Dzisiaj jest 19 lis 2017, 21:45

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 86 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna
Autor Wiadomość
PostZamieszczono: 14 sty 2013, 16:08 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
11.-12.01. Sam Neua - Vieng Xai - Sam Neua - Phonsavanh

No wiec wstaje przed switem i lece 3km na dworzec na ten jeden jedyny srodek transportu. Jest to ciezarowka, czyli shared truck - jak w Tajlandii i Mjanmie, a jedzie sie nia 45min. We wsi docelowej o 9 rusza tour po jaskiniach po angielsku, co trwa 3h. Kolejny o 13.30 (i nie ma jak wrocic do SN). Dojezdzam za 10, w biurze jaskin jestem punktualnie, ale to niewazne, bo wycieczka juz pojechala! Jak to, kurwa wasza mac? A tak to! Przyjechala grupa Francuzow wlasnym wozem, czekali do jakichs za 10 i uznali, ze nikt juz nie przyjdzie. A wiec mam zaplacic 6EUR za ture i dolaczyc do nich po 1. z 3 czesci, a co wiecej, robia skrocona wersje, bo prosto jada do Wietnamu. Chuj, cos sie wymysli, place.

Bylo jeszcze sporo zamieszania, ale jedna czesc zwiedzilem z "przewodniczka" i wcale niezlym audioguide'em a dwie pozostale samemu. Sceneria jak caly polnocny Laos, czyli strome, zieeeeeeew, zalesione gory, liczne przeswitujace gole skaly wapienne i jaskinie. Wcale niezgorsze, choc - rzecz jasna - bez naciekow. W srodku mozna zobaczyc warunki, w jakich przebywal Pathet Lao, czyli ruch oporu przeciwko wojskom (i bombom) USA. Do tego sporo oryginalnego wyposazenia, jakies rzeczy osobiste plus relacje swiadkow. Naprawde ladne i ciekawe, wiec warto bylo pojechac, szkoda tylko, ze dla 3 godzin zwiedzania trzeba bylo poswiecic az 3 dni!!!

Kolejny dzien i kolejna pobudka o 5.30. Bez problemow bilet (juz gorzej bylo z wyjsciem z hotelu, ale szczesciem wczoraj obczailem, gdzie spi obsluga). Na dworcu, w szczerym zadupiu, jakim jest Sam Neua, kazdy autobus zapowiadany jest po laotansku i, swietnie zrozumialemu, angielsku!!! Bilet za 80.000LAK, co cieszy, bo przedwczoraj mowili na tym samym dworcu, ze 95tys. (moze oplata za przedsprzedaz? nie kupilem wtedy, bo przedsprzedaz dziala max dzien przed odjazdem). Maly posilek z torebki sticky rice oraz miejscowej kielby do zludzenia podobnej (w srodku 99% to ryz) do mojego pierwszego posilku w regionie z Chiang Mai. Smaczne. Jazda 8 godzin, na miejscu o 16 (po znalezieniu noclegu 17), wiec nie zdazam do informacji.

Phonsavan jest miastem nieciekawym. Male wprawdzie domki, ale wiekszosc klockowa, w tle gory, ale przed nimi jalowa rownina. Nic ciekawego poza centrum MAG (Mine Advisory Group) oraz podobnym UXO Survivor Centre. Ot, taka Syberia. Zimnawo, ale cieplej niz w Sam Neua. Dobrze, bo z nudow i zimna zaczynalem wiecej wydawac na zarcie.

Zamiast tego przebiezka na 2 dworce i powrot. Jakies 8km (co dobrze robi) i wiele wiem z travel agency. Wystarczylo nieco udac idiote. Jutro na Rownine Dzbanow (http://pl.wikipedia.org/wiki/R%C3%B3wnina_Dzban%C3%B3w) i wreszcie sie jakos ruszyc. Naprawde, widoki nie robia juz na mnie zadnego wrazenia, a powolnych podrozy starczy mi na 2 lata do przodu. Piwo, wszechobecne w regionie pringels i kima.

Jutrzejszy plan caly czas powstaje, bo z transportem lokalnym kiepsko, a rzeczy rozproszone z tym ze niewiele nowego poza tymi dzbanami. Jedyne co pewne, to ze chce jechac nocnym albo przynajmniej po ciemku, by nie dorzucic 6-go dnia do smieci (jeden do LP, 2 w LP, 2 na dojazd w te i nazad do Sam Neua, juz nie liczmy do bolu nudnej polowy dnia po powrocie do SN z Vieng Xai).

Skoro bylo sporo czasu na przemyslenia, to wymienmy choc kilka:

1. Dla przyszlych odwiedzajacych. Caly ten region jest po prostu latwy. Jesli nie boli Cie oplata kilku-kikunastu euro dziennie wiecej, to w kazde miejsce doprowadza Cie za raczke. Jesli szukacie kraju dzikiego - nie jedzcie tu; zupelna geriatria.

2. W porownaniu z innymi krajami regionu - wszedzie gory, przez co wolny transport; jakosc nawierzchni fatalna, tabor publiczny zdezelowany i zapakowany po brzegi. Budownictwo bardziej tradycyjne - sa klocki, ale prawie caly kraj jednokondygnacyjny a zreszta prawie wszystko drewniane na palach (podobnie w formie do Tajlandii). Po drodze do Sam Neua widzialem wiele domow krytych strzecha, chyba po raz pierwszy w regionie. Czesto mosty (dla wszystkiego poza ciezarowkami) sa z drewna i maja tylko filary z betonu. Kladki dla pieszych zawsze z drewna, wiszace, wiec chybotliwe. Cos w stylu kladki przez San z Witrylowa do Ulucza.

3. Tam, gdzie wiecej i gesciej gor, pizdzi przez caly dzien (kilka do malych nastu stopni). W powietrzu wilgoc, jak u nas podczas przedzimia.

4. Kulinarnie bez szalu. Co na ulicy, to male rzeczy (jak w Tajlandii) z rusztu, zupa z makaronem, rzadziej ryz z dodatkami (raczej podroby niz mieso w tych "curry"). Ryz jest zawsze mocno sticky, co tlumaczy, czemu w Laosie lyzek uzywaja tylko do zupy (u Tajow i w Mjanmie normalnie nia jedli drugie dania). W restauracjach duzy wybor, ale mniej wiecej to samo, co u nas na Rakowieckiej, tyle ze mniej i drozej.

5. Miejscowa ludnosc rzadziej grywa w backgammona, czesciej w boule. Jednak Francuzi do czegos im sie przydali.

6. Nigdzie (z wyjatkiem ultraturystycznych kilku ulic LP i Wientianu oraz calego z innej bajki Vang Vieng) nie ma naciagaczy i nikt Cie generalnie nie zaczepia. Jak idziesz po ulicy, z rzadka uslyszysz "sabaidee" (dzien dobry), glownie ze strony dzieci. Nigdzie nie widac meneli ani chuliganstwa, nikt Cie nie zaczepia, nie slyszalem, by kogokolwiek okradli, dupy nie zawracaja a patrza na Ciebie w sumie jak na obcego, ale bez zawisci czy zbytniej ciekawosci (chyba ze trafisz w naprawde offowe miejsce - wtedy lampia sie jak na bialego jednorozca). Czyli, poza malym ruchem i wolniejszym tempem zycia, kolejny plus na odpoczecie.

7. Sklepiki wszedzie (poza wspomnianymi strefami turystycznymi) male. Bardzo rzadko chleb tostowy, poza nim raczej nie idzie sie wyzywic samemu. W rzadkich minimarketach drozej niz w malych sklepach - bo w miejscach turystycznych, poza tymiz nie ma. Kroluja poza tym (w takich samych niezabudowanych od frontu wnekach budynkow) uslugi naprawy aut (oczywiscie) i fryzjer (moda z Korei tez tu juz, niestety, trafia).

Koncze na dzis. 13. stycznia, o ktorym mialem wlasnie pisac, byl dla mnie dniem wspanialym i chcialem go jakos na wesolo, a przynajmniej bardzo pozytywnie opisac. Niestety, o czym sie wlasnie dowiedzialem, nie byl tak wspanialy dla wszystkich. Chwilowo nie mam sily na radosne opisy, wiec reszta relacji musi poczekac.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 15 sty 2013, 12:53 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
13.01. Phonsavanh - Muang Khoun - Rownina Dzbanow (site 1) - Phonsavanh -

No to kolejna z rzedu poranna pobudka. Planowanie wciaz w toku, bo w okolicy sa:
- 3 miejsca na rowninie dzbanow; na szczescie - dzieki gosciowi z agencji oraz przewodnikom - pewien jestem, ze zobaczenie jednego miejsca wystarczy; na szczescie, bo jedno jest 6km od Ph., reszta ponad 30 po drodze, na ktorej autobusy nie kursuja
- stara stolica, 30km od Ph.; niejako dalej na poludnie od skretu na Rownine D. - cos podobno jezdzi, ale nie wiadomo kiedy.
- jakies wioski i inne chuje muje

Mam zagospodarowac caly dzien, ale zaczynam od najblizszego miejsca, tzn. od Rowniny. Niby najlogiczniej podjechac te 30km do starej stolicy i potem wracac chocby z kapcia, ale jakby mnie tam udupilo to strace najwazniejsze miejsce. Autobus dalej jest o 16:30 i nie wiadomo, ile jedzie. Wersje: 6 godzin, 7 godzin, bedzie miedzy 24 a 1 w nocy. Sa 2 pozniejsze, ale z ww. powodow celuje w ten. Podobno w Vang Vieng, gdzie jade potem, hostele czynne sa 24/7.

Tak przemyslawszy zostawiam garba na PKSie i, majac juz 5km w nogach, opuszczam miasto w kierunku poludniowym. Traf jednak chcial, ze na poboczu stoi autobus, wolaja mnie ludzie i okazuje sie, ze jedzie do tej starej stolicy. Coz, darowanemu koniowi... W ten oto sposob najdalszy punkt programu osiagam o 8:30! Na miejscu okazuje sie, ze stara stolica, Muang Khoun, to dzis nieduza wies. Na dodatek wszystkie 3 miejsca (stare stupy), o ktorych slyszalem znajduje w pol godziny. Jeszcze czwarte, 500m dalej. No to mam wszystko, co chcialem i moge spokojnie wracac. Korzystajac z porzadnych dwujezycznych oznaczen skretow do roznych miejsc ciekawych wydluzam pobyt w MK o wizyte w wiosce po drugiej stronie rzeki. Jest ona "handicraft village", ale na miejscu wiecej osob spodziewa sie hiszpanskiej inkwizycji niz odwiedzin bialasa, wiec pelen foklor. Zaczynam powrot w kierunku Ph. i o 10, po 10min lapania, mam stopa! Co wiecej, prowadzi mnie sympatyczny gosc calkiem niezle (jak na te czesc swiata - fenomenalnie) gadajacy po angielsku i rosyjsku. 25km mija szybko podczas rozmowy o Polsce, Laosie, polityce, dupie marynie itd. Na odchodne dostaje jeszcze paczke krakersow. Po prostu szczyt szczescia, wszystko wychodzi! 2,5km w bok do Plain of Jars site 1, oglad, powrot i 5km do Phonsavanh.

Plain of Jars robi wrazenie. Nie ma sensu sie rozpisywac, jak otworzyliscie linka lub wygooglaliscie, to wiecie, o co kaman. W Ph. jestem przed 14, wiec odwiedzam informacje turystyczna. Laska, co tam pracuje, tez niezle gada po angielsku, wiec wypytuje mnie o szczegoly mojego pobytu w Laosie. Ma chyba rzadko okazje pogadac, bo jesli ktos nie idzie z centrum turystycznego miasta do Rowniny na piechte, w dodatku przez lezacy jeszcze bardziej z boku dworzec autobusowy, nigdy tu nie ma po drodze.

Wychodze i, korzystajac z czasu, probuje jeszcze znalezc net. Nie udalo sie (jedyna int.cafe zamkla), wiec wpadam na chwile do UXO Survivers Centre (zdjecia, komentarze, film olalem, bo mam dosc po wizycie w UXOLao w LP) i na dobitke nog - 4km na dworzec autobusowy. Autobus odjezdza planowo i jedzie nawet malownicza trasa, ale po tylu malowniczych i dlugich podrozach w Laosie nie robi to na mnie juz najmniejszego wrazenia. W Vang Vieng laduje po polnocy. Wlasciciel hostelu (polecany przez Polakow spotkanych w LP) cichaczem oferuje opium :D, z ktorego ongi slynela ta okolica. Nowosc, do tej pory probowano mi sprzedac tylko ziolo lub hasz (to drugie w Wietnamie).

VV dzis slynie z kilku rzeczy - po pierwsze, jak caly Laos jest raczej pruderyjny, to VV jest mekka mlodych i nieco starszych turystow z krajow zachodnich, ktorzy przyjezdzaja tu glownie na "tubing", czyli splyw Mekongiem w oponie po spozyciu kilku glebszych wzglednie na samo spozycie w towarzystwie przewazajaco bialym. Poza tym sporo innych group activities. Mnie z kolei interesuja jaskinie w okolicy. Spotkani w LP Polacy podali mi kilka pozytecznych informacji. O polnocy, co jest maksimum w Laosie i zdarza sie prawie tylko w miejscach turystycznych, powoli zamykaja sie knajpy a na ulicach widac pijane niedobitki plecakowcow a.k.a. party people.

PS. Chyba na dobre, t.j. do powrotu do Polski zostawilem za soba miejsca o temperaturze ponizej 15 stopni w nocy a 20 w dzien.

PS2. Siedziba MAG, gdy wrocilem od dzbankow, akurat byla zamknieta.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 15 sty 2013, 13:17 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
14.01. - Vang Vieng - Wientian

Pobudka bardzo wczesna, mimo pojscia spac o 1 w nocy. Mialem budzik na 6.30, ale wracajacy z chlania w stanie upierdolenia rownego Angole po 20tce obudzili wszystko, co zylo o 6.

Za rada Polakow mam odwiedzic jaskinie Tam Phoukham 6km od miasta, wiec od tego zaczynam. Idzie sie ladnie, przez wsie i platny most (4000LAK), by dotrzec do jaskini po 1,5h. Sceneria piekna - VV jest polozone w kotlinie otoczonej stromymi skalami (tak, tak jak wszedzie, ale wyrastaja z duzego, plaskiego placka). Jaskinia faktycznie niczego sobie - sporo naciekow (duzo grubsze niz w naszych) i co nieco kombinowania, jak zejsc dalej. Za rada Polakow mialem swoja czolowke, na miejsu wypozyczenie w cenie rownej cenie biletu, czyli 10.000LAK.

W okolicy jest ponad 20 roznych jaskin, wiec wrociwszy do VV zahaczam o turinform z pytaniem, gdzie warto. Bol w tym, ze te, co Polacy polecili, sa 14km od VV a jest juz 11. Do Wientianu jedzie sie lokalnym autobusem, podobno 5h, wiec chcialbym wyjechac najpozniej o 16. Facet mnie pociesza - jaskinia tuz obok miasta, o ktorej Polacy mowili, ze nic specjalnego, dla niego jest najfajniejsza. Wiec reszte dnia spedzam na spacerze wlasnie do niej oraz rundce po VV z rzutem oka na tutejsze kilka watow. Jaskinia spoko, ale rozumiem zawod moich doradcow - sa oni raczej milosnikami dzikiej natury, wiec nawet ladniejsze nacieki nie mogly przypasc im do gustu, skoro strop jaskini jest nieco zabetonowany, w srodku mnostwo zarowek w kilku kolorach a do wejscia prowadza rowne betonowe schody (w T.Phoukham wlazilo sie po nawierzchni naturalnej, przez co zejscie z jaskini bylo trudniejsze niz ekwilibrystyka w srodku),

Polowa VV to "tourist village". czyli w kazdej chacie restauracja, inna knajpa, guesthouse, masaz, wypozyczalnia srodkow lokomocji lub, co ciekawe, minimarket z artykulami stricte imprezowymi. Kilka godzin w tym miescie to i tak duzo, bo piekne polozenie psuja tlumy imprezowiczow i "pozytywnych" (czytaj: pochlac, poflirtowac i moze wykupic jakis orgenajzd tur).

Jade juz o 14 i to najbardziej rozklekotanym rzechem, jakiego widzialem nie tylko w Laosie, ale w calym regionie. O dziwo, korzystajac z niezlej drogi, cala trase pokonujemy w 3,5h, czyli w tyle co dwa razy drozszy VIP bus. Sam autobus pochodzi z pomocy japonskiej z lat 1988/89 i poczatkowo jezdzil jako miejski po Wientianie.

Stolica w centrum robi sie jakos wiekszomiejska (ale nie wielko-, zreszta - ma tylko 200tys. ludzi), ale i tak w miare spokojnie. Moj hostel jest w takim minigetcie turystycznym (2x3 uliczki), ale pomijajac tlumy bialasow jest raczej malowniczo. Gorsze, ze ludzie w tym minigetcie troche zwietnamczeli ("buy from me", "ciulanie" dodatkowych oplat jak w tanich liniach, ceny nieco wyzsze). No nic, jest niezle. Robie pranie, znajduje inna marke laotanskiego piwa i to za 8.000 (!) i ide spac. Jako ze nie moge zasnac, przed polnoca wale jeszcze jedno - na rogu, gdzie przez caly dzien stali tuktukarze, teraz kreci sie jakies 10 szt. umalowanych i szczuplych bo szczuplych meskich kurew (sznapsbarytonem "I am woman"). Co ciekawe, policja nie reaguje na ich pobyt. Moze ruchanie homo dopuszczaja? Damsko - meski interracial z udzialem Laotanki dozwolony jest w kazdym razie tylko po slubie. Z drugiej strony - moze po prostu policja czeka, az kto sie z godzi? Prowokacje narkotykowe maja podobno w tej okolicy miejsce co dzien i koncza sie ponad milionem kipow lapowki.

Nie rozumiem za bardzo bialych 20latkow - tak, ziolo jest fajne, ale czy naprawde trzeba je palic na kazdej lub co drugiej imprezie (czyt. codziennie lub co 2. dzien) w kraju, gdzie za samo posiadanie jest dlugie wiezienie a za twardsze - kara smierci? "Bedziemy cool na pewno, a prawie na pewno nic sie nie stanie"?

PS. Cos mnie po powrocie z T.Poikham stopa boli a i wczorajsze skarpety jakies dziwnie ciemne byly... Grzyba jakiegos tu dostalem? Nie! Moje swiezo nabyte przed wyjazdem buty (Mc Kinley, sklep ujawnie jesli mi nie oddadza kasy) maja dziure na wylot w podeszwie!!! :D Na cale szczescie kupilem niejako na zapas nowe w Wietnamie.


Ostatnio zmieniony 15 sty 2013, 13:46 przez Jasiek, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 15 sty 2013, 13:25 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
15.01. Wientian

Poprzednie posty byly dlugie, wiec ten skroce. W dzien przeszedlem w zasadzie cale miasto, obejrzalem kilkanascie watow, kilka budowli reprezentacyjnych i sporo innych rzeczy. Dodatkowo zdazylem podjechac (linia miejska, tabor tez z pomocy japonskiej, ale z ostatnich lat) w okolice Mostu Przyjazni Taj-Lao (sam most jak most, nic ciekawego), by zobaczyc Buddha Park, czyli poletko, na ktorym stoi mnostwo dosc starych na oko pomnikow Buddy i bostw hinduskich (dla googlaczy - Xieng Khuan). Fajne miejsce, choc jedzie sie tam dosc dlugo. Na powrocie z parku do mostu lapie najmlodszego stopa w zyciu - 2 sympatycznych malolatow (na oko 12l.) podwozi mnie na motorze. Mile, wesole, szybkie i sympatyczne. Temperatura dzis blizej 30 stopni, wiec jestem nieco zmachany. Jeszcze kurs na PKS, gdzie sie dowiaduje, ze moj jutrzejszy autobus w kierunku jaskin KongLor jedzie o 5, 6 lub 7 rano z dworca jakies 8km od miejsca, gdzie spie, a komunikacja miejska jezdzi od 6.30. Trzeba bedzie poglowkowac, tuktuk powinien kosztowac 20.000, czyli 2/5 podanej mi w informacji ceny biletu do jaskin (ponad 250km). Miasto naprawde ladne, spokojne i (nie liczac zigolakow oraz obslugi hostelu - odradzam "Vientiane Backpackers", gdyby kto jechal) nie meczace. Od jutra zaczynam poludniowa czesc kraju.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 18 sty 2013, 15:18 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
16.01. Wientian - Tham Kong Lor

GH - guest house

Z roznych wariantow na przedostanie sie do jaskin Kong Lor (a.k.a. Konglor, Kong Lo) wybralem w zasadzie najdrozszy - dojazd autobusem z przesiadka, do tego przejazd tuktukiem-taksowka na dworzec oddalony o 8km od centrum. Na zaden z 3 porannych autobusow nie zdazylbym komunikacja miejska (jezdzi od 6:30), a jak bym pojechal jedynym bezposrednim o 10, to bym prawdopodobnie nie zdazyl do jaskini. Postanowiwszy uczynil i mimo superfarta z przesiadkami jestem przed wejsciem do jaskini na goszine przed zamknieciem. Na szczescie udalo sie podczepic pod pare Angoli, bo sam wstep pol euro plus 0,2EUR oplaty za wejscie na teren, ale lodka trzyosobowa kosztuje - bez wzgledu na liczbe pasazerow - 10 jurkow.

Jaskinia zajebista - jak zwykle odsylam do google. Zwiedzanie jest glownie lodkowe (na pieszo jeno 200m) i trwa 3h z 15minutowa przerwa. Po zrobieniu, co trzeba, zaczynam myslec, co dalej. Ban Kong Lor, wies 1km od jaskini jest wprawdzie polozona przeslicznie: placek jakies 2x3km a dookola owal pionowych skal z jednym wylotem. Ladnie, ale nie ma co robic. Pamietajac, ze przewaznie autobusy jezdza z ranca, chetnie bym sie wydostal do glowniejszej drogi, ale o tej porze, to se moge pomarzyc. Z braku laku trzeba zostac. We wsi, samej w sobie ladnej zreszta, jest kilka pensjonatow, ale wszedzie albo zajete, albo drogawo. Wreszcie znajduje nieco zapomniany GH, gdzie spie za 50tys.LAK z dwoma posilkami. Strzal w dziesiatke - stoi toto ledwie z boku drogi, ale mam prawdziwy, nie cepeliowy, etno-Laos pod nosem. Czesc wioski nie przy samej drodze wygladala zapewne tak samo kilkadziesiat lat temu. Do tego posilki spozywam w domu gospodarza z widokiem na glowna izbe, gdzie on z rodzina robia, co maja do zrobienia. Posilek obfity. Jest w deche.

17.01. Ban Kong Lor - ... - Savannakhet - Pakse

Jedyny problem z korzystaniem (nawet odplatnym) z gosciny tubylca jest to, ze ciezko mu wytlumaczyc, ze ma sie np. autobus. Ja na przyklad mialem autobus o 7 rano, o czym mowilem mu 3 razy, ale i tak musialem przerwac sniadanie, zeby go zlapac. Podroz mocno ciekawa - kupilem (podobnie jak reszta bialasow) bilet w 1. autobusie az do Savannakhet, a tu w pol drogi zmiana tabliczki autobusu i mamy sie przesiasc. No, ladnie. Nawet jesli to byla cena za pol drogi i zaraz zaplacimy za drugie pol, to bedzie prawie dwa razy drozej! Kurwa!

Ale nie! Niespodzianka - bilet zakupiony w pierwszym autobusie (jakis nieczytelny laotanski makaron na wydrukowanych pustych rubryczkach) wazny jest na kolejny i nawet na tuktuka, ktorym podjezdzamy ostatnie 25km. Nikt nie chce dodatkowej kasy. Bajzel, ale jednak uczciwy, jak malo gdzie. Odcinek Vang Kham - Tha Khaek (jesli to kogo obchodzi) jade pierwszym w miare nowym (wysoki, dwoje drzwi, pierwsza klima) autokarem, jaki widze w tym kraju.

O Savannakhet moj stracony LP pisal, ze tu po prostu jest ladnie - ogol zabudowy, nie jakies konkretne miejsce. Turinformy w Laosie z kolei wspominaja o jakichs dinosach. Oblazlem z garbem (bo nigdzie w centrum nie moglem znalezcc w miare taniego noclegu) calosc w godzine. Nic ciekawego. Ale, kurwa, absolutnie nic! Miejscowosc klasy Tolkmicka - jeden ladny plac i tyle. W muzeum dinosow biednie i malo, a jedyne ciekawe to to, ze na zapleczu akurat obrabiali jakas skamieline. Mam 17.30 i zaraz bedzie ciemno - ale po co tu tkwic? Idac w kierunku dworca PKS odwiedzam kolejnych kilka GH - wszystkie pelne lub mocno drogie. Na dworcu jednak jest jeszcze PKS do Pakse (4h), ktorym o 18 jade. Nic specjalnego po drodze, nie liczac dania z mielonego miesa zawinietego w kilka lisci (chyba papai) z dodatkiem sosu rybnego). 22:30 na miejscu, podjazd tuktukiem (w 2 os., bo jeszcze laska z Francji) i godzina szukania noclegu. Tu, podobnie jak w Savannakhet, wiele zamkneli a w dodatku jest jakas impreza (o 23 bawi sie juz tylko 20 osob, z czego polowa to obsluga), przez ktora prawie wszystko zajete. Wreszcie, tuz przed 24, znajdujemy GH i to za normalna cene. Uff!

18.01. Pakse - Bolaven Plateau - Pakse

Pakse zwiedzac nigdy nie mialem zamiaru, a sam przyjazd tutaj uwarunkowany jest jedynie logistyka - polaczenia do UNESCOwych Champasaka i okolic oraz, ewentualnie jak sie da, Bolaven Plateau. Wczoraj nie bylo kogo spytac (czynna recepcja oferuje bilety, ale nie na lokalne), a wg LP (z powrotem Lonely Planet, nie Luang Prabang) kolezanki Francuzki mam pierwszy autobus do BP o 8. No to pobudka o 7 (spac poszlismy o 2, ale - wbrew pozorom - pobudka o 7 nie byla moim pomyslem), tuktuk na dworzec wlasciwy (8km od centrum) po normalnej juz cenie 10.000LAK i wprost wjezdzam na odjezdzajacy autobus. Zaladowalem sie, co nie bylo proste, bo w autobusie nie ma miejsc stojacych - tzn. wlezie ile wlezie, ale kazdy jakos przycupnie, przez co of kors zajmuje wiecej miejsca niz gdyby stal. 2h15 jazdy do wodospadow Tad Lo (2km od nich) z krotkimi przerwami.

Tu juz okolica wyglada inaczej. Od wyjazd z Ban Konglor wszelkie gory gdzie na linii horyzontu, plasko. Bolaven Plateau jest ciut inne, choc jak na Laos dalej plasko. Wystaja natomiast niewielkie grzbiety gorskie, gdzie jest sporo wodospadow i jaskin. Wodospady szerokie acz niskie, jaskinie przecietne, ale calosc ladna. Wiele osob przyjezdza ogladac village life, bo w okolicy jest sporo wiosek w stylu Ban Konglor, ale tam, gdzie jezdza grupy cepelia - wszyscy (tylko w wioskach turystycznych) - w strojach ludowych a swiatynia odmalowana. No wlasnie, poza 3 niebrzydkimi wodospadami widzialem dzis dwie wioski zamieszkane przez to wlasnie wyznanie. O wodospadach - ladne, ciekawe z racji wspomnianego wygladu - moze byc. co do wiosek, to z poczatku bylem przekonany, ze nic specjalnego - wioska jak wioska, a rzeczonego animizmu nie widac, o ile nie wykupi sie wycieczki (w programie faktycznie obrzad animistyczny, o ile wezmiecie wersje z noclegiem, jednodniowka 15EUR, nie pytalem dalej). Okazuje sie, ze jednak jest cos ciekawego - wioska (nie liczac kilku domow przy drodze) ustawiona w okrag, a na srodku duzy plac z prowizorycznym budynkiem bedacym wlasnie rzeczona swiatynia. Raz na jakis czas (nie liczac pokazu dla bialasow) odbywaja sie tam obrzedy a sama budowla jest porysowana na bialo w jakies motywy a'la kwiatowe. W turystycznej swiatynka byla poza tym pomalowana na ciemnorozowo (tlo do motywow), w nieturystycznych juz tego nie bylo. Poza tym - troche buszowania w polu szukajac sciechy od wodospadu do wodospadu przez 2 wsie, stop zlapany po godzinie proby do samego Pakse z lekkoanglojezycznym lokalsem zakonczony obkupieniem sie w zarcie w supermarkecie. Po drodze jeszcze za 5000LAK mala porcja owocow morza z warzywami (bdb!). W moim GH jest darmowy net i nowiutkie krzeslo obrotowe. Nowe buty z Wietnamu, poki co, swietne i niezle oddychajace. Chyba wszystko.

Powoli konczy sie moj pobyt w Laosie, pewnie pojutrze wyjade (o ile wpuszcza do Kambodzy). Kraj biedny, ale przez to ladnie drewniany. Drogi w wiekszosci asfaltowe, wiec podrozowanie nie jest takim wyzwaniem jak jeszcze kilka lat temu. Ludzie wspaniali, nie liczac prob lapania stopa (choc cos sie dalo). Spedze tu w sumie ponad 2 tygodnie, z czego 2 dni przymusowej nudy. Zwiedzania malo, przyroda glownie z okien = gdyby mieli normalne nocne autobusy, to zaoszczedzilbym sporo nerwow i z trzy dodatkowe dni. Ogolnie - piekny kraj bez specjalnie powalajacych atrakcji (nie liczac ogolnego "zagorzenia" i jaskin Kong Lor) ale z dwoma ladnymi miastami i niezliczona iloscia pieknych widokow. Miejscowosci w stylu syberyjskim - parterowedrewniane domy (choc tu czesciej na palach) i parterowe betonowe klocki a dookola jak nie wysokie gory, to zupelny placek. Wspaniala organizacja turystyki (siec biur informacji tur., sporo profesjonalnych i ciekawych folderkow, wszedzie porozwieszane instrukcje zachowania w miejscach swiatynnych i nie tylko - jak w Tajlandii z podkresleniem zakazu dragow i, podkreslenie moje, prosba o nierozdawanie cukierkow i pieniedzy dzieciom. Tzw. ekoturystyka na wysokim poziomie - przewodnicy faktycznie z odwiedzanych wsi, pilnowanie liczebnosci grup i zwiedzajacych. Jedyny problem to, pewnie glownie przez UXO, cholernie malo mozliwosci polazenia po gorach. Kolejny kraj lekki - wszystkiego latwo sie dowiesz, do kazdej atrakcji mozesz wykupic wycieczke z np. Wientianu; na zrealizowanie programu full, podobnie jak np. w Wietnamie, mozecie wziac ze soba rodzicow czy dziadkow. Pospieszcie sie jednak, bo za kilka lat bedzie to pewnie juz bardziej Wietnam.

Jutro, jak dotre na Si Phan Don (czyli 4000 wysp), relacji raczej nie bedzie z braku netu, wiec trzymajcie kciuki, zeby wlepili mi gdzies te kambodzanska wize:)

Do przeczytania!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 20 sty 2013, 13:38 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
19.01. Pakse - Champasak - Don Det - Don Khon

Dzien obfity we wrazenia. Na poczatku negatywne. Rano olalem busa spod hostelu do Champasak i poszedlem na 8 na "jakis dworzec za 2km". Po dojsciu do tuktukow okazuje sie, ze to jednak nie tu, a podjazd na dworzec za 10tys. Stargowalem do 5tys. i jade zadowolony myslac, ze to ten dworzec z wczoraj. Moje zdziwienie (w koncu to nie Wietnam, tam bym sie tego nawet spodziewal) przekracza wszelkie granice, gdy sie okazuje, ze rzeczony dworzec jest 100m dalej. Po polsku z angielskimi wstawkami tlumacze panu kierowcy, dlaczego mu jednak nie zaplace. Numer byl szyty tak grubymi nicmi, ze on nawet nie nalega. :) Gorsza sprawa, ze shared truck do Champasaka ma byc dopiero o 10 i to za 20.000. Pierdole, nie bede tracil 2 godzin. Wychodze za centrum, za miasto i za darmo wywozi wlasciciel shared trucka po pracy! No dobra, cos sie da. Po 20min lapania jade za darmo, wraz z 2 kozami, prosto do Champasak. Ale to jeszcze nie koniec farta. Jedyna atrakcja Champasaka (czyli 5 wsi polaczonych wspolna droga i nazwa) to Wat Phu 8km na poludnie, wiec lapie dalej. Po paru minutach zatrzymuje tuktuka ze zorganizowana wycieczka Francuzow z wlasnym przewodnikiem, ktorzy nie maja nic przeciw temu bym za darmo do nich dolaczyl (rowniez na zwiedzanie i na lunch, z ktorego przyszlo zrezygnowac). Naprawde, w Azji i nie tylko jest to najbardziej pomocna nacja i juz mysle nad rewanzem (jak sie uda, to opowiem).

Swiatynka ciekawa, polozona na kilku hektarach. Zwiedzanie w grupie sie wlecze, a upal od czasu wyjazdu z Wietnamu wzrasta z kazdym kilometrem na poludnie. No nic, wazne, ladne, odhaczone. Z Francuzami do Champasaka, 1/2h szukania promu (w te jechalem nowa droga po zach stronie Mekongu, teraz trzeba sie dostac na wschodnia do gl. drogi na poludnie). Jest prom. Na promie z kolei 2 grupy turystow - Niemcy sie zgadzaja (pytalem tylko o 3km dojazdu do drogi) a zoltek (chyba Tajowie) weszy interes i po nieco zawyzonej cenie oferuje podwozke ponad 100km na sam prom. Czas mija, na drodze na autobus sobie sporo poczekam (wg dostepnych danych - do wieczora), wiec sie zgadzam. We wsi "promowej" informacja oczywiscie zamknieta, bo weekend, ale prom jest. W ten oto sposob o 16 laduje na Don Det.

Don Det i Don Khon to 2 wyspy polaczone francuskim mostem, ongi kolejowym. Jest to wprawdzie tylko 1/2000 Si Phan Don, czyli 4000 wysp, ale chyba ich kwintesencja. Z polnocy na poludnie obie maja razem 8km, co mozna pokonac piaszczysto-zwirowa droga na wybrzezu lub takaz droga przez srodek (dawny nasyp kolejowy). Ide nad brzegiem Mekongu i po ok.500m wioski turystycznej (wiecie juz, jakie uslugi, tyle fajnie, ze w drewnianych domkach) dochodze do strefy mieszanej - dalej zielono i malowniczo, ale juz wiecej chat stalych mieszkancow (z zywym inwentarzem itd.). No dobra, streszczam.

Wyspy sa tak zajebiste, ze szok. Cisza i spokoj, zielen palmowo - drzewna, ladne chatki. No ok, jest sporo strefy turystycznej, ale fakt, ze Laotanczycy tam faktycznie mieszkaja a nie tylko pracuja mocno to niweluje. Polecam wyguglac! Moze i jest duzo bialasow, ale - dla mnie - to miejsce bije takie Ko Phi Phi na leb, na szyje i po jajach. Spie kolo mostu, bo z rana chce ruszyc na samo poludnie na delfiny. Kolejny spoko dzien. Z ciekawostek - za wstep na Don Khon pobierana jest oplata 25.000 (15.000 od lokalsow).

20.01. Don Khon - Don Det - wodospady Khon PhaPheng - Stung Treng

Budze sie w takiej oto malowniczej scenerii o 6 rano, dzieki czemu widzialem zarowno zachod, jak i wschod na wyspie. Oba do polecenia. Lodki z poludnia wyspy do delfinow plywaja pono od 8, wiec jeszcze szybki skok do starej francuskiej lokomotywy* i dalejze na poludnie. Melduje sie o 7, ale poza kilkoma lokalsami (lodkarze i knajpiarze) nikogo nie ma. Lodzie 3-osobowe po 90.000 za sztuke, czyli 30.000 od czaszki przy pelnej. Jestem sam, a ponizej 60.000 nie schodza, wiec po 45 minutach czekania w samotnosci turystycznej wracam. Delfiny poogladam gdzie indziej (w Kambodzy tez jest szansa, choc trzeba robic dodatkowy przystanek), a szczerze mowiac - w upale nie mam ochoty na godzine 15 na otwartym sloncu, z czego 20min ogladanie delfinow. Wracajac zachodze do wodospadow na wyspie - calkiem, calkiem, styl laotanski, czyli szersze niz wyzsze, ale w koncu sa na odnodze Mekongu, wiec czego sie spodziewac?

Wracam do G.H., biore garba i ide 4km z powrotem na prom na Don Det. Niestety, okazuje sie, ze plynie dopiero o 11, czyli za 1h15. No nic, siadam, pierwszy raz od ponad miecha smaruje sie kremem, bo slonce az pali i susze sandaly swiezo myte z ton piachu. Ni stad, ni z owad po pol godziny ktos, kto wykupil pakiet lodka plus autobus - plynie, wiec sie zabieram po cenie biletu. Tak sie tym ucieszylem, ze zostawilem sandaly na plazy (akurat mialem zmieniac buty, sandaly sie suszyly). Zorientowalem sie dopiero w lodzi, wiec musialbym specjalnie wracac za minimum 4EUR, co wobec zuzycia sandalow potrajalo by ich wartosc.

Z lzejszym wobec tego plecakiem, z braku normalnego transportu, biore mototaksi za 20.000 14km do wodospadow PhaPheng. Sa one najwieksze (liczac przeplyw wody) w calej Azji SE i faktycznie robia wieksze wrazenie niz te na Don Khon. 2km z powrotem do drogi glownej i przede mna 10km do granicy. Malo co jedzie, zreszta glownie drogie bialas-busy, co nie biora stopowiczow. Po jakims kilometrze lapie tuktuka z 2 bialasami, ktorym dojezdzam na granice. Oni chyba jechali od promu, bo placili 50K od osoby, ode mnie szofer chcial jedyne 20 (no, niech bedzie, i tak dosc drogo, zwlaszcza, ze kurs i tak robil). Teraz - byle puscili. Nie mam zadnej wolnej kartki w paszporcie (nie liczac "dzieci" i "ograniczen waznosci". Jak nie puszcza, to jestem w dupie, bo laotanczycy mi skasuja wize (drugiej laotanskiej tak samo nie mam jak wkleic). Zakladam spora lapowe - wprawdzie to nie byly Zwiazek i korupcja w tym regionie jest zalosna namiastka tego, co w Rosji i -stanach, ale dodatkowe 20USD to jak w morde strzelil. No, ale coz - jakos trzeba czas zagospodarowac, 2 tygodnie skakania od swiatyni do swiatyni (przyrody raczej nie bedzie, sytuacja jak w Laosie, tyle ze jeszcze mniej dostepnych miejsc) czas zaczac lub parafrazujac klasykow - He had a job to do walking to Cambodia.

klasyk nr 1: http://www.youtube.com/watch?v=FIvSdnDrpg8
klasyk nr 2: http://www.youtube.com/watch?v=4cNUNZVWF3M

Idzie szybko i sprawnie. Oficjalna cena wizy to 20USD, ale zawsze i od kazdego biora 25. Tak samo sie dzieje na wiekszosci przejsc (roznie opisane, nieraz cennik zawiera juz te oplate), do tego 1USD testu na H1N1 (taki sam jak, na wjezdzie do Laosu) i - w sumie: jedyne - 15USD poloficjalnej lapowy na brak miejsca w paszporcie (przyszlo poswiecic 2 Sturova i jedna Muszyne). No to jestem!!! I mam paszport, o jakim zawsze marzylem! :)

Jesli sie kto wybiera w ten region - ceny wiz sprawdzajcie na portalach, nie na stronach ambasad (o ile nie robicie w Polsce). Do wizy na wjezdzie wystarcza 1 zdjecie - nigdzie nie chcieli 2, a wszedzie pisza, ze tak trzeba. Format 4x6cm (jedni pisza, ze taki, drudzy - ze inny, ale przeszlo na wszystkich 3 wjazdach). Oprocz wizy doliczacie stamping fee za dolara oraz w Laosie i Kambodzy odpowiednio 0,4/1,0USD za "test na H1N1". Wszystko gladko i sprawnie, nie ma jakichs radzieckich akcji a'la dodatkowa lapowa, albo nie przejedziesz. Wspomniane dodatki oraz doplata do wizy maja charakter prawa miejscowego i nie ma za bardzo jak z tym walczyc. Wszystko poza tym - jak w Europie Srodkowej i Zachodniej.

Po kontroli widok nastepujacy - szczere, wypalone pole plus ok. 30 bialasow. Czekaja oni na zamowiony w "combi- tickecie" transport w wybrane miejsca Kambodzy. Za Kompong Cham, gdzie chce sie dostac, ponizej 18USD nie zejda. To nie jest cena lokalna, wiec olewam i zaczynam isc. A tu nic! Do najblizszej wsi 3km - scenerie i klimat juz opisalem. Nic, kompletnie nic, nie jedzie. Wreszcie, po jakichs 2km, mija mnie jeden z bialasobusow i za 5USD jade do Stung Treng, czyli oddalonego o 57km pierwszego miasta na trasie. Na miejscu, dranie nie klamali, faktycznie dzis juz nic do Kompong Cham, ale dalej nie zamierzam placic jak Amerykaniec. Zostaje wiec w malo ciekawym, ale typowym betonowo-straganowym miescie i pojade jutro. Mam troche dni zaoszczedzonych, a skoro plan pewnie sie zrobi krocej, to nic lepszego niz oszczednosc na nadprogramowe dni nie znajde. Zreszta - gdzies sie trzeba tej Kambodzy zaczac uczyc.

Faktycznie, dzien mija milo. Zupa (jak wszedzie, tylko wiecej plywa) za dolara, nocleg za 6USD(najdrozszy od dawna, ale nic tanszego nie ma w centrum). Podaje ceny w dolarach, bo w Kambodzy dolar jest druga waluta. Wszedzie, ale naprawde wszedzie, przyjmowany jest jako srodek platniczy, zawsze po kursie 1USD=4000 rieli (KHR). W niektorych czesciach kraju dzialaja tak rowniez tajskie bahty. Z bankomatow, ktorych w sumie sporo w calym kraju, nic poza dolarami nie wyjmiecie! Podobnie jak w Laosie, na razie nie widzialem plastikowych pieniedzy. Mile spotkanie z dwojka autostopowiczow (dopiero zaczynaja wspolna podroz z Pakse) - laska z Barcelony, koles z Rosji. Kupuje tez miejscowe ksero LP po Kambodzy, bo kosztuje tylko 5USD, a ja mam juz dosc tego holenderskiego przewodnika, w ktorym rzeczy praktycznych jest malo a i tak czlowiek sie musi domyslac, co co znaczy.

No, tyle przydlugiej relacji na dzis. Do przeczytania!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 23 sty 2013, 14:50 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
Pozdrawiam z Siem Reap,

z racji sporych kawalkow czasu wolnego, przyszlo mi co nieco do glowy do napisania.

Aby nie meczyc (w koncu i tak tworze spore czytadla) dziele powyzsze na 3 czesci:
1. co nieco o moim stylu podrozowania. Troche spotykanych osob mnie pyta, czemu tak, a nie inaczej. Tak samo pyta sie mnie o to sporo osob w Polsce. Z czystej matematyki wynika, ze srednio kazdy moj post czyta 11 osob, z czego wiem, ze co najmniej 5 to osoby znajace mnie dobrze. Byc moze jednak sledzi toto ktos, kto mnie nie zna (w koncu z klubu zna mnie obecnie malo kto). Do tych osob, choc nie tylko, kieruje post nr 1.

2. Post numer dwa, o wdziecznej nazwie "wpierdol" przeznaczony jest raczej dla tych, co mnie znaja, ale moze niekoniecznie. Jest to opis mojego bankructwa w ostatnich kilku dniach.

3. Post trzeci zawiera tradycyjny opis ostatnich 2 dob.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 23 sty 2013, 15:09 
Offline
duża złota
Awatar użytkownika

Rejestracja: 20 gru 2005, 16:47
Posty: 941
Z powodu wrednosci internetu korzystam w uprzejmosci uzytkownika Soslawa :)

Ok, ta czesc to "pytania i odpowiedzi". Nie przekonuje, bron Boze, do mojego stylu podrozowania a jeno wyjasniam. Nie przeszkadzaja mi ludzie, ktorzy jezdza w inny sposob i dla innych celow, jesli nie jest to sex-turystyka lub sam-pochlej/pobak-w-towarzystwie-bialasow-turystyka. Jedno i drugie wprawdzie rozumiem, ale nie szanuje.

Fakt, ze malo kto robi to, co ja w ten sposob, co ja bardzo mi pomaga. Gdyby bylo inaczej, stalbym do dzis w kolejce do czegos w Tajlandii. Dziekuje wiec serdecznie wszystkim tym, ktorzy jezdza inaczej,

- Dlaczego w ten sposob?
- W krajach, ktore odwiedzam, interesuje mnie glownie architektura. Do tego stopnia, ze jesli mnie dany styl kreci, jest dla mnie przyjemnoscia odwiedzenie 50. kosciola gotyckiego/starego wata/... Poza architektura sa gory (tu srednio sie da), jakas przyroda (ale ile wodospadow i jaskin mozna obejrzec - do tego nie podchodze jak do zabytkow) i w zasadzie tyle.

- Gdzie odpoczynek?
- Po smierci:) Czas wolny, bez zajecia jest dla mnie strata czasu. Meczy mnie to i nudzi lub - jak kto woli - chodze po scianach, Nie sprawia mi to rowniez przyjemnosci (chyba ze z piwem po mocnym wysilku, ale to inna sprawa). Plazy nie lubie.

- Czemu az taka czestotliwosc zwiedzania?
- Po pierwsze - bo nie przeszkadza mi to, a wrecz cieszy, gdy cos sie dzieje. Nie jestem superkoneserem i nie mam potrzeby patrzenia sie w dano miejsce dluzej niz pare minut. Zwiedzanie swiatyn itp. zajmuje mi, naturalnie, sporo wiecej, ale nad jedna rzezba czy portalem nie chce mi sie stac dluzej niz minute. Po drugie - chce zobaczyc to, co chce zobaczyc, a kazdy dzien (nawet potencjalny dzien nicnierobienia) kosztuje mnie wiecej niz dzien w Polsce, wiec po prostu ograniczam koszty zwiekszajac niejako przy okazji wlasna przyjemnosc.

- Lokalsi
- Temat rzeka. Raz uslyszalem opinie, ze nie spedzajac wiele czasu na rozmowach lub przygladaniu sie ludziom caly wyjazd nie ma sensu. Coz - wolna wola. Nie uwazam, ze zagadujac ludzi wiele wiecej sie dowiem (zwlaszcza, ze nie mowia po angielsku a o niektorych rzeczach mowic raczej nie beda) do tego uwazam, ze co nieco ogolnie wiem i bez tego. Osobiscie wole swiety spokoj. Widze ich zreszta bez przerwy - na ulicy, w wioskach, w srodkach transportu itd. Nie mam wobec tego najmniejszej potrzeby na dluzsze rozmowy czy przygladanie sie z boku ich codziennym zajeciom w stylu Stasiuka, Co wiecej - patrz odpoczynek

- Tzw. activities (wg terminologii LP)
- Uczestniczenie w kursie gotowania mam w dupie serdecznie, bo i tak malo gotuje, a do tego jest to drogie. Tak samo olewam zipping (czyli zjazdy na linie, tu= w dzungli), co kosztuje ok. 100-200USD a do tego mam lek wysokosci. Nurkowanie - cholernie drogie, poza tym slabo plywam i jakos nigdy nie mialem ambicji poduczyc sie. Ogolnie - nie po to przyjechalem, wiec skupiam sie na wydawaniu kasy na zobaczenie tego, co chce wzglednie wydatkach, ktore mi to umozliwiaja, olewajac wszystko inne z braku wolnych srodkow, a przede wszystkim z braku potrzeby. Masaze, manikiury, tatuaze - nie mam takich potrzeb.

- Oszczedzanie na wszystkim
- "Przeciez w Polsce tak nie robisz!" A owszem, robie. Dopoki mam wazna karte miejska potrafie przejechac pol Warszawy by cos kupic o zlotowke taniej, a gdy mnie zlapie pragnienie zaciskam zeby, jesli nie moge kupic po cenie, ktora uznam za niewiele odbiegajaca od mojego standardu. Gdybym tak nie robil, nie byloby mnie tutaj.

- To moze gdzie blizej a wygodniej?
- Wygoda nie ma dla mnie zbytniego znaczenia. Wole dalej a biednie, nawet jesli szukanie miejsca na posilek zajmuje mi sporo czasu.

- Moze jeszcze oszczedzic?
- Tu sie bije w piersi: faktycznie daloby rade. Podrozujac samemu mam jednak potrzebe przekimania w miejscu do tego przeznaczonym i, zwlaszcza w tych temperaturach, umycia sie. Wzgledne bezpieczenstwo bagazu tez ma dla mnie znaczenie. Moglbym uciac wydatki na kole, ale - niestety - zwlaszcza w tych temperaturach - bez tego nie dam rady odpalic (kawa nie styka) tak samo zreszta, jak w dowolnej temperaturze nie dam rady pracowac bez kofeiny. Zysk zreszta nieduzy, bo wzroslyby koszty zarcia. Rzucenie szlugow, niestety, na razie nie wchodzi w gre:) Reszta wydatkow poswiecona jest stricte na transport i bilety wstepu.

- Poznawanie innych podroznikow
- Od czasu do czasu poznaje, ile moge - tyle pomoge. Towarzystwo generalnie nie jest mi potrzebne w podrozy, choc - nie przecze - mozliwosc pogadania z kims podrozujacym od czasu do czasu stanowi mila odmiane od lamanego angielskiego lokalsow. Problemy sa z synchronizacja, co naturalne.

- Styl pisania
Tak, gdybym wymyslal przygody, wiecej osob by to czytalo (liczne przyklady na rynku wydawniczym), ale nie widze powodu lgac w zywe oczy. Moglbym, jak niektorzy uzytkownicy, pisac bardziej romantycznie, ale nie potrafie gdyz moja dusza nie wchodzi w stany tak wzniosle. Pisze, jak czuje i tyle - nie ma w koncu przymusu czytania. Nie planuje ani sprzedawac tej relacji ani "get a good fuck" za zrobienie wrazenia na plci przeciwnej. Przyznaje sie bez bicia - posty sa czesto przydlugie, ale nie mam umiejetnosci syntezy a co wiecej - patrz 2 zdania wczesniej.

Tyle w temacie. :)


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Wpierdol
PostZamieszczono: 23 sty 2013, 15:11 
Offline
duża złota
Awatar użytkownika

Rejestracja: 20 gru 2005, 16:47
Posty: 941
"Wpierdol"

Od poczatku pobytu w tym kraju, czyli przez 4 doby, wydalem 140 USD plus 40 na granicy.

Caly plan stworzony wczesniej, z wydatkami na poziomie 75-80zl dziennie poszedl sie walic. Co ciekawe, w Wietnamie, Laosie, a nawet Malezji i Tajlandii swietnie sie to sprawdzalo. Juz mialem podliczone, ile mnie toto wyniesie, ile bedzie do oddania i do kiedy dam rade oddac a tu ni z gruchy, ni z pietruchy dupa!

Kambodza ma te wade, ze jak w Laosie pokonanie czesci trasy autobusu bylo PRAWIE rowne calosci, tak tu jest to juz calosc. Zeby pokonac 200km w prostej linii, ale nie po glownej drodze potrzebne sa zazwyczaj przesiadki. Jesli mozna jednym autobusem, to jedzie on do Phnom Penh, czyli placimy nie za 200, a za 400km. Kazdy taki odcinek to okolo 5USD, wiec na sam transport (mimo, ze odcinki sa krotsze niz w Tajlandii, Mjanmie czy Wietnamie) schodzi porazajace 20USD dziennie. Problemem jest tez to, ze w wiele miejsc mozna dojechac tylko mototaksi. Jest ono w rozsadnej cenie, ale autobus bylby naturalnie tanszy (np. Sambor Prei Kuk kosztowal mnie 9USD w obie strony - w LP z 2010 pisza, ze minimalnie 10).

Kolejna sprawa to wstepy - nie wiem, ile placa lokalsi, ale dla mnie sa one drogie. Ok, do Sambora wszedlem za darmo a do PPV za dolara, ale Angkor (i okolice) kosztuje 20USD dzienny, 40USD 3-dniowy a 7-dniowy 60USD. 2-3 dni stykna, bo jakos glupio zrobic najwazniejszy zabytek trasy pobieznie. Angkor zajmuje zreszta wiecej miejsca niz Bagan, wiec jutro na dojazd do 2 oddalonych o 40km (ale objetych biletem) swiatyn zaplace jakies 18-20USD. Coz, chce to zobaczyc.

I tak odrzucilem juz 2 (Koh Ker i Beang Mealea, pierwsza 10tka, jesli nie 5tka waznosci i urody poza Angkorem stricte) swiatynie przez drogi dojazd i drogi wstep. A Banteay Chmar (tez pierwsza 10tka) jest na dobrej drodze do odpadniecia.

Na bicyklu, poki co, zaoszczedzilbym niewiele, bo jutrzejszy dzien na bajku wynioslby ponad 100km, a w poprzednie i pozniejsze - to, co normalny czlowiek wypedaluje, ja przejde z kapcia (i dobrze mi z tym).


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 23 sty 2013, 15:12 
Offline
duża złota
Awatar użytkownika

Rejestracja: 20 gru 2005, 16:47
Posty: 941
No, wreszcie do rzeczy:

21.01. Stung Treng - Phnom Pros i Phnom Srei - Kompong Thom

Dlugi przejazd na poczatek do 2 swiatyn tuz poza granicami Kompong Cham. W samym miescie nic ciekawego, wiec olewam a zdazam przez to dojechac do Kompong Thom, co przyda mi sie nazajutrz. Swiatynie ciekawe - Phnom Pros (gora meska) architektonicznie (no, wreszcie cos ladnego w tym kraju!) a druga, Phnom Srey (gora zenska) - z racji pieknego widoku na... nic, czyli okoliczne pola. Za to ladniej polozona. Stamtad lapie busa (z przesiadka, niestety) do Kompong Thom, gdzie dojezdzam o zachodzie slonca. Wieczor na obczajenie transportu na jutro.

22.01. Kompong Thom - wypad do Sambor Prei Kuk - Tbeang Meanchey - Prasat Preah Vihear - Sra Em

Znow wczesny poczatek. Dzis w planie dwie wazne i ladne swiatynie (pierwsza 10tka), wiec na 6 rano umawiam sie z mototaksiarzem i za 9 USD podjezdzam do SPK. Swiatynia mocno zniszczona, ale mury wciaz potezne i sporo w sumie pozostalo. Na miejscu ponadto widac golym okiem walke swiatyn (starsze o kilkaset lat od Angkoru - przez to mniej zdobne) z porastajaca je w tej chwili dzungla. Powrot przedluza sie o 1/2h z racji zlapania kapcia, ale szczesciem moj taksiarz znal region dobrze i wystarczylo 200m pchania motoru do "wulkanizatora". Swoja droga ogladanie latania detki domowymi metodami bylo atrakcja sama w sobie. Ryzykujac niezdazenie na drugi autobus (pierwszy, pol godziny wczesniej, odpadl przez detke) podjezdzam jeszcze pod fajne miejsce, jedyne w Kompong Thom. Obok dawnego i niezbyt ciekawego palacu gubernatora stoja trzy drzewa gesto obsiedzone przez... nietoperze. Drzewa ladne, chmara siedzacych na nich nietoperzy ekstra. Zdazam. 5USD busem do Tbeang Meanchey, skad - wraz z napotkanym Yannem (!) z Francji, taryfa po cenie transportu zbiorowego pod Prasat Preah Vihear.

PPV to najladniej polozona ze swiatyn epoki angkorianskiej. Lezy toto na wysokim wzgorzu (w ogole Kambodza ma ich malo), przez co wdrapanie sie od bileterii zajmuje ponad godzine. Ja jakos tam wlazlem, Yann nieco pozniej, a w dol to zaplacil za motocykl, bo mocno w dupe dostal. Patelnia potworna, jakistam wiaterek, 5km i kilkaset m przewyzszenia. Udaje sie za cene pikapa (ktorych juz dzis nie ma) wrocic na 2 motocyklach do Sra Em i, z braku transportu, tam przekimac. Pokoj to pokoj, wiec za cos podobnego, za co placilem dotad 5 i 6 dolarow odpowiednio, tym razem place 2,5.

23.01. Sra Em - Siem Reap

Mialo byc tak pieknie... Do Siem Reap mialem dojechac przez Koh Ker i Beang Mealea, ale od czasu poprawy nawierzchni na innej drodze, wszystko na tej trasie jezdzi nieco naokolo. Wobec tego 2 ww. trzeba olac - w Siem Reap za podjazd tam rzucaja ceny, na jakie mnie nie stac. Jedziemy wprawdzie w okolicy 2 innych, ktore mam zamiar zobaczyc, ale sa one na zbiorczym bilecie na Angkor, ktory mozna kupic tylko w Siem Reap :( W Siem Reap o 11 - Yann jedzie dalej, ja zostaje i obczajam, co sie da. Okolo 20km przez miasto w te i z powrotem i juz wiem, co chce wiedziec. Angkoru w dzien nie zrobie przez te 2 dalej polozone, wiec kupuje bilet (liczony od jutra, bo kupiony po 16:40) na 3 dni. Koszty sa dobijajace, wiec pewnie zostane tu na dluzej - poza jutrem transport chyba tylko wlasne nogi, a nieglupi GH mam za 2,5USD (dorm za 1USD zajety, w dormie za 2USD nie da sie wytrzymac z duchoty) z darmowym netem. Szkoda tylko, ze musze angazowac osoby trzecie w wyslanie tego postu z powodu permanentnego rozlaczania mnie. Koncze i ide walnac piwo i zasnac - jutro pobudka przed 5.

Do nastepnego.
J.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 24 sty 2013, 15:19 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
24.01. Zaczynamy Angkor.

Dzis czesci dalekie - Kbal Spean, Banteay Spear, Banteay Samre i Rolous Group.
Byl to dzien srednio udany. Po pierwsze - albo przez za pozno wypita kole (raczej nie, 16 byla) albo (co pewniejsze) przez fakt, ze moj GH ma rooftop bar, z ktorego leci glosna muza do 22, a w ogolemuza do 1 w nocy nie moglem zasnac. Nie byloby w tym nic strasznego, ale umowilem sie na 5.20 z kierowca motoru celem wykonania prawie 100km trasy do Kbal Spean i Banteayow. Pospalem wobec tego 3 godziny, co odbilo sie na pozniejszym dniu.

Kbal Spean jest swiatynia sama w sobie srednio klawa, ale jest na gorze. Do tego, to, co po nim pozostalo, to posadzki z licznymi rzezbami wsadzone niejako pomiedzy wielkie glazy i wodospad. Brzmi niezle, jest niewiele gorzej. Banteaye jeden i drugi to juz "normalne" swiatynie, do tego zajebiscie rzezbione. Wycieczka udana, wiec zgodnie z planem rozstaje sie z moim kierowa na drodze do Rolous Group, a konkretniej 6km od nich. Problem taki, ze mam w nogach jakies 5-6GOT (na Kbala bylo co nieco podejscia), a przede mna 6, kilka po swiatyniach i 13 z powrotem. Na szczescie (chyba) na drodze jest sporo motocyklistwo, z ktorych kazdy oferuje swoje uslugi. W tym miejscu mala przerwa na opis Siem Reap i kilka ciekawostek o Kambodzy.

Najpierw to, co zwykle: kuchnia, drogi i pojazdy, czyli to, co sie rzuca w oczy na poczatek. O cenach juz bylo :)

Ruch prawostronny, wariacki - jak to w rtegionie - i pierwszenstwo ma wiekszy. Samochodow niewiele, glownie Toyota Camry oraz - co jasne - niesmiertelny pickup Hilux. Camry raczej nastoletnie, Hiluksy dosc nowe. Poza tym duzo minivanow, nie widac za to ciezarowek/shared truckow, ze tak powiem. W autobusach i minivanach w telewizorkach zawsze karaoke i opery mydlane. W porownianiu z Laosem niewielka roznica - podobnie jak tam teledysk sklada sie z wokalisty otoczonego tancerzami wykonujacymi taniec stewardessy polaczony z kolysaniem biodrami oraz historyjki milosnej dwudziestolatkow (+/-). Gusty raczej azjatyckie, tzn,.nie rzuca sie to strasznie w oczy, ale jak ma byc uroczysto, to nie ma nic lepszego jak zloto i roz plus glosna - hinduskawa w kakofonii - muza (wg mojego kierowcy z dzis - wesela, cos ich duzo dzis w okolicy Siem Reap). Kuchnia uliczna, jak wspomnialem, bogatsza - rozne, ale fajniejsze, rzeczy do ryzu, z rzadka smazony yum yum, czasem bagieta w foirmie kanapki (wsad jak w Wietnamie). Do picia bezplatnie podawana jest, przewaznie, woda, czasem slabiutka herbata, czasem nic.

Waty (tu: prasaty) sa jak w Tajlandii, o czym chyba juz pisalem. Ludzie z reguly serdeczni, choc znajomosc angielskiego to dobro rzadkie. W okolicach turystycznych (na pokaz? dla wyludzenia darowizny?) sporo organizacji zajmujacych sie slepymi (robia np. masaz), dziecmi ulicy, sierotami, biednymi itd. Nie widzialem ani jednej takiej organizacji przejezdzajac przez tereny nieopanowane przez turystow.W miejscach turystycznych z kolei - Khmerowie zmieniaja sie w Wietnamcow, tylko nie maja tak sprawnej i bezwzglednej maszynki do wyciskania kasy a raczej kombinuja z roznych stron, srednio starannie. Probuja rzezbic, bialasow czesto czardzuja za tranport wiecej niz lokalsow (z 2 razy), w restauracjach jest menu dla bialasow (4-5USD) i dla lokalsow (2-3). Wszedzie zaczepiaja tuktukarze i motocyklisci, napoje w miejscach turystycznych sprzedaja prawie wylacznie slodkie, kilkuletnie dzieci. Kobity laza za toba z kolejna porcja handicraftu z wyuczonym "Buy from me, ok?". Ok, ale w miejscach turystycznych - jak sie poszuka - mozna zaplacic normalna cene za napoj. W sumie, gdyby sie uparli, ludzie by kupowali za 4 razy tyle, boupal skurwysynski, rekord wyjazdu. A skoro o tym mowa - wrocmy do dnia dzisiejszego.

Upal nie z tej Ziemi, w nocy 3h spania, ale 10 to chyba walne. Dzieki powszechnosci zaczepiaczy jezdzacych wentyli bezpieczenstwa w przypadku wymiekniecia mam wiecej niz przewiduja unijne dyrektywy :) W jednej z 3 swiatyn Rolous Group zaczepia mnie bileter i po wypytaniu, czy ja tak z kapcia, proponuje bym poczekal, az on bedzie wracal o 17 i on mnie podwiezie. Juz bylem nastawiony na probe powrotu z kapcia, ale darowanemu koniowi... No nic, zwiedzam kolejne swiatynie, naprawde bardzo spoko (zwlaszcza Prasat Bakong, na ktory mozna wejsc) i mam 13 na osi. 4 godziny - niby duzo, ale oczy mi sie nieomal zamykaja a zgrzalo mnie slonce jak nigdy. No to, skoro mam darmowy powrot, kupuje kole po cenie turystycznej (puszka w cenie 1,5l gdzie indziej) i siadam w cieniu zwilzajac przegrzana czache.

Po 4h pilnowania, by mi sie oczy nie zamkly przylaze w umowione miejsce i po 15min witam mojego dobroczynce. A dobroczynca - "a ile mi dasz?" "Zalezy od ciebie, dasz ile chcesz, ale rzuc choc 2,nie, 3 USD na paliwo!!!

Naprawde, zabraklo mi slow. Wychodzac 100m na glowna droge mam - co obaj wiemy - transport o dowolnej porze, wiemy rowniez, ze litr paliwa kosztuje dokladnie 1EUR (czyli 1,3 USD) i starcza na kilkadziesiat kilo. Po prostu slownika mi zabraklo - wie o tym, ze na niego czekam. Zaproponowal te 17 wiedzac (byla 12), ze swiatynie zajma mi max 1,5, czyli zaproponowal podwozke z 4-godzinnym czekaniem i teraz pyta o pieniadze. Pomijam przeplacenie za napoje - ja bym od godziny byl w domu albo, co bardziej prawdopodobne, podjechal czymkolwiek i spal od 3 godzin w najlepsze. Ale tak mnie wkurwil (nie, po prostu szczyt; tak, mial po drodze), ze mam kopa na conajmniej te 6km do rozdroza. Kilku mnie pyta (uff, robilo sie ciemno i zaczalem sie obawiac, czy dalej beda jezdzic) i w koncu jeden, sam z siebie, oferuje 2USD. Nie targuje sie z ludzmi uczciwymi. Wysiadka w centrum, makaron i do GH, gdzie naturalnie muza na maksa i net chodzacy tak, ze znow skoczyla (chyba juz ostatnia) adrenalina. A propos GH w Kambodzy - zawsze recznik, czasem mydlo, srajtasmy nigdy i we wspolnych kiblach tez nie uzupelniaja.

Mam jeszcze 6 dob na wykorzystanie brakujacych 2 dni z biletu angkorskiego. Jak sie wyspie, to moze sprobuje jutro zrobic duza petle, czyli 27km plus 7 w te i nazad na dojscie po najwazniejszych swiatyniach w okolicy Siem Reap. Jak sie nie wyspie - to zrobie co innego. Moze zreszta wezme jakas podwozke - nogi bola od tego asfaltowania kolejny dzien z rzedu.

Odrzuciwszy 2 wymienione wczoraj swiatynie i Banteay Chmar (chyba nigdy nie zrobilem takiej rzezi w najciekawszych miejscach odwiedzanego kraju, zwlaszcza gdy mnie krecily) oraz dowiedziawszy sie, ze do Bokor Hill Station (jedyny "mountain resort", jest tam chlodniej, wiec najlepsze miejsce na przeczekanie zbednych zaosszczedzonych dni) mozna dojechac tylko w wybrane swieta i to taryfa mam kolejne dni, z ktorymi nie mam, co zrobic. Zadne z pozostalych miejsc nie zacheca mnie do pozostania w nim dluzej niz kilka godzin, wszedzie goraco. Zostane wiec, byc moze, w Siem Reap z powodu taniego noclegu (choc koszt piwa, by jakos przezwyciezyc te muze i rozmowy w duzym dormitorium winduje o ponad dolara dziennie). Dobre przynajmniej to, ze nie czekaja mnie - wierzac kopii LP - zadne wieksze wydatki na wstepy (do 5USD) oraz transport (do 10USD dziennie, przewaznie cos kolo 5-8). Ano, obaczym. Zmykam przed komarami (pojawily sie od Wientianu, ale dopiero teraz serio tna), walne piwo i, daj Buddo, zasne.

Dobranoc


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 25 sty 2013, 13:42 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
25.01. Siem Reap - Wat Athvea - Siem Reap

Zasnalem pozno, wiec pozno tez wstalem. Nie bylo sensu marnowania dnia biletowego ani tym bardziej placenia za podwozke, wiec byl jeno krotki spacer po nieznanych mi dotad watach Siem Reap oraz 4km w jedna do starego watu na poludnie od miasta. W sumie nic sie nie dzialo - potworna patelnia to juz standard; waty nowe ok, stary naprawde spoko i bez turystow. Wioska pod Siem Reap daje troche orzezwienia po turystycznym miescie i jest tam gigatanio, wiec wracajac kupuje 2 moje nastepne posilki i picie na jutro.

Na jutro 5 rano umowiony motocyklista na objazd Angkoru (malo gada po angielsku, ale sie dogadalismy) za 10 USD. Jakby cos nie wyszlo, to mam jeszcze jeden dzien biletowy w zapasie.

Do jutra.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 26 sty 2013, 13:27 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
26.01. Encore Wat

Pobudka jak zwykle przed switem, konkretnie za 5 piata. A tu leje i grzmi! Co wiecej, o umowionej piatej kierowcy nie ma. Czekam do w pol do i w miedzyczasie przechodzi deszcz. Na szczescie, na ulicy juz sie roi od potencjalnych "majfriendow". Ten tez slabo zna angielski, ale nie to, a jego pusty leb okazal sie problemem w srodku dnia. Konkretnie: do kilku(nastu?) km po samych watach doszlo mi 6km asfaltu. No dobra, chuj z nim.

Angkor jest ogromny, ale nie powala. Angkor Wat o wschodzie tlumny, ale rezygnujac z czekania na koniec switu mamy sporo miejsca. Swiatynia, owszem, piekna, ale w zasadzie nie az takie wow. Wow to dopiero cala okolica razem wzieta, czyli kilkadziesiat zespolow swiatynnych, pierwotnie kazdy z fosa i murem, pelnych plaskorzezb. Angkor Thom (A.Wat to tylko jeden z tych zespolow, dosc dobrze zachowany) z kolei ma wiecej czesci skladowych i w sumie chyba jest ciekawszy. "Chyba" dlatego, ze byl rowno zajebany ludzmi a ja po 3h snu (nie dalo sie zamienic dorma na osobny pokoj, a zreszta - ten pokurwiony rooftop bar to raczej wszedzie slychac). Reszte swiatyn tzw. big circuit rowniez warto zobaczyc, nawet nie bedac masochista. Ja mialem kryzys juz po Angkor Thom, ale po kolejnych mi przeszlo. Kolo big jest tez (nalezacy do little circuit) Ta Prohm i jego trzeba zobaczyc koniecznie, bo jest pochloniety przez dzungle, w tym kilkanascie naprawde okazalych drzew.

Powrot o 14.30 (gdyby nie ten duren, to 1,5h wczesniej), nudle sniadaniowo-lunchowo-obiadowe i o 16.55 padajac doslownie na pysk klade sie do wyra. O 17 wlaczaja muze, wiec moge napisac relacje, choc wygladam jak zombie i tak sie czuje. Jak mawial Siara - w pizdu wyladowal!

Do konca wycieczki nie zostalo juz w zasadzie nic wyjatkowego, ani wyjatkowo przyjemnego w ogladaniu (Frankfurt poszedl sie jebac na przebukowaniu biletow), wiec przede mna niecale 3 tygodnie rzeczy ladnych, acz w skali regionu, powiedzmy, druga liga, czasem trzecia. Jutro opuszczam ten raj backpackerski i jade do Battambang. Banteay Chmar zostal wykreslony, jako 3. istotna a planowana, swiatynia khmerska. Ponownie z powodu drogawego wstepu i jeszcze drozszego dojazdu.

Na razie.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 29 sty 2013, 13:06 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
27.01. Siem Reap - Battambang - Phnom Sampeu - Phnom Banan Wat Kor - Battambang

Wg LP wszystkie autobusy odjezdzaja z dworca. Ta drobna pomylka kosztuje mnie poinad dolara na samym poczatku dnia. Ale, chuj, potem bylo lepiej i ciekawiej.

Jak pisalem, ze wzgledu na drogi dojazd i nietani wstep olewam z bolem serca trzecia wazna stara swiatynie w Kambodzy, Banteay Chmar, i jade bezposrednim autobusem do Battambang. Po drodze mam miasto Sisophon, gdzie autobus sie zatrzymuje, wszyscy wysiadaja, a ja pale. Nie mija 5min jak autobus odjezdza, a obsluga pokazuje mi, zebym se tutaj spokojnie poczekal. Moj garb jest w kufrze. Ktos na miejscu mowi mi, ze autobus tu za jakies pol godziny znow podjedzie. Pozostaje mu uwierzyc...

Faktycznie, wrocil. O 11 jestem w Battambang i w ten sposob znow jestem w malo skomercjalizowanej sklepowo czesci Azji. Szybko zostawiam garby i wkurzony na recepcjoniste ide do informacji turystycznej. Wkurzyl mnie tym, ze nie gorzej niz tuktukarze na ulicy nalegal, abym wykupil u nich natychmiast bilet dalej i do tego dzisiaj wycieczke (czytaj podwozke 4km w te i z powrotem za 4USD) na bamboo train. Informacja zamkla, ale jest dopiero 12, wiec po 40min, pelen nadziei, laduje na bedacym w zupelnej dupie bamboo train. Samemu za dyche, z kims za piatala, wiec po zaledwie 1h50min jade w towarzystwie dwoch Wloszek (jak na te nacje to ekstra ladnych).

Pociag bambusowy to nieduza bambusowa platforma na dwoch parach kol. Calosc skladana na poczekaniu i zdejmowana na mijance - to pomysl Khmerow (nie: czerwonych; narod dominujacy w Kambodzy to Khmerzy, nie ma takiej narodowosci jak Kambodzanin -> por. Русский <-> Россиянин) z czasow po wojnie domowej. Jedzie sie tym pol godziny w jedna i tylez w druga. W polowie wycieczki wioska, naturalnie - przy torach same sklepy z watpliwie lokalnymi rekodzielami oraz jeszcze bardziej natretni wlasciciele knajp. Dno dna i gowno jakich malo, ale przejazdzka fajna.

Po powrocie na stacje udaje mi sie stargowac cene motocykla do 2 swiatyn za miastem do 8USD, co jest niezle na 50km trasy. Wycieczka interwalowa - obie swiatynie na dosc wysokich i stromych wzgorzach, czyli podkurczone nogi na motorze, wyryp, spadoryj, podkurcz, wyryp, spadoryj, podkurcz. Swiatynie spoko, zwlaszcza Phnom Sampeu, gdzie poza samym prasatem jest jeszcze bardzo ladna jaskinia- miejsce martyrologii (Czerwoni Khmerzy wrzucali tam ludzi ze skutkiem smiertelnym natychmiastowym). Na powrocie ogladam jeszcze wioske Wat Kor, gdzie jest ponad 20 tradycyjnych khmerskich chat. Kierowca nie skumal, wiec zawiozl pod wat, na szczescie bylo widac po drodze. Udaje sie toto zalatwic przed zachodem slonca i to mimo poznego startu oraz dlugiego czekania na samodzielnych turystow przy bamboo trainie.

Sam Battambang jest przecietny i nie ma w nim nic specjalnie ciekawego. Budownictwo pokolonialne jest na tyle przecietne, ze bez pomocy LP nie stwierdzilbym jego istnienia.

28.01. Battambang - Kompong Chhnang - Phnom Penh

Wobec nieciekawosci Battambang, wyspawszy sie nareszcie, ide na PKS i jade do Kompong Chhnang. Jest to 42tys.miasto sasiadujace z wioska na wodzie (ang. floating village). Jest kilka takich miejsc w Kambodzy, ale to jedyne mam doslownie po drodze, wiec zatrzymanie sie tam mnie kosztuje dodatkowo raptem 3USD, a poza tym - wg LP - jest mniej turystyczne niz pozostale. Mam caly dzien, ale jak bedzie ladnie, to tam przenocuje, mysle sobie.

Ok, bylem, widzialem, ale w zasadzie nic ciekawego. Fakt, czesc samego miasta jest na palach, bo w porze deszczowej zalewa, a wioska jest faktycznie "floating", ale widzialem cos podobnego w delcie Mekongu i nawet wtedy jeden rzut oka mi styknal. Mam troche czasu, ale nie chce mi sie kosztem nastepnych kilku USD odwiedzac po drodze miasta Oudong - dawnej stolicy o blizej nieokreslonej (to wlasnie glowny feler) lokalizacji jej srednio powalajacych pozostalosci.

Wobec tego laduje w miare wczesnie w stolicy. Niestety, szukanie noclegu zajelo mi sporo, poniewaz wszystko w tych atrakcyjnych cenach z LP juz wykupione. Koncze odyseje po guesthouse'ach okolo 20.30 biorac najdrozszy jak dotad nocleg od wyjazdu z Mjanmy, czyli 7USD. Fajny jest, ale cena odbija mi sie czkawka jeszcze kolejnego dnia.

29.01. Phnom Penh (+ Killing Fields of Choeung Ek)

Stolica Kambodzy miastem jest duzym, acz przecietnym. Jest kilka (doslownie) zabytkow, nie jest brzydko, ale nie jest tez ladnie. W informacji turystycznej nie ma ludzi, najwazniejszy zabytek - palac krolewski i srebrna pagoda nie dosc, ze mnie niezbyt kusza, to jeszcze dzis akurat teren zamkniety, bo chyba dopiero dzis grzebia zmarlego bodaj w pazdzierniku krola.

Muzeum Narodowe olewam, bo - podobnie jak inne rzeczy w tym miescie - wstep don kosztuje sporo drozej niz w LP. W zasadzie widzialem wiec 2 z 5 zabytkow, tj. Killing Fields 15km za miastem oraz Wat Phnom. Wat ten to sympatyczna i raczej spokojna swiatynia na wzgorzu (jedynym w miescie) polozona w polnocnej czesci centrum. Ladne, ale architektonicznie bardzo przecietne. Pola z kolei historycznie bardzo wazne (zabito tu podczas panowania Cz.Kh. okolo 100.000 ludzi), ale z zabudowan nic nie zostalo, bo wiezniowie i okoliczni chlopi, po obaleniu Pol Pota i kumpli, nie mieli za bardzo niczego, wiec rozebrali na potrzeby wlasne.

O specyfice terroru Khmerow - bardziej typ stalinowski niz hitlerowski. Pol Pot postanowil wymordowac wszystkich inteligentow (niekoniecznie dyplom, wystarczyly okulary) oraz wszystkich, co umieli jakikolwiek jezyk obcy. W przeciwienstwie do Stalina i Hitlera nie "bawil" sie w zadne obozy pracy przymusowej tylko wszystkie formy tortur w wiezieniu i po wymuszeniu przyznania sie do winy przewozka do obozu, gdzie natychmiast egzekucja. Kule byle drogie, wiec zabijano narzedziami rolniczymi. Wszyscy jak leci - nawet roczne dzieci, "aby sie potem nie mscily za smierc rodziny". Podczas 4-letniego okresu wladzy Czerwonych Khmerow wymordowali oni 3 miliony ludzi z pierwotnie 8-milionowego panstwa. W tej mierze jest zbrodnia wszech czasow. Najlepsze, ze - podobnie jak w Rosji - duza czesc machiny zaglady dozywa spokojnej starosci oplywajac w dostatki przez plot ze swoimi ofiarami.

Co jeszcze ciekawsze - Kambodza nie dorobila sie mocniejszej opozycji wobec Cz.Kh., wiec jedyna opozycja byla pod wplywem wietnamskim. Z tego powodu Tajlandia, a takze: USA, Wlk. Brytania, Australia, Francja i RFN wspieraly Czerwonych Khmerow. Nie dosc, ze wspierali ich finansowo juz po ich obaleniu, to jeszcze na ich wniosek pacholki Pol Pota reprezentowaly swoje ofiary na forum ONZ przez ladnych pare lat. Widac ich sposob na komunizm byl dla Zachodu latwiejszy do strawienia (???)

Wracam do Phnom Penh, odwiedzam tzw. ruski targ, gdzie jednak nie ma zadnych polecanych niejako przez LP koncowek serii z fabryk ciuchow (sa, owszem, ciuchy ze znaczkami, ale podroby dosc chamskie), ide pod palac po raz kolejny pocalowac klamke i wracam do G.H. konsumujac po drodze miejscowy specjal, czyli kanapka z lodami (nawet nawet, tylko lody srednie).

Jutro ruszam dalej i wracam do wszechobecnych poza stolica stad kur i sfor psow. Zostalo mi jeszcze z 4-5 dni w tym kraju, co czyni ze mnie (mimo ze opuszczam miejsca jak nigdy) jednego z najdluzej zwiedzajacych ten kraj turystow. Wszedzie indziej bylem jednym z najkrocej pozostajacych, ale tu ludzie rzadko opuszczaja szlak granica - Siem Reap - Phnom Penh - granica, no moze jeszcze na plaze, ale tam ponoc brudno i tloczno (Kep, Sihanoukville).

No to tymczasem.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 01 lut 2013, 14:39 
Offline
duża srebrna

Rejestracja: 05 lis 2005, 19:51
Posty: 680
30.01. Phnom Penh - Phnom Chisor - Takeo - Angkor Borei

Poranny autobus ze stolicy p[od Phnom Chisor, czyli kolejna stara swiatynie na gorze. Wysiadam, skrecam w droge do swiatyni i... lapie stopa, a w zasadzie stop lapie mnie (gdzie idziesz?, moze cie podwiezc?). Tradycyjna juz przebiezka pod gore (1$, stal, dran, na samym koncu, gdzie byla juz tylko mala i nieciekawa swiatynia). Starszy wat/prasat ladny, choc bez szalu, widoki przyzwoite. 5km z kapcia do drogi i zaraz bus do Takeo. Takeo, stolica prowincji slynie z willi jednego z bardziej krwawych Czerwonych Khmerow, Ta Moka a dla mnie bedzie glownie miejscowoscia przesiadkowa do polozonych 25km od niej Angkor Borei (tez w sumie tranzyt, choc male muzeum arch.) oraz ladnej swiatyni na gorze, Phnom Da.

Takeo, samo w sobie przecietne, zajelo mi 3 godziny z powodu niemoznosci dowiedzenia sie, kiedy plynie publiczna lodz do Angkor Borei. Publiczna kosztuje dolara, prywatna 10. Co wiecej, zawiodl LP, w ktorym jest drobna literowka. Obiecywali motor do Angkor B. za 2$, co bylo dziwne biorac pod uwage kilometry, jest - naturalnie - za 20. Troche gorszej strony Kambodzy - wlasciciele lodek kreca, jak moga i, oczywiscie, zaprzeczaja, jakoby plynelo cos tanszego niz ich zajebane male gowno (lokalsi 2,5 USD jak sie zbierze komplet) za pierdolonych 10$. No nic, 4km bez sensu, 3h czekania, ale plyne ta wolna zbiorcza lodzia za dolara. W sumie nie zaluje czasu - i tak jest jedna taka dziennie, a mam wg planu 4 dni do przodu i spieszyc sie nie musze. Na miejscu senna, zapylona (poza glownymi drogami, a nawet i tam, w Kambodzy wszystko pokrywa czerwony pyl) wies. Zdazam odwiedzic muzeum i dowiedziec sie, gdzie jest jedyny guesthouse. Wieczorem mila niespodzianka - miejscowa policja wpada na piwo i zapraszaja mnie bym z nimi wypil. Pogadalismy co nieco, ale ciezko bylo z powodu ich znajomosci angielskiego. Bardzo mili i sympatyczni ludzie, cos sie czlowiek dowiedzial i, zgodnie z ich prosba oraz prawda, polecam Kambodze do odwiedzenia. To naprawde bardzo bezpieczny kraj, nawet na warunki regionu, tzn. w porownaniu - Skandynawia i Szwajcaria to kraje niebezpieczne.

31.01. A.B. - Phnom Da - A.B. - Takeo - Kep - Wat Kiri Sela - Kep

Kolejny przyjemny dzien. Rankiem niepewnosc, bo kazdy mowi co innego odnosnie slow boat do Takeo. Wobec tego start o swicie i 4km do Phnom Da (motocyklista podwiozl 3km, chyba najstarszy motor, jaki widzialem na chodzie). Swiatynia niezla i cala, widoki ok, powrot z kapcia. Milo sie idzie, jak troche zieleni przebija. Znow rowne 2 godziny kanalem do Takeo (mam fart, ze zdazylem, odplynalem o 8.45, czyli wczesniej niz ktokolwiek mowil), ciacha na sniadanie i podjazd motorem do glownej drogi (16km, 2$). Dosc szybko podjezdza autobus Phnom Penh Sorya (jeden z glownych przewoznikow kraju, jadac kawalek nie placi sie calosci, a stosownie do km), wiec kupuje bilet do Kompong Trach, skad bede szturmowal kolejna swiatynie na gorce, Wat Kiri Sela.

Moze te wszystkie swiatynie nie sa super ekstra zajebiste, ale ja to lubie, a poza tym - mam bardzo duzo wolnego czasu (4 doby zapasu), wiec jesli cos nie kosztuje za wiele, to robie. Tu akurat kosztowalo kilka USD wiecej, bo kierowca zapomnial, gdzie mam wysiadac, a ja nie moglem stwierdzic, gdzie jestem, bo wszystkie napisy makaronem a droga w przebudowie (ergo: nie ma slupkow przydroznych, z ktorych, w calym regionie, mozna odczytac odleglosc do kolejnych miejscowosci). Dojezdzam, wprawdzie 100km za 2$, do Kep, skad natychmiast motorem wracam do swiatynki.

Warto bylo! Jaskinia jak kazda tu, ale gora pusta w srodku robi wrazenie. Oczywiscie tez, jak wszedzie, trzeba sie opedzac od malolatow swiadczacych uslugi przewodnickie. Naturalnie, zawsze dodaja, ze czesto turysci narzekaja, ze sie tu gubia (w wiekszosci miejsc jest to wprost nieprawdopodobne). Powrot do Kep, galop do informacji turystycznej i zaraz potem (wszystko to z garbem) na tzw. sunset rock na zachod slonca. Leje sie ze mnie jak w "Czy leci z nami pilot", ale widok spoko. Schodze, 4km do marketu i tam, zgodnie z wytycznymi turinformu, znajduje tani nocleg (w Kep tani = 5$). Zasypiam zastanawiajac sie, czy warto zostac tu dzien dluzej. Ladne, ale bardzo male, a w okolicy Rabbit Island za jakies 10$ w obie, gdzie mozna wejsc na wzgorze i reszta to plaza.

01.02. Kep - Phnom Sorsia - Phnom Chngouk - Kampot

Pobudka jak zwykle. Sniadanie na rynku, kola na dzien. Wtem slychac glos z gory (z rozumu): Najtaniej na te wyspe to lodzia z GH za 7$ w obie, tak? Nie ma tam w sumie nic, tak? To po co przedluzac na sile tu???! Ze tanio? Porownajmy: nocleg 5$ (w Tajlandii pewnie niewiele drozej, jesli w ogole), najtanszy posilek - ciut nizej dolara (w Tajlandii tak samo), piwo - 1$ za 0,66l, w Tajlandii drozej ale w 7eleven jest przeciez SiamSato za mniej niz dolara za 0,66! Czyli nie oplaca sie przedluzac w Kambodzy jesli nie ma nic specjalnie ciekawego. Biore wiec garba i przez caly Kep ide w kierunku Kampotu. Kep jest naprawde ladny i urokliwy, widac francuska reke (sporo drzew, gdzieniegdzie szpaler, ladnie dla oka i zadbanie a architektura w tym otoczeniu nie razi). Mocze nogi w morzu i docieram na Crab Market. Na kraba (polecanego przez LP) za wczesnie, ale squid na patyku za 2.500 rieli to tez cos. Ide dalej.

Po malych nastu km (po co mam wydawac na transport, jak i tak nic lepszego niz przejscie z dniem nie zrobie? chce spac w Kampocie a to tylko 20km stad, wiec motorem obskocze odleglosc i 2 swiatynki po drodze w 2h) jestem przy Phnom Sorsia. Jest to najmniej ciekawa swiatynia z odwiedzanych przeze mnie (jaskinia przecietna, gora jak gora, swiatynia slaba i nowa), ale jest za darmo i tylko 1km od szosy. Pogoda typowo kambodzanska, czyli upal, tony pylu na drodze, ale w zasadzie sucho, wiec sie idzie przyjemnie. No, moze nie liczac po kilku psow w co drugim domu w kazdej wsi. Wrociwszy do szosy lapie (a w zasadzie ona mnie, samemu lapiac zlapie tylko platne) podwozke pod skret do Phnom Chnork (Chngouk). Po kilometrze pierwszy przekret - jest skret na jakies "prehistorical site", wiec skrecam dla rzutu okiem, a tam bileter zapewnia mnie, ze to juz "moj" Phnom. Dobra, dobra. Wracam do gruntowki i, na szczescie, bo jest 12 z minutami, lapie kolejnego stopa. Mlody koles wiezie pod Phnom Chnork a na miejscu, rzecz jasna, oferuje uslugi przewodnickie. Nic z tego, kochany, choc dzieki serdeczne. Tu jaskinie ladniejsze i pelne nietoperzy a swiatynia najlepsza z gatunku, tzn. w srodku gory, w suzej jaskini, komus sie chcialo zbudowac swiatynie hindu w... VII w.! Powrot 5km do drogi, teraz ja lapie, wiec za pieniadze do Kampotu i wysiadka na nieco peryferyjnym targu w przecietnej, kambodzanskiej okolicy.

Za to centrum Kampotu jest naprawde sliczne. Sporo pozostalej po Francuzach dwukondygnacyjnej (i co najwazniejsze: ladnej) architektury, miasto ladne i zadbane, nawet promenada nad rzeka ma zadbane drzewa i klomby! Wreszcie, na koniec, ladne miasto w Kambodzy. Jedyne, co szkoda, to to, ze ma to 500x300m i w godzine z kawalkiem wszystko widze po kilka razy. Niestety, tu tez nie ma jak przedluzyc z sensem. W okolicy jakies 2 przecietne wodospady i - polecana przez LP, odradzana przez wszystkich, ktorych opinie widzialem w necie - Bokor Hill Station. To ostatnie byloby spoko chociazby przez te minimum kilka stopni mniej (ostatnia szansa na trasie), ale mozna tam dojechac jedynie taxi, albo wykupic jednodniowa wycieczke za 15$, co - biorac pod uwage recenzje w necie - jest idiotyzmem rzadkiej masci. Innymi slowy - dzis jeszcze piwko przy ladnym zachodzie, troche czasu w niebrzydkim i do tego calym w zieleni a tanim zarazem (3$ z 1 darmowym piwem za dorm) GH a jutro za 8$ do Krong Koh Kong i przedostaje sie do Tajlandii.

Moze jakies podsumowanie:
1. Kraj
Plaski. Pojedyncze wzgorza na polnocy, troche wzgorz na trasie Phnom Penh - Kep, jedyne gory na pd-zach. Wiekszosc pokrywa ruda ziemia. Zabytki to glownie swiatynie (od VIw. do XX). Miasta nieciekawe. Klimat przyjemny, bo malo skazony turystyka. Klimat (geograficznie) patelnia, ale bez upierdliwej wilgoci. Ze zwierzat - psy i kury. Ceny zarcia - ciut lepiej niz w Laosie, ciut gorzej niz w Wietnamie. Tyle co w Tajlandii - caly region w jeden worek. Podrozowanie dosc proste, o ile nie zbaczasz z glownej trasy, bo komunikacja lokalna odbywa sie tylko za pomoca skuterow i shared taxi, co jest sporo drozsze niz przecietny autobus. Noclegi przyzwoite, jak zwykle - najtansze w miejscach turystycznych, czysto, czasem jest srajtasma, przewaznie w prywatnych szczoteczka, pasta, mydlo i recznik. Cieplej wody raczej sie nie znajdzie. O tym, ze malo gdzie jest asfalt pisalem, o tym, ze wiekszosc ma tylko skuter, a jesli osobowka to stare Camry chyba tez. Nie widuje sie wozow z wolami, o ktorych napomina LP.

2. Ludzie
W wiekszosci serdeczni. Jesli nie jedzie na motorze, to jego "hello" jest spontaniczne i chce sie po prostu przywitac. Czasem ktos po prostu chce pocwiczyc angielski. Z drugiej strony - kazdy wlasciciel tuktuka i skutera (zwlaszcza zawodowo wozacy ludzi) chce wyruchac na kilkakrotnej przebitce. Sluzby, jak w calym regionie, przyjazne lub co najwyzej obojetne turyscie. Zadnych prob korupcyjnych, sprawdzania dokumentow (wychodzi na to, ze byly ZSRR to najgorsze miejsce w Eurazji jesli chodzi o mundury). Sposrod ludzi bez znajomosci angielskiego, wiekszosc chce pomoc. Jedyny problem - sami NIGDY nie jezdza, jesli nie musza, wiec - jak w Uzbekistanie - nie wytlumaczysz, ze chcesz oszczedzic. Skoro jezdzisz ("Why do white people travel?! - pyta ze zdziwieniem student, z ktorym ucialem sobie pogawedke w busie), to widocznie masz tyle kasy, ze nie masz, co z nia zrobic. Powoli, niestety, pojawia sie "buy from me" i dzieci wyraznie zadajace (!) pieniedzy w miejscach turystycznych oraz cala masa osob chcacych sprzedac bezuzyteczna usluge lub towar. Poki co, na szczescie, to tylko margines. W sarongach (znow - gdzie byli autorzy LP?), w kramach (krama - rodzaj chusty naglownej) - malo kto.

Jak mi sie jeszcze cos przypomni to dodam "PS" do postu.

Pozdro!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 86 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group