Po zaliczeniu pierwszego boku szlemowego trójkąta zastanawiałem się nad tym jak "ugryźć" kolejny odcinek. Jednak trasę Śnieżka - Ślęża pierwszy pokonał Krzysiek Strasburger. Nie chcąc dublować jego osiągnięcia, wymyśliłem że odwrócę kierunek i zacznę marsz na Ślęży. Trasa niby ta sama, ale taka zmiana kierunku wymaga już zaplanowania przejścia od nowa. Postanowiłem też zacząć nietypowo: wydawało mi się, że najlepiej byłoby przespać się trochę w dzień, z Sobótki wyjść wieczorem i powtórzyć manewr, który znakomicie udał się na trasie Śnieżnik - Ślęża, tzn. asfaltowy odcinek na Przedgórzu pokonać w nocy. Oznaczało to przejście systemem noc - dzień - noc i zakończenie nad ranem. Właśnie to założenie okazało się niewypałem, ale nie wyprzedzajmy faktów.

Pierwsze niepowodzenie nastąpiło jeszcze we Wrocławiu. O ile często wczesnopopołudniową porą ogarniała mnie senność i nieraz kładłem się na drzemkę, to tego dnia nijak zasnąć nie mogłem. W efekcie na trasę ruszyłem po całym dniu "na nogach". Już to trochę mnie zdeprymowało. Ale początek był niezły. Z Wrocławia wyjechałem ostatnim wieczornym pociągiem, tak że na trasę ruszyłem po dziesiątej. Szybko wszedłem z Sobótki na Ślężę (nastrój poprawiła mi jakaś ekipa, która pod Wieżycą przy ognisku śpiewała "Czapajewa"). Z przełęczy Tąpadła zdecydowałem się iść szosą przez Wiry, Wirki, Gogołów i Krzczonów. Właściwie to nawet nie ma czego wspominać. Ciemna bezksiężycowa noc, asfalt zwalniający z czujności, zwyczajnie nudno. Tuż przed świtem dotarłem do Krzyżowej, gdzie na stacji kolejowej zrobiłem sobie postój i zjadłem wczesne śniadanie, czekając aż się rozwidni. I dobrze zrobiłem. Kolejny odcinek do Burkatowa wiódł bowiem polnymi drogami, które częściowo dzięki gorliwości traktorzystów uległy zaoraniu i trzeba było iść na wyczucie kontemplując buraki lub inne kultury rolne.

Dalszy odcinek wiódł przez Bystrzycę Górną, dalej lasem do Modliszowa, skąd asfaltem przez Stary Julianów do Kozic. Stąd niebieskim szlakiem poszedłem w stronę dworca kolejowego Wałbrzych Miasto, odpuściłem sobie jednak przejście przez Lisi Kamień i Ptasią Kopę i bocznymi uliczkami przez miasto dotarłem do dworca. Tu zrobiłem kolejny dłuższy postój, na którym zaryzykowałem skorzystanie z usług dworcowej knajpy. Nie zaszkodziło.

Po odpoczynku ruszyłem raczej nieciekawą drogą do Białego Kamienia, za którym z ulgą opuściłem Wałbrzych. Najmniej przyjemną część trasy miałem za sobą. Tymczasem zrobiło się gorąco (trudno się dziwić, w końcu to środek lata!). Suche lato po niemal bezśnieżnej zimie dało ten efekt, że po drodze miałem niesamowite kłopoty z wodą. Wiele strumieni wyschło, z większych potoków strach pić (nie wiadomo co nimi płynie!). W ten sposób niemal w każdej miejscowości zaliczałem sklep by kupić jakąś ciecz. Właśnie głównie wysuszenie spowodowało, że odpuściłem zdobywanie wierzchołka Chełmca i po strawersowaniu jego południowego stoku zszedłem czym prędzej niebieskim szlakiem do Gorc.

W Czarnym Borze postanowiłem zejść ze szlaku i podreptać do Kamiennej Góry grzbietem Czarnego Lasu (w dawnych czasach zresztą szlak tamtędy prowadził). Po drodze napotkałem pierwszy od wielu kilometrów potok z czystą wodą. Za kapliczką nad Borównem wpakowałem się na kamieniołom. Niby wiedziałem o jego istnieniu (pięć lat wcześniej wchodziłem nawet do wyrobiska), nie sądziłem jednak, że jest tak wielki. Coś kamieniołomy prześladują mnie na przejściach idiotycznych.

W Kamiennej Górze kolejny postój. W sklepie cukierniczym zaordynowałem sobie herbatę i ogólnie odpocząłem. Zbliżał się wieczór, ale jak dla mnie było wcześnie. Zdecydowanie niedoszacowałem swojego tempa. Zamierzałem nad ranem dojść na Okraj, tymczasem groziło mi, że znajdę się tam w środku nocy. Jeżeli przydybią mnie wopiści, to mogą nie puścić na Śnieżkę. Wprawdzie nie są już tak upierdliwi jak jeszcze przed dwoma laty i nawet nie sprawdzają dokumentów, ale kto wie jakie mają zwyczaje w nocy. Kolejny zawód spotkał mnie na dworcu kolejowym. Chciałem sobie trochę zreanimować stopy (tzn. umyć je i założyć po kilkunastu godzinach marszu czyste skarpetki), tymczasem okazało się, że na całym dworcu nie ma dostępnego kranu z wodą (wtedy jeszcze nie wyobrażałem sobie jak nisko kolej upadnie w następnych latach!). Mycie więc uskuteczniłem dopiero w potoku przed Pisarzowicami.

Z Pisarzowic niebieskim szlakiem dotarłem na Przełęcz pod Bobrzakiem. Po drodze zapadł zmrok. Z początku świecił księżyc, ale dość szybko schował się za horyzont. Czy wytrzymam drugą noc? Na Przełęcz Kowarską dotarłem nieco po dziesiątej. Co robić? Jeżeli pójdę teraz na Okraj, mogę mieć faktycznie kłopoty z WOP-em. Iść dołem i zdobywać Śnieżkę z Karpacza? Ale czy dam radę? Po namyśle zdecydowałem się na ten drugi wariant. Drogą Głodu zszedłem do Podgórza, potem torem kolejowym doczłapałem do Krzaczyny. Zielonym szlakiem zamierzałem iść do Karpacza. Zmęczenie jednak wzięło górę. Była godzina pierwsza w nocy, druga noc w drodze po gorącym dniu i w dodatku ta niepewność - jeśli będę szedł zwykłym tempem, mogą mnie zatrzymać wopiści. Teoretycznie mogę jeszcze zaplanować postoje tak, żeby przedłużyć czas przejścia. Ale w tym stanie jak się zatrzymam i nawet przesiedzę godzinę nie zasypiając, to wybity z rytmu nie dam rady wejść na Śnieżkę (w końcu z dolnej części Karpacza to ponad tysiąc metrów podejścia!).

Między Krzaczyną a Karpaczem padłem. Położyłem się na łące przy kępie krzaków i przespałem do rana. Może gdybym nie szedł w pojedynkę, zdobyłbym się na kontynuowanie marszu. Sam nie byłem w stanie. Trudno. Pierwsze przejście szlemowe zaliczyłem zgodnie z planem, ale nie wszystko przychodzi łatwo. Trzeba będzie zaplanować przejście lepiej i spróbować jeszcze raz.

Jacek Potocki

Powrót na stronę turystyki idiotycznej