Dzisiaj jest 18 lis 2017, 21:16

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 9 ] 
Autor Wiadomość
PostZamieszczono: 15 lip 2007, 17:09 
Offline
II norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 17:51
Posty: 1513
Lokalizacja: ....
Jestesmy juz ponad tydzien po za domem wiec pomyslalem ze napisze jak owy tydzien minal...
zaczelo sie zabawni bo Dylu ostanowil pojechac do Lublina pociagiem pozniejszym niz my i przy przesunieciu w rokladzie autobusu do Lwowa o godzine wczesniej nie zdazyl na owy autobus. Musial wiec nas gonic innymi mozliwymi srodkami transportu do Lwowa..udalo sie
Pociagiem udalismy sie do Kijowa skad od razu na lotnisko gdzie okazalo sie ze nasz samolot jest opozniony o 8h...:/
wrocilismy wiec do cenrum i poogladalismy troche miasto...niestety caly czas padalo wiec nie bylo to takie pzyjemne
W Delhi bylismy wiec w niedziele kolo poludnia i doswiadczylismy mentalnosci Hindusow ktorzy naciagaja wszystkich na wszytko...padlismy ofiara takich naciagan (mowili nam o pozwoleniach ktore sa potrzebne itd). W zwiazku z tym udalismy sie nie rejon ktory chcielismy czyli Himczal Pradecz ale do...Kaszmiru
Tu takze szczescie nie sprzyjala i trekking skonczyl sie po 4 dniach choraba wysokosciowa wpiew Dyla a potem choraba Spiewana i musielismy schodzic..zdobylismy tylko przelecz 4200m
Teraz jestesmy w Armitsarze i jutro udajemy sie do Pakistanu.
Ogolnie wrazenie z Indii takie:
syf i neza straszna
natomiast Kaszmir jest cudowny...widoki i gory piekne
pozdrawiamy i kolejny wpis mam nadzieje z Gilgit przed trekingiem w Karakorum

_________________
ciągle pamiętamy->śmietana szatana na twarzy banana

Ciepłemu bananowi kiełbasa między nogi
W bananie i śmietanie czarne wyobcowanie

<-- czyż on nie jest piękny....


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 01 sie 2007, 5:40 
Offline
II norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 17:51
Posty: 1513
Lokalizacja: ....
dojechalismy do Kashgaru w Chinach
a w skrocie jak przebiegly osttanie 2 tyg:
z Armitsaru pojechalismy do Lahore po drodze ogladajac uroczyste zamkniecie granicy odbywaace sie codzeinnie (mam filmik z tego wiec pokazemy jak wrocimy)
w Lahore od razu wzielismy pociag do Rawalapindi ktore nie jest wogole ciekaqe za to Islamabad jest super...wyglada jak europejskie miasto jest pelno rzeczy do kupienia...ludzie norlamni i czytskoprzede wszytkim na ulicach
dzielnica rzadowa to masywne ladne budynki robiace duze wrazenie...
na szczecsie na nasz czs pobytu nie bylo zamachow ;)
potem autobusem do gilgit i dalej do shimshal (wioska w gorach dosyc znana)
tam, zesmy sie rozdzielili i poszli w gory w dwie grupy
Ja, Spiewan, Emilka i Maciek poszlismy na trase na Sonia Peak
a Michal, Dylu i Makaron na Shimshal Pass
trekingi trwaly kolo 8-9 dni
mysmy przeszli przez dwie przelecze ponad 5000m oraz przez mase przek (lina obowiazkowa) i zdobylismy nie Sonia Peak bo za duoz bylo szczelon na lodwcu ale obok dwa szczyty bezimienne ktore nazwalismy Tramp Peak(5670) i Malika Peak(5690)
po treku udalismy sie do Sost na odprawqe graniczna Pakistanska i udalismy sie do Chin gdzie dopieo wstalismy
z ciekawych rzeczy to:
skrecilem albo mocno stluklem kostke przy schodzeniu z Tramp Peak'u
mys,my byli na trekingu z przewodnikiem Alim i dowiedzielismy sie wielu ciekawych rzeczy Karakorum i szczytach itd (opowiemy po przyjezdzie)
spedzil;ismy 24h na posterunku policji (bo nie moglismy zlapach zadnego stopa na KKH i oni nas goscili)
a wrazenia z Chin to....WOW!!
drogi zadbane, ceny srednie, i neony!! masa neonow w Kashgarze...
wicej pozniej....jeszcze przed trekiem w Qilian Shan
pozdrawiamy

_________________
ciągle pamiętamy->śmietana szatana na twarzy banana

Ciepłemu bananowi kiełbasa między nogi
W bananie i śmietanie czarne wyobcowanie

<-- czyż on nie jest piękny....


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 13 sie 2007, 20:18 
Offline
II norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 17:51
Posty: 1513
Lokalizacja: ....
pozdrawiamy z Xianu...jestesmy tu na razie Ja od dzis poludnia, a Dylu z Makaronem juz 2 dni...reszta z gor jeszcze wraca...
o gorach sie nie wypowiem bo mnie tam nie bylo ze wzgledu na kostke swoja...pojechalem wiec do prowincji Hubei i zobaczylem park narodowy Wutang Shan z pieknymi klasztorami i gorkami oraz bylem na tamie 3 przelomow na Jangcy...
park mimo ze drogi to warty odwiedzenia a tama robi duze wrazenie choc widac duzo smieci dookola i zaniedbania...
jutro jedziemy zobaczyc armie terakotowa a pozniej do Datongu ogladacv inne klasztory a stamtad juz blisko do Pekinu gdzie mamy zamiar spoedzic 3,5dnia i zrobic duze zakupy :D

_________________
ciągle pamiętamy->śmietana szatana na twarzy banana

Ciepłemu bananowi kiełbasa między nogi
W bananie i śmietanie czarne wyobcowanie

<-- czyż on nie jest piękny....


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 24 sie 2007, 0:36 
Offline
mała złota
Awatar użytkownika

Rejestracja: 09 lis 2006, 22:46
Posty: 279
Lokalizacja: z jaczej skóry
Wrocilem w niedziele wieczorem do Cardiff, reszta ekipy jest juz w transsibie i rano byli chabarowsku, jutro wieczorem dojada do Ulan Ude.
Korzystajac z ich niebecnosci moge rozpoczac relacje.
Ale najpierw:
Radi moglbys troche przeredagowac post Wilka, bo swym rozmiarem utrudnia czytanie watku.
Dzis przedstawiam swoj pierwszy dzien w Delhi - przyjechalem tam 24h przed reszta i troche sie dzialo

Przylot

Po wykańczającym tygodniu w pracy, kupowaniu sprzętu na ostatnią chwilę i pakowaniu się udało się wreszcie wyrwać od tego wszystkiego i w piątek po południu grzecznie wsiadłem w samolot do New Delhi, gdzie poza ubranymi w sari stewardessami, dwoma lampkami wina i browarkiem oraz flirtowaniem z uroczą studentką medycyny z Manchesteru nic specjalnego się nie działo. W związku z tym nieco znudzony i koszmarnie niewyspany (przez poprzednie 4 nocy spałem jakieś 12h) rozpocząłem zmagania z obcą cywilizacją. Przeszkód nie brakowało. Już pierwszy krok z samolotu był problemem z racji koszmarnego upału. W dzień bywa tam ok. 40 – 45 stopni. A o 6 rano, kiedy to mój samolot wylądował, było niewiele mniej. Następnie, nieudana próba wyciągnięcia kasy z bankomatu – nie chciałem wymieniać funtów, bo miałem ich naprawdę nie wiele. Nie udało się na lotnisku, więc wyszedłem z niego w nadziei, że coś się znajdzie nieopodal. Niestety była kompletna pustka, a wrócić do jedynych kantorów w promieniu 10km się już nie dało (służba ochrony pogranicza nie chciała przepuścić. NA szczęście, spotkana nieopodal dwójka brytoli też za bardzo nie wiedziała co z sobą zrobić postanowiliśmy więc wspólnie wziąć taksówkę, która ich miała zawieść do hotelu a mnie do biura informacji turystycznej – musiałem załatwić bilety do Manali dla całej ekipy. Przeszliśmy się kilkaset metrów i ruszyliśmy na miasto, gdzie natychmiast zaatakował nas przerażający obraz biedy – tysiące ludzi śpiące w namiotach, na trawnikach a nawet na ulicach, nie mających absolutnie nic, poza ogromnym uczuciem głodu. Co kilka minut, jak staliśmy na światłąch podchodziło jakieś wygłodzone, wychudzone dziecko prosząc wymownymi gestami (jeszcze bardziej wymowne były, gdy odeszły z kwitkiem) i pięknymi dużymi oczyma o cokolwiek.
Po 30 min wysiadłem z samochodu (jako pierwszy), i nie mając ani rupii przy sobie chłopaki jedyne co mogłem zrobić to ślicznie podziękować za transport. Po wejściu do biura po raz pierwszy odczułem indyjską gościnność. Nie minęło 60 sekund a już siedziałem na skórzanym fotelu i piłem słodką herbatę z mlekiem i tak w przyjaznej atmosferze, traktowany jak przyjaciel, a może nawet i członek rodziny z minuty na minutę zaczynałem wątpić czy dobrze trafiłem. Hindusi są niesamowici. Chyba nikt inny nie potrafi wydawać się być tak pomocnym i bezinteresownym. Podkreślam – wydawać.
Oprócz biletu dla wszystkich chciałem jeszcze sobie załatwić transport do Taj Mahal. Po jakichś 30 minutach niespiesznego załatwiania formalności, uprzyjemnianego rozmowami o życiu, Indiach, Polsce itp. zacząłem się orientować, że nie trafiłem w najlepsze miejsce, a oni tu nie po prostu starają się wykiwać na każdym kroku, oferując transport po najniższej cenie specjalnie dla mnie, bo przecież jestem ich przyjacielem. Jakoś udało mi się stamtąd wyrwać – choć jak wychodziłem to już nie byli tacy mili. Dostało mi się kilka inwektyw. Niestety pod biurem czekali już nam nie taksówkarze z którymi przyjechałem z lotniska. Grzecznie im powiedziałem, aby poszli tam gdzie pieprz rośnie  i poszedłem przed siebie. W sumie to było jedyne, co wiedziałem o tym, gdzie idę. Nie miałem pojęcia w jakiej części miasta jestem, żadnej mapy ani pieniędzy. Szybko znalazłem jakiś bankomat, ale tam też karta nie działała, Zaraz obok był następny, potem jeszcze dwa i nie pozostało mi nic innego jak siarczyście zakląć. Cholerna karta nie chciała współpracować z indyjskimi bankomatami.
Nie pozostało mi więc nic innego, jak wziąć rikszę do bankomatu zagranicznego banku – wybór padł na HSBC, bo mają kilka oddziałów w Delhi no i są bardzo wyraźnie obecni w UK. Nie było łatwo wytłumaczyć wynajętemu pariasowi o co mi chodzi. A okolica nie była taką, że ktoś mógłby znać angielski jako język pomocniczy. Generalnie wygądało to jak środek niczego, ale jakoś przy pomocy 10 innych osób które się zaraz zbiegły udało się wyruszyć w drogę, po kilku minutach byłem u celu, tak się przynajmniej wydawało rikszarzowi. W sumie to miał prawo pomylić Hongkong and Shanghai Banking Corporation z Housing Development Finance Corporation, w końcu oba są notowane na NYSE, i zawiózł mnie pod jeden z ich 753 oddziałów w Indiach. Na szczęście nieopodal był kantor, gdzie udało się, mimo wczesnej pory wymienić parę funtów i uwolnić się od rikszarza. Niestety zaraz wpadłem w kolejne sidła chcąc do jechać do Connaught Place – głównego skweru miasta, aby tam, zasięgnąć języka o biletach do Manali w jedynym w mieście oficjalnym biurze informacji turystycznej. Po 20 minutach jazdy dotarłem pod próg jakiegoś biura, gdzie udało się zamówić bilety. Jako, że nie miałem wystarczającej ilości gotówki po zostawieniu depozytu wyruszyłem na poszukiwanie HSBC ze swoimi rikszarzem. Po kilkunastu minutach udało się. Moim oczom ukazał się duży stalowo-szklany budynek z dużym biało-czerwonym logiem. Uradowany wbiegam po schodach wkładam kartę i… wyskoczył jakiś błąd 401. Powtarzam operacje ze 3 razy, ale za każdym razem to samo. Błagalnym głosem pytam się stojącej nieopodal pracownicy banku gdzie tkwi problem. Po przeanalizowaniu instrukcji obsługi bankomatu okazało się, że problem tkwi w mojej karcie – nie działa w Indiach. Niezbyt pokrzepiony tą informacją szybko przeliczyłem gotówkę – prawie 1600 INR, 205 GBP i 25 EUR – trochę mało jak na sześciotygodniową podróż. W sumie to planowałem nie brać tych funtów, ale jakoś je zapakowałem, w końcu, do portfela. No to nie pozostało nic innego jak wymienić funty i lecieć po bilety, zahaczając po drodze o kantor i szczęśliwym (lub nie, trudno ocenić) zbiegiem okoliczności trafiłem do jedynego i oficjalnego rządowego biura informacji turystycznej.

Biuro Informacji Turystycznej

Zasiadłem tam wygodnie i zacząłem rozmawiać o życiu, podróżach, kobietach z bardo sympatycznym, ożenionym z Australijką Pakusem w oczekiwaniu aż szef będzie wolny I pomoże odpowiedzieć na nurtujące mnie pytanie o pozwoleniach na trekking w stanie Himachal Pradesh w okolicy granicy chińskiej. Zanim stanąłem przed obliczem Najważniejszego chłopaki postawili mi 2 herbatki i ze 2 butelki coli. Trochę to trwało, ale czas upływał w niezwykle sympatycznej atmosferze.
Wreszcie udało się, przesiadłem się na krzesło do boxu obok i zacząłem się dowiadywać o pozwolenia. Jako, że nie była to oczywista informacja, trzeba było na nią trochę poczekać (miała przyjść z departamentu turystyki stanu Himachal Pradesh). Czekałem więc jedną chwilę, później następną i ze 3 kolejne załatwiając w międzyczasie tańsze bilety do Manali i... czekając.

Zwiedzanie miasta

W końcu zabrałem się z jakąś Koreanką i Amerykanką na wycieczke po mieście organizowaną, jak się okazało, przez to biuro. Był duży samochód z klimą i nasza trójka. Coś zupełnie nie w moim stylu, ale myślałem, że będzie to wyglądać nieco inaczej. Pojechaliśmy najpierw do New Delhi, a dokładniej do Rajpath, głownego bulwaru w mieście zaczynającego się Indian Gate - monument upamiętniający ofiary pierwszej wojny światowej a kończącego się Rashtrapati Bhavan - pałacem prezydenckim wiodącego wzdłuż budynków siedzib ministrów i premiera. Co ciekawe budynki po obu stronach ulicy są swoimi lustrzanymi odbiciami a ostatnie 350 pokryte jest czerwoną glinką. Po brudzie i hałasie; tu należy się małą dygresja, zapomniałem do tej pory pisać o niewyobrażalnym hałasie w mieście dobiegającym z samochodowych klaksonów. Hindusi trąbią bez przerwy. Nie byłem w żadnym salonie, ale nie zdziwiłbym się, gdyby wśród prezentowanych parametrów na równi z pojemnością i mocą silnika, liczbą drzwi i ilością zużywanego paliwa stała liczba decybeli klaksonu. W żaden sposób nie możliwe jest ustalenie kto na kogo ( nie mówiąc już o rozważaniach nad celowością) trąbi. Setki klaksonów tworzą jeden nieprzerwany, niesamowity dźwięk. A więc po brudzie, hałasie i chaosie innych dzielnic porządek, spokój i względna cisza dzielnicy rządowej naprawdę robiła wrażenie. Budynki wybudowane po decyzji króla Jerzego V o przeniesieniu stolicy z Kalkuty do Delhi z 12 grudnia 1911 roku jako siedziba wicekróla imponują rozmiarem. Sam pałac prezydencki ma 350 pokoi i 265 tyś m3 (Bazylika Mariacka w Gdańsku - 155 tyś. M3). Budynek wieńczy duża kopuła dwa razy wyższa od reszty budynku wzorowana według jednych na Panteonie, według innych na stupie w Sanchi. Osobiście, jak widzę kopułę to przed oczyma staje mi tylko Bazylika św. Piotra, ale wynika to z mojej architektonicznej ignorancji, a nie jakiś bliskich podobieństw. Rajpath ( nie licząc odcinku z siedzibą rządu) otoczony jest trawnikami z fontannami, które stanowią lubiane przez mieszkańców stolicy miejsce pikników.
Stamtąd udaliśmy się do grobu Humayuna, drugiego władcę Imperium Mogołów. Jest to pierwsza znacząca budowla Mogołów w mieście (budowa zaczęła się w 1562r.) i stanowi pierwowzór Taj Mahal (które znajduje się w odległej o jakieś 200km Agrze). Oprócz rozmiarów różni się przede wszystkim kolorem. W Delhi Mogołów dominuje czerwony piaskowiec, którego kolor dominuje nad wszystkimi zdobieniami, w związku z tym lokalnym budowlom, moim skromnym zdaniem trochę brakuję do dzieł pradziadka miejscowych władców w Samarkandzie czy Bucharze (które znam tylko ze zdjęć, ale widziałem ich na tyle dużo, że czuję się uprawniony do komentarza). W sumie to w ogóle nie jestem wielkim miłośnikiem architektury muzułmańskiej, więc poza ceną biletu (250 INR = 6.25USD) nie zwróciłem na wiele rzeczy uwagi. Choć na terenie kompleksu był jeszcze wybudowany jakieś 20 lat wcześniej interesujący ośmiokątny grobowiec Izy Khana – dostojnika z dworu timuridów i znaczących rozmiarów ogród.
Następnie ruszyliśmy do Lakshmi Narayan Temple – jednej z większych hinduistycznych świątyni w mieście. Niestety tu też się słabo orientuje, setki róznych Vishnów, Kriszn, Narayanów i tysiące innych bogów nie zapadają łatwo w pamięci. A więc nawet z pomocą internetowych ściągawek nie jestem w stanie za dużo o tym opowiedzieć, poza tym, że świątynia została ufundowana przez hinduskiego przemysłowca i otworzona przez Gandhiego w 1938. W środku jest wszystko się świeci na złoto, figurki mają mnóstwo rąk i wszędzie widoczne są swastyki.
Na końcu do Gurudwara Bangla Sahib największej w mieście świątyni Sikhów, którzy od razu wzbudzili moją sympatię. Świątynia miała wszystko, czego trzeba – kuchnię, jeziorko i była z białego marmuru, co czyni ją dość wyjątkową tym mieście. Ale o Sikhach (hmm, nie wiem czemu autokorekta w Wordzie zmienia mi ten wyraz na ‘siksach’) i ich świątyniach zdecydowanie więcej opowiem przy okazji relacji z Armitsaru – na razie wystarczy – to ci w turbanach 

IMPREZA

Wróciliśmy więc do mojego ulubionego biura gdzie niemalże bez czekania zabrani zostaliśmy na obiad do brata szefa. Kupiliśmy po drodze browarki Kingfisher (55INR za 600ml, ale za to ma 8% alkoholu :), tzn. oni nam kupili i po 15 min jazdy dotarliśmy na miejsce uczty. Tam doznałem kolejnego szoku – w całym 50-60 metrowym mieszkaniu nie było ŻADNEGO mebla poza stojakiem na telewizor. Tym hindusom niczego nie trzeba – siedzą na podłodze, jedzą na podłodze, a po wyciągnięciu materacy z kąta śpią na podłodze. A więc na podłodze przystąpiliśmy do konsumpcji w oczekiwaniu aż pani domu przyrządzi strawę. Zaczęliśmy od browarów i 60% austriackiej wódki, która przywiozłem celem dezynfekcji po jedzeniu ulicznego żarcia w Indiach, potem odrobina haszyszu i obiadek. Mój pierwszy posiłek tego dnia. Wcześniej nie było czasu, w końcu byłem zajęty czekaniem. Jedzonko naprawdę dobre, później zaczęło trochę brzydnąć, gdy przez następne 2 tygodnie jedliśmy dokładnie to samo, czyli ciapati (taki placek z mąki) i/lub ryż ostry sos z fasolą i czasem ostry sos z mięsem. Najfajniejsze w tym było jedzenie rękoma. Okazuje się, że nawet przy tak naturalnej czynności bez odpowiedniego przygotowania technicznego dużo się nie osiągnie. Dobrze ułożona ręka i sprawny kciuk kluczem do sytości!!! Atmosfera panowała bardzo przyjemna, rozmowy o życiu z typowym dla hindusów dystansem do świata, o kobietach itp. Gdy wszystkich zaczynało ogarniać zmęczenie Szef i zbieraliśmy się do snu – okazało się, że mogę gratis spać u nich na podłodze/łóżku – Szef zrobił mi 3-minutowy masaż na stojąca. Momentalnie wszystkie mięśnie się rozluźniły i gdyby nie stojąca w pobliżu ściana padł bym na ziemie. Byłem okrutnie zmęczony i tylko napięcie trzymało mnie jeszcze na nogach. Kiedy ono ustąpiło tułów zaczął opadać, nogi uginały się i rozjeżdżały. 3 razy niemal upadałem i wstawałem zanim udało mi się przewrócić trzymające na jawie napięcie. Następnego dnia rano miałem odebrać resztę ekipy z lotniska. Mieliśmy spotkać się już wieczorem, ale ich samolot z Kijowa spóźnił się 8h!!! dzięki czemu mogłem uczestniczyć w świetnej imprezie.
A co było dalej okaże się później :)


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 24 sie 2007, 13:17 
Offline
I norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 19:40
Posty: 1162
Lokalizacja: Ursynów ponownie
jeśli to jest relacja z 1 dnia, a byliście tam niemal 2 miesiące to trochę do poczytania będzie :)


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 24 sie 2007, 13:38 
Offline
za wytrwałość

Rejestracja: 06 paź 2005, 22:19
Posty: 4924
No właśnie miałem mieć sugestię, żeby to albo skrócić na forum, albo wrzucić na jakąś stronkę po prostu, porobić podstrony... Tak będzie łatwiej czytać, tu jest męcząco dla oka zwłaszcza.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 24 sie 2007, 20:24 
Offline
mała złota
Awatar użytkownika

Rejestracja: 09 lis 2006, 22:46
Posty: 279
Lokalizacja: z jaczej skóry
jd23151 pisze:
No właśnie miałem mieć sugestię, żeby to albo skrócić na forum, albo wrzucić na jakąś stronkę po prostu, porobić podstrony...

tak tez i bedzie ale webmasterem jest Wilek, ktory obecnie przebywa w transsibie, wiec dopoki nie wroci, bede sie z wami dzielil wrazeniami na forum. A opisy nastepnych dni beda na pewno krotsze,


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 07 wrz 2007, 14:37 
Offline
II norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 17:51
Posty: 1513
Lokalizacja: ....
relacja sie pojawi na stronie pewnie....
a na razie wstawilem pare fotek
zdjecia

_________________
ciągle pamiętamy->śmietana szatana na twarzy banana

Ciepłemu bananowi kiełbasa między nogi
W bananie i śmietanie czarne wyobcowanie

<-- czyż on nie jest piękny....


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 10 wrz 2007, 12:13 
Offline
Gomar
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 15:02
Posty: 3415
Lokalizacja: Augustów
Dylu! ALE FRYZ!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 9 ] 

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group