Dzisiaj jest 21 lis 2017, 8:08

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 1 ] 
Autor Wiadomość
PostZamieszczono: 24 lis 2012, 16:19 
Offline
duża brązowa
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 paź 2005, 22:56
Posty: 444
Lokalizacja: Bielany
W skrócie:
1. Wejdź na https://www.facebook.com/questions/445534065506467/
2. Zagłosuj na #5 -> t_dudzinski

Dzięki Tobie będę miał szansę wygrać zestaw wszystkich filmów o Bondzie na Blue ray -> ergo będziemy mogli zakończyć Klubowe wieczorkiem filmowym :)

Tak dłużej:
Wziałem udział w konkursie na najlepszą recenzję Skyfall. Redakcja filmwebu wytypowało moją pracę - razem z sześcioma innymi - do nagrody publiczności. No to zaczęło się głosowanie na facebooku. I cała Ostróda jest przeciwko mnie.

A wspomniana recenzja jest taka oto:

Bond przez większość filmu nosi brodę i dostaje zadyszki, odtwórczyni głównej roli kobiecej niedługo
skończy osiemdziesiątkę, a szwarccharakterowi zdecydowanie bardziej niż na obalaniu rządów
i wywoływaniu globalnych konfliktów zależy na wyrównaniu osobistych rachunków. Co złośliwsi
twierdzą, że odpowiednim tytułem dla 23 odsłony bondowskiego cyklu byłby Mroczny agent sam w
domu – i nie sposób odmówić im podstaw po temu. Brzmi fatalnie? A jednak, tak na przekór, Skyfall to
spełnienie marzeń nie tylko bondomaniaków. To po prostu kawał znakomitego kina.

Tajemniczy morderca wykrada MI6 listę agentów penetrujących międzynarodowe struktury przestępcze,
a podczas próby jej odzyskania Bond dostaje kulkę… od koleżanki po fachu. Po tym incydencie 007 udaje
zmarłego. Na rajskiej plaży rozkoszuje się niezobowiązującym seksem i sięga do kieliszka (bynajmniej nie
zamawia w szytym na miarę smokingu martini z wódką, choć robi to na swój sposób równie efektownie).
Taka degrengolada trwałaby zapewne dłużej, gdyby nie wiadomość o ataku terrorystycznym na siedzibę
MI6. Bond postanawia wrócić do służby, ale nim to zrobi, musi przejść testy wydolnościowe.

Czy 007 jest za stary? Choć jeszcze parę lat temu takie pytanie można by uznać za bluźniercze, przewija
się ono przez cały film Sama Mendesa. I nie chodzi tu tylko o to, że po czterdziestce i cel, i kondycja
już nie te. Zarówno nowy Q (Whishaw), wypisz-wymaluj nerd, nadzorujący pracę M i wywiadu Mallory
(Fiennes) jak i główny antagonista Silva (Bardem), nota bene cybberterrorysta, dają mu do zrozumienia,
że świat należy do młodych, że przy pomocy nowych technologii można więcej zdziałać niż pociągając za
spust.

Świętokradztwo? Nie. To kolejna, bardzo udana próba urealnienia postaci Bonda. Bond-Craig już dawno
przestał być znanym z Casino Royale żółtodziobem i rozpaczać za ukochaną. Nareszcie niewymuszenie
zachowuje się jak dżentelmen, porusza się z gracją, uwodzi kobiety i potrafi odgryźć się błyskotliwą
ripostą. Jeżeli ktokolwiek miał jeszcze wątpliwości, że Craig pasuje do roli Bonda, po seansie Skyfall mieć
ich nie będzie. Tyle tylko, że Bond-Craig ma bardziej ludzkie oblicze, jest tykalny, stąd jego starzenie
się i pytania o przystosowanie do obecnych realiów. To niejako naturalna kolej rzeczy. Możemy jednak
odetchnąć z ulgą: choć nie emanuje wdziękiem Connery’ego i daleko mu do autoironii Moore’a, który
rozbrajał w stroju klauna bombę atomową, Craig jest Bondem, Jamesem Bondem, a nie Bourne’em, ani
też kalką innego bohatera kina akcji.

No dobrze, ale przecież sukces tych filmów nie zależy tylko od głównego bohatera, ale też od
intrygi, pomysłowych scen akcji, demonicznego antagonisty, pięknych dziewczyn i innych znaków
rozpoznawczych serii. Te, może poza dziewczynami, w Skyfall zdecydowanie nie zawodzą.

Mocną stronę filmu stanowią dialogi. Mam wrażenie, że scenarzyści (etatowcy Purvis i Wade oraz
Logan, współscenarzysta Gladiatora) tyleż samo czasu poświęcili pisaniu pojedynków na słowa co tych
na śmierć i życie. Cieszą również innowacyjne rozwiązania fabularne, wyjątkowe smaczki, że wymienię
dla przykładu wykorzystanie przez protagonistę koparki w sekwencji otwierającej i Astona Martina
w końcówce. Dzięki nim można autorom wybaczyć oczywiste zapożyczenia z Mrocznego rycerza.
Słyszałem też wiele narzekań na zakończenie, które mnie z kolei niesłychanie przypadło do gustu
głównie ze względu na rezygnację z tradycyjnego rozwiązania - Bonda przedostającego się do centrum
dowodzenia złoczyńcy.

Strona wizualna filmu oszałamia. Nie mówię tu tylko o efektach specjalnych, ale także o zdjęciach, co
chyba nikogo nie dziwi, gdyż Sam Mendes i jego operatorzy zawsze potrafili mistrzowsko komponować
i filmować kadry (pamiętacie deszczowe sceny w Drodze do zatracenia?). Roger Deakins wzniósł się
na wyżyny operatorskich możliwości. Mnie szczególnie zachwyciły zdjęcia neonów odbijających się w
szybach szanghajskiego drapacza chmur i pojedynek cieni tamże (mini-perełka, która zapadnie wszystkim
widzom w pamięć). Trzeba przyznać, że Deakins równie dobrze spisał się przy mniej egzotycznych
lokacjach, zwłaszcza zamglonych szkockich krajobrazach.

Z kolei pomysłu na kryjówkę głównego przeciwnika nie powstydziłby się Ken Adam, odpowiedzialny za
równie monumentalne i ekscentryczne dekoracje w bondowskich klasykach. A skoro już jestem przy
stronie wizualnej, niesłychanie cieszy powrót Daniela Kleinmana do roli twórcy napisów tytułowych (nie
pracował przy Quantum of Solace). Animowana czołówka wraz z piosenką Adele, swoją drogą przeciętną,
gdy słucha się jej osobno, wciska w fotel i wprowadza w mroczny klimat Skyfall.

Mawiano, że jaki czarny charakter, taki film o Bondzie. Silva, jak stwierdzi protagonista, ma efektowne
wejścia – a to zabawi skrępowanego agenta parabolą o tępieniu szczurów, a to przyleci helikopterem
w rytm utworu o wymownym tytule. Miałem problemy z jednoznacznym zaklasyfikowaniem go – bywa
demoniczny, bywa nazbyt komiczny. Jest odrobinę przerysowany (przypadłość kinowych psychopatów-
megalomaniaków), również pod względem wyglądu (zasadniczo, jeżeli mści się na brytyjskim wywiadzie
w tak wyrafinowany sposób, to aż strach pomyśleć, jaką wendettę zgotowałby swojemu fryzjerowi),
ale bez wątpienia przykuwa uwagę. Przy nim Max Zorin z Zabójczego widoku stanowi wzór zdrowia
psychicznego.

Z racji roli, jaką w Skyfall odgrywają relacje Bonda i Silvy z M, pierwsze skrzypce pośród filmowych kobiet
gra Judi Dench. Po raz pierwszy w 17-letniej historii występów w bondowskiej sadze aktorka ta, która
niedługo skończy 78 lat, może zaprezentować skalę swojego talentu. Jej rola jest znacznie bardziej
rozbudowana niż w Świat to za mało. Natomiast nadmiernie pewna siebie Eve i egzotycznie intrygująca
Severine są koniec końców postaciami epizodycznymi. Szybko odchodzą w cień. Żadna z nich nie zostaje
pełnoprawną dziewczyną Bonda – mimo zabaw z brzytwą i igraszek pod prysznicem.

Z czystym sumieniem polecam Skyfall jako jeden z najlepszych filmów w cyklu. Jak dziwnie by to nie
brzmiało, zawartość Bonda w Bondzie jest tu odpowiednia – ani przesadzona tak jak pod koniec kadencji
Moore’a, ani zbyt mała, na czym ucierpiało Quantum of Solace (i wszyscy, którzy go obejrzeli). Gdy po
ostatniej scenie (jednym z największych ukłonów w stronę bondomaniaków) pojawiła się stała zapowiedź
James Bond will return, pomyślałem – Powracaj, James, właśnie taki! Równie zadowolony po seansie
przygód 007 nie byłem dawno.

_________________
Nie liczę godzin, ni lat. To życie mija, nie ja :)


Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 1 ] 

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group