Pogoda była kiepska - wilgoć w powietrzu taka, że Góry Sowie ukazały się nam dopiero z Lutomii Małej, a więc z odległości około 5 km. W nocy cały czas wisiała gęsta mgła - kropelki wody bez przerwy osiadały na ubraniu, dlatego co kilka kilometrów trzeba było robić postoje dla podeschnięcia (najczęściej pod wiatami przystanków autobusowych). Drugiego dnia dodatkowo zerwał się silny wiatr, a na grzbiecie Karkonoszy prócz mgły od czasu do czasu padał drobny deszcz.
W nocy, gdy trzeba coś zrobić ze sobą żeby nie zasnąć, pojawiają się często złote myśli. Właśnie w takim momencie uświadomiłem sobie, że niektóre odcinki już trzeci lub nawet czwarty raz pokonuję na przejściu idiotycznym. Mam! - strzeliło mi do głowy - trzeba wytyczyć magistralę idiotyczną (zwłaszcza nadawałby się do tego odcinek Głuszyca - Krzeszów, który także i później kilkakrotnie był pokonywany idiotycznie). Asia od razu zaproponowała konkretne rozwiązanie techniczne - znaki na niej należy malować farbą odblaskową!
Gdy znaleźliśmy się na Śnieżce i weszliśmy do kaplicy, pomyślałem sobie, że gdyby jej mury mogły przemówić, powstałaby zajmująca opowieść o dziejach karkonoskiej turystyki. Ale turystów czy pielgrzymów idących non-stop z takiej odległości w jej trzystuletniej historii chyba dotąd nie było. Ale cóż, do turystyki idiotycznej ludzkość musiała dojrzeć, widocznie trzeba było na to trzech wieków.
Jacek Potocki