Trasa idiotyczna podczas 36 Rajdu Sudeckiego po raz pierwszy
odbyła się z przekraczaniem granicy. Dokonało się to na
przejściu granicznym Pietrowice Głubczyckie/Krnov o godz.
22.40. Funkcjonariusze służb granicznych nawet z
zainteresowaniem i zrozumieniem odnieśli się do naszych
idiotycznych planów. Jednak na samym początku w Opawicy miał
miejsce incydent ze strażą graniczną. Gdy podchodziliśmy wzdłuż
granicy (polską stroną) na Hraničný vrch (najwyższy szczyt
wschodniego krańca Gór Opawskich na południe od Głubczyc)
podjechał gazik (nr rej. HWC 0288) ze strażnikiem w cywilu i
obstawą złożoną z dwóch mundurowych. Ów cywil łączył się przez
radio z jakimś trepem obrażonym, że tu odbywa się jakiś rajd,
"a on o niczym nie wie". Skończyło się jednak na pyskowaniu
owego tajemniczego jegomościa za pośrednictwem łączy radiowych,
bo człowiek, który wyjechał nam na spotkanie po sprawdzeniu
dokumentów dał spokój i odjechał, tak jak wrócił, tzn. przez
niezaorane ściernisko. Pierwsze trzy i pół godziny błąkaliśmy
się po owym dziewiczym dla turystyki zakątku Gór Opawskich,
gubiąc ciągle optymalny dla nas wschodni kierunek. Jedyny szlak
turystyczny w tym rejonie (żółty) na mapie wyglądał znacznie
lepiej niż w terenie - zgubiliśmy go tak samo nieoczekiwanie
jak na niego w pewnym momencie weszliśmy.
Po przejściu do Czech około północy zrobiliśmy dłuższy postój
na dworcu w Karniowie (po czesku Krnov). Ponownie zatrzymaliśmy
się koło sanatorium w Ježníku, gdzie odpoczęliśmy (część
towarzystwa z lekka drzemała) po paskudnym podejściu asfaltem
przez wieś, w której cały czas oślepiały nas latarnie. Przed
Krasovem szlak wyprowadził nas w maliny i zniknął. Z kolei
przejście przez sam Krasov okazało się "drogą męczenników
asfaltu", który ciągnął się aż 8 km, znacznie dłużej niż
wynikało to z mapy. Ogólne znużenie i zmęczenie opanowało nas w
Karlovicach. We Vrbnie Jacek zrezygnował i postanowił dalej
podjechać autobusem. Pozostałych nas pociągnął Krzysiek. Dzięki
niemu jakoś przedeptaliśmy kolejne kilometry asfaltu aż do
sedla Orlík. Tu na grzbiecie dopadł nas wiatr - tak silny, że
postój z gotowaniem gluta trzeba było odłożyć do Opavskiej
chaty. Potem już tylko zejście do Rejvízu (tu czekał już na nas
Jacek, który autobusami dojechał z Vrbna), pamiątkowe zdjęcie i
obiad w chacie Svoboda.
Jacek Potocki
Powrót na stronę turystyki idiotycznej