Dzisiaj jest 17 gru 2017, 21:31

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 12 ] 
Autor Wiadomość
PostZamieszczono: 15 lut 2009, 23:24 
Offline
II norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 17:51
Posty: 1513
Lokalizacja: ....
wyjazd odbył się na początku lutego w składzie: Marta, Justyna, Dylu i Wilek
trasa w dużej mierze podyktowana była promocją w Ryanairze -> więc spędziliśmy dzień w Barcelonie, potem kilka dni w Andaluzji a później 6 dni w Portugalii, wylot do Polski mieliśmy z Santiago de Compostella (z przesiadką we Frankfurcie Hahn)

Wszystko zaczęło się na Dworcu Centralnym w Warszawie, gdzie na pociąg zgodnie ze zwyczajem mało się nie spóźnił Dyl :D
podróż pośpiechem numer 16102 "Wrocławianin" spędziliśmy w dwóch grupach bowiem był dosyć zapchany!!! z Dylem żeśmy tak do Łodzi stali w korytarzu a później siedzieli z trzema trzeźwiejącymi gośćmi, którzy wracali do domu z roboty z Lublina. Przez chwile jechał z nami też jakiś młody gość Polak z Sydney :)
we Wrocławiu uciekł nam dosłownie z przed nosa autobus na lotnisko więc pojechaliśmy taksówką...

przed wyjazdem czytając fora internetowe natknęliśmy się na dużo informacji i postów, z których wynikało, że nie wybraliśmy najlepszego terminu na wyjazd w tamte okolice. Wzięliśmy więc trochę cieplejszych rzeczy, trochę jedzenia z PL, palnik, jeden namiot oraz normalne plecaki. Ja namiot schowałem do swojego plecaka co w połączeniu z resztą rzeczy i wagą samego plecaka spowodowało przekroczenie magicznej bariery 10kg oraz wymaganej maksymalnej wielkości bagażu podręcznego. Z pomocą przyszła moja kurtka bardzo z bardzo pojemnymi kieszeniami (przyjęła prawie 4kg) oraz reszta ekipy. Ze zredukowaną wagą udaliśmy się do kontroli bagażowej, gdzie doczepili się do pałąków z namiotu oraz metalowego wentyla z maty Dyla. Dylu zapomniał zabrać z domu szpilek do namiotu więc przynajmniej ich nie zabrali bo tego nie wiem czy by puścili ;)
Po jakiś 2,5h lotu wylądowaliśmy w Gironie, gdzie powitał nam piękny napis "Costa Brava" oraz deszcz ale i temperatura koło 10 stopni. Po znalezieniu dobrego miejsca na nocleg, zorientowaliśmy się, że dwoje ludzi co siedzi niedaleko to Polacy, dodatkowo spotkali już wcześniej na slajdowisku :) oni lecieli do Maroka. Gość poczęstował nas pysznymi oliwkami, nauczyliśmy go grać w Duraka, skosztowaliśmy piwa hiszpańskiego i koło 1 się położyliśmy. Noc nie była jakaś super komfortowa...koło 2 na lotnisku zabrzmiał remix Britney a koło 4 zaczęły się tłumy ludzi. Obudziwszy się stwierdziłem, że mam dosyć tego hałasu, ubrałem się i wtedy spojrzałem na zegarek, że jest 4.30!!! Położyłem się ponownie, lejąc na tych którzy się kręcili cały czas i wstałem ponownie koło 7.
o 8.30 pojechaliśmy busem do Girony, skąd dalej już do Barcelony pociągiem. W Barcelonie mieliśmy koło 7h do zagospodarowania. Pierwszym miejscem, do którego się udaliśmy po uprzednim wypiciu porannej kawy był "Camp Nou". Wielkie oczekiwania i....lipa...po z zewnątrz jest to okropny betonowy kloc!!! nawet jakiś flag mało czy symboli...później zobaczyliśmy katedrę Sagrada Familia, która mi by się podobała, gdyby ją zostawili a nie dobudowywali kolejnych wież. Później poszwędaliśmy się po uliczkach i zeszliśmy nad morze. Po południu udaliśmy się autobusem na kolejne lotnisko Reus, oddalone o koło 100km od miasta, skąd mieliśmy lot do Sewilli. Tutaj mój plecak był chyba największy i też przeszedł kontrolę bez problemów. Jakieś dwie dziewczyny z PL się bulwersowały, że z takim wielkim wchodzę na pokład a one swoje nadały :) trochę też miałem problem by zmieścić plecak do schowka ale się udało.
Z Sewilli wynajętym samochodem udaliśmy się w kierunku południowo-wschodnim i przenocowaliśmy na dziko. Naszym celem było (Great Britain Zamorskie -> czyli moje sprytne rozszyfrowanie skrótu na tablicy rejestracyjne Gibraltaru GBZ). Zanim jednak tam dotarliśmy zwiedziliśmy Rondę, takie stare miasteczko ładnie położone z super mostem Peunto Nuevo...spróbowaliśmy też tam pierwszych pomarańczy prosto z drzewa (smak w skali 1-10 3)...
sam Gibraltar przywitał nas ciepłym wiatrem i temperaturą powyżej 15 stopni. Udaliśmy się na Upper Rock (najtańszą wersją biletu za 2 euro...wejście na górę na piechotę bez wejść do różnych atrakcji po drodze...normalny bilet kosztował 8 funtów!!!) co ciekawe po zapłaceniu euro dostałem resztę w pensach :)
idąc na górę ciągle myliliśmy drogę przez co zwiedziliśmy mniej uczęszczane i zniszczone pozostałości po fortyfikacjach. Padał na zmianę drobny ciepły deszczyk no i nie było super widoczności ale...Afrykę widać było i zasięg z niej też złapaliśmy :)...nawet dostałem smsa, że witamy w Maroku :)
na górze skały Upper Rock w końcu spotkaliśmy małpy, z których jedna okazała się super cierpliwa i dobrze pozowała do zdjęć :)
wyjechać z miasta to prawdziwy koszmar...staliśmy na granicy z 1h chyba...co ciekawe mają ruch prawostronny...ale policjantów czy budki telefoniczne wszystko jak w WB
tego dnia dojechaliśmy jeszcze do Granady
prawie pół następnego dnia spędziliśmy na zwiedzaniu Alhambry ale było warto bo:
sama w sobie jest piękna, była piękna pogoda, nie było tłumów (co w sezonie jest masakrą podobno) no i dali nam bilety studenckie :) (co nie jest tak oczywiste tam jak się ma tylko polską, łotewska legitkę czy ISIC)
tego dnia mieliśmy też super widoki na Sierra Nevadę, czyli najwyższe pasmo górskie w Hiszpanii.
Wieczorem to zwiedzanie starego miasta, przejażdżka prawdziwym killerem drogowym czyli linią autobusową 32 a potem staranie się tego autobusu nie spotkać ;)
następny dzień to ulewa, próba zwiedzenia Cordoby (zakończona pokonaniem nas przez ulewę oraz zniesmaczeniem nas miejscową knajpą, gdzie ładnie nazywające się jedzenie ładnie nie smakowało)
cali mokrzy udaliśmy się więc w kierunku Sewilli, gdzie zdaliśmy samochód. Akurat w tym czasie był ogłoszony alarm bombowy na lotnisku więc tłumy turystów i wielkie zamieszanie. Nocleg spędziliśmy przy autostradzie na bocznej uliczce.
Następny dzień to zwiedzanie Sewilli, która mi się najbardziej chyba podobała :)
mieliśmy na to jakieś 5h, bo by łapać stopa dalej musieliśmy się wydostać daleko po za miasto, bo same autostrady prawie a autobus mieliśmy dopiero po południu.
Sewilla przywitała nas pięknym słońcem, temperaturą koło 18 stopni oraz pięknym miastem...największe wrażenie to chyba Plaza de Espana. Taki duży plac otoczony pięknymi zabudowywaniami. Zjedliśmy też tam w końcu kebaba. Co prawda 3 euro to on nie był warty ale...
tacy nasyceni pozytywna energia udaliśmy się na dworzec i pojechaliśmy do Araceny. Tam temperatura już niższa o jakieś 8 stopni. Tego dnia złapaliśmy też stopa i podjechaliśmy do granicy Portugalskiej na odległość 50km. Wzięła nas trochę zjarana babka takim starym peżotem...pierwszy sukces stopowy dobrze nas nastroił przed kolejnymi próbami następnego dnia. Tego bowiem rozbiliśmy się gdzieś na jakiejś małej drodze dojazdowej do jakiegoś opuszczonego domku.
Wieczorem raczyliśmy się winami oraz najtańszymi spotkanymi browarami -> 12 butelek 0,25 za 2,03 euro
o kolejnym etapie później...

_________________
ciągle pamiętamy->śmietana szatana na twarzy banana

Ciepłemu bananowi kiełbasa między nogi
W bananie i śmietanie czarne wyobcowanie

<-- czyż on nie jest piękny....


Ostatnio zmieniony 16 lut 2009, 0:24 przez wilk, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 15 lut 2009, 23:58 
Offline
mała złota
Awatar użytkownika

Rejestracja: 09 lis 2006, 22:46
Posty: 279
Lokalizacja: z jaczej skóry
Zapowiada sie niezle, moze nawet dzialo sie wiecej niz w Finlandii. Niecierpliwie czekam na dalsza czesc realcji :)
No i fajne zdjecia na facebooku


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 16 lut 2009, 0:54 
Offline
I norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 paź 2005, 18:13
Posty: 1106
Lokalizacja: Prague North
Eh, podobało by mi się. Taki studencki bieda-wyjazd :)

_________________
Śpiewu ptak


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 16 lut 2009, 11:14 
Offline
mała złota
Awatar użytkownika

Rejestracja: 02 kwie 2006, 1:32
Posty: 229
wilk pisze:
Rondę, takie stare miasteczko ładnie położone z super mostem Peunto Nuevo...

wilk pisze:
Sewilla przywitała nas pięknym słońcem, temperaturą koło 18 stopni oraz pięknym miastem...


O tak, Sevilla i Ronda są super :) No i w ogóle super wyjazd się Wam udał jak widzę.

_________________
http://eddie-photo.homeip.net/


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 16 lut 2009, 14:35 
Offline
II norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 17:51
Posty: 1513
Lokalizacja: ....
Śpiewan pisze:
No i fajne zdjecia na facebooku


na googlowej picasie jest dużo więcej :)

_________________
ciągle pamiętamy->śmietana szatana na twarzy banana

Ciepłemu bananowi kiełbasa między nogi
W bananie i śmietanie czarne wyobcowanie

<-- czyż on nie jest piękny....


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 19 lut 2009, 12:58 
Offline
mała srebrna
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 wrz 2006, 23:56
Posty: 173
Lokalizacja: Lublin
Wilek kazal mi pisac relacje, no to pisze. :)

Z jakiejs malutkiej miejscowosci za Aracena znow probowalismy szukac szczescia na stopa. Szukalismy szczescia jeszcze wieczorem poprzedniego dnia, ale jakos nie szlo. Nie wiem czy to z powodu zapadajacego zmroku, czy Dyla, ktory umilal sobie stanie przy drodze browarem i rzadko uadawalo mu sie schowac butelke za pazuche, kiedy akurat przejezdzal samochod.

Wracajac do dnia wlasciwego, podeszlismy do sprawy profesjonalnie - dzielac sie na dwa zespoly mieszane i zachowujac odpowiedni odstep. Po krotszej niz dluzszej chwili zlapalismy we czworke pana jadacego duzym busem. Jest transport do granicy portugalskiej! Pan byl bardzo mily i pomocny, niestety w zakresie komunikowania sie bylismy zdani tylko na moj lamany hiszpanski i jeszcze bardziej lamany hiszpanski Wilka. Jednak banan na twarzy i powtarzanie w kolko "muy bonita montana!" sprawily, ze atmosfera byla bardzo sympatyczna.
Wysiedlismy i od razu lapalismy dalej. Najpierw wiecej szczescia mial Dylu z Justyna, jako ze zlapali jakies mile, anglojezyczne(!) malzenstwo. Nam, po dluzszej chwili trafil sie prawdziwy skarb - pan Portugalczyk jadacy niemalze do samej Lizbony. Znow sobie pogaworzylismy po hiszpansku "naranjas son muy exotico a Polonia!";P, wypilismy kawe, zgarnelismy pozostala dwojke z drogi i jechalismy do Lizbony. W miedzyczasie Pan Portugalczyk (ktorego imienia nawet nie znamy!) zmienil zdanie i zawiozl nas do samego centrum stolicy. Siekierka dla tego Pana!
Wjazd do Lizbony dostarcza wielu wrazen - pokonuje sie wielgachny most, skad jest rewelacyjna panorama na miasto, szczegolnie na port i doki, i wszystkie te fajowe portowe maszyny. Na przeciwleglym do miasta brzegu rzeki (bo Lizbona lezy nad rzeka, nie morzem czy oceanem, o!) stoi figura Chrystusa, taka jak w Rio, tyle, ze ciut mniejsza (wlasciwie powinno sie mowic, ze to w Rio jest taka jak w Lizbonie, tylko ciut wieksza).
Zostalismy zostawieni na placu w centrum, gdzie najpierw zachwycilismy sie pogoda i blekitnym, czystm niebem, a chwile potem juz ladowalismy bagaze do samochodu Rui'ego - naszego gospodarza z couch-surfingu. Rui i couch-surfing to oddzielna historia, o niej moze nieco pozniej.
Rui mial pare spraw do zalatwienia, wiec sila rzeczy mielismy kilka popoludniowo-wieczornych godzin na obejrzenie starego miasta. Lizbona jest naprawde ladna. Waskie uliczki, szaleni kierowcy, parkujacy gdzie sie tylko da i gdzie sie nie da tez, mnostwo zabytkowych kosciolkow i kamienic. W miescie jest kilka tzw. elevadoros, tj. wind miejskich w postaci albo klasycznej duzej windy, albo malego tramwaju, ktory daje ostro pod gore wzdłuż bardzo stromych uliczek. Sama Lizbona lezy na 7 wzgorzach, wiec intensywne chodzenie po miescie to prawie jak dobry dzien w gorach:)
Po odwiedzeniu paru elevadoros i przejechaniu sie trasa slynnego turystycznego tramwaju 28 przyszedl czas na kulinarne oblicza Portugalii. Wilek wyczytal, ze maja tu dorsza przyrzadzanego na 365 sposobow, totez bardzo chcielismy spróbować chociaz jednego. Rybka było calkiem ok., ale nazwanie jej rewelacja byloby nadużyciem.
Pojachalismy do mieszkania, wzięliśmy szybki prysznic i ruszyliśmy na miasto noca, gdzie potem mielismy się spotkac z Ruim i obejrzec jego ulubione knajpy. Lizbona w sobotni wieczor to zjawisko! Ludzi w zagłębiu knajpowym, w kwadracie dosłownie paru waskich uliczek jest mnostwo. Lokale sa male i zazwyczaj jest w nich bardzo goraco, dlatego wszyscy przenosza się na ulice. Przejscie (własciwie przecisniecie się) ulicami nie wspomagane aktywna praca łokci jest niemożliwe. A bawiący sie to ludzie w każdym wieku –zaszokowalo mnie, ze w sumie moglabym zabrac moich rodzicow na nocny wypad na piwo albo cos mocniejszego i nie byloby to niczym odstającym od normy. Rui zabral nas do swojej ulubionej knajpy „Slodki Ryz”, gdzie specjalnoscia jest drink o tajemniczym skladzie i niebanalnej nazwie „dick in the pussy”. Naszym zdaniem, pilismy lepsze.  Poprzeciskalismy się potem jeszcze do paru innych dziwnych miejsc i padnieci wróciliśmy do mieszkania.
Lizobna noca z zasady nie jest niebezpieczna, ale trzeba uwazac. Miasto jest pelne "zagranicznych" handlarzy haszem i kokaina, no i czasem moze byc nieprzyjemnie.

Drugi dzien w Lizbonie spedzilismy na intensywnym zwiedzaniu. Zamek, panteon, a wreszcie fajna portowa dzielnica Lizbony – Belem. Belem slynie z trzech rzeczy: a) tam zaczyna się ocean; b) znajduje się tu perelka architektoniczna – klasztor sw. Hieronima; c) w Belem jest ponoc najlepsza ciastkarnia w Lizbonie, gdzie nadzienie do babeczek jest chronione tajemnica i patntem. W planach mielismy tez kapiel w oceanie, niestety warunki pogodowe nie sprzyjaly. Skonczyło się na opalaniu, co mozna obejrzec na mojej picasie :)

Po ostatniej nocy u Rui’ego z samego rana ruszylismy do Sintry, miasteczka na polnocny-zachod od Lizbony, dziedzictwa kulturowego UNESCO i atrakcji, ktora generalnie wszyscy się zachwycaja. Sintra lezy w dosc pagorowatym terenie i usiana jest willami, malymi zameczkami, wymyślnymi posiadłosciami, etc. Byc może z racji pogody (czasem slonce, czasem deszcz) Sintra nie powalila nas na kolana. Nie zachwycily tez az tak ciasteczkowe specjaly Sintry (chronione patentem, a jak!). Pokreciwszy się po okolicy, wsiedlismy jak zwykle w ostatniej chwili w pociag i liczylismy na lut szczescia, ze uda nam się zdazyc na transport do Porto…
…bilet na pociag kupiony 17.29. Pociag Lizbona- Porto odjechal o 17.30. Zdazylismy! ;)

C.d.n.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 19 lut 2009, 15:03 
Offline
I norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 21:21
Posty: 1293
Lokalizacja: Otwock
a bedac w Sintrze zachaczyliscie o Capo de Roca?

Ten super dlugi most to most Vasco da Gama (zreszta chyba polowa ciekawszych konstrukcji w Lizbonie nosi jego imie).

_________________
www.mt20864.republika.pl


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 19 lut 2009, 15:40 
Offline
duża brązowa

Rejestracja: 25 lis 2006, 20:25
Posty: 382
Lokalizacja: Gród Gryfa
Masz racje Magdo, ale my do miasta wjezdzalismy mostem krotszym, wiszacym co sie nazywa Mostem 25 kwietnia. A pomimo ze krotszy, to i tak jest dlugi :)


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 19 lut 2009, 16:25 
Offline
duża złota
Awatar użytkownika

Rejestracja: 20 gru 2005, 16:47
Posty: 941
I robi duże wrażenie :) A most da Gamy ma aż 17km!

Magda pisze:
a bedac w Sintrze zachaczyliscie o Capo de Roca?

Kolorowa czwórka miała ograniczony czas ale moim zdaniem Cabo da Roca nie jest warte zahaczenia.Gdyby mieli więcej czasu to lepiej by było odwiedzić np. malownicze Praja das Macas.

Marta pisze:
Byc może z racji pogody (czasem slonce, czasem deszcz) Sintra nie powalila nas na kolana.

jak to trafnie i zwięźle zauważył Pakistańczyk w filmie z Broad Peaka: Winter is Winter :hyhy:

Pewnie nie byliście w Pałacu Narodowym Sintra i pałacu Pena oraz ich niesamowitych zespołach parkowych?? Moim zdaniem są to jedne z 10-u najbardziej wartych odwiedzenia parków w Europie ale na ich zwiedzanie potrzebne są 2 dni.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 19 lut 2009, 16:40 
Offline
II norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 17:51
Posty: 1513
Lokalizacja: ....
wejście do pałacu kosztowało chyba 8 euro więc wszyscy się zrozumieliśmy bez słów ;)

na Cabo de Rocka nie mieliśmy już za bardzo czasu i szczęścia (uciekł nam autobus)

_________________
ciągle pamiętamy->śmietana szatana na twarzy banana

Ciepłemu bananowi kiełbasa między nogi
W bananie i śmietanie czarne wyobcowanie

<-- czyż on nie jest piękny....


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 19 lut 2009, 16:51 
Offline
duża złota
Awatar użytkownika

Rejestracja: 20 gru 2005, 16:47
Posty: 941
rozumie :) gdybyście mieli więcej czasu to wtedy była by to sytuacja kiedy warto zapłacić bo jak powiadał tenże Pakistańczyk: Dificult, but neat is neat. :hyhy:


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 01 mar 2009, 1:08 
Offline
II norma za wytrwałość
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 paź 2005, 17:51
Posty: 1513
Lokalizacja: ....
to ja może dokończę by było wszystko :)

ceną biletu do Porto chwalić się nie będziemy, gdyż nie ma czym, ja tylko zaznaczę, iż przez to, że mieliśmy bardzo mało czasu i jeszcze Ruiego, który starał się nam pomóc w każdy możliwy sposób (wdał się w dyskusję z panią kasjerką by nam sprzedała bilety ze zniżką) nie zrealizowaliśmy planu by kupić bilety zniżkowe a automacie a w pociągu jakby się kontrola doczepiła to pokazać legitki i się powykłucać a jakby nie pomogło to dopłacić już tą różnicę
gorycz ceny pomogła nam ostudzić gazowana sangria 1,5l oraz piwo 0,25l, które jeszcze miałem z Hiszpanii
w trakcie podróży coś nas w pewnym momencie tak zaoferowało, iż myśleliśmy, że to już Porto i wzięliśmy plecaki i...to była Coimbra dopiero
w prawdziwym Porto zgodnie z instrukcjami udaliśmy się do metra, gdzie czekał na nas nasz gospodarz. Mieliśmy szczęście bo w Porto nie mieliśmy nic zaplanowane (nocleg gdzieś na dziko) ale Rui załatwił nam poprzez swoje kontakty nocleg u...Fernando. Fernando okazał się być starszym bardzo miłym gościem, który (chyba?) z braku innych zajęć wkręcił się bardzo w CS i gości ludzi prawie codziennie. Zaprowadził nam do siebie a wieczorem wyszliśmy na miasto. Jako, iż pogoda nie była sprzyjająca wędrówkom wróciliśmy do domku. My z Dylem mieliśmy ochotę jeszcze na jakieś winko...udaliśmy się więc na poszukiwania nocnego...i stwierdzić muszę, iż oni tam takiej instytucji nie znają chyba...godzina 23 a na głównej ulicy Porto pusto i wszystko pozamykane...nasz cel osiągnęliśmy dopiero po przejściu jakiś 3-4km na stacji benzynowej
po 20 minutach rozprawy z korkiem zabraliśmy się do powrotu i konsumpcji...syf jakich mało ale z wycieczki zadowoleni byliśmy :)
następnego dnia Fernando zabrał nas do winnicy jednego z głównych producentów Porto (Grahams Port)...jako znajomi mieliśmy wejście za darmo...oprowadzał nas bardzo przyjemny młody gość, który posiadał naprawdę dużą wiedzę -> na każde nasze pytanie odpowiedział rzeczowo i wyczerpująco
później degustacja z super widokiem na miasto...zakupiliśmy jedną butelkę, z zamiarem wieczornej ponownej degustacji :)
reszta dnia upłynęła pod znakiem zwiedzania miasta, "kąpania się Justyny" w Atlantyku, robienia zakupów, szwendania się
jako, że jednym z naszych głównych celów przyjazdu do Portugalii była kąpiel w Atlantyku, a wcześniej nie mieliśmy okazji, zdecydowaliśmy się, że tej nocy rozbijemy się na plaży w Porto i zażyjemy wieczornej kąpieli...po pożegnaniu z Fernando (któremu musieliśmy powiedzieć, że jedziemy już do Bragi bo by nam "nie pozwolił" zostać "bez noclegu" i znalazł u kogoś innego lokum) udaliśmy się wieczorem na plażę...
nie rozbijaliśmy namiotu, bo plaża nie była pewnym miejscem ze względu na przypływ, który dosyć daleko mógł w nocy podejść, tylko zajęliśmy pobliski plac zabaw :)
sama kąpiel była dosyć szybka bo zimno i fale dosyć duże...ale zaliczone :)
potem rozgrzanie winem Porto z winnicy i Porto z biedronki miejscowej (w Pl do dostania identyczne :)
zapodaliśmy muzę z naszych super głośniczków, ja zjadłem jeszcze sałatkę z ośmiornicy, i wieczór można uznać za bardzo udany
noc nie była za ciepła ale zmobilizowało to nasz to porannej pobudki i udania się na pociąg do Bragi...tam poranna kawa i ciasto a potem krótki spacer po centrum
główną atrakcją miasta, które jest jednym z najstarszych w Portugalii (ma ponad 2000 lat), jest sanktuarium Bom Jesus de Monte z XVII wieku
jest położone na wzniesieniu po za miastem...prowadzą do niego długie schody (z tego co pamiętam 852 stopnie...błąd pomiaru 5 stopni)
koło godziny 14 stanęliśmy na pobliskiej drodze wylotowej szukając szczęścia w dostaniu się pod granicę hiszpańską lub nawet jak szczęście by dopisało dalej...
pierwszy samochód i od razu się zatrzymał :) ale pani prowadząca była Francuzką i niewiele nam pomogła...dużo dużo bardziej pomocny okazał się młody chłopak z dziewczyną, którzy również ulegli naszym wdziękom na ulicy i się zatrzymali
dowiedzieliśmy się, iż na tej drodze nie mamy szans i on zaproponował, iż nas podrzuci z powrotem do Bragi i tam popróbujemy dalej...w czasie drogi widocznie uległ mocniej naszym wdziękom i zaproponował, iż podrzuci nas aż nad same morze do Viany do Castello (50 km), która to miejscowość znajduje się na głównej drodze do Hiszpanii z tych rejonów
nie potrafiliśmy odmówić ;)
nie ma róży bez kolców i przy pożegnaniu, gość nieumyślnie przejechał Dylowi po plecaku samochodem :D
obejrzeliśmy piękny zachód słońca nad oceanem i udaliśmy się w dalszą drogę
tego dnia a był to 11 lutego dojechaliśmy jeszcze w okolice miejscowości Argela
dalsze łapanie stopa po nocy nie przyniosło efektu i poszukaliśmy miejsca gdzieś za wioską i się rozbiliśmy...nawiedzili nas jeszcze miejscowi ale na lekkim strachu się skończyło
rano stanęliśmy przed sytuacją, iż mieliśmy do pokonania jeszcze koło 250km do lotniska a czasu coraz mniej
na szczęście płeć brzydsza tym razem wykazała się kunsztem i złapała stopa i to nie byle jakiego...ładnego merca, którego prowadził szef lokalnego oddziału jakiego znanego supermarketu
podwiózł nas do pierwszej wioski za granicą, stamtąd mieliśmy od razu pociąg do innej miejscowości, skąd też prawie od razu załadowaliśmy się do kolejnego pociągu już do samego Santiago :)
wszystko tak prawie na styk...w pociągu przepakowywanie i toaleta, i piękne widoki z okien :)
10 minut oczekiwania na busa na lotnisko wypełniły mi szybkie poszukiwania bankomatu bo okazało się, iż nie mamy pieniędzy już by bilety na ten bus kupić :D
kontrola na lotnisku bez problemów i już będąc w samolocie znów mogliśmy podziwiać piękne widoki na morze (a może dywan?) chmur ponad nami a później na wybrzeże galicyjskie i na Zatokę Biskajską
w Hahnie, gdzie mieliśmy przesiadkę, kupa śniegu, temperatura niższa od tej w Hiszpanii o 18 stopni (czyli lekki mróz) i....wielkie nasze zdziwienie bo są na ustawione przed kontrolą bagażową babki Ryanaira, które sprawdzają zgodność bagażu podręcznego (waga i rozmiar) z regulaminem i o zgroza...nie wpuszczają niektórych pasażerów :|
pierwszy raz takie kontrole widziałem i od razu zrobiło nam się wszystkim niewesoło, bo nikt z nas nie spełniał zasad regulaminu (na zdjęciach widać jakie mieliśmy plecaki każdy)
/tu wątek na dłuższą relację/
2h starczyły nam na takie przepakowanie się (i pomoc osób trzecich), iż przeszliśmy, ze wszystkimi naszymi rzeczami dalej :)
sam lot to też dłuższa opowieść (wrzeszczący maluch i bójka)
powrót z Wrocławia pospiechem spokojny...
wrażenia z całej wycieczki -> niezapomniane :)

_________________
ciągle pamiętamy->śmietana szatana na twarzy banana

Ciepłemu bananowi kiełbasa między nogi
W bananie i śmietanie czarne wyobcowanie

<-- czyż on nie jest piękny....


Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 12 ] 

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group