Dzisiaj jest 24 lis 2017, 3:56

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 86 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna
Autor Wiadomość
PostZamieszczono: 30 gru 2012, 14:13 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
Ok, to bedzie post raczej niezwiazany z merytoryka, a zawierajacy smutne wynurzenia.

Za co nienawidze Wietnamczykow?

Od momentu, gdy wyladowales w tym kraju i wklepali Ci wize przestales byc czlowiekiem, stales sie biala malpa.

W zadnym kraju, w ktorym bylem, nie spotkalem sie z takim traktowaniem turysty. Ok, wiadomo, ze taksowkarze chca na tobie zarobic, wiadomo tez (jesli kto juz byl w Azji), ze sa obrzydle nachalni. Niepojety jest dla mnie natomiast stosunek wszystkich innych osob zwiazanych z turystyka oraz zwyklych ludzi.

Zaczynamy:

1. Zalozmy, ze chcesz jezdzic sam, nie przeplacac wszedzie za zorganizowane wycieczki oraz, mniej, za autobusy turystyczne. W normalnym kraju masz do wyboru jeszcze komunikacje publiczna. W Wietnamie niby tez, ale:
- jestes w centrum (tu dotarles z lotniska lub turystycznym autobusem) a dworzec kolejowy jest jakies 4km stad. Pociagi zreszta sa drozsze niz autobus turystyczny nie liczac klasy "hard seat", ktora niechetnie sprzedaja turystom.
- dworce PKS sa liczne, 5-10km od centrum, a nikt nie jest Ci w stanie powiedziec, czym tam dojedziesz i z ktorego zlapiesz wlasciwy autobus.
- naturalnie, nigdzie poza dworcami nie poznasz cen komunikacji publicznej. Maja strony internetowe, ale czesto tylko po wietnamsku a do tego ostatnia aktualizacja dawno. Na ulicy nikt Ci nie powie - Wietnamczycy nie jezdza za duzo po kraju.
- a nawet jesli powie (vide dalej) - czesto wprowadzi Cie w blad

Ok, jesli nie spedzasz po kilka dni w jednym miejscu (w zadnym miejscu Wietnamu nie ma powodu po temu, chyba ze zajmujesz sie plazowaniem albo rozkoszowaniem sie sportami wodnymi) to raczej sie niczego nie dowiesz o transporcie i jedyne, co zaoszczedzisz, to kilka USD kursujac od biura do biura. Sa, na szczescie, raczej w kupie, ale za kazdym razem chca ci pokazac chuja warty folderek itp. Powiedzmy, ze sie zgubiles w miescie albo po prostu nie masz mapki i szukasz ulicy... Usiadzcie wygodnie.

2. W kazdym odwiedzonym przeze mnie kraju, w Indiach bardzo rzadko acz czesciej, wiekszosc ludzi na ulicy starala sie przynajmniej zrozumiec, w czym tkwi Twoj problem a gdy pokazales napisana nazwe ulicy przewaznie spotykal Cie usmiech i pomoc. W Wietnamie wiekszosc zagadanych osob od momentu, gdy uslysza jezyk obcy, przestaje sluchac. Gestykuluj, kurwa, pisz se co chcesz - pol sekundy uwagi a potem (czesciej niz 50% przypadkow) wymach reka, ktory oznacza nie/nie wiem/daj mi spokoj. W pozostalych rowniez najczesciej wzruszenie ramionami. A jak ktos juz odpowie, to czesto okazuje sie, ze poprowadzil w przeciwnym kierunku niz trzeba. Ale najwieksze wrazenie robi ta znudzona mina - ze Ty probujesz z nimi gadac. "A daj mi spokoj!" Tego nie widzialem nigdzie.

3. Dodajmy, ze znajomosc angielskiego jest fatalna. Nawet wsrod mlodziezy, nawet w duzych miastach. Najlepiej mowia w agencjach, ale pamietaj - kazdy (99%), kto do Ciebie mowi "hello" chce Cie przerobic na kase sprzedajac Ci cokolwiek za cene lokalna razy x. Nie tylko mototaksiarze, tak samo wszyscy sprzedawcy z targow w miejscach turystycznych, wiekszosc sprzedawcow ze stoisk i targow w miejscach pozostalych. Kazde pytanie o to, skad jestes, konczy sie proba wyludzenia kasy. Biedne dziewczynki sprzedajace swe rekodziela maja swoje rewiry, w ktorych sprzedaja maszynowo robiony shit ("wiesz no, u nas w domu bieda, tyle mojej pracy"). Spotkalem dwa wyjatki - jeden dziadek kolo Hue i dzis w sklepie jeden facet, co po prostu chcial pogadac. Dwa wyjatki na kilka tysiecy "hello" przez 10 dni!!!

4. Inna bajka to agencje turystyczne - oczywiscie, nic za co nie maja prowizji nie istnieje - ale poza tym dochodzi smutny fakt, ze swietnie rozumieja po angielsku zwroty zmierzajace do sprzedazy ich biletow. Pytanie o cokolwiek poza standardem konczy sie odpowiedzia na POPRZEDNIE zadane pytanie, nie to.

5. Wisienka na torcie - wrednosc. Jedni spotkani w Malezji turysci opowiedzieli jak po odmowie kurewskiej przycinki w hotelu poszli sami na dworzec PKP, gdzie odmowiono im sprzedazy biletu (w miedzyczasie hotel zadzwonil na stacje i sie umowili). Dzis z kolei inna bajka - w biurze, gdzie kupilem wycieczke do Halong Bay, spotkalem 2 Francuzki, ktorych rzeczy wystawiono z hotelu (!!!!) po tym, jak kupily wycieczke nie tam, gdzie spia. Mniejsza o to, skad hotel wiedzial. Czesto slyszy sie tez o olaniu swiadczen - np. Christof wykupil Halong Bay z jungle trekkingiem i dostal 15 min wycieczki przez jakis las. Po protescie o malo go nie pobili. Ot, Wietnam. Ty jestes biala malpa, masz przyjechac, jezdzic z innymi malpami (w autobusie nocnym biali z tylu), przeplacic za wszystko i wypierdalac. Dziekujemy, nastepny!

Sztampowe dla calej Azji numery z cyklu taksowkarzy oznajmiajacych, ze Twoj hotel jest nieczynny/splonal, ale znaja inny, lepszy czy tez miejsce, do ktorego chcesz jechac dzis nieczynne (gdyby tak bylo, wzieliby Cie tam, czekajac na kolejny kurs by Cie stamtad zabrac) sobie daruje.

Naprawde, jeszcze rozumiem taksiarzy (zawsze i wszedzie bydlo), agencje turystyczne (chca zarobic i za to sa rozliczani), ale kompletny desinteressment lokalsow i te wyrazy twarzy, jakby faktycznie biala malpa z nimi chciala gadac, nie mieszcza mi sie w pale. W Albanii nie znali niczego poza swoim i, bardzo rzadko, wloskim - probowali pomoc. Uzbekistan, jeszcze gorsi bo az brutalni taksowkarze, ale ludnosc pomocna, nawet gdy ruskiego ani dudu a strach przed szpiegami z zachodu wciaz zywy. Kachetia (Gruzja wsch.), po rusku nikt, ale sluchali i patrzeli, jak gestykulujesz i, o ile mogli, to pomogli. Przyklady mozna mnozyc.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 30 gru 2012, 14:26 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
Dla rownowagi:

Za co lubie Wietnam?


1. Miasta. Miasta turystyczne nie sa moze jakos dziko piekne, ale naprawde wygladaja jak nieco biedniejsza Europa. Architektura, nawet klockowa, jakos sie komponuje (nawet bez pozostalosci kolonialnych), na ulicach czysto, prawie w kazdym duzym miescie liczne zielence i aleje drzew (naprawde, bardzo poprawia wyglad). I do tego wszedzie chodniki - nigdzie nawierzchni ziemnej. Wbrew pozorom to tez robi lepsze wrazenie optyczne.

2. Zabytki. Niby kolejna porcja swiatyn buddyjskich, ale nieco inne - bardziej chinskie niz tajskie. Do tego cytadele, pozostalosci powojenne (tunele Cu Chi, droga Ho Chi Minha, tunele w DMZ,...). Wprawdzie placisz cene 10xlokals, ale w wiekszosci miejsc w regionie tak to dziala, a w Hanoi na przyklad lokalsi placa chyba tyle samo a do tego jedyne UNESCO - cytadela wewnetrzna - jest za darmo!

3. Krajobrazy. Niestety, wszystko blisko siebie. Tam Coc i Trang An, czyli Dry Halong Bay (mam nadzieje, ze wyszukaliscie zdjecia), Halong Bay i, nieco dalej, bardzo europejskie i niedzunglowe gory wokol Dalat i Sapy. Wielkie pola ryzowe (na tarasowe poczekam jeszcze kilka dni, ale i tak niezle) i generalnie jakos tak zadbanie na wsiach. W Tajlandii bylo brudniej i gorzej.

4. Tanie noclegi. W zasadzie tylko to i zarcie z supermarketu jest tanie, czesto z internetem (wifi chyba w kazdym).

5. Najtansze piwo w dotychczas odwiedzonych krajach regionu. Uliczne jedzenie smaczne, choc wybor zalosnie maly. W wielu miejscach mozna dostac bagiety lub bulki z francuskiego pieczywa - nie trzeba, ale mozliwosc jest.

6. Troche mniej niz w Tajlandii i Malezji plecakowcow imprezowych. Daleko jeszcze do Mjanmy, gdzie TYLKO by chlac/cpac nikt nie przyjezdza, ale zawsze cos.


Ostatnio zmieniony 30 gru 2012, 14:45 przez Jasiek, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 30 gru 2012, 14:44 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
30.12. Ninh Binh - Hanoi

Pobudka o 5 i o 6.20 jade najwczesniejszym PUBLICZNYM autobusem do Hanoi (koszt 60.000, lokalsi tyle samo). Moj plan dnia wynika z prostej kalkulacji - chce zobaczyc w okolicy Hanoi i Halong Bay, ale mimo ze na rozum bardziej oplaca sie jechac do Haiphong, to jadac do Hanoi niewiele przeplace a zaoszczedze duzo stresu i nerwow kupujac wycieczke. Ponadto - na dzis prognozy zapowiadaja malo slonca i duzo chmur, w sylwestra ma byc lepiej. Tam Coc i Trang An ogladalem przez mgle - choc Halong Bay chcialbym zobaczyc przy przyzwoitej widocznosci. Ostatni argument - z Haiphong wszystko plywa o 9.30, na ktora najprawdopodobniej nie zdaze jadac nawet pierwszym autobusem z Haiphong.

Wobec tego o 8:30 wysiadam w Hanoi i bardzo sie ciesze na to, co widze. Bardzo ladne miasto, zielone bo aleje wysadzane poteznymi drzewami, co nieco stawow (w samym starym miescie), architektura miejscami naprawde ladna a wszedzie indziej do zniesienia. Jedyny bol to temperatura (jakies 10-male nascie) - idealna do chodzenia i zwiedzania, ale kiepska, gdy wieje w autobusie. Ergo - jestem lekko podziebiony. Hotel, polecany przez spotkanych w KL Polakow, znajduje szybko i o 9:30, po darmowej kawie, ide na miasto. Wbrew ostrzezeniom Iriny, wg ktorej do mauzoleum Ho Chi Minha trzeba stanac w kolejce o 7 rano, ide do mauzoleum. 10:15 na miejscu, kolejka szybko idzie, wiec zobaczylem i Wujka Ho i kilka innych, platnych po 25.000 VND, obiektow z nim zwiazanych (dom, domek gdzie pracowal, muzeum - raczej komunizmu niz HCM, pagoda na slupie). Milo, przyjemnie i naprawde ladne zalozenie. Jakos idzie przebolec tlumy.

Dalej rundka po mniej waznych obiektach (archaiczny, betonowy stadion narodowy - wokol szaliki tylko zachodnich druzyn), ale lazi sie po tym miescie naprawde bardzo przyjemnie. Dalej od glownych atrakcji nawet mototaksiarze rzadcy i mniej natretni. Inner Citadel (zewnetrzna to zamkniety teren wojskowy) za darmo, jako ze utworzono w niej muzeum sztabu wojennego. Grobla dzielaca akwen na polnoc od centrum - tez fajne miejsce. Sporo nerwow w (jednej z 3 oficjalnych na caly kraj) informacji turystycznej - wg nich na poczatku tez nie ma autobusow publicznych do Sapa, ale wrecz wymusilem na nich przyznanie, ze sa i zarezerwowanie na jutro. Na koniec ide do dosc drogiego supermarketu po piwo i kupuje wycieczke do Halong Bay na1 dzien. Wiecej nie ma co tam robic (ziab i wiatr, publiczny transport tylko na glowna wyspe archipelagu, niekoniecznie najladniejsza), zwlaszcza o tej porze roku. Udalo sie (o ile nie wystawia mi rzeczy z pokoju) osiagnac glowny cel - na spokojnie zobaczyc Hanoi, zmaksymalizowac szanse na widoki w Halong Bay (i to za 10USD mniej niz sie spodziewalem) oraz, jak sie nie spoznie, zalatwic transport do Sapa, by sylwestra spedzic w autobusie. Chcialem poczatkowo w Sapa (mala, choc turystyczna, miejscowosc w gorach), ale skoro nie wyrobilem, to jedyne moje pragnienie na noc sylwestrowa to sie wyspac. Kto mnie zna, wie doskonale, ze grupowe zabawy z calym miastem mam w dupie i mecza mnie od pierwszej minuty. Na przygodnego sylwestra z plecakowcami po prostu mnie nie stac, pomijajac brak checi.

Podsumowujac - bardzo fajny dzien, gdzie dzieki szybkiej mobilizacji udalo sie na spokojnie zobaczyc cale Hanoi a dzieki wytrwalosci w poszukiwaniu wiedzy (chyba cytat z Rockiego z informatora dla I roku :D ) Halong Bay za 18USD i bilet do Sapa za kolejne 15 (zamiast odpowiednio 25 i 20). Fajny hostel, piekne miejsca. Bajka z dokladnoscia do, jak zwykle, mototaksiarzy oraz agencji turystycznych i nachalnych sprzedawcow.

Do przeczytania (pewnie pojutrze w Sapa)!

PS. Nie pamietam, czy pisalem w Tajlandii i Mjanmie o nawyku kierowcow niezdejmowania pokrowcow foliowych z siedzen (dla czystosci?). Dzis w kazdym razie spie na takim nieotwartym materacu. :)


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 01 sty 2013, 14:25 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
31.12. Najbardziej udany Sylwester w zyciu

Hanoi - Halong Bay - Hanoi -

Poranna pobudka bez problemu, nawet wczesnie, i od 7.50 po darmowej kawie czekam na mojego busa. O 8.45 nie wytrzymuje (w koncu jade najtanszym, moze jakas podpucha) i ide do biura. Zaraz ma byc, odbierze mnie z biura, a spoznia sie, bo duzo ludzi. No i faktycznie, ledwo zdazylem wrocic z garbem.

Gdyby sie chciec czepiac byloby do czego - wg planu 3 godziny jazdy, o 12 na statek, 16.30 powrot i 19.30 w hotelu, choc tu sama baba z biura mowila, ze raczej 20-20:30. Cztery godziny jazdy liczac z 1/2h sikpauza (naturalnie w miejscu ultraturystycznym, nawet rzezby mozna kupic z zamowiona dostawa), na statku dopiero o 13.

Ale, kurwa, jakie widoki! Chromolic to, co powyzej, jebac to, co zaraz napisze o powrocie. Halong Bay jest po prostu zajebista! Moim zdaniem lepsza niz Tam Coc i Trang An, bo morze dodaje uroku, ale moze mam spaczone spojrzenie, bo tam byla mgla a dzisiaj niezbyt. JUZ TERAZ CTRL+T i wyguglac! Jedno z najzajebistszych miejsc, jakie w zyciu widzialem. Z drugiej strony rozumiem tych, co bedac w Wietnamie celowo olali - turystyczne jak kurwa jego mac, multum statkow naraz, kolejka do (swoja droga ekstra) groty itp. Samemu wychodzi niewiele taniej, zakladajac, ze uda sie wywalczyc sprzedanie biletu na sam rejs z lunchem po wydrukowanych 80.000VND plus ubezpieczenie. Lunch tez ekstra - jakas ryba z flakami, krewetki, malze, kapucha i cos tam jeszcze a do tego micha ryzu - towarzystwo przy stole nie bylo, na szczescie, zbyt lakome. Do tego przemile towarzystwo dwoch Francuzek z Nowej Kaledonii. A pomyslec, ze w agencji kobita mnie chciala zniechecic do najtanszej opcji, bo turysci narzekali na lunch!

Powrot dlugi. Przypominam, wywalczylem, zeby laskawie informacja turystyczna zarezerwowala mi bilet na ostatni autobus do Sa Pa, ktory jest o 21. Odjazd z portu 17:30 i punktualnie o 21 laduje w... Old Quarter. Dupa, nie da rady. Wjazd od wschodu, moj autobus jedzie z poludnia. Juz powoli sie przygotowuje psychicznie na nieprzespana noc i jazde za dobe, gdy pilot uzmyslawia mi, ze przeciez jeszcze jest pociag. Do tej pory raczej unikalem, ale tu - podobno - sporo tanszy od autobusu. No to na dworzec. Po drodze mijam przygotowujace sie na polnoc Hanoi - caly swiat jedzie na Old Quarter, niewiele dekoracji, jakas scena nad jeziorem, ale plac przy niej nie pomiesci za wiele osob. Ok, na dworcu oakzuje sie, ze nie ma opcji hard seat na ten pociag. Jade wiec na soft seacie za 240.000, co jest taniej od autobusu o tysiecy 60, ale dochodzi dojazd, bo z koncowej stacji pociagu, Lao Cai, trzeba sie jeszcze dostac do Sapa. Na szczescie glosna muza z glosnika tuz nad moim siedzeniem szybko milknie.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 01 sty 2013, 15:01 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
01.01. - Lao Cai - Sapa - Cat Cat - Lao Chai - Ta Van - Sapa

Dojezdzam o 7.30 i, nie wiem czym powodowany, najpierw ide zjesc. Of kors, po powrocie z papki ryzowej (popularne lokalne sniadanie) nie ma juz zadnego i ceny, zamiast przewodnikowych 28.000 siegaja 200.000. Naturalnie zaraz spadaja do 100.000, potem do 50.000, ale dalej ani dudu. Uderzajace, ze jadace po kierunku na pusto busy wolaly jechac na pusto niz zejsc nizej 50.000. Honor wazniejszy? Bialego scierwa taniej do auta nie wezme? No nic, jade w koncu za 50.000 mijajac po drodze mocno powolne autobusy.

W Sapa o 9tej, szukanie hotelu - jest za 5$, co na Sapa niezle. Mala rundka po okolicy. Ogolnie Sapa znana jest z tarasowych pol ryzowych (widzialem po drodze) oraz okalajacych gor, w tym najwyzszej - nie tylko w Wietnamie, ale w calych Indochinach - imieniem Fansipan (3145m n.p.m.). Wyglada to srednio na pierwszy rzut oka - widoki srednie, bo mgla a sama miejscowosc przypomina Darjeeling szaroscia budynkow, wszechobecna mgla i temperatura rzedu 5 stopni na plusie. Szybka przebiorka i ide w teren, ale jakos bez wielkiej checi. Dopiero o 11 wychodze na wlasciwy szlak. Dzisiejszy plan to 3 wioski, o ktorych wiem z agencji turystycznych. Sa tam organizowane standardowe jedniodniowe trekkingi, ale na szczescie w jednym biurze byla wcale dokladna mapka okolic, wiec na niej (a wlasciwie na jej zdjeciu) ide. Inna bajka to fansipan - w necie nigdzie, nawet na summitposcie, nei znalazlem zadnej relacji z wejscia bez wykupu wycieczki, a ta kosztuje 33$ od osoby za jednodniowke. Co gorsza, w Sapa w tej chwili nikt tam nie chodzi, wiec cena za jednoosobowke rosnie do 60$.

Na wstepie kolejna strata - sprawdzaja bilety, ktore trzeba bylo kupic kilometr pod gore wczesniej. No nic, tuda abratna i jestem za 40.000VND w wiosce Cat Cat. Sama wioska niczego sobie, ale kazdy doslownie domek przerobiony na spprzedaz pamiatek turystom i kazda po ludowemu ubrana baba (tutaj tak chodza, nawet w Sapa sporo) nudzi, by wejsc do jej sklepu. Ale zarazem otwieraja sie widoki na doline. Zajebiscie, faktycznie cala od gory do rzeki w tarasach ryzowych. Przejscie przez kolejna wioske do jeszcze nastepnej zajmuje mi prawie 4h z racji blota, niedokladnosci mapy i licznych postojow na foto. Po drodze ludzie pomagaja znalezc droge (na szczescie proste nazwy), ale ale - mimo ze od wyjscia z Cat Cat nie ma juz turystow caly czas jestesmy w Wietnamie, wiec spytane dziecko idzie za mna (mimo, ze przypomnialem sobie, jak jest po wietnamsku "wole samemu") az w koncu wiedzac, co sie swieci, oznajmiam, ze nie mam ani bonbonow, ani kasy. Bardzo przykre.

Tu maly apel - na Boga zywego, jesli jedziecie do jakiejkolwiek Azji - arabskiej, radzieckiej, brazowej czy zoltej - nie rozdawajcie dzieciakom cukierkow (chyba ze im jeszcze dojazd 1000km do dobrego dentysty fundniecie) i nie kupujcie ich ciezka praca okupionych rekodziel. Jest to nic innego, tylko szkola zebractwa. Naprawde, za pare lat wszyscy tu beda probowac sprzedac drogo turyscie jakies gowno kupione za grosze lub przewiezc go za stawke jak z HCMC do Hanoi i z powrotem. I tak samo jest w wielu innych krajach. Dzieciaki nie chodza do szkoly by sprzedawac chinskie gowno, a starzy coraz mniej pracuja, coraz wiecej probuja naciagnac. Oplaca im sie w ten sposob sie oglupiac, dopoki na czule historyjki dostaja 10-krotna stawke za bezwartosciowy shit lub wrecz maja, co chca za darmo (cukierki, pieniazki dla biednego dziecka, ktore sie przebierze i pojdzie do sklepu z elektronika albo z modnymi ciuchami).

Tak to ublocony (bo nie zdecydowalem sie wypozyczyc kaloszy) dochodze do bitej drogi, ktora przez Ta Van dochodze do asfaltu do Sapa. Towarzyszy mi sympatyczny Japonczyk, ktory w przeciwienstwie do mnie pokonal trase w 3h na zasadzie przejscia asfaltem i odbijania w stylu jojo do wsi i z powrotem. Lamana ta jego angielszczyzna, ale narobil mi smaka na Chiny. 1. Taki krajobraz nie jest tam niczym wyjatkowym, 2. turysci ponoc placa tyle, co lokalsi, 3. sypial w hotelach po 0,5EUR. No, moze za 3 lata... Na powrocie w Sapa rozgladam sie za Fansipanem i ewentualna restauracyjna kolacja - gdzies wypada. Fansipan chodzil mi caly dzien po glowie. Myslalem, ze skoro mapka sie jako tako sprawdza, to sprobuje samemu, ale 30km, 2000m sumy podejsc, swiatla dziennego 11 godzin. W normalnych warunkach by styklo, tu ze wzgledu na spowalniajace bloto oraz pewne bladzenie (tam nie bedzie kogo spytac) raczej nie dam rady. Z dobrych rzeczy - soft shell sie sprawdza, choc na powrocie robi sie na tyle zimno i wilgotno, ze gruby polar ponadto nieodzowny.

Co do zarcia - LP pisze o 500 lokalnych potrawach i kaze zapamietac, jak jest swieze piwo i piwo z kija. Nie wiem, gdzie oni byli, ale chyba podliczyli oferte restauracji w calym kraju. Swiezego piwa nie bylo nigdzie, lane widzialem raz, w Hanoi. Na ukicy 95% zarcia to zupa z makaronem rozniaca sie tylko wkladka (w Sapa rozniste podroby), pozostale 5% to grille a'la te w innych krajach regionu. Nic specjalnego. W Nha Trang bylo sporo owocow morza, ale co z tego, skoro byle jakie knajpki sprzedawaly je za 120.000 za kilo (najtanszy sort) a przyrzadzenie rownalo sie wrzuceniu do wrzatku. Same, ale lepiej podgrzane na wczorajszym statku to niby nic, ale swieto jak na Wietnam. Knajpy oferuja kaczke/kurczaka/wolowine/wieprzowine na kilka sposobow, ale malo tego i chyba niewiele z tego przypomina obfitoscia chinola na Rakowieckiej. A propos - w Wietnamie mozna dostac raz na jakis czas podobne rzeczy, ale zdecydowanie drozej! Jesli nie jecie na ulicy, to za posilek w knajpie zabulicie od 2USD (jesli nie wegetarianskie, to od 3USD, czyli drozej niz Rakowiecka) wzwyz dostajac mala w sumie porcje i to czesto z gorszego sortu miesa. Mnie to dzis na przyklad spotkalo, gdy z koniecznosci i obowiazku odzalowalem 4USD za obiad z piwem. W Sapa dzik i jelen sa w cenie takiej samej, jak wieprzowina i wolowina, wiec wzialem dzika. Faktycznie, jakosc duzo lepsza niz na ulicy (tam, poza malym wyborem, kiepsko tez i smakowo), ale ilosc (podobnie jak lunch w DMZ) mocno "restauracyjna". Jutro sprobuje wypatrzonego batata z grilla na miejscowym rynku. Na pewno kosztuje 10.000 za sztuke, jak kazda rynkowa przekaska, ale LP mowi, ze sa one wszedzie, podczas gdy ja widze chyba trzeci raz w tym kraju.

Po w sumie udanym posilku wracam do hotelu, gdzie na platnym necie i w ziabie pisze niniejsza relacje. Ciesze sie, ze takie ladne rzeczy zobaczylem na koniec pobytu w Wietnamie. Jutro okoliczne wioski, pojutrze albo Fansipan (gosc, co robi tanio byl juz o 17.20 zamkniety i jutro go odwiedze), albo do Laosu (podobno na przejsciu kolo Dien Bien Phu mozna dostac wize, wg stron www na tym akurat nie, ale wierze spotkanym turystom).

Milo, ale w nery pizdzi jak chuj (parter, zamkniete okna i drzwi), wiec wracam powoli do mojej prywatnej pieciodolarowej chlodni. W koncu te przemoczone buty trzeba zdjac.

Szczesliwego Nowego!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 03 sty 2013, 12:59 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
02.01. Sapa - Mai Cha - Ta Phin - Sapa

Najkrocej mowiac - kolejny dzien lazenia po okolicznych wioskach. Wchodzac w szczegoly:

1. Widoki lepsze niz wczoraj, bo poza bardziej gorska czescia okolic mam w koncu od rana slonce! Nawet pranie zrobilem z tej okazji.

2. Niepotrzebnie pozyczalem (25.000VND, za 40tys. bylyby moje na wieki, ale po co to dzwigac) kalosze.

3. Spacer skrocony, bo przez godzine lazla za mna stara baba. Mimo ze na wstepie zakomunikowalem, ze nie mam kasy, ostatnie pol godziny naszej znajomosci uplynelo na zapraszaniu mnie do jej sklepu. Z racji tego, ze jej sklep byl tam, gdzie ja szedlem, postanowilem skrocic trase.

4. Na wstepie zaliczam kolejny po Cat Cat wydzielony skrawek przestrzeni dla turystow. Gora tuz nad Sapa plus jej stoki. Ogrodki slicznie przystrzyzone, orchidee, wyciosane z drewna zwierzeta itp. W zasadzie przyjemne dla oka i tyle, ale widok na Fansipan faktycznie zajebisty. Tylko ze, biorac pod uwage rezygnacje z wejscia, bylo to troche jak robienie polnagiej (sam wierzcholek zamglony) dziewczynie, od ktorej dostalo sie kosza.

Wieczorem nic specjalnego.

03.12. Sapa - Dien Bien Phu

W zasadzie mialem olac DBP, bo nic poza historia (ktora w tym elemencie mnie nie interesi) nic tam nie ma, ale jest to najprostsza droga z Sapa do Laosu. I tu zaczyna sie poniekad Laos. Czemu?

1. W Laosie, poza - daj Boze - noclegami wszystko kosztuje podobnie co tu, tyle ze lokalsi placa tyle samo. Nie liczac biletu do DBP przez reszte dnia tak wlasnie bylo.

2. Laos krajem jest nieduzym, ale odleglosci 200km pokonuje sie bezposrednim autobusem okolo 7 godzin z racji serpentyn i fatalnej nawierzchni. Dzisiejsze 300km pokonalem w 8,5 godziny wsrod pieknych gorskich widokow. Jak ogolnie nawierzchnie drogowe w Wietnamie sa najgorsze z odwiedzonych w tej trasie krajow, to tutaj juz w ogole hardkor - nad ponad100metrowymi urwiskami jechalismy po swiezo robionej drodze, czyli po gruncie.

3. Laos, mimo tego ze wszedzie dlugo sie jedzie, praktycznie nie ma nocnych polaczen (stan na 2009rok). Z Sapa do DBP jest tylko jeden autobus ze startem o 7.30 rano. Cale szczescie, ze po przyjezdzie mialem jeszcze 1,5h slonca, bo moglem poszukac hotelu (najtanszy za 6USD :( ) i wejsc na siermiezny pomnik zwyciestwa nad Francuzami, z ktorego roztacza sie calkiem klawy widok na okoliczne gory i lysy placek, czyli chyba pole bitwy.

4. Mam nadzieje, ze w Laosie bedzie inaczej, ale w DBP jest spory problem z wymiana walut. Pozbyc sie singapurskich dolarow nie sposob (w Sapa spoko) a ogolnie euro jest tylko w skupie i po bandyckim kursie (w 1 z 3 bankow w centrum, w pozostalych tylko dolary bez wywieszonego kursu). Sa, na szczescie, bankomaty, ale troche boli wyjmowac 14USD i placic pewnie 5PLN prowizji.

Podsumowujac Wietnam, z ktorego - ponownie, daj Boze - jutro wyjade:
1. Sam kraj przepiekny: wypasione gory i tarasy ryzowe na calym polnocnym zachodzie; nieprawdopodobne formacje skalne Halong Bay i Dry Halong Bay (a jest jeszcze kilkadziesiat km dalej niejaka Perfume Pagoda w podobnym otoczeniu). Kilka naprawde ladnych miast (Hoi An, Hanoi, niech bedzie ze Ho Chi Minh), kilka nieciekawych, ale pieknie polozonych (Dalat, Sapa) a w paru jeszcze mimo braku ww. sa chociaz ciekawe zabytki (Hue, Nha Trang). Reszta miast nieciekawa ale nie poraza brzydota. Wioski wszystkie podobne w zalozeniu, ale w gorach ladne drewniane chaty i lokalsi w strojach plemiennych. Temperatura na polnocy wymarzona.

2. Ludzie okropni - nikt nie pomoze, kazdy chce zarobic. Niby mozna zrozumiec, ze z biedy, ale w koncu w biedniejszych krajach potrafia traktowac turyste jako bogatego, ale czlowieka a nie chodzacy bankomat. Jak wspomnialem, nigdzie tez nie spotkalem sie z powszechnym olewaniem pytajacego turysty, jesli tylko nie mowi poprawnie po ichniemu.

3. Kuchnia, poza restauracjami, raczej uboga - zupa na kurczaku z zielenina i makaronem, na poludniu czesto kanapki (mieso, kupa zieleniny i sos chili), na polnocy raczej hot dogi (podgrzewana bulka z jajecznica i przecieta na pol parowa z sosem chili. Lokalsi stoluja sie na ogol w tych zupiarniach. Knajpy oferujace "wieprzowine w 5 smakach" i kilkanascie (nie 500, jak chce LP) dzialaja tu na tej samej zasadzie, co meksykanskie w Polsce. Znaczy dla efektu od czasu do czasu lokals sie wybierze; ceny wyzsze a porcje mniejsze niz w wietnamskich barach Warszawy. Poza tym na ulicy mozna z rzadka (w porownaniu do zup i, na poludniu, kanapek) znalezc ruszt na ktory wrzuca sie malo smaczne parowki (9.000VND paczka), szaszlyki podobne do innych w regionie, rzadziej cokolwiek innego. Innymi slowy - zawod!

4. Inne obyczaje. Wreszcie wyjechalem ze strefy wszedobylskiego "Gangnam Style"! Tutaj raczej kroloje miejscowe dicho i techno, a w zasadzie rozne hiciory z wstawionym umcykiem. Przed swietami byly to: "Santa Claus is coming to town", "Jingle bells" itp. Po klubach nie chodzilem, ale z tego, co widzialem w Sapa - na umcyk party chodza tez goscie po 40tce. Ruch drogowy nieco chaotuyczny,ale idzie sie polapac. Wszyscy bez mala na swiatlach i w kaskach. Na ulicach brudniej, ale sprzataja. Ot taka Polska na przelomie lat 80. i 90.

Tyle. Koncze i ide po piwo, bo autobus do laosu mam o 5.30 rano, czyli tuz po 4 musze wstac a zatem stosownie wczesnie zasnac. Porzucilem juz nadzieje, ze da sie gdzies w tym regionie przezyc w podrozy (tzn. z czestymi biletami) za mniej niz 70PLN srednio na dzien. :)


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 03 sty 2013, 16:44 
Offline
II norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 17:51
Posty: 1513
Lokalizacja: ....
w Laosie bylem wiec czekam z wieksza niecierpliwoscia na kolejne odcinki teraz :D

wybierasz sie do jaskin w okolicach Sam Nuea?

jakbys mial jakies pytania to pomoge ale od 2009 pewnie sie troche pozmienialo...

powodzenia!
w Laosie mi sie podobalo i maja dobre piwo

_________________
ciągle pamiętamy->śmietana szatana na twarzy banana

Ciepłemu bananowi kiełbasa między nogi
W bananie i śmietanie czarne wyobcowanie

<-- czyż on nie jest piękny....


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 05 sty 2013, 14:48 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
Pozdro z Laosu! Ludzie milsi (choc z angielskim bryndza jak nigdy), widoki ladniejsze i bardziej klimatyczne. Ruch dalej prawostronny a nawierzchnia pelna dziur i luk w asfalcie jak w polnocnym Wietnamie. W pewnym sensie powrot do korzeni, bo jezyk i alfabet podobne do tajskiego a swiatynia to z powrotem wat (i wyglada po tajsku, nie po chinsku, jak w Wietnamie). Znow tez gdzieniegdzie tablice z komiksowym przedstawieniem etykiety laotanskiej (nie dotykac lba, zachowanie w watach itd.) Jedyne, co zle, to to, ze znow roaming mi nie dziala - pokazuje, ze sa sieci GSM ale 2. generacji -> albo to to, albo brak podpisanej umowy. Ale do rzeczy:

04.12. Dien Bien Phu - Muong Khua - Muong Noi (a.k.a. Muong Noi Neua)

Z bolem, ale wstaje o tej 4 z groszem, by o 5tej zameldowac sie na PKSie. Niedzuym busem, ktory kilka km za DBP zostaje zapchany do granic mozliwosci wielkimi pakunkami) po godzinie dojezdzamy do granicy. Kilka kwiatkow - po wietnamskiej stronie personel zacheca do wymiany czego badz na laotanskie kipy po mocno niekorzystnym kursie; po laotanskiej - 3000kip (0,30 EUR wg normalnego, dobrego kursu) za przystawienie pistoletu do glowy, czyli zrobienie "testu na H1N1" maszynka do mierzenia temperatury, 5000 za stempel w paszporcie, 10.000 za wyrobienie wizy i, wreszcie, 30USD za wize. Wszystkie oplaty wywieszone na kartkach a4 prosto z drukarki na malym i w miare nowym budynku - DARZE od PROWINCJI D.B.P.! Czyzby az taka bieda, by biedna czesc Wietnamu musiala fundowac budynek dla laotanskich pogranicznikow??!

No nic, pare minut po 12 jestesmy w Muong Khua. Nie ma tu nic ciekawego poza tym, ze stad wyplywa lodz do malowniczej wioski Muong Noi. W zasadzie dopiero przedwczoraj sie na to zdecydowalem, bo jest to jedyna szansa zrobienia czegokolwiek dzisiejszego dnia. Z 12 pasazerow busa 10 chce plynac, wiec "juz" po 45 minutach plyniemy. Male zdziwko - plyniemy w niby prywatnej lodzi (choc z kilkoma lokalsami) za cene rejsowej, ale jest to 10EUR. Do tego piwo w sklepie obok kosztuje 1 EUR - wprawdzie to 0,64l, ale drozej niz Wietnam. To jak z ta bieda i, przede wszystkim, jak z cenami? Moze co innego bedzie tanie, bo w koncu to sa produkty dla turystow, Tajowie tez w koncu mieli piwo drozsze niz rozum podpowiada wzgledem cen innych rzeczy.

Rejs rzeka, wawoz coraz wyzszy. Widoki naprawde w deche - wapienne skaly (najlepsze tuz przed MN) wystajace z dzungli (bardziej takiej polnocnej, jak w Wietnamie niz tajskiej), male drewniane domki na klifie, do ktorych - podobnie jak do MN - nie idzie sie dostac inaczej niz lodzia. Jedyny bol to towarzysze, ktorzy zachowuja sie jak wycieczka z Orbisu: radosne kuplety, kazdy po kilka piw, cala lodka spiewa. Ech, widoki wynagradzaja i po 4 godzinach dupa na drewnie ladujemy w wiosce. Jeszcze jasno, wiec szybko znajduje nocleg za 30.000 kip i robie maly oglad okolicy. Wioska, mimo ze co zyje oferuje noclegi albo zarcie, malownicza. Drewniane domy, piaszczysta droga, skaly z obu stron. Z pojazdow kilka rowerow i 2 traktory samorobki. Tlumu turystow szczesliwie nie ma. Na kolacje trzeba wydac 15.000 kipow (dla przypomnienia: 1EUR to 15.000kip), co wychodzi drozej niz w Wietnamie (choc taniej niz w wietnamskiej knajpie), ale ma sie za to SZWEDZKI STOL! Piwo kosztuje, ponownie, 10.000, co wprawdzie podraza, ale spodziewalem sie, ze w takim miejscu bedzie drozej niz na przystani. Ide spac.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 05 sty 2013, 15:11 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
05.12. Muong Noi - Nong Khiaw - Luang Prabang

Holender jasna!

Wstaje rano, sniadanie - bufet znow za 15.000, kawa 5.000. Maly spacer (wat sredni, wejscie do jakiejs lokalnej jaskinki zamkle, z widokow - zebrzacy o wschodzie watocy). Na samym poczatku dnia popelnilem blad, ktory okazal sie brzemienny w skutkach i dopiero dluzsza chwila namyslu pozwolila na zminimalizowanie jego skutkow na caly wyjazd.

Otoz o 9tej, gdy do lodzi do Nong Khiaw stal tlum ludzi zagadalem wczorajszego towarzysza, Holendra, co by mi na czas rejsu (pono godzina) swoj przewodnik pozyczyl. Skonczony kretyn - dla przyzwoitosci pozyczam wzamian moj (LP SE Asia). Jego jest o Laosie i Kambodzy i z tego tytulu ma wiecej mapek. Robie wiec zdjecia mapkom nie myslac o konsekwencjach tego, ze plyniemy w osobnych lodziach. Plynie sie ladnie, ale po 1,5h laduje w NK i ani sladu "kolegi". Umawialismy sie, ze sie bedziemy szukac. On chcial jechac autobusem do Luang Prabang (SW stad) a ja do Sam Neua (NE). Od 11 do 11.30 szukam go i wypytuje o inne lodzie. Wyplynalem przed nim i nie zwrocilem uwagi (choc sie zaczytalem), zeby mnie minal. O 11.30 ide na dworzec PKS 2km zobaczyc, czy go tam nie ma, ale nie. Przy okazji dowiaduje sie, ze jedyny autobus do Sam Neua odjechal o w pol do. Wracam na wszelki sluczaj na przystan i znow - ani sladu Holendra. Siedzacy Francuzi - jedyna anglojezyczna ludnosc we wsi - mowia, ze w miedzyczasie nic nie przyplywalo.

Kurwa, co robic? Czekac tu caly dzien, by 13h jechac do Sam Neua (a tam noc, 1-2h przejazdu, 2h zwiedzania jaskin Pathet Lao i przejazd do kolejnego miejsca 8 godzin)? Jechac na NW, by w najbardziej znanym miejscu zrobic jakis trekking (samemu chyba molto ciezko, bo konieczny dojazd i idzie sie przez dzungle) za kilkanascie do dwudziestu kilku USD za dzien? Wlasnie wczoraj wykreslilem przeca to miejsce z marszruty! No nic, po namysle udaje mi sie przeplanowac (na szczescie to polnocny Laos, gdzie atrakcje nie sa po linii jak w Wietnamie) tak, ze niewielkim kosztem moge przelozyc ewentualne Sam Neua na potem a teraz pojade do Luang Prabang - miasta UNESCOwego i glownej atrakcji kraju. Moze i lepiej - nie mam jakos cisnienia na wioski, tunele i trekking swiezo po Wietnamie. Koszt operacji to raptem 5EUR, z czego 1,5EUR to koszt tego, ze jade do LP o 14, a nie razem z nim o 11.30 tanszym autobusem. Jedyne wytlumaczenie - jego lodz minela moja, po wysiadce poszedl od razu na PKS i pojechal prosto do LP o 11.30. Gdybym od razu poszedl, to bym zdazyl i jego spotkac i do Sam Neua pojechac. Wkurwia, ale - nie liczac straconych nerwow - plan uratowany bez strat w ludziach. Ale przewodnik chuj strzelil, a ja srednio rozumiem holenderski. Do tego przewodnik jest ponadpiecioletni, przez co moze i dokladniejszy ale mniej aktualny niz moj. No nic, chuj w dupe, moze go spotkam w tym LP?

Jazda po kiepskiej drodze zajmuje 3h. Naciagaczy nawet tutaj malo i spokojniejsi. W pieciu zbijamy cene podjazdu do centrum shared truckiem do 10.000kip za leb. Bylo tego z 3-4km. Poki jasno znajduje dormitory za 40.000kip (w cenie darmowa kawa i banany) i ide na miasto szukac informacji turystycznej. Biuro nie dziala w weekendy wcale, ale udaje sie znalezc trawel ejdzensi, gdzie umiejetnie palac glupa dowiaduje sie prawie wszystkiego o polaczeniach na polnocny wschod. Jest nawet nocny, wiec chyba spedze tu tylko 1 noc, a jutro caly dzien zwiedzania i nocny autobus. Podobnie jak w WIetnamie, na nocnym oszczedza sie niewiele kasy (koszt 5x tyle co nocleg), ale czas zawsze lepszy niz gdyby caly dzien spedzic w autobusie). Siadam na net, zgrywam zdjecia i kombinuje, jak rozegrac jutrzejszy dzien (dworzec autobusowy jak zwykle daleko, po drugiej stronie miasta niz ten, na ktorym wysiadlem). Powoli koncze po 1,5h siedzenia (z czego pol to odtwarzanie postow po awarii Google Chrome, a 15min to opoznienie w pisaniu przez dracego sie przez Skype'a - na oko i ucho - Hindusa z brytyjskim paszportem). Supermarketu, pono, nie ma, a w kazdym sklepie piwo (wszedzie tylko Bia Lao) po to samo 1EUR/10.000kip. Czyzby ustawowa partyjna cena???

Tyle na teraz. Do nastepnego!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 05 sty 2013, 15:33 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
PS. Generalnie w Laosie przez ostatnie lata co nieco podrozalo.

PS2. Moj najwiekszy problem z trekkingiem to to, ze wszyscy generalnie robia go za ciezki hajs z guide'em i widza, czesto nieciekawe, wioski plemienne. Naogladalem sie tego i bym po prostu uderzyl w gory dla SAMYCH GOR, ale znikad pomocy. Moze jutro cos sie dowiem. Tak poza tym trekkingiem, to atrakcje kraju sa mocno malomiejsko - widokowe. Cos musze wymyslec dla uciekawienia, bo wszedzie daleko i dlugi dojazd a zwiedzania na kilka godzin.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 06 sty 2013, 14:25 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
06.01. Luang Prabang

Szanowni,

tu jest zajebiscie! Miasto jakby zywcem wyjete z filmu o czasach kolonialnych. Zabudowa niska, w duzej mierze drewniana, w to wsadzona zielen i liczne waty. Calosc zadbana, waty ciekawe z racji freskow i drzeworytow. Jest w deche. Do tego stopnia w deche, ze zostaje tu na w sumie 4 dni, tj. do 9ego. Wprawdzie rano zrobilem w sumie 8 kilo na dworzec i z powrotem po bilet na nocny autobus na dzis, ale po namysle powtorzylem "spacer" by przelozyc. Tresc namyslu:
1. Kurwa, w okolicy sa jaskinie Pak Ou. Warto by rzucic okiem;
2. Pozny start - ledwo zdaze wszystko zobaczyc (na PKSie mam byc 16.30, idzie sie prawie godzine na lekko);
3. Wbijam stosowny organ w trekking - chyba nie da rady nic sensownego samemu tu zrobic. A placic za kolejne wioski Hmongow, Mongow czy kogo tam nie zamierzam. Ergo - mam plus 2-3 dni. Nie bedzie chyba lepszego miejsca na dluzszy pobyt niz tu;
4. A do Kambodzy moga mnie w ogole nie wpuscic z powodu braku miejsca na wize w paszporcie. Wtedy dochodza 2 tygodnie nudy.
Tak oto doszedlem do wniosku, by przelozyc autobus na jutro.
5. Pozostale dwa dni dodal organizm, ktory przypomnial mi, ze juz dawno mnie nie atakowal w ulubiony sposob. Nie moge przez kolejne, mam nadzieje ze tylko, 2-3 dni ani sie forsowac, ani robic dlugich przejazdow. Oj, wynudze sie tu rowno, dobrze ze net w miare tani znalazlem :)

Pogoda w kazdym razie sprzyja, slonce swieci az upal w okolicach poludnia. Oj, nie mialem tego od Hue albo wczesniej. Sceneria, jak podkreslalem, w deche. Z powodu tego, ze poruszam sie raczej powoli, mialem okazje dokonac kolejnych obserwacji Laosu:
a. w knajpach daja do picia za darmo juz nie herbate, a szklanke wody (nieznanej proweniencji);
b. jako przyprawy mniej wiecej to, co w Wietnamie - papryczki w proszku i w zalewie, chili w butelce, takoz sos rybny;
c. na ulicy, poza noodle soup, duzy wybor rzeczy z grilla, generalnie mieso i ryby zamiast malych szaszlykow wietnamskich, ale za to sporo drozej; w jednym miejscu sporo ciekawych rzeczy (cos a'la szwedzki stol z Muong Noi, ale jeszcze wybor ryb i miesa; niestety, platne normalnie, nie ryczaltem);
d. chaosu na ulicach wciaz brak. aut troche jest, ale w sumie wiekszosc nowa, glownie toyoty.
e. ludzie faktycznie dwie klasy lepsi, nawet przy postojach tuktukow co najwyzej jeden - dwoch zapyta i to ciszej niz w Wietnamie. Naprawde mozna spokojnie lazic po miescie i rzadko kto zaczepia. Co do odczucia bezpieczenstwa - niezmiennie wysokie jak w calym regionie. Chyba sie jeszcze nie dorobili chuliganow i blokersow.

Kacik finansowy
Narobilem dzis co nieco kilometrow bez sensu, ale dzieki temu zbadalem ceny w Laosie. Generalnie wszystko, co dla turysty ok. 0,5EUR drozsze niz w Wietnamie (kola, piwo, czipsy, chrupki lokalne, czekolada, ciastka, godzina internetu, nawet warzywa i ryby w puszce). Wniosek - tak, tu jest taniej, bo produkty dla lokalsow (warzywa, owoce, ryz itp.) sa tansze, ale co po nich poza szlugami, skoro nie mam na czym gotowac? Drozej tez jest w malych, nieturystycznych knajpkach.

Beer Lao ma cene odgornie narzucona. Niczym innym nie wytlumacze, ze kosztuje te same 10.000 kip w knajpie nad rzeka, sklepie na przeciwko, wiekszym sklepie poza strefa turystyczna, przy nabrzezu w Muong Khua oraz w Muong Noi, gdzie wszystko dowoza lodziami. Ma to spory plus - jesli juz koniecznie ma sie ochote na 0,64l piwa za cale euro, to mozna wybrac najladniej polozona knajpe w miescie i zaplaci sie tyle samo, co za spozycie tegoz we wlasnym lozku. Nie ma tez pokusy, by robic kilometry aby zaoszczedzic na flaszce.

A propos flaszek - tu (wreszcie) sprzedaja wino i wode z kobra we flaszce. Cena niby niezla, ale przez kilka dni jeszcze nie sprobuje, bo nawet piwa sie obawiam.

Do nastepnego!


Ostatnio zmieniony 14 sty 2013, 16:09 przez Jasiek, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 08 sty 2013, 13:08 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
07.-08.01. Luang Prabang

Zanosi sie na nudny opis 2 sennych dni. Wczoraj zobaczylem reszte watow w LP (na uzytek tego posta - nie chodzi o zajumany mi Lonely Planet, a o Luang Prabang). Wrazenie podobne jak przedwczoraj, jeden jest na gorce wiec dochodzi fajny widok. Tak poza tym niewiele sie dzialo - odwiedziny w centrum UXOLAO (o tym na koniec) i dzisiejsza wizyta w Muzeum Etnograficznym - ekspozycja o slubach w poszczegolnych grupach etnicznych zamieszkujacych Laos.

Grup jest co niemiara, ale wystawa ograniczala sie do kilku. Z rzeczy ciekawszych niz inne - wiele plemion w Laosie wyznaje zasade, ze slubna/y musi byc spoza klanu i spoza wioski. W sumie logiczne i zdrowe, ale tak na rozum to raczej w Azji spodziewalbym sie nakazu homogenicznosci wewnatrz wsi. Malzenstwa pomiedzy grupami etnicznymi zdarzaja sie i na ogol sa akceptowane (bardziej kieruja sie majetnoscia, zaradnoscia tudziez plodnoscia okreslana m.in. tym, jak slubna potrafi wyszywac). Akceptacja rodziny konieczna, ale zalatwiane pomiedzy rodzicami malzenstwa sa, podobno, rzadkoscia. Obrzedy nawiazuja do wchlonietego przez lokalny buddyzm animizmu (mieszkanka podobna do tej w Mjanmie, Kambodzy czy polnocnej Tajlandii).

Poza tym jeszcze krotka znajomosc ze Szwedem, ktory tez tu kilka dni spedza, odwiedzenie marketu Phousi i najtanszy posilek - jak na razie - w Laosie (calkiem niezly szeroki makaron z warzywami, w typie ogolnoregionalnym, za 0,50EUR), zalatwianie na jutro wycieczki do jaskin Pak Ou (przez 4,5h nie znalazlem grupy, co by sama sobie wynajmowala tuktuka, wiec nie bylo sie pod kogo podczepic i nici z oszczednosci 2EUR). Generalnie nudy na pudy ale jakos z racji ladnego otoczenia jeszcze nie chodze po scianach. Ze zdrowiem dzis sporo lepiej, wiec od rana walnalem juz chyba z 4 darmowe kawy. Jutro do jaskin, powrot po kilku godzinach i nocny autobus do Sam Neua. Tyle w temacie, do nastepnego.

PS. UXOLAO - troche przemyslen

Slowniczek i informator:
UXO - unexploded ordnance, czyli niewybuchy.
Bomba kasetowa - bomba lotnicza będąca zasobnikiem zawierającym od kilku do kilkuset bomb małego wagomiaru. Po określonym czasie od zrzutu podpociski są wyrzucane z bomby kasetowej siłą wybuchu niewielkiego ładunku prochowego lub siłą odśrodkową.


Kontekst historyczny
Ktokolwiek sie interesuje historia, wie jak w latach powojennych, w zasadzie do lat 70./80. rozgrywala sie batalia o strefy wplywow pomiedzy Stanami a Zwiazkiem. O wojnach w Korei i Wietnamie slyszal tez pewnie kazdy. Ale malo kto wie co to byla tzw. tajna wojna prowadzona przez CIA w Laosie w mysl zasady powstrzymywania komunizmu.

W latach 1965-73 spadlo na Laos (dzis, mimo wielodzietnosci, 6mln obywateli, wtedy 3?) 220mln (dane szacunkowe, USA mowia, ze wojny nie bylo) bomb kasetowych, z czego 1/3 nie wybuchla. Kazda zawierala, na oko patrzac na egzemplarze z wystawy, 20-30 bombek, z ktorych kazda miala sile razenia 3 boisk do gry w pile (dla niezorientowanej plci pieknej: szerokosc: 90-120m, szerokosc 75-90m). Wietnamczycy, na szczescie dla siebie i na nieszczescie dla Laosu, wybudowali tzw. droge Ho Chi Minha umozliwiajaca im przerzucenie wojsk na poludnie kraju przez gorskie tereny Laosu i Kambodzy. Przy okazji, z inspiracji CIA, toczyla sie Secret War czyli Laotanska Wojna Domowa http://en.wikipedia.org/wiki/Laotian_Civil_War (w mysl doktryny, finansowana przez CIA).

Pisze o tym tak dokladnie, bo w Polsce ciezko sie o tym dowiedziec z popularnych mediow. W koncu nas gnebili Ruscy, wiec przemilczmy "bledy i wypaczenia" drugiej strony. Na wikipedii wojna domowa w Laosie nie dorobila sie jeszcze polskiej wersji jezykowej...

Biorac pod uwage owczesne poczynania obu stron zimnej wojny przypuszczalnie wiele osob bardziej oczytanych ode mnie jest w stanie Stanom wojne prewencyjna wybaczyc. Jesli tak, to calkiem zrozumiale jest, ze Droga Ho Chi Minha przezyla bombardowanie jak zadna inna na swiecie w historii ludzkosci, a Laos wschodni - niejako rykoszetem, bo przezen przebiegala - przezyl najwieksza ilosc ladunkow wybuchowych na czlowieka w historii. Byla wojna, komunizm trzeba bylo powstrzymac, Laos sie Wietnamowi nie postawil, wiec ok, zbombardowali.

Ok, jesli juz usprawiedliwiamy wojne z uzyciem bomb zrzucanych na wsie po to, aby ludziom sie zylo lepiej (bo w kapitalizmie), to moze lepiej nie ciagnac tematu. No, ale brnijmy. Za komunistycznych watazkow tez im w sumie za dobrze nie bylo (choc Laosowi i Wietnamowi sie jakos udalo uniknac masowego ludobojstwa), wiec moze, gdyby USA wygralo...

Gdyby babcia miala kola, bylby tramwaj. Ilesset tysiecy ludzi poszlo do piachu, ale to wszystko moznaby opisac "patologie zimnej wojny". gdyby nie te jebane bomby kasetowe. Kurwa, wojna prewencyjna ze zrzucaniem czegos podobnego na ludnosc cywilna??? Nalot dywanowy na Hanoi* sie przy tym chowa!
Wrocmy do meritum.

Do dzis lezy tego w Laosie kilkadziesiat milionow, bombki przypominaja troche owoce, a troche popularne wsrod mlodziezy pilki, wiec rokrocznie (srednio - jeden krwawy wypadek dziennie!!!) co nieco osob ginie lub traci konczyny wskutek tychze niewybuchow. Nie mowi sie o tym wcale, Laos sobie probuje radzic sam, a pol kraju lezy w biedzie, bo ludzie sie boja wlasne pole uprawiac (sporo wypadkow ma wlasnie miejsce na polach ryzowych). A zachod umywa raczki zamiast tego dotujac nepalskie przedszkola (chyba pisalem, jak to dziala), albo afrykanskich kacykow (mgr Rusek na cwiczeniach z MSG opowiadal naprawde ciekawe rzeczy ze swojego pobytu w dotowanej przez m.in. Szwecje Tanzanii). Przy obecnej technologii usuniecie tych 80mln bomb zajmie 100 lat. A czekaja w kolejce jeszcze inne bomby, miny ladowe i inne pozostalosci 1. (z Francuzami) i 2. (z USA) wojny indochinskiej.

O tym, mniej wiecej, jest ta wystawa. Caly program UXOLAO jest przedwsiezieciem tylko laotanskim i ma kilka lat. Wczesniej nawet tego nie bylo, a wladze Laosu niewiele same robily (dobre pytanie - dlaczego? ale chyba trzebaby doczytac). Wystawa darmowa, mozna (rzecz jasna) wrzucic donejszyn, ale - tak, wciaz jestesmy w Azji - wladze i szefostwo projektu prosza, aby brac paragony na zapomogi! W Laosie, co widac poniekad w turystyce (zwlaszcza dosc drogich, jak na region, ale przemyslanych trekkingach po wsiach), od kilku lat dosc powaznie podchodza do zasad. Brzmi moze smiesznie jak na polskie realia (choc z drugiej strony - pomyslcie o Polsce: przeciez nawet w kosciele i u Owsiaka duza czesc darowizn idzie po kieszeniach), ale w tym regionie ciezko by mi bylo cos takiego wyobrazic sobie nawet w Tajlandii, no, moze, w Singapurze.

Wspomoglem nedznym groszem. Szkoda, ze nie ma zadnej informacji o tym centrum i inaczej jak przypadkiem sie na to turysta nie natknie.

Tyle ewangelii, wracam powoli do hotelu ogladac - nolens volens - zycie damsko-meskie, czyli mniej lub bardziej udane podrywy mieszkajacych ze mna Hiszpana i Zyda.

Amen

* - A propos, cytat z H. Kissingera (rozmowa z Nixonem) przed nalotem na zamieszkale Hanoi: "No, to ich powinno troche potrzasnac". Czytajac cokolwiek tegoz, bylo nie bylo, klasyka mysli politycznej, pamietajcie, kto to pisal. I nie przejmujcie sie specjalnie pokojowym Noblem dla Obamy, Kissinger i Nixon tez dostali...


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 08 sty 2013, 16:52 
Offline
II norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 17:51
Posty: 1513
Lokalizacja: ....
w Phonesavanh jest siedziba MAG, takie brytyjskiej organizacji, ktora tez zajmuje sie usuwanie niewypalow i pozostalosci po tych nalotach
zajrzyj koniecznie do nich, sa tam wykopane "skarby", takie duuze bomby itd
mozna wplacic im cos tez (10 USD a daja koszulke?)
nie wiem czy probowales ale ja po Laosie, znaczy jak bylem w jakism miescie czy to LB czy Phonesavahn czy Luang Namtha wypozyczalem rower, polecam

_________________
ciągle pamiętamy->śmietana szatana na twarzy banana

Ciepłemu bananowi kiełbasa między nogi
W bananie i śmietanie czarne wyobcowanie

<-- czyż on nie jest piękny....


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 14 sty 2013, 15:03 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
Ano jest, ino zamkla byla, gdy sie akurat do nich wybralem. :(


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 14 sty 2013, 15:15 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
No, minal prawie tydzien, wiec czas uzupelnic relacje. Wiekszosc czasu uplynela na transporcie, przez co wyjazd z tempa "Stawki wiekszej niz zycie" (Janek kombinuje bez przerwy, przewaznie z sukcesem) przeszedl do fazy przygod Stirlitza (nic sie nie dzieje, glowny bohater stoi lub siedzi i mysli). Na szczescie to juz przeszlosc. Do rzeczy.

09.-10.01. Luang Prabang - Sam Neua
Z rana wybralem sie na wycieczke do jaskini z buddami kolo Pak Ou. Na zdjeciach byla niezla, wiec zdecydowalem wlaczyc do programu, zwlaszcza, ze tak nudno mi od tego siedzenia, ze jestem gotow zaplacic by choc cos sie dzialo. Wycieczka wyszla niezle, bo lodz byla kryta (w LP jest zdecydowanie cieplej niz w gorach; poranek mocno chlodny, ale kolo 10 temperatura wzrasta do dwojki z przodu) a przewodnika nie bylo. Cisza, spokoj, nuda, ale lepiej niz w LP. Sama jaskinka, a wlasciwie dwie, niezle. Chuj ze swietosciami, czyli buddami, co je tam Laotanczycy postawili, sama w sobie jest ladna. Styl typowo laotanski, czyli w pionowej scianie grzbietu nad sama rzeka, przeswituje gola skala. Git. Powrot i czekanie na autobus. Dla pewnosci przychodze o 16 (mialem byc 16.30, a autobus 17.30), bo w sumie wsio ryba, czy siedze na PKSie czy w hotelu.

O 20.45 przyjezdza zdezelowany, jak miazdzaca tu wiekszosc, autobus, laduje mnie i jedziemy. Siedzenia nieopuszczane, ale nic to, i tak siedze na kole, wiec reszta to juz mala roznica. A jednak, po chwili, sie reflektuje - kierowca robi roznice. W koncu to Azja - po 1/2h jazdy z glosnikow zaczyna leciec jakies pokurwione laotanskie pop-dicho. Nie przestalo przez noc.

Podroz zaczyna przyprawiac mnie o ataki szalu, bo wydluza sie znacznie. Po 18h jazdy laduje w Sam Neua i jest juz za pozno na cokolwiek poza ulokowaniem sie w hotelu. Autobusy do wsi 30km dalej jezdza mianowicie raz dziennie. Autobus dalekobiezny jedzie rowniez tylko raz dziennie o swicie, wiec musze wziac 2 noclegi. Na szczescie jest pare watow, dwa pomniki wojenne i jeden niepodleglosci (chyba) i informacja turystyczna (pod wzgledem wystepowania, jakosci angielskiego i jakosci folderow Laos bije na glowe wszystkie kraje regionu i nie tylko). Temperatura mocno spadla - kilka stopni na plusie.


Ostatnio zmieniony 14 sty 2013, 16:11 przez Jasiek, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 86 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group