Dzisiaj jest 21 lis 2017, 16:07

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 2 ] 
Autor Wiadomość
PostZamieszczono: 24 cze 2013, 15:04 
Offline
popularna

Rejestracja: 27 lut 2013, 14:14
Posty: 25
Do tegorocznego wyjazdu w Bieszczady członkowie Trampa przymierzali się już od marca. Początkowo miał on stanowić reaktywację wyjazdu „Ryby”, jednak napięty harmonogram imprez klubowych na wiosnę, a potem zamieszanie związane z zaliczeniami i sesją zweryfikowały te plany i ostatecznie powstały „Posesyjne Bieszczady”. Nazwa ma charakter raczej roboczy, powstał pomysł (autorstwa Łukasza K.) by zapoczątkować nowy tradycyjny wyjazd pt. „Niedźwiedzie” (jak tłumaczy Łukasz „wychodzące z murów uczelni po zimowym śnie” ;) ) odbywający się właśnie na początku wakacji/końcu sesji. Zobaczymy, czy uda się w kolejnych latach stworzyć taki nowy element klubowej tradycji.

Wyjazd rozpoczął się nietypowo, bo na przystanku autobusowym przy Dworcu Zachodnim. Na zbiórkę stawiło się 10 osób. Trzy niestety już wcześniej poinformowały nas o swojej rezygnacji. Pod czujnym okiem prezesa Mateusza autobusem do Sanoka pół godziny po północy ostatecznie wyruszyli Ania, Tomasz, Kuba S., Maciek, Łukasz, Paulina oraz trójka „debiutantów”-znajomych organizatorów – Karolina, Kuba M. i Janek. W autobusie chyba nikomu nie udało się zasnąć na dłużej niż 2 godziny, za to można było spokojnie pogadać i innym pasażerom (autobus był pełny) na szczęście to nie przeszkadzało.

Około godziny 6 dotarliśmy do Sanoka, gdzie zjedliśmy śniadanie i skorzystaliśmy z długo wyczekiwanej toalety. Co bardziej rozrzutni pozwolili sobie nawet na wydanie 20 groszy na umycie rąk. :hyhy: Po godzinie 7 siedzieliśmy już w kolejnym autobusie, który miał nas zawieźć na początek naszego szlaku – do Pszczelin. Wbrew staraniom Łukasza K. nasze plecaki nie wypadły z luku bagażowego i w komplecie dotarliśmy na początek naszej pieszej wyprawy. W ramach przygotowań do wędrówki wysmarowaliśmy się porządnie kremami do (nie)opalania i nałożyliśmy czapki/chustki/koszulki na głowy. Słońce grzało bowiem bardzo mocno, a temperatura przekraczała zapewne 30 stopni, co zresztą nie zmieniło się przez cały okres naszego wędrowania po szlakach. Kiedy byliśmy gotowi do wymarszu, na miejsce dojechały dwie Ewy, które dotarły na trasę z Przemyśla.

Po zebraniu całej grupy i zerknięciu na mapę rozpoczęliśmy wędrówkę, w planach na pierwszy (najtrudniejszy) dzień mieliśmy zdobycie Bukowego Berda i Tarnicy. Po kilometrowej rozgrzewce dotarliśmy do budki Bieszczadzkiego Parku Narodowego, gdzie nabyliśmy bilety i pieczątki. Początkowo grupę prowadziłem ja, jednak kiedy pomyliłem trasę przy pierwszym odbiciu szlaku w bok :D , prowadzenie przejął Kuba S. i nie oddał go do ostatniego dnia. Podejście przez las na Bukowe Berdo było dość żmudne, szybko nastąpił podział na grupę „emerycką” i resztę, który przetrwał aż do poniedziałku. Około godziny 14 wdrapaliśmy się na Bukowe Berdo, skąd nareszcie mogliśmy podziwiać piękne zielone bieszczadzkie widoki. Przejście przez Berdo zwieńczone było dość wymagającym podejściem, po pokonaniu którego rozciągał się piękny widok na nasz kolejny cel, czyli Tarnicę. Przed wejściem na Tarnicę mieliśmy jeszcze dwie dość irytujące i męczące przełęcze. Na drugiej Maciek i Ewa zaczekali na resztę grupy, która już bez plecaków zdobyła najwyższy szczyt Bieszczad. Kiedy zebraliśmy się ponownie w komplecie pod Tarnicą zorientowaliśmy się, że jest już dość późno i zaczyna nam brakować wody, więc czym prędzej rozpoczęliśmy marsz w kierunku Ustrzyk Górnych i naszego schroniska.

Około godziny 19 dotarliśmy do celu, rozgościliśmy się w pokojach, pomyliśmy i pojedliśmy. Elementem wieńczącym pierwszy dzień wyjazdu była trampowa „inicjacja” Pauliny, która poczęstowała nas swoim winem wiśniowym. W międzyczasie pewien swoich sił Łukasz K. postanowił założyć się z Mateuszem, że poniesie jego plecak następnego dnia, jeśli ten przejdzie jutrzejszą trasę w sukience Ani. Potem jednak ku niezadowoleniu całej grupy (oprócz Ani) wycofał się z tej obietnicy :kwasny: , ale zdjęcie prezesa w sukience mamy :hyhy: . Potem było jeszcze kilka rundek lubelskiej i poszliśmy spać.

Następnego dnia czekała nas nie mniej ciekawa i równie trudna trasa z Ustrzyk przez Połoninę Caryńską na Wetlińską. Przed wejściem na szlak ponownie zakupiliśmy bilety, a Paulina z Karoliną nabyły po książeczce GOT i zbierających pieczątki była nas już piątka :) . Przebieg trasy był podobny jak dnia poprzedniego – zaczęliśmy w lesie, następnie wdrapaliśmy się na grzbiet Połoniny Caryńskiej i zdobyliśmy wszystkie jej szczyty, za każdym razem mając nadzieję, że to już ten ostatni. Kolejnym punktem było dość długie i strome zejście do Brzegów Górnych, chyba najbardziej męczący fragment naszej wycieczki. W trakcie schodzenia napotkaliśmy dziarskiego dziadka, który jak twierdził, wyszedł o 8 ze wsi Smerek i właśnie idzie do Ustrzyk, czyli w jeden dzień robi naszą trasę przeznaczoną na niedzielę i poniedziałek. Pogratulować zdrowia. Kiedy już udało nam się dotrzeć do wsi okazało się, że oprócz kilku domków, budki parku narodowego i przystanku busów, jest w niej także namiastka sklepu. Zaopatrzyliśmy się w nim w napoje i zapiekanki (ciepłe, ale z pewnością niezbyt świeże). Około godziny 17 udało nam się zmotywować do powrotu na szlak. Okazał się wówczas, że budka parku jest już zamknięta – zaoszczędziliśmy 3 złote, ale stempelek przepadł. Podejście, które nas czekało nie napawało optymizmem, według wyliczeń miało ono średnio 20% i sugerowaną prędkość pokonywania 1,5 km/h, jednak dzięki temu, że na najbardziej stromych odcinkach wspomagały nas schody i poręcze, udało nam się całkiem sprawnie osiągnąć Połoninę Wetlińską.

Wieczór i noc spędzaliśmy w Chatce Puchatka – urokliwym miejscu pozbawionym elektryczności i z łazienką w postaci rury i beczki z wodą oddaloną o 0,5 km od schroniska ;) . Przed rozgoszczeniem się w pokojach część naszych wędrowców raczyła się jeszcze Leżajskiem zakupionym w schronisku za 10 zł, jednak jak twierdzą, wartym swojej ceny. Na noc od bardzo miłego kierownika schroniska otrzymaliśmy 2 pokoje, jeden cały dla siebie, drugi dzielony z inną grupką amatorów bieszczadzkich szlaków. Mycie w nietypowej łazience było dużą atrakcją, szczególnie, że niedaleko od niej można było spotkać kilka jeleni – „zaprzyjaźnionego” Filipa i Cyca z koleżankami :D . Po obejrzeniu bardzo urokliwego i bardzo czerwonego zachodu słońca udaliśmy się do pokojów, gdzie przy świetle czołówek graliśmy w mafię. Myśleliśmy, żeby zrobić jeszcze coś szalonego, ale ostatecznie odłożyliśmy to do jutra i wizyty w Wetlinie ;) .

Zanim jednak dotarliśmy do Wetliny, czekało nas kilkanaście kilometrów wędrówki przez Przełęcz Orłowicza, z której odbiliśmy jeszcze na najwyższy tego dnia Smerek. Po zejściu ze Smerka robiliśmy pierwsze przymiarki do nowego zdjęcia w tle na klubowym fanpage’u układając się w napis TRAMP. Samo zejście do Wetliny minęło dość szybko, na miejscu dopadliśmy do najbliższego sklepu, w którym zaopatrzyliśmy się głównie w rozmaite napoje. Po krótkich zakupach ruszyliśmy do naszego schroniska (PTSM, dawna szkoła), gdzie jednak dowiedzieliśmy się, że doba hotelowa jest dopiero od 17 i na razie nie możemy wejść. Rzuciliśmy plecaki za budynkiem i poszliśmy coś zjeść do jedynej otwartej knajpy, było bowiem dopiero koło 15. Po drodze spotkaliśmy pana busiarza, który okazał się być mężem pani prowadzącej schronisko i jednocześnie ratownikiem GOPR i sołtysem :) . Bez problemu zgodził się nas podwieźć na Przełęcz Wyżniańską następnego ranka. Początkowo planowaliśmy powrót do Ustrzyk z samej Wetliny, jednak stopień zmęczenia i czas przejścia już po pierwszym dniu zweryfikował nasze plany. W karczmie zamówiliśmy głównie pierogi i naleśniki ze świeżymi truskawkami, które okazały się być racuchami. Po powrocie do schroniska mogliśmy już rozłożyć się po pokojach i umyć się w bardziej typowej niż ostatnio łazience (a niektórzy myli się po raz pierwszy od soboty). Działał tylko jeden prysznic, więc sporo nam to zajęło, w międzyczasie przeszła burza. Czas umilaliśmy sobie opowiadaniem zagadek i innych czarnych historii. Kiedy przestało padać, a wszyscy zdążyli się umyć, wyruszyliśmy do Bazy Ludzi z Mgły, która była naszym głównym celem tego dnia. Przez cały dzień każdy myślał tylko o tym, ile da radę wypić lokalnych drinków, zwanych pieszczotliwie „mózgojebami” :hyhy: . W Bazie spędziliśmy kilka godzin, jednym „mózgojeby” smakowały, innym nie, reakcje na nie były różne, jednak nikomu nie udało się pobić rekordu trzech, czego szczególnie Maciek potem żałował. Noc była dość burzliwa :D , ostatecznie jednak udało nam się zapędzić wszystkich do łóżek.

Następnego dnia udało nam się zebrać jak na nas wyjątkowo wcześnie, bus było bowiem zamówiony już na 9.00. Mimo przygód z „mózgojebami” wszyscy byli w zaskakująco dobrej formie. Jedynie Maciek i Kuba M. postanowili dojechać od razu do Ustrzyk i zaczekać tam na resztę grupy, ale wiedzieliśmy o tym już dzień wcześniej i było to efektem nadmiaru GOTów, a nie procentów. Przy śniadaniu narodził się fantastyczny pomysł, by ta dwójka zabrała ze sobą do Ustrzyk wszystkie nasze plecaki, tak żebyśmy mogli wdrapać się na Rawki „na lekko”…no prawie ;) . Na wycieczkę wzięliśmy „tylko” jeden plecak, ale wypełniony po brzegi wodą. Nosiliśmy go na zmianę w męskim gronie. Około 9.30 wysiedliśmy na przełęczy Wyżniańskiej i ruszyliśmy na ostatni bieszczadzki szlak. Szybko dotarliśmy do Bacówki pod Rawkami, w której zdobyliśmy najbardziej okazałą pieczęć wyjazdu. Kolejnym punktem była Mała Rawka, na którą prowadziło naprawdę strome podejście i każdy z jednym wyjątkiem cieszył się, że plecaki zostały w Ustrzykach. Z Małej Rawki przeszliśmy na Wielką, która była zwieńczeniem naszej czterodniowej wędrówki. Na szczycie całą dziesiątką ułożyliśmy się w napis KTE Tramp i oblaliśmy wyprawę winem Bieszczady, które chłopaki dzielnie wnieśli na górę. Jest ono również bohaterem najbardziej słitaśnej foci wyjazdu wykonanej najdłuższą rąsią w klubie :P . Po obfotografowaniu się na szczycie Rawki nie pozostało nam nic innego jak ruszyć ostatnim odcinkiem w dół do Ustrzyk. Zejście tym szlakiem było jeszcze bardziej strome niż podejście (o jego trudności dobitnie świadczą drogowskazy - przy wiacie pod szczytem 1h 40 min na górę, na szczycie 30 min w dół), brak plecaków ponownie sprawiał wiele radości i szybkim krokiem wylądowaliśmy na szosie pod Ustrzykami. Z budki parku wzięliśmy ostatnią pieczątkę i klamrą w postaci asfaltu zamknęliśmy nasz marsz po Bieszczadach. Pod sklepem spotkaliśmy dwójkę naszych kolegów, którzy zarzekali się, że piją dopiero pierwsze piwo. W pobliskiej knajpie pojedliśmy i przeczekaliśmy godzinę do autobusu. I tu po raz pierwsze rozdzieliliśmy się już na stałe. Ewa zabrała ze sobą 4 osoby do Przemyśla, a pozostała siódemka wybrała się tam właśnie autobusem, a nawet dwoma, z przesiadką w Ustrzykach Dolnych. Ja skorzystałem z wariantu autobusowego i trzeba przyznać, że podróż pomiędzy Ustrzykami Dolnymi a Przemyślem była niezapomnianym przeżyciem. Te emocje przy wyprzedzaniu rowerzysty – damy radę czy nie :hyhy: . W pewnym momencie myśleliśmy z kolei, że na autobus napadła ukraińska mafia, jednak to nie byli oni :kwasny: . My mieliśmy niezłą zabawę, za to rutynowany pan kierowca nic sobie z tych przygód nie robił i tylko co pół godzinki serwował wycieczce przerwę na papieroska. Trzeba mu jednak oddać, że przyjechał punktualnie.

Po dojechaniu na dworzec w Przemyślu pożegnaliśmy się z Jankiem, Karoliną, Pauliną i Kubą M., którzy tej nocy wrócili już do Warszawy. Reszta wycieczki spędziła noc w posiadłości Ewy, w której zostaliśmy niezwykle serdecznie przyjęci i nakarmieni. Początkowo wieczór planowaliśmy spędzić „na mieście”, jednak rozpętała się ogromna burza i posiedzieliśmy w salonie, przy piwie wspominając wyjazd i snując plany na klubową przyszłość.

Następnego dnia od rodziców Ewy ponownie otrzymaliśmy potężną porcję jedzenia, w tym kanapki na drogę i z rana pojechaliśmy na dworzec, po drodze zwiedzając krótko Przemyśl z okien samochodu. Sama podróż pociągiem była jednak mocno uciążliwa. Dość powiedzieć, że odcinek do Lublina pokonaliśmy w 6 godzin. Czas umilaliśmy sobie rozwiązując krzyżówki i grając w karty, także z Grześkiem – kolegą Mateusza, który niespodziewanie dosiadł się w Kraśniku. Po 18 byliśmy nareszcie w Warszawie i definitywnie zakończyliśmy nasze „Posesyjne Bieszczady”.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 24 cze 2013, 16:13 
Offline
popularna

Rejestracja: 27 lut 2013, 14:14
Posty: 25
Zdjęcia z wyjazdu autorstwa Kuby: https://plus.google.com/photos/10457825 ... erid=gplp0


Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 2 ] 

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group