Dzisiaj jest 23 lis 2017, 5:39

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 86 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5, 6
Autor Wiadomość
PostZamieszczono: 04 lut 2013, 17:26 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
02.02. Kampot - Koh Kong - Chanthaburi - Si Racha

Dzien minal na transporcie. Ranny pieciogodzinny bus z Kampotu do Koh Kong na granicy, dalej 1km z kapcia na most, gdzie zlapalem stopa (znow - stop zlapal mnie). Nie byl to zwykly stop, ale bialas na scigaczu, malo nie spadlem jak przez te 7km do granicy jechal, na oko i czucie, jakies 150km/h jesli nie wiecej. Na granicy bez problemow, zaraz za nia po pierwszym machnieciu zatrzymuje sie para chinsko-tajska i podwozi mnie ponad 100km do Chanthaburi czestujac przy okazji mango.

W Chanthaburi laduje w dupie, bo z 5km od miasta i PKSu. Pozno sie robi i powoli sciemnia a na stopa nie biora. No to ide na ten dworzec i po chwili kolejny kierowca oferuje mnie przewiezc tradycyjnie po tajsku, tzn. na pace pikapa. Autobus do Chonburi i bus do Si Racha, gdzie laduje o jakiejs 21.

Si Racha i pobliska wyspa Ko Si Chang (pod kara chlosty genitaliow nie mylic z Ko Chang!!!) sa w moich planach od dawna, tzn. zanim odkrylem, ze mam dni do zagospodarowania. Glupio mi bylo tylko 1 wyspe w Tajlandii zobaczyc, a ta jest malo turystyczna, nie ma rajskich plaz (zalejcie wszystkie na Ziemi, nie mrugne okiem a moje plany wyjazdowe nie zmienia sie :) ), a pare watow i nieco skalek. Jedyny bol to to, ze nie pomyslalem, ze Tajowie tam tez jezdza, a jako ze jest weekend, to szukam dluzszy czas noclegu, bo jedyne co wolne zaczyna sie od 500THB (dla przypomnienia: 10THB to jakies 1,05zl). Na szczescie (na kazdym wyjezdzie chyba trafialo mi sie tak choc raz) miejscowa parka oferuje pomoc i koles, nie mowiacy notabene po angielsku, wozi mnie skuterem po miescie az znajduje... parking dla ambulansow, gdzie po rozmowie z cieciem oznajmia, ze tu sie moge kimnac. W chuj komarow a karimatka kolejny raz ratuje mi tylek, ale co tam - nocleg z lazienka w centrum Sri Rachy za darmo! Opijam Siamem :)

03.02. Sri Racha - Ko Sichang - Sri Racha

Raz pisze Ko Si Chang, a innym razem Ko Sichang, ale Tajowie tez raz tak, raz tak. Bierze sie to chyba z tego, ze wiele nacji regionu, w tym ta, ma problem z napisaniem wyrazu, co ma >1 sylabe. Nevermind, zajebisty dzien!

Z rana lokuje sie w hotelu, co wczoraj byl zajety. Na lekko plyne na wyspe (50B w jedna strone) i, korzystajac z pochmurnego dnia, spokojnie przechodze cala po wszystkich zakamarkach w 5 godzin. Wysepka mocno spoko - niby co godzina statek przywozi bez mala setke turystow (weekend), ale poza jedyna miejscowoscia nie widac nikogo. Wiekszosc mojego pieciogodzinnego spaceru spedzam w samotnosci, ot z rzadka jakas para na skuterze lub w tuktuku. Nawet we wsi nie ma tloku, pojedynczy turysci (w wiekszosci tajscy) siedza w tej czy innej knajpce, uslug pod bialasow niewiele. Sennie i przyjemnie. Sama wyspa ma kilka wzgorz, sporo skalek i glazow, 3 waty (z czego 2 naprawde ladne) i zalozenie palacowe Ramy (bodaj) IVego, nawiazujace nieco do europejskiego neogotyku. Widoki spoko, przyroda raczej niewysoka, ale zielono, miejscami dziko. Tak dla mnie wyglada rajska wyspa, Ko Phi Phi to marny shit w porownaniu z tym (i, gdyby niejako obowiazek zobaczyc jedna z podobno najladniejszych wysp swiata, zalowalbym wydanej kasy na dojazd). LP wymienia Ko Si Chang jako najwieksza atrakcje Southeast Thailand (tzn. 1. z piecu), ale w Southeast Asia nie bylo o niej wzmianki.

Powrot o 16, zmeczenie fizyczne, ale psychicznie odpoczynek jak nigdy. Dwoch chyba zaczepiaczy na tuktuku/motorze, a poza tym cisza, spokoj i piekna natura. Na kolacje ryz z kalmarami za 35B (nie da rady tu zjesc posilku ponizej 30B, tylko na Khao Sanie w BKK przypominam sobie Pad Thai za 25, tu wcale takiej potrawy na ulicy nie ma) i nowy rodzaj Siama!!! Jest drugi, ciut wyrazistszy w smaku, ale nie do konca wiem, czym sie roznia.

04.02. Si Racha - Phimai - Khorat
Kolejny dzien spedzony na transporcie. Wierzac LP (czesc cen transportu sie zgadzala) rezygnuje z bezposredniego autobusu Si Racha - Khorat zamiast tego wybierajac przesiadke w Bangkoku. Postanowiwszy uczynil, ale kosztowalo mnie to dodatkowych 6B (niby nic, ale mialem oszczedzic) i minimum godzine, jesli nie dwie, dluzej na przejazd. Okazuje sie, ze w Tajlandii jest z autobusami sajgon - z Michalem bralismy, co bylo. Ja postanowilem nieco przyoszczedzic i wybrac nizsza klase. Sa: VIP/1st class/2nd class i ordinary. Co do dwoch ostatnich jest maly problem, jesli akurat nie ma nikogo przy stoliku-informacji, bo nie sposob ich znalezc a znalezienie rozkladu jest jeszcze bardziej niemozliwe, ze tak to ujme. Wyzsze klasy sprzedaja firmy - dworce w Bangkoku, Khoracie i innych wiekszych miastach maja po kilkanascie czy kilkadziesiat firm sprzedajacych VIPbusy i pierwsza klase. Drugiej klasy trzeba poszukac, bo firmy ja oferujace nie pisza nic lacinskim alfabetem i jest wesolo. W ten sposob dojezdzam za 120B do BKK (sa autobusy za 70, ale nie jada na dworzec Mo Chit, skad jezdza autobusy do Khoratu) i za 171B busem (najtansze dostepne w kasach dworca) do Khoratu, zamiast za 285 bezposrednio.

Dojezdzam po 14, wiec, zeby cos dzis fajnego zrobic, jade od razu do Phimai. Jest to male miasto 60km od Khoratu, gdzie stoi jedna z licznych swiatyn khmerskich w NE Tajlandii, z tym, ze ta jako jedyna zostala odbudowana i jako jedna z kilku jest na Unesco. Autobus podjezdza w zasadzie pod sama kase biletowa, wiec nie przeszkadza mi, ze jade w te i nazad z garbem. Nocleg jest jakies 3km od dworca w Khoracie.

Phimai jest male i ladne. Swiatynka robi wrazenie, choc nie jest to Angkor a plaskorzezb i lingamow nie ma prawie wcale. W okolicy sa jeszcze: pustelnia, stara swiatynia i brama miejska (wszystko z - mowiac po naszemu - sredniowiecza), wiec korzystajac z uprzejmosci biletera - nie odbieram plecaka po zwiedzeniu swiatyni i obskakuje w pol godziny na lekko reszte miasta. O 17 wracam do Khoratu, proba wywiadu na dworcu, zakupy, 3kilo do hotelu z LP i nocleg w innym w poblizu, bo tamten zdazyli zamknac.

Z ciekawostek w sumie niewiele. Pary bialo-zolte widzialem przez caly wyjazd nieomal codziennie, tu jest ich po prostu wiecej. W wiekszosci sa to Bialasi, co tu siedza na stale (maja ok. 50tki) i Tajki okolo 30-40tki. Osobiscie nie widze w tym nic zlego - zyja sobie razem, obie strony zadowolone, a w koncu i u nas przez wiele lat (nie chce wrecz powiedziec - do dzis) zwiazki z rozsadku ekonomicznego byly czeste.

Khorat wyroznia sie tym, ze jest nieturystyczny, na ulicy co nieco zebrakow, 3 panie lekkich obyczajow i ciezkiej zarazem urody. Miasto z wygladu - jak wiele innych, ale jutro, po wycieczce w te i z powrotem, mam zamiar sie troche po nim przejsc.

Koncze powoli i ide spac. Chodza mi po glowie rozne pomysly na zagospodarowanie "zbednych" 5-6 dni, szczegoly moze przy innej okazji. Chwilowo jeszcze kilka miejsc z planu.

Na razie!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 05 lut 2013, 13:52 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 08 paź 2005, 20:18
Posty: 561
Lokalizacja: z Wawy
Jasiek pisze:
panie lekkich obyczajow i ciezkiej zarazem urody

:rotfl: Uwielbiam ten styl opisu rzeczywistości :P
Widziałam kilka dokladnie takich pań w samo południe w Amsterdamie na ulicy i proszę o udostępienie praw autorkich do używania tego sformułowania :]

_________________
"Najgorszą rzeczą, jaka może się nam przydarzyć, jest refleksja pod koniec życia, że przystawiliśmy drabinę do złej ściany", Eichelberger


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 06 lut 2013, 12:47 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
Oficjalnie udostepniam prawa do uzywania ww. sformulowania Uzytkowniczce Ania K.-G. :)


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 06 lut 2013, 13:41 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
05.02. Khorat - Phanom Rung - Khorat

Opis niniejszego dnia bedzie bardziej szczegolowy co do czynnosci - uprzedzam lojalnie.

Poranek zastaje mnie bez odpowiedniej ilosci kasy by na spokojnie pojechac do Phanom Rung. Jest to oddalona o ponad 100km druga z odbudowanych khmerskich swiatyn w tej czesci Tajlandii, podobnie jak Phimai, wpisana na liste UNESCO. Z powyzszego powodu postanawiam najpierw przejsc sie po zabytkach Khoratu (obecnej nazwy: Nakhon Ratchasima uzywa sie tylko oficjalnie), bo banki otworza dopiero o 8.30.

Samo przejscie bez historii, waty nowe, 1 stara i 3 nowe bramy miejskie, monument (pomnik-brama-HGW) ku czci miejscowej bohaterki i duza fosa. Co do monumentu - ludzie przychodza tam sie modlic a z glosnikow leci glosna muza od powiedzmy 17 do 21, na szczescie z przerwami. Koniec zwiedzania, czas na bank. Wymiana trwala 15minut (!!!!) i skladala sie nastepujacych etapow:
1. przywitanie, ustalenie, co chce wymienic
2. kasjerka wziawszy pieniadze opuszcza stanowisko i mowi, ze zaraz wroci
3. kasjerka przynosi pieniadze z powrotem oraz 2 kartki a4, na ktorych widac ksero wymienianych banknotow. Musze obowiazkowo podpisac obie kartki.
4. kasjerka, konsultujac sie z szefem zmiany, zbiera ode mnie dane. Nie, nie tylko bierze paszport. Pyta o telefon (droga pani, moge podac, ale i tak tu nie uzywam), nazwe hotelu (a skad mam wiedziec? zobaczylem recepcje, to wszedlem. Tu nic nie pisza po lacinsku.) i numer do tegoz.
5. Nie otrzymawszy niczego poza danymi, co je ma w paszporcie, potwierdziwszy u szefa, ze moze mi jednak wymienic pieniadze, zaczyna zmudnie wypelniac prosty formularz w komputerze. Nazwisko "rolly", imiona juz dobrze, myla sie rubryki, szef poprawia. W sumie ten etap z 4 minuty. Na szczescie nie zapytala, co zamierzam zrobic z tymi pieniedzmi, bo bym smiechem jej dupe urwal - a miala taka rubryke w tym formularzu!
6. Wreszcie, po pokazaniu mi, ile dostane i dwukrotnym zapytaniu mnie, czy sie zgadzam, dostaje bahty.

Rzecz miala miejsce w 200-tysiecznej stolicy prowincji, w filii (chyba glownej na miasto) zagranicznego banku Kasikorn, ktorego reklamy spotyka sie wszedzie. Pani miala niewiele ponad 20 lat.

Po takiej przygodzie probowanie ustalic, skad lapac autobus do Ban Tako, o ktorym nikt tu nie slyszal, bylo dziecinna fraszka, mimo braku chocby jednej osoby mowiacej po angielsku. Wreszcie jest cos, podobno jedzie do Ban Tako, ale pilotka (zawsze jest jakis 2. czlowiek do obslugi biletow w autobusie), ktorej smiech jest bardzo dokladna ilustracja pewnego szkolnego powiedzenia, nie wie chyba do konca, co to jest. A jest to miejscowosc, gdzie musze wysiasc z autobusu, gdyz dalej poruszac sie bede do Phanom Rung po drodze bocznej. Po 2 godzinach jazdy dojezdzamy do 20-tysiecznego Nang Rong i pilotka kaze mi tu wysiadac. Aha, casus "Pcimia".

Casus Pcimia to czesto spotykana sytuacja w tej czesci swiata i nie tylko. Zeby wyjasnic przenosze w polskie realia: jestescie w Krakowie i chcecie jechac do Pcimia. Na dworcu nikt nie gada po waszemu poza (jesli odwolujemy sie do sytuacji w Tajlandii) informacja, gdzie przewaznie nikogo nie ma. Dodatkowo, wszystko napisane niezrozumialym alfabetem. Lokalsi widzac bialasa i slyszac, dokad jedzie, wskazuja najblizszy autobus. Kierowca slyszac "Pcim" (czyli np. Ban Tako w oryginalnej sytuacji) cieszy sie, ze ma bilet do sprzedania, po czym wyprasza was w Myslenicach, bo tam konczy lub skreca i pokazuje, gdzie lapac autobus dalej. Jest to denerwujace, jesli wiesz, ze jakies bezposrednie do Pcimia jednak byly i przeplacasz 20-50% (w zaleznosci od miejsca i kraju) za chciwosc kierowcy i chec jak najszybszego rozwiazania problemu bialasa przez obsluge dworca.

LP stanowi jednak, ze z Nang Rong jezdza shared trucki do Phanom Rung, tyle ze z drugiej czesci miasta, wiec wolalem podjechac do skretu, czyli do Ban Tako. Skoro juz jednak musze opuscic PKS, ide z kapcia do wschodniej czesci miasta, bo chyba bez sensu by bylo lapac drugi autobus tylko do Ban Tako (10km). I tak sobie ide, gdy po drodze mija mnie moj autobus, ktory - jak widac - przejezdza przez to Ban Tako! Nie casus Pcimia, casus glupiej cipy, co nie zna miejscowosci na trasie, ktora jedzie! No nic, ide dalej, lapanie stopa nic nie daje, jak zwykle na glownych drogach, az po 3km od dworca lapie mnie na stopa skuterzysta (tzn. nawet nie machnalem, ale widzac mnie idacego - lokalsi nie chodza na piechote wiecej niz 2km - zaoferowal swa pomoc, czestsze to niz zlapanie stopa). Podwozi do najblizszego przystanku autobusu, ktorym poleca podjechac do Ban Tako. Zadnego transportu dalej podobno juz nie ma. Na szczescie, na tymze przystanku kreci pauze kierowca tira, ktory po paru minutach gadania z "moim" skuterzysta oferuje podwiezc mnie brakujace 7km do skretu. Tak oto zyczliwosc i ofiarnosc 2 osob prawie (bo zeszla godzina) rekompensuje glupote jednej. Zycie po prostu.

Natomiast dla mnie rozpoczyna sie lepsza czesc dnia. Po kilku km przez wies (od skretu do swiatyni jeszcze 12km) lapie mnie kolejny skuterzysta oferujac podwozke do swiatyni, tylko jeszcze musi zajrzec do domu i jedziemy. Poza poznaniem, gdzie mieszka, uspokajam sie, ze nie chodzi o platna podwozke (kilku wczesniej proponowalo, ale chyba nie bralby mnie na objazd wsi, gdybym mial mu placic?). Na koniec tego miniobjazdu koles postanawia, ze jednak pojedziemy autem! I tak oto trafiam do Phanom/Phnom Rung.

Jak nazwa, pochodzaca z khmerskiego, sugeruje, swiatynia miesci sie na gorze. Na szczescie mozna wjechac nieomal na szczyt. Zwiedza sie spoko a i wyglad ekstra - odbudowana, wiec widac, jak to kiedys wygladalo, teren dookola zadbany, przystrzyzona trawka a wszystko za 100B. W Kambodzy, gdzie wiekszosc w ruinie a dookola czerwona ziemia, pyl i kurz, placi sie na ogol wiecej za wstep. A, luknijcie w necie, warto bylo przyjechac nawet po zwiedzaniu Angkoru.

Powrot z poczatku z kapcia, potem 2 razy lapie mnie i raz ja lapie, by po godzinie od zwiedzania lapac juz w Ban Tako autobus do Khoratu. Moglem kupic kombiticket Phnom Rung + swiatynia 8km dalej, ale na dodatkowe 16km (wtedy jeszcze nie wiedzialem, ze do Ban Tako przejde tylko 3 z 12) nie mam ochoty - w kierunku kolejnej swiatyni z biletu nie jechalo zupelnie nic.

Przy okazji porada - gdziekolwiek byscie nie byli - jesli zastanawiacie sie nad lapaniem stopa na krotkim odcinku, tzn. takim, co go mozecie przejsc z kapcia, lapcie idac - o ile wychodzi, ze spokojnie dojdziecie tam (i z powrotem) o rozsadnej porze. Ja w Ban Tako bylem pare minut po 12 i 24km do Phnom Rung i z powrotem bylem w stanie przejsc w czasie, tzn. tak, by zdazyc na ostatni autobus do Khoratu. Gdybym postal z godzine, juz by sie moglo nie udac obrocic. Ok, zlapalem, a w zasadzie mnie zlapal, stop, ale nie zawsze idzie jak po masle.

W Khoracie zaliczam jeszcze night market (czyli po tajsku kupa straganow otwarta od okolo 17 do, powiedzmy 20-21), gdzie probuje lokalnej wersji pad thai (dla przypomnienia - smazony makaron ciut cienszy od spaghetti, troche warzyw, posypka orzechowa, pare kropel soku z limonki, czasem jeszcze jajo), ktora choc faktycznie jest lepiej usmazona, w mniejszym tluszczu i z ciekawszymi dodatkami ma powazna wade - jest na slodko. Jakos dojadlem, choc ogolnie uwazam makaron na slodko za skandal a w Tajlandii, gdzie slodza czyms dziwnym i intensywnym, byl to skandal wyraznie niesmaczny.

06.02. Khorat - Wat Thamachat Semaram - Saraburi - Wat Puttachai - Wat Buddhabat - Lopburi

Moze tym razem skrotowo - waty, ktore widzicie w opisie to niejako wypelnienie dnia. Pierwszy byl w LP, na 2 pozostale natknalem sie przypadkiem w necie. W pierwszym najstarszy w Tajlandii reclining Buddha, w 2 kolejnych Buddy nieco nowsze, ale glowna atrakcja jest polozenie. W prowincji Saraburi, gdzie te 2 stoja, jest nieco gor i gorek i czesto wystaja z nich pionowe nagie skaly, ale tylko tam naga skala byla nie tylko na urwisku, ale i na gorze, wiec pewnie dlatego postawili tam wat. Malo ciekawa, ale najwazniejsza czescia Wat Buddhabat jest odkryty w XVIIw, slad Buddy - jest to zjawisko dosc czeste u Tajow, podobnie jak objawienia MB w Polsce. Innymi slowy - ile razy jakis czas temu odkryli cos, co przypomina slad Buddy, budujemy tam sanktuarium pielgrzymkowe. Przejazdy w zasadzie jak wczoraj - dojazdy w poblize transportem publicznym, kilka km, z ktorymi liczylem sie, ze moge je dralowac pieszo, w wiekszosci przejechane zlapanym lub lapiacym stopem. Szlo swietnie, ale dobrze, ze nie poczulem sie za bardzo jak w raju, bo akurat na koniec probowal mnie bileter oszukac, na szczescie dosc nieudolnie. Udalo sie bardzo fajnymi (a kiepsko opisanymi, stad dodanymi na ostatnia chwile) miejscami wypelnic poczatkowo pusty dzien i to w sumie za doplata okolo 25B w stosunku do bezposredniego polaczenia Khorat - Lopburi.

Na koniec Lopburi - u mnie w pierwotnym planie bylo opcja, potem zrobilem z tego punkt obowiazkowy ze wzgledu na czas i slusznie! W sporym miescie, ale na szczescie na nieduzej przestrzeni, skupionych jest kilka ruin (niezlych, jak na ruiny) swiatyn khmerskich z ok. XIIIw. oraz kilka ruin watow i palacow z XVIIw., kiedy byla tu druga oficjalna siedziba krola. Zabytki fajne, choc w srodku nie bylem nigdzie - tzn. bylem w glownym palacu, ale czesc zalozenia zamknieto mi nieomal przed nosem, a w pozostalych wypadkach juz zaplacic moglem, ale nie bylo sensu, bo wszystko widac zza plota. W sumie 250B do przodu. Lopburi slynie rowniez ze stad agresywnych malp i faktycznie, w okolicy 2 watow jest ich kilkadziesiat na jednym placu (w reszcie starowki - raczej pojedyncze lub w mniejszych grupkach) i sa agresywne, gdy tylko zobacza cos, co jest podobne do zarcia.

Od jutra rozpoczynam juz program dodatkowy, tzn. miejsca, ktore odwiedze, byly jako opcja, ale nigdy jako plan podstawowy. Innymi slowy - wykonczeniowka i zajecie czasu bardziej niz potrzeby turystyczne. Do przeczytania!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 07 lut 2013, 2:26 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
Moze male podsumowanie ostatnich dni:

Polnocno-wschodnia Tajlandia, ktora od kilku dni ogladam, to troche prawdziwego kraju. Turysci wszedzie pojedynczy (nawet w bardzo zabytkowym Lopburi niewiele wiecej). Dzieki temu mozna odpoczac od hord turystow i sklepow z artykulami (tylko) dla nich. Zakwaterowanie z kolei kiepskie, tzn. cieplej wody nie mialem chyba od Laosu a ogolny wyglad hoteli i guesthouse'ow przypomina bardziej Mjanme niz Tajlandie. Pisze o tym nie dlatego, ze mi przeszkadza (bo tak nie jest) a bardziej by zobrazowac jaka byla - i miejscami wciaz jest - Tajlandia nieturystyczna.

Jak to w Tajlandii, raczej nikt nie zaczepia z oferta podwozki, nie liczac moze okolic dworcow. Temperatury wysokie, choc chyba zwykle kilka stopni mniej niz w spalonej sloncem Kambodzy. Wilgoc wieksza, ale bywalo gorzej. Przy pokonywaniu niektorych odcinkow pieszo bardzo sie docenia wyasfaltowanie drog oraz zielen - nie wchlania sie tony pylu codziennie, jak w Kambodzy.

W zasadzie juz od Laosu kazdy przejazd czy to autobusem, czy pociagiem, poswiecam na granie w durnawe gierki na mojej komorce. Widac oznaki zblazowania czy moze bardziej znudzenia. Gdybym mial cos ciekawego pod reka, chetnie bym jeszcze pociagnal z miesiac lub dwa, ale skoro nie ma (w dostepnej ekonomicznie przestrzeni) - powoli zaczyna mi sie chciec wracac.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 08 lut 2013, 11:04 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
07.02. Lopburi - Kanchanaburi

Nie za wiele mam do napisania. Rano spacer o wschodzie slonca przez kawalatek Lopburi. Przyjemniej niz popoludniu, bo nie bylo jeszcze calego komunikacyjnego chaosu - male to centrum, ale po waskich uliczkach w dzien skutery zapierdalaja pomiedzy ludzmi. Potem przejazd z 2 przesiadkami (z czego jedna w Ayutthayi) do Kanchanaburi.

Kanchanaburi to miasto znane glownie milosnikow historii II wojny. Przebiega przez nie linia kolejowa, ktora dla Japonczykow budowali jency wojenni (i kilkadziesiat tysiecy osob przyplacilo to zyciem). Jest sporo cmentarzy i miejsc pamieci w okolicy. Ponadto w tejze okolicy sa 2 parki narodowe, nascie jaskin i tylez wodospadow. Na dodatek, w tej samej prowincji, tuz przy granicy z Mjanma, jest - pono - malownicze Sangkhlaburi. W otoczeniu gory, troche mniej turystycznych szlakow - wyglada niezle?

A jest w zasadzie gowno w proszku! Przynajmniej jak dla mnie. Tak, przyjechalem, liczac, ze cos sie da moze po gorach pochodzic, a przede wszystkim, ze bedzie ladnie i spokoj (nie liczac samego Kanch.), ale gdyby nie dodatkowe dni do wykorzystania, w zyciu bym sie tu specjalnie nie tlukl. Do rzeczy:
- wodospady same w sobie sa liczne, ale mocno przecietne. Region chwali sie glownie trzema, z czego tylko jeden jest naprawde wart obejrzenia. Problem z nim (i pozostalymi), jest taki, ze za dojazd w 1 strone trzeba zaplacic co najmniej 100B a ponadto te najciekawsze sa w parkach narodowych, gdzie wjazd od obcokrajowca wynosi 200-500B. I to niby mam zaplacic za zobaczenie czegos mocno przecietnego w skali tajskiej?
- z grotami jest dokladnie jak wyzej, z tym, ze jedna z 2 serio ladnych nie jest w PN, a i tak wjazd wynosil 200B 5 lat temu a dojazd 100 w jedna manke.
- Sangkhlaburi moze i jest ladne, ale za samo ladne nie poswiece 145B i 5 godzin (lub 175B i 3 godzin) w jedna strone. Na miejscu, poza, achhhh, widokiem na jezioro, jest 400metrowy most i dosc nowy wat. Tyle.
- Miejsca powojenne sa atrakcja tylko dla milosnikow losow zolnierzy brytyjskich, australijskich i chyba holenderskich. Poza faktem, ze cos tu kiedys sie dzialo, nie ma na czym oka zawiesic. Nawet LP, ktory zwykle miejsca martyrologii brytyjskiej zachwala, nie kryje, ze nie ma tam nic specjalnie ciekawego.
- Death Railway, czyli wspomniana kolej, dziala, ale oplaca sie tylko, gdy ktos tu jedzie z Bangkoku. Linia wiedzie z Bangkoku do Birmy, z czego udostepnione jest pasazerom tylko z BKK do polowy prowincji Kanchanaburi, ale bez wzgledu na to, ktory odcinek pokonujemy, zaplacimy 100B (nie liczac ostatniego, gdzie 50B. co - nie liczac przejazdu z Bangkoku - jest ponad 2x drozej niz autobus czy minivan; ponadto - wlecze sie to dosc niemilosiernie).
- samotnie lazic po gorach ciezko: jak to w Tajlandii, 30 stopni w dzien i patelnia, gesta dzungla, sciezek ponoc tyle co nic a map brak. nie musze chyba mowic, ze platny trekking z odwiedzeniem hilltribe village osrywam gownem tak rzadkim, ze az przezroczystym.

Tak oto dochodze do wniosku, ze jedyne, co sie oplaca zobaczyc jutro, to park historyczny (czyli resztki khmerskiej osady) 30km na polnoc od Kanch. i klasztor na wzgorzu 15km na SE. Samo Kanchaburi jest ladne, malowniczo polozone nad rzeka a w tle gory. Wszystko, co warto zobaczyc (jak sie komu nudzi), czyli chinski wat, most na rzece Khwae* oraz dwa cmentarze wojenne udalo sie po drodze z dworca na nocleg. Nocleg zreszta fajny, bo poza miejscowym turystycznym getto (150B, w getcie jest jedno tansze miejsce, ale w wyobrazalnej przyszlosci full). Przyjemny zachod slonca z Siamem na koniec dnia.

*Rzeka nazywa sie Khwae (czyt. jak angielskie "square" bez "s"; Kwai - czyli filmowa nazwa tejze rzeki - to po tajsku bawol rzeczny :D ); prawdopodobnie - przypuszczenie moje - Kwai to francuska transkrypcja nazwy, bezrefleksyjnie przejeta przez Brytoli. Most jak most - tyle ze kolejowy. Odbudowany po wojnie.

08.02. Kanchanaburi - Wat Tham Sua i Wat Tham Khao Noi - Muang Sing Historical Park - Kanchanaburi

No to postanowiwszy do dziela. Logistycznie - oba miejsca (oba waty sa obok siebie) wygladaja tak, ze trzeba podjechac kawalek, a dalej jest okolo 6km do przejscia. Z potencjalnych 24km przeszedlem w sumie 4, dzieki uprzejmosci lapiacych mnie stopow. Chyba dla Tajow czlowiek idacy w srodku niczego jest widokiem tak szokujacym, ze biora z litosci (wspomnialem juz poprzednio, ze dla Taja przejscie 2km jest bezsensem i meczarnia; kazdy ma skuter wiec jedzie). Wracam 30km od prasata tez stopem, dzieki czemu o 13 mam "program" zrobiony. Na wypelnienie dnia, jeszcze robie kilka kilo do innego cmentarza wojennego za miastem. Poszlo szybko w obie strony (nie szukalem podwozki, bo w koncu blisko i mam zajac sobie czas), a wycieczka o tyle ladna, ze jeszcze pare widoczkow. Cmentarz jak cmentarz, a wat w jego poblizu jest niezbyt imponujacy, wiec darowalem sobie oplate wejsciowa i olalem. A propos - dane co do oplat wejsciowych w LP zgadzaja sie, o ile nie byla dana oplata podowczas (czytaj w 2006/07) dziwnie niska. Wszystko w tej czesci wyjazdu bylo ok, ale Muang Sing podskoczyl w miedzyczasie z 40B do setki.

Waty na poczatku dnia takie sobie, ale ten na gorze chociaz imponuje rozmiarami budowli w kontrascie z niewielka gorka, na ktorej stoi. Ponadto widok spoko.

Prasat jak prasat. Faktycznie, ciekawy i ladny (choc brak zdobien). Dodatkowy plus za zachowane mury lub chociaz waly wokol osady oraz duzo starsze miejsce pochowku (wat z XIII, "burial site" z okresu asteriksjanskiego).

Jutro ostatni dzien zwiedzania plecakowego, czyli z rana do Nakhon Pathom a na noc do Phetchaburi. Miejsca, jak dzisiejsze, nie naleza do porywajacych, ale przynajmniej co do Phetchaburi mam nadzieje, ze tylko minimalnie ustepuje bardziej znanym miejscom (czyli, powiedzmy, klasa Lopburi). Jak bedzie - przeczytacie nastepna raza.

Na razie!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 12 lut 2013, 9:04 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
09.02. Kanchanaburi - Nakhon Pathom - Phetchaburi

Mozna powiedziec, ze dzien bez historii. Rano opuscilem w sumie ladne Kanchanaburi (tzn.: ladnie polozone, kilka ladnych miejsc, poza tym miasto jak miasto, a prowincja mocno przereklamowana) i pojechalem do Nakhon Pathom. NP to juz okolice Bangkoku i w sumie mocno przecietne (czytaj - nic ciekawego) miasto centralnej Tajlandii poza Phra Chedi w srodku miasta, czyli przypominajaca rangunska Shwedagon Paya stupa wysokosci 127m, co czyni z niej podobno najwyzszy obiekt buddyjski na swiecie. Niestety, do srodka (a pod wielka jest "schowana" stara) wejsc sie nie da. Sama paya z zewnatrz nie powala, choc - z racji weekendu - mozna zobaczyc Tajow skladajacych calymi rodzinami ofiary. Pociag za 6 godzin, wiec szukam "dworca PKS". W Nakhonie dworca jako takiego nie ma, wiec trzeba pytac nieanglojezycznych mieszkancow o bus do konkretnego miasta. Na szczescie, po pol godzinie iscia za wskazowki w miare w jednym kierunku spotykam chlopaka, co mnie podwozi na miejsce skuterem (za darmo; w przeciwnym kierunku niz szedlem). Bus do Phetchaburi i jestem.

Phetchaburi, tez centralna Tajlandia, to miejsce, z ktorym wiazalem pewne nadzieje. Mianowicie jest to ostatnie na trasie miasto z jakimis liczniejszymi i starszymi zabytkami (nie liczac, naturalnie, zwiedzonego juz doglebnie Bangkoku). Dziele sobie zwiedzanie na 2 polowki i dzis ogladam wschodnia czesc. Miasto jak miasto, srodkiem waska rzeczka, ale ma sporo naprawde klawych miejsc. Najciekawsze i najladniejsze dzien pozniej, ale juz dzis widzialem kilka starych watow, palacyk krolewski (naprawde spoko, wyrazna kopia europejskich XIX-wiecznych trendow. Jedyny bol to to, ze mape mam gowniana ponad ludzkie pojecie (nie udalo sie znalezc lepszej; na tej nazwanych jest tylko 10 glownych ulic a w wyborze atrakcji turystycznych nie ma 3 najwazniejszych!) i, to juz niejako standard w ostatnich dniach, wszedobylskie psy. No dobra, zle nie bylo, upal jakos czlowiek zniosl.

Mozna podsumowac tak - niby wszystko ladne i ciekawe, ale w sumie spedzam jakis 25ty dzien w Tajlandii, w ktorej sa jak najbardziej piekne lub chociaz bardzo fajne miejsca, ale "wypelnienie" jest mocno przecietne i mam po prostu troche dosc.

10.02. Phetchaburi - Bang Cock

Z rana (jak zwykle) upal, wilgoc, ale ogladane miejsca na tyle fajne, ze upewniam sie co do zasadnosci przyjazdu tutaj. Pierwsze i najdalsze zarazem to jaskinia Khao Luang (stalaktyty i - gmity plus ilestam wizerunkow Buddy) oraz Phra Nakhon Kiri - wzgorze pokryte XIXwiecznymi swiatyniami i palacykami. Ponadto jeszcze kilka watow, z czego 1 ma - podobno - 800 lat i tyle. Pociagiem do Bangkoku, gdzie laduje po 19.

Hostel wybralem biorac pod uwage zarowno cene (drugi najtanszy w necie), jak i lokalizacje (blisko dworca PKP i, co za tym idzie, metra, ktorym bede jechal na lotnisko). Jedyne, o czym nie pomyslalem, to fakt, ze wlasnie teraz przypada chinski Nowy Rok, a hostel jest w Chinatown. Wobec tego zamiast 2km mam do przejscia 4 i to w dzikim tlumie. Na szczescie nie jest zbyt glosno, a hostel schowany w bocznej uliczce. Jeszcze wieczorem wyjscie na miasto (obchody niespecjalne: tlumy walace przez ulice od jednego straganu z zarciem do drugiego, jakis tam kilkuosobowy zespol tanczy, jakis smok przemaszerowal) i kima.

11.02. Bangkok (Thonburi)

Mam 4 dni w Bangkoku i cos z nimi trzeba zrobic. Dzis na ogien poludniowe Thonburi, czyli poludniowa czesc zarzecznego Bangkoku. Poczatkowy plan zlozony z okolo 15km i dwoch watow ulega szybko powiekszeniu do jakichs 25km dzieki tablicom informacyjnym z krajoznawczym szlakiem rowerowym. I tak mamy kilka watow, 2 meczety (jest sporo wiecej), pomnik ksieznej i sporo innych rzeczy. Co najwazniejsze - w Thonburi w zasadzie nie ma turystow I zarazem malo jest psow. Miasto duze, wiec tez lokalsi nie lampia sie na ciebie jak na bialego jednorozca, co nagminne w mniej zaludnionych miejscach nieturystycznych. Nogi troche nadwerezylem tym asfaltowaniem, ale dzien bomba.

12.02. Bangkok

Dzis z kolei oszczedzam nogi i chodze raczej malo. Z muzeami nie wyszlo, bo Corrections Museum (darmowe, pokazuja rozne formy karania i przesluchiwania), wbrew tablicy przed nim samym, zamkle. Siam Museum jest za to jak najbardziej otwarte, ale nie jest darmowe, jak wyczytalem, ale za 300B. No bez przesady. Pewnie jeszcze cos sie dzis przejdzie, ale raczej krotko i bez wiekszych atrakcji.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 15 lut 2013, 16:59 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
13.02. Bangkok

Dziś długi spacer, czytaj jakieś 25km asfaltowania, ale przyjemnie. Miejsca może mało spektakularne, ale zupełnie offowy Wat Chong Nonsi (piękna nazwa, no nie? :D ) oraz trzecia i ostatnia z ulic drapaczochmurno-wielkosklepowych, czyli Thanon Sukhumvit pozwoliły jeszcze czymś się zaciekawić w Bangkoku. Przy okazji spaceru nie mając o czym myśleć - myślę o powrocie. Kurwa mać, szkoda tego Frankfurtu... Miało być 5 godzin na przesiadce, będą raptem 3,... , ech... Kurrrrrwa, chwila! Przecież będę na lekko a pod nosem SBahn! Chyba 20min się jedzie z lotniska na starówkę, a tam z kolei wszystko blisko (o ile dobrze pamiętam, bo jakoś przed przebukowaniem czytałem co nieco o FRF). Damy radę (o ile lot się nie spóźni).

14.02. znowu :kwasny: Bangkok

Upał większy niż zwykle i trzecia z rzędu prawie nieprzespana noc (Shadow Inn jest nieźle położony, ale w dormitorium nie ma czym oddychać i człowiek poci się po 5min leżenia) każą zrezygnować z planu drałowania z kapcia na północno-zachodnią stronę miasta. Krótko w okolice pałacu i dzielnicy staromiejskiej (Ratanakosin) i powrót, bo mam dość. Zamiast tego chwila oddechu w klimatyzowanym wnętrzu C.H. Riverside z widokiem na Chao Praya. Na lotnisko kapciem, autobusem i pociągiem a tam 6 godzin, ale w przyjemniejszym miejscu niż mój hostel i to klimatyzowanym (serio, jak nie ma co zwiedzać, to upał naprawdę przeszkadza). Koniec Azji i prawie koniec wyjazdu. Logistycznie, mimo przedłużania na miejscu, wyszło naprawdę spoko. Zobaczyłem wszystko, co ważne i na co miałem ochotę. Na siebie biorę tylko bezmyślne olanie średnio ciekawego Johor Bahru w Malezji (gdy próbowałem na wariata łapać stopa, co zresztą kosztowało mnie więcej niż gdybym nie próbował). Może można było wpaść do Lamphuna - ale chyba nie ma o co kopii kruszyć. Tak, wiem, każdy z Was ułożyłby taki wyjazd inaczej - ale to był mój wyjazd :P

15.02. Bangkok - Frankfurt - Warszawa

Lotnisko bez większych przygód i odlot tuż po północy. Zapomniałem spakować Nicorette do podręcznego, ale na szczęście lot do Frankfurtu w większości przespałem. We Frankfurcie o 6 rano i o 6.30 (bo lotnisko duże) już na starówce. Jako miasto samo w sobie to najładniejsze na całym wyjeździe, choć bez spektakularnych zabytków. Katedra okazała, kamieniczki wokół zajebiste, opera, ... Warto było (czasu starczyło na zobaczenie wszystkiego w centrum poza muzeami i mało istotną Eschenheimer Tor. Dodajmy, że WRESZCIE JAKAŚ TEMPERATURA DLA LUDZI :) . Zawiodły mnie nieco dwie rzeczy: po pierwsze, słońce wzeszło o 8, gdy ja już jechałem z powrotem na lotnisko; po drugie - z pierwszego pobytu (1997, bodaj lipiec) zapamiętałem piękny rynek i okazałe wieżowce - te drugie, po zobaczeniu Singapuru, KL, czy choćby Sukhumvitu, nie robiły tym razem najmniejszego wrażenia. Ot, kilka wieżowców.

Fajnie było, czas się zwijać. Ten lot do Warszawy już obsługuje LOT a nie Lufthansa (czyli do jedzenia bułka z serem i małe prince polo, a picie tylko bezalkoholowe). Reszta bez histori.

Tyle relacji. Następna pewnie jakoś za rok :) SZACUN I POZDRO DLA WYTRWAŁYCH CZYTELNIKÓW!!!

Jeszcze może zmontuję jakiegoś posta z podsumowaniem i statystykami.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 16 lut 2013, 0:47 
Offline
I norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 paź 2005, 9:46
Posty: 1081
Lokalizacja: sam już nie wiem...
Dzięki za niebalną forumonowelę podróżniczą! I za potwierdzenie słuszności myślenia w rodzaju "Co? Ja nie dam rady!?".
Bardzo krzepiące (dla niewyjeżdżających na 3,5 miesiąca) to stwierdzenie o Frankfurcie, że "miasto samo w sobie to najładniejsze na całym wyjeździe" :D

_________________
"Moja ojczyzna jest rozprzestrzeniona, składa się z adresów w różnych krajach (...) tworzą ją setki drzwi, które wiem, jak otworzyć, autobusy, których numery pamiętam, ulice, przystanki, budki z gazetami, twarze, głosy" (R. Kapuściński, Lapidarium)


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 16 lut 2013, 11:43 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
Aby skończyć wątek z godnością, podsumujmy:

I. Czasowo 107 dób, z czego:
Tajlandia - 30 (całych);
Mjanma - 18;
Malezja - 12;
Singapur - 2;
Wietnam - 14;
Laos - 16;
Kambodża - 13.

II. Punkty skrajne (w Azji):
N - Lai Chau, Wietnam (tylko przejazdem);
E - Nha Trang, Wietnam;
S - Singapur;
W - Old Bagan, Mjanma.

III. Najważniejsze wnioski i nauki z wyjazdu:
1. Dałbym radę pojechać na dłużej! Zmęczenie wyjazdem dopadało mnie rzadko. Jeśli mi się kiedyś uda, obiecuję, relacja będzie krótsza. ;)
2. Komunizm XXI wieku trzyma za mordę, ale pozwala się dorobić.
3. Cały region jest turyście dany na tacy - jeśli zwiększyć budżet dzienny do około 120-150PLN, to nawet schorowany starzec da radę w zasadzie wszystko zobaczyć i to bez kłopotu.
4. Są miejsca, gdzie zdobycie czegoś o trudności Łysicy i wysokości Babiej Góry przekracza możliwości.
5. Szczytem turystycznej cepelii jest hilltribe trekking.
6. Dżungla bardziej męczy niż cieszy - raz trzeba, drugi raz - można, trzeci - tylko dla zapaleńców!
7. Obserwacja zwierząt bez nagonki w Azji nie istnieje, o ile nie macie zamiaru zaszyć się z przewodnikiem na dzień w dziczy i to najlepiej w środkowej Syberii.
8. W najbiedniejszym kraju regionu może być najdrożej, w najbogatszym może być względnie tanio.
9. Wszystkie skutery mają GORĄCĄ rurę wydechową z PRAWEJ strony.
10. Polska jest jednym z dosłownie kilku najtańszych krajów Eurazji.
11. Karaoke to zarazem religia i sztuka walki (z sennością, białasami,...).
12. Miejsce roweru zajął w tej części Azji skuter - każdy ma minimum jeden.
13. Buddyzm to kolejna religia, gdzie święte księgi swoje, życie swoje. Biali przyjeżdżający medytować to chyba najwięksi ortodoksi.
14. Jak ci nie wbili pieczątki do paszportu w mało egzotycznym kraju - nie proś o nią!!!
15. W Azji żółtej nieradzieckiej nie ma krajów odciętych od popkultury; koreańska moda jest jeszcze bardziej kiczowata niż japońska.
16. Nie tylko dla przeciętnego Amerykanina przejście ponad 2km z kapcia jest nie do pomyślenia.

Koszt pomińmy, naj-ów Wam oszczędzę ;)

Raz jeszcze SiP dla Czytelników.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 02 kwie 2015, 9:00 
Offline
popularna

Rejestracja: 02 kwie 2015, 8:55
Posty: 1
Niezwykle Ciekawe te wasze podróże, chętnie bym wybrał się na przejażdżkę po Francji :)

_________________
zwiedzanie Paryża z przewodnikiem w dobrej cenie


Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 86 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5, 6

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group