27 Rajd Zimowy
Trasa: Boguszów
Gorce - Dzikowiec Mały - Lesista Wlk. - Mieroszów - Garbatka - Średniak -
Granicznik - Waligóra - Andrzejówka - Rogowiec - Grzmiąca - Głuszyca -
Przeł. Marcowa - Moszna -Rozdr. pod Osówką - Przeł. Sokola -
schr. Sowa p. Wlk. Sową
Epilog: schr. Sowa - Wlk. Sowa - Kalenica
- Bielawska Polana - Lirnik - Nowa Ruda Zdrojowisko
Uczestnicy:
Krzysztof Strasburger (naczelny), Bartosz Babis, Piotr Hormański
Uczestnicy trasy Idiotycznej 27 Rajdu Zimowego tym razem umówili
się parę minut po 5 rano "pod zegarem. Dokładnie rok wcześniej
również na Rajdzie Zimowym wyruszałem na swoją pierwszą trasę
Idiotyczną. Zebrało się nas wtedy 7 osób. Od tamtej pory minęło
trochę czasu, przeszedłem kilka tras. Liczyłem teraz na podobną
frekwencję, jak się później okazało błędnie. Minutę przed odjazdem
pociągu było nas dwóch. Pogodzeni z tym faktem wsiedliśmy do pociągu,
ale tuż przed odjazdem wskoczył do niego jeszcze Bartek (jak zawsze na
ostatnią chwilę - mieszka trzy kroki od dworca). W pociągu nastąpiła
ostatnia drzemka w ciągu następnej doby.
Godz. 8.00 wysiadamy w
Boguszowie. Na powitanie deszcz.. Mimo to humory były morowe. Po
pocieszających słowach Krzyśka:"...wyżej nie będzie deszczu...będzie
padał śnieg" ruszyliśmy w trasę. Chciałoby się powiedzieć na Wielką
Sowę, ale będąc w Boguszowie brzmi to trochę idiotycznie. Pierwsze
podejście na Dzikowiec nie robi na nas większego wrażenia mimo, że
pozbyliśmy się wierzchnich ubrań i zaczął się śnieg, który towarzyszył
nam będzie już do końca. Na szczycie pokrzepiamy się kanapkami
i pierwszym widokiem na ośnieżone Góry Wałbrzyskie i sporą część
Przedgórza Sudeckiego. W tym miejscu padła propozycja aby ten widok
uwiecznić na fotografii, niestety wszyscy zgodnie stwierdziliśmy,
że aparaty były za ciężkie dla Idiotów. Krótkie zejście "na łeb na
szyję" z Dzikowca i przed nami Lesista Wlk. Pełni werwy przypuściliśmy
atak. Długie podejście dało nam trochę w kość, ale nareszcie na
szczycie. I nasza pamiętna wiata. Miejsce dłuższego postoju i
odpoczynku. To tutaj dokładnie rok wcześniej późnym popołudniem
po długich poszukiwaniach na szczycie dotarliśmy z Wałbrzycha w
drodze do Czartaka. Pamiętne pierwsze przejście Idiotyczne. To tutaj
jedliśmy obiad (chińską zupkę widelcami) i zmrożone kanapki. Tutaj
także nastąpiła pierwsza korekta trasy. Tyle, że wtedy było nas 7
osób. Teraz, rok później, siedzimy we trójkę, pełni sił i optymizmu
pochłaniamy drugie śniadanie. Nie wysiedzieliśmy jednak przysługującej
nam godziny gdyż zimno uderzyło po kościach. Zamierzaliśmy właśnie
ruszyć gdy okazało się, że żółty szlak gdzieś się zapodział. We
trzech jednak szybko go odnaleźliśmy. Teraz już tylko w dół do
Mieroszowa. Im niżej schodziliśmy tym więcej śniegu zamieniało się
w deszcz. Niestety Bartka buty nie były w stanie oprzeć się takiej
ilości H2O. Były "nieco" przemoknięte. Po wejściu do cywilizacji
postanowiliśmy wpaść do jakiegoś spożywczego uzupełnić ubytki
i zapasy, gdyż było to ostatnie z możliwych miejsc na zakupy na
naszej trasie. Parę minut po południu zajadaliśmy się już rogalami
i kefirem. Wtedy też Bartek postanowił kupić chleb, gdyż stwierdził,
że ma za mało. Nie było by w tym nic szczególnego gdyby nie wydarzenia
późniejsze. Po ok. 15 minutach dotarliśmy na stację PKP, gdzie Bartek
podjął decyzję opuszczenia nas. Zdezerterował pociągiem 20 minut
później. Nie dał się przekonać dwóm Idiotom do dalszej wędrówki. Chęć
wysuszenia butów i nóg była silniejsza. Zostało nam tylko pomachać
mu i ruszyliśmy w dalszą drogę. Zostaliśmy zatem we dwóch, ale nas to
nie zniechęcało. Następny dłuższy postój planowaliśmy w Andrzejówce,
jednak dojście tam zajęło sporo czasu. Góry Kamienne mają to do
siebie, że chodzi się góra - dół. W śniegu po kolana trzymaliśmy się
pasa granicznego. Chęć zaliczenia przy okazji Waligóry przysporzyła
nam nieco kłopotów. Żółty szlak w warunkach zimowych nie należy do
najlepiej oznakowanych w tamtym rejonie. Jakież było nasze zdziwienie
gdy po pewnym czasie zobaczyliśmy własne ślady. Mała poprawka
w obliczeniach i kolejna próba. Tym razem skuteczna. Jesteśmy
na szczycie Waligóry. Przed nami część trudniejsza - zejście
żółtym szlakiem do Andrzejówki. Prawie pionowo. Zaliczyliśmy kilka
upadków, jeszcze więcej ślizgów ale udało się. Jesteśmy w ciepłym
schronisku. Godzina 18.00. Czas więc na solidną kolację. Za oknami już
ciemno. Wykorzystaliśmy jeszcze automat tel. Do kontaktu ze światem
zewnętrznym - trzeba dać znać, że jeszcze żyjemy. W międzyczasie ktoś
podsłuchał, że zaraz idziemy na Wielką Sowę. Próbował nam odradzać,
straszyć śniegiem po pas a nawet próbował nas przekonać abyśmy
zawiadomili GOPR, że idziemy. Pan twierdził, że na Rogowiec to nie
dojdziemy, bo zaspy śnieżne będą większe od nas. Nie zraziło to
nas. Godzina upłynęła bardzo szybko i trzeba ruszać. Na zewnątrz
ciemno, więc z latarkami w dłoniach ruszyliśmy w poszukiwaniu
czerwonego szlaku. Całodniową wędrówkę czuło się już w nogach ale
twardo przedzieraliśmy się przez śnieg. Nie było go na szczęście
tak dużo jak nas straszono. Co jakiś czas przystawaliśmy aby łyknąć
ciepłej herbaty i ciągle na przód. W porównaniu z zeszłorocznym
przejściem teraz było nieco cieplej. Wtedy krótki nawet postój
kosztował nas znaczny ubytek ciepła.
Ok. godz. 22.00 dotarliśmy do
Głuszycy. Poczekalnia na PKP była jeszcze otwarta więc wstąpiliśmy
odpocząć i spożyć późną kolację. Wtedy też nastąpił krytyczny moment
naszej wyprawy. Z sobie tylko wiadomych powodów Krzysiek stwierdził,
że wraca do domu. Ponieważ pociągi o tej porze już nie kursują więc
zaplanował dojść do Wałbrzycha i tam łapać coś na Wrocław. Stanąłem
więc przed wielkim dylematem: iść dalej przez 6 godzin sam na Sowę,
czy wracać z nim (w końcu to on był naczelnym) i nie ukończyć
zaplanowanego przejścia. Chęć dojścia do celu i uparta część mojej
natury zwyciężyły nad rozsądkiem. Nasze drogi rozeszły się. Ja
w jedną, Krzysiek w drugą stronę. Pomachaliśmy sobie na odchodne
i w drogę. W jednej ręce mapa, w drugiej latarka, przydałaby się
trzecia na kompas. Aura nie zachęcała mnie do marszu, tym bardziej
samotnego. Śnieg sypał tak gęsty, że nie nic było widać. Odwróciłem
się, ale Krzyśka już nie dostrzegłem. Może to i dobrze, bo bym się
wrócił!? Około 23.30 opuszczam Głuszycę. Powinienem iść niebieskim
szlakiem, ale ktoś zapomniał o strzałkach na skrzyżowaniach. Po
pewnym czasie zaczynam wątpić, czy ten szlak w ogóle wyznakowano. Gdy
opady śniegu ustały napotkałem na jeden niebieski znak. A więc idę
dobrze. Jednak na kolejny znak musiałem znowu długo czekać. Do
przeł. Marcowej szło się nawet nieźle poza paskudnym uczuciem,
że ktoś mnie obserwuje. Co chwil ę się odwracałem, ale za mną była
tylko ciemność. Po dojściu do czerwonego szlaku (GSS) odczułem pewną
ulgę - oznakowanie było bardzo dobre. Jak się później okazało -
do czasu. Godz. 0.30 nadchodzi fala zmęczenia i senności. Starałem
się nie zatrzymywać, gdyż potem ciężko się zebrać i ruszyć. Wraz
a sennością przyszło wielkie pragnienie. Resztkę ciepłej jeszcze
herbaty zostawiam na później. Została więc woda w butelce, która za
każdym razem jest co raz zimniejsza. W sam raz na upalne lato. Ale
zimą?... Trudno, dobra i taka. Ok. godz. 1.00 dotarłem na skrzyżowanie
ze szlakiem czarnym (Martyrologii) nad Rzeczką. Jestem na skraju
lasu z widokiem na masyw Wlk. Sowy. Ławeczka i stolik skusiły mnie
więc wciągnąłem wczesne śniadanie podziwiając widoki. W mroku nocy
Wlk. Sowa wygląda nieźle i tak blisko. Mniej więcej lokalizuję
też schronisko "Sowa", które jest celem tego przejścia. Tam bowiem
nocują pozostali (ci normalni) uczestnicy Rajdu. Wszystko jest na
wyciągnięcie ręki. Pomyślałem, że jeszcze godzina, może półtora
i będę na miejscu. To mnie trochę podbudowało. Ruszyłem więc do
"Ziemi Obiecanej". Już czułem ciepełko schroniska, herbatkę... Nawet
nie zauważyłem, że od 40 minut nie było szlaku. Droga biegła lekko
w dół, więc przyjemnie się szło i rozmyślało. Jednak gdy zaczęła
skręcać zdecydowanie w złą stronę zacząłem coś podejrzewać. Jednak
gdy zobaczyłem jakąś sztolnię nabrałem przekonania o złym kierunku
marszu. Podszedłem bliżej. "Sztolnia Osówka" nie była po drodze
na Przeł. Sokolą. Zatem obrót na pięcie i z powrotem. Tym razem
zauważyłem strzałkę na drzewie. Był to jednak ostatni znak na następne
pół godziny. Kierował na łąkę, gdzie miała być droga. Jednak w śniegu
po kolana stała się ona częścią łąki. Czekał mnie więc szybki kurs
kartografii i wyznaczania azymutu. Jednak po 19 godzinach marszu
nie wygląda to tak prosto jak pokazują na papierze w trakcie
kursu. Przedzierając się przez drogę widmo w jakimś kierunku,
w śniegu po kolana przyszedł kryzys. W pewnym momencie miałem
już wszystkiego dosyć. Zmęczenie sięgnęło zenitu. Nie miałem już
siły przekładać nóg do przodu. Do tego jeszcze ten wiatr. Zawsze
w takich sytuacjach wieje z przodu. Chciałem się tylko położyć
i zasnąć. Na szczęście nie miałem śpiwora, bo kto wie jak by się
to skończyło. Sytuację uratowały rodzynki. Przypomniałem sobie, że
Bartek przed wyjazdem w Mieroszowie zostawił nam na drogę rodzynki -
tak na szczęście. Dzięki nim wróciła mi ochota na dalszą drogę. Co
chwilę sięgałem do kieszeni po parę i w ten sposób znalazłem siły do
dalszej walki. Moją motywację podniosła również myśl o zdziwionych
minach uczestników rajdu rano w schronisku. Mimo to nie było lekko. W
pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że z kimś rozmawiam. Rozejrzałem
się wokół, lecz towarzyszyła mi tylko pustka. Ale przecież słyszałem
odpowiedzi na zadawane pytania, rozmowa się toczyła. Uświadomiłem
sobie, że sam odpowiadam na własne pytania. Rozmawiałem sam ze
sobą. Po dotarciu do lasu okazało się, że azymut był dobry i trafiłem
na szlak, a razem z nim na przeł. Sokolą. Tam czekało mnie już
tylko podejście do schroniska. Jego bliskość sprawiła, że ponownie
nabrałem sił. Jeszcze tylko nerwowe dzwonienie i udało się. Jestem
u celu. Na zegarku parę minut przed szóstą. Gorąca herbata, druga,
resztki kanapek i ciepełko.
Ponieważ wszyscy jeszcze spali więc miałem czas na przemyślenia
własne. Trasa zajęła mi 22 godziny, z czego 7 pokonałem samotnie. Gdybym
wiedział przy ostatnim odpoczynku, że to na wyciągnięcie ręki schronisko
zdobędę dopiero po 4 godz. walki, to nie wiem czy bym się stamtąd
ruszył. Co do przejść samotnych to nie wiem czy się jeszcze kiedyś
zdecyduję. Z jednej strony ma to swoje plusy gdyż idzie się swoim
tempem i odpoczywa się tam gdzie chce. Jednak, jak mawia mój znajomy,
wszystkie plusy są dodatnie i ujemne. Wiedząc, że ktoś idzie obok mnie
motywuje mnie do dalszej drogi i nie nachodzą mnie myśli rezygnacji
(bo skoro on może iść to ja też).
Godz. 7.00 Z wolna zaczynają się budzić rajdowcy. Pokrzepiony ich
wielkim zdziwieniem i zaskoczeniem moim widokiem nabrałem ochoty na
jeszcze kawałek trasy. Podgrzałem się jeszcze trochę w blasku sławy
i ok. godz. 9.30 ruszyłem wraz z jedną grupą na najdłuższą trasę
tego dnia przez Wlk. Sowę, Kalenicę, Lirnik do Nowej Rudy, gdzie
ze zdrojowiska zabrał nas autobus do Wrocławia. Tak oto uświetniłem
rocznicę moich przejść idiotycznych.