Była to moja trzecia próba przejścia drugiego boku Wielkiego Szlema idiotycznego. Po dwóch nieudanych próbach moja determinacja sięgnęła szczytu. Drogę miałem już tak szczegółowo rozpoznaną, że na trasie prawie w ogóle nie musiałem sięgać po mapę (co pozwoliło mi zredukować nieco ciężar plecaka). Formę po wakacjach miałem doskonałą (zweryfikowałem to pod koniec września podczas kilkugodzinnej wędrówki w upale po Górach Krymskich), zatrzymać mnie mogła tylko pogoda. Z takim bojowym nastawieniem ruszyłem na trasę. Wraz ze mną zdecydowała się iść Asia i Jacek, który postanowił spróbować swoich sił w turystyce idiotycznej. Tym razem zdecydowanie i upór wzięły górę nad zmęczeniem i kaprysami pogody. Oboje z Asią zdobyliśmy Śnieżkę. Jacek - choć dorobił się kilku pięter bąbli na piętach i wycofał się w Głuszycy - także zaliczył przejście idiotyczne. Poza tym przez pół drogi nam towarzyszył, na pewno więc i on ma swój udział w naszym sukcesie.

Pogoda była kiepska - wilgoć w powietrzu taka, że Góry Sowie ukazały się nam dopiero z Lutomii Małej, a więc z odległości około 5 km. W nocy cały czas wisiała gęsta mgła - kropelki wody bez przerwy osiadały na ubraniu, dlatego co kilka kilometrów trzeba było robić postoje dla podeschnięcia (najczęściej pod wiatami przystanków autobusowych). Drugiego dnia dodatkowo zerwał się silny wiatr, a na grzbiecie Karkonoszy prócz mgły od czasu do czasu padał drobny deszcz.

W nocy, gdy trzeba coś zrobić ze sobą żeby nie zasnąć, pojawiają się często złote myśli. Właśnie w takim momencie uświadomiłem sobie, że niektóre odcinki już trzeci lub nawet czwarty raz pokonuję na przejściu idiotycznym. Mam! - strzeliło mi do głowy - trzeba wytyczyć magistralę idiotyczną (zwłaszcza nadawałby się do tego odcinek Głuszyca - Krzeszów, który także i później kilkakrotnie był pokonywany idiotycznie). Asia od razu zaproponowała konkretne rozwiązanie techniczne - znaki na niej należy malować farbą odblaskową!

Gdy znaleźliśmy się na Śnieżce i weszliśmy do kaplicy, pomyślałem sobie, że gdyby jej mury mogły przemówić, powstałaby zajmująca opowieść o dziejach karkonoskiej turystyki. Ale turystów czy pielgrzymów idących non-stop z takiej odległości w jej trzystuletniej historii chyba dotąd nie było. Ale cóż, do turystyki idiotycznej ludzkość musiała dojrzeć, widocznie trzeba było na to trzech wieków.

Jacek Potocki

Powrót na stronę turystyki idiotycznej