku 18-30. Po prostu zachodnim oplaca sie pojechac dalej od siebie by chlac i obzerac sie przez kilka tygodni, raz na jakis czas z przymusu niejako wykupujac zorganizowana wycieczke. Dla polskiej mlodziezy - na szczescie, bo i tak jest tu juz kiepsko - bilet w te i nazad do Tajlnadii bardzo obniza oplacalnosc.

Aha, w okolicy KhaoSan sprzedawcy zachowuja sie jak Hindusi. Postanawiamy unikac tego miejsca a i za dlugo w okolicy naszego geusthouse'u nie przebywac :)

Powrot, Siam i kima.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 13 lis 2012, 3:02 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
11.11.

Imieniny miesiaca, dzien niepodleglosci itp. postanowilismy uczcic odpoczynkiem od swiatyn. Bangkok glownie swiatyniami stoi, ale my poszlismy wpierw na Chinatown. Tak, Tajowie tez maja chinska dzielnice, gdzie poza zobaczeniem licznych warsztatow mozna skosztowac co nieco innej kuchni. Jesli chodzi o ciekawe miejsca tamze, to jest jeden chinski wat (podobny do tajskich) a reszta to klimat, po ktorym mozna polazic dowolnie, bez potrzeby korzystania z trasy z LP. Predzej czy pozniej trafia sie na glowna ulice, na ktorej mamy wielkie bazary z chinskim shitem. Przejsc przez ten tlum, po bokach i w srodku sprzedawcy, ciezko i cieszymy sie, ze mamy to za soba. Godziny poludniowe spedzamy w parku Lumphini (najwiekszy w BKK, ladny, szalu ni ma) a potem idziemy w kierunku nowoczesnej dzielnicy, gdzie sa trzypoziomowe drogi, wielkie wiezowce-galerie i troche ulicznych sprzedawcow.

CIekawe, ze skoro Tajowie sami robia dla min adidasa - nie mozna prawie nigdzie kupic nawet podrob. Przy KhaoSanie sporo lewych plecakow i tyle. No, w nowoczesnej jeszcze troche ciuchow na straganie.

Wieczorem jeszcze chcemy odwiedzic dawna rezydencje krola, ale okazuje sie, ze wciaz jej uzywa, wiec zamiast niej udaje nam sie tylko zobaczyc, ze przy okolicznej przystani ChaoPraya Express sprzedaje sie pokarm do karmienia klebiacych sie przy przystani sumow. Wazna wskazowka dla wlascicieli stawow hodowlanych - jak chcecie oszczedzic na pokarmie dla ryb - rozreklamujcie miejsce i sprzedawajcie pokarm!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 86 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group