W piątkowe popołudnie 1 lutego o g. 16.47 wysiadamy z Markiem z pociągu w Sobótce. Jest zimno lecz śniegu niewiele. Plany mamy ambitne - chcemy dojść na Śnieżnik. Właściwie to zimowe przejście idiotyczne chodziło za mną prawie od dwóch lat. Rok temu zrobiłem nawet trasę Wałbrzych - Bardo, ale te warunki. Było raczej późnokwietniowo, śniegu, delikatnie mówiąc, marne resztki i to tylko w zacienionych miejscach, słońce prażyło, że hej, a po górach przewalały się watahy kolorowo ubranych mieszczan z Nowej Rudy i Dzierżoniowa. Teraz to całkiem co innego - po dwóch latach przerwy znowu mamy prawdziwą zimę.

Na szczyt Ślęży wchodzimy już w nocy. Nie podoba mi się przekaźnik TV, ale teraz, oświetlony nielicznymi czerwonymi światłami sygnalizacyjnymi, na tle niesamowicie rozgwieżdżonego nieba wygląda niczym obrazek z filmu Spielberga. Przy wieży widokowej wieje, wracamy więc szybko do schroniska. Odstępuję wyjątkowo od zasady nie kupowania niczego i zamawiam herbatę. To co mamy w termosach trzeba oszczędzać na później.

Po zdobyciu Raduni schodzimy kawałek na krechę i znajdujemy zielony szlak, którym ruszamy w stronę Ząbkowic. Już kilkaset metrów od przeuroczej wioski Dobrocinek słyszymy wściekłe ujadanie prawdopodobnie trzech piesków. Sądząc po głosie - dość poważnych. Rok wcześniej opędzałem się tam od takiego jednego - dużego, czarnego i wrogo nastawionego. Omijamy to niesympatyczne miejsce lasem, a krótko po północy osiągamy następną wieś. Gilów to jednak Europa - panuje tam godny podziwu, niemal arystokratyczny spokój. Stworzenie, które obszczekało nas zza płotu na samym początku wsi zachowywało się niczym gentelman w porównaniu ze swoimi sąsiadami zza miedzy.

Przebieg szlaku na mapie "Wzgórza Niemczańsko-Strzelińskie", to czysta fantazja rysownika, a znakowanie w niektórych miejscach w terenie - czysta fantazja znakarza. Na przełęczy za Gontową spędzamy upojne pół godziny na poszukiwaniu znaków. Krótko przed torami kolejowymi (Kobierzyce - Piława Górna) robimy niedługi odpoczynek, wchodzimy na jeszcze jedną górę, potem zaczynają się pola, asfalt, potem wieś, asfalt, druga wieś, dalej asfalt, międzynarodowa szosa, w końcu dworzec PKP w Ząbkowicach. Ciepło!!!

Siedzimy tam jakieś pięćdziesiąt minut. Czy lubisz szanowny Czytelniku specjały zimowe, takie jak mrożone bułki i jabłka albo lody z wędzonego boczku? Są naprawdę wspaniałe! Przygotowuje się je bardzo prosto - wystarczy zrobić najzwyczajniejsze w świecie kanapki, włożyć je do plecaka i iść całą noc na mrozie sięgającym dwudziestu stopni (dopuszcza się odstępstwa od tej temperatury, ogólnie obowiązuje zasada: im tęższy mróz, tym krócej trzeba iść). W pieczywie pojawiają się przepiękne igiełki lodu, kiełbasa nabiera twardości dębowego kija, a jabłuszkami można rzucać w wypadku natrafienia na zamieszki uliczne. Racząc się tymi rarytasami i popijając je najlepszym napojem pod słońcem (herbata z termosu) grzejemy gnaty i nabieramy sił do dalszej drogi. Oszczędzę Wam i sobie szczegółowego opisu następnego odcinka. Wybrałem wariant mało elegancki (przez Złoty Stok), bałem się jednak straty czasu w Górach Bardzkich.

W Złotym Jarze odpoczywamy. Wybawienie od koszmaru szosy, jednostajności asfaltu, smrodu spalin. Topimy na maszynce butanowej lód ze strumienia - w termosach mamy już prawie pusto. O zagotowaniu czegokolwiek nie ma mowy - przy tej temperaturze trwałoby to chyba z półtorej godziny. Wodę grzejemy do jakichś 50 stopni, aby rozpuścić w niej mleko w proszku i przyprawić całość takąż czekoladą. Nagle wzrok mój pada na ciągnące się w górę doliny przewody telefoniczne. Przecież to zgroza! Jeśli wyżej coś jest, to tym potokiem płynie przede wszystkim gówno! Wtem podjeżdża samochód i wysiada z niego wopista - pierwszy wopista spotkany przeze mnie na wschód od Śnieżnika. Widok dwóch poszarzałych typków siedzących na karimacie w mroźne przedpołudnie budzi w nim chyba zainteresowanie, bo nawet prosi o jeden dowód osobisty. Przy okazji wyjaśnia nam, że w górze doliny leży ośrodek wczasowy. Na mój jęk rozpaczy dodaje pospiesznie: "Ale on od dwóch miesięcy stoi pusty!" Co za ulga. Miałem już wszystko wylać. Mleczko jest fantastyczne, choć trochę zgrzyta w zębach.

Włazimy piękną, zasypaną iskrzącym się śniegiem dolinką pod Jawornik. Góry są nadzwyczaj piękne; zima, na jaką czekałem trzy lata - piękniejsza niż na pocztówkach i w albumach. Niebo błękitne, ławice chmur gdzieś znikły, a śniegu akurat wystarczająco dużo, by można było wygodnie i miękko stawiać obolałe stopy i na tyle mało, by nie przeszkadzał w marszu. Żołądek, który w Złotym Jarze przyjmował tylko koks (czekolada, granomix itp.) i picie, zaczyna się powoli rozkurczać. Narasta we mnie bunt - nie będę szedł znów do krańca sił, gdy znów nie będę mógł jeść nic normalnego. Marek na szczęście nie wyraża sprzeciwu wobec propozycji kolejnego odpoczynku, choć przez ostatnią godzinę szedł wyraźnie ostrzej ode mnie. Siadamy więc wśród białych drzew na karimacie i topimy śnieg. Jest to wyjątkowo nieefektywna metoda uzyskiwania wody. Z pełnej menażki śniegu otrzymujemy po półgodzinnym grzaniu 1/5 menażki brudnej, zimnej cieczy. Dobre jednak i to.

Drogi z przełęczy Jaworówka do Jaskini Radochowskiej nie polecam ludziom zmęczonym. Grzbiecik - dolinka - grzbiecik - dolinka. i tak bez końca. Czasem jakiś widoczek. W pewnym momencie ukazuje się zasłonięty delikatną mgiełką Masyw Śnieżnika. Oto, co jeszcze nas czeka. Przy Jaskini Radochowskiej urządzamy sobie ucztę w warunkach wręcz luksusowych. Miejsce jest nasłonecznione, jest na czym usiąść, a woda z podziemnego jeziorka grzeje się piorunem. Z kieszeni koszuli wyjmuję rozmrożony ciepłem własnego ciała kawałek kiełbasy zawinięty w folię. Gorącej wody starczy nawet na napełnienie termosów. Żyć, nie umierać i iść dalej.

Pod Skowronią Górą dopada nas kolejna noc. Śnieg robi się nieprzyjemnie dla nas głęboki, zapadamy się aż po łydki. Marek trzyma się dzielnie, ja zaczynam się robić senny. Wkrótce robi się łatwiej. Idziemy koleinami zrobionymi jakby z myślą o nas. W pewnym miejscu przy każdym kroku pod butami coś szeleści i brzęczy. Schylam się i oto w świetle czołówki ukazują się fantastyczne, doskonale wykształcone kryształy lodu o sześciokrotnej symetrii. Przypominają ogromne płatki śniegu o rozmiarach osiągających 10 cm. Musiały się utworzyć z opadającej w te miniaturowe zagłębienia mgły. Szkoda, że nie mogę któregoś zabrać na pamiątkę. Pod wiatą na Puchaczówce wreszcie przybieramy na kilka minut pozycje horyzontalne. W lecie można się walnąć w trawie na każdym odpoczynku, teraz nic z tych rzeczy. Mamy za sobą 24 godziny na stojąco lub na siedząco. Trzeba kontrolować się, żeby nie zasnąć. Na takim mrozie można by się więcej nie obudzić. Teraz jedzenie. Przydaje się gorąca woda w termosach. Zabieram się za mrożone jabłuszka. Coś w nich musi być, i to coś, czego organizmowi bardzo teraz brakuje, bo pomimo ich twardości i temperatury wsuwam jedno za drugim, zdrapując siekaczami warstwę zmrożonego owocu niczym bóbr drewno - i nawet smakuje! Marek jakoś nie może się przekonać i zajada swoje mrożone bułki. Przed nami ściana płaczu, czyli Czarna Góra.

Przeklęta stroma ścieżka za nic nie chce się skończyć - ciągnie się coraz wyżej i wyżej. Nogi są ciężkie jak kłody, plecak jest ciężki jak wór pełen kamieni, nawet powieki stają się coraz cięższe. Teraz trzeba jednak iść aż na Śnieżnik, innej drogi nie ma. Niebo rozgwieżdżone tak, że nawet to co zobaczyliśmy wczoraj na Ślęży nie nadaje się do porównania. Orion ma nie tylko miecz i pas, lecz także ciężką wysypkę.

Powoli idziemy długim jednostajnym grzbietem Żmijowca trzymając się wydeptanej w dosyć głębokim śniegu ścieżynki. Po drodze robimy jeszcze dwa odpoczynki. Robi mi się zimno w nogi mimo trzech par skarpetek i grubych buciorów - to znak, że czas kończyć. O północy jesteśmy na Hali pod Śnieżnikiem. Nie wchodzić do schroniska! Jego przytulne, ciepłe wnętrze rozłożyłoby nas natychmiast. Marek wyciąga skądś jakieś zapasy sił i zaczyna iść szybciej. Łapię się na tym, że zazdroszczę mu lżejszego plecaka. Nieładnie, panie Krzyśku. Wreszcie ostatni wysiłek - wejście na Śnieżnik. Las, potem graniczna przecinka. samotne kamienie i drzewka przybierają w świetle księżyca fantastyczne kształty. Powyżej granicy lasu śnieg robi się płytki, przewiany, a zimny wiatr odgania senność. Jest i kupa kamieni pozostałych po wieży widokowej - to wierzchołek. Gramolę się na nią. Siedzimy pięć minut - zimno. Teraz już tylko do schroniska - przynajmniej z górki. Wnętrze - tak jak myślałem: ciepłe, przytulne i rozleniwiające. Marek mości się na ławce, a ja rozkładam na podłodze karimatę i walę się na nią w puchowej kurtce i butach mamrocząc coś pod nosem. W nocy kilkakrotnie budzę się z powodu łomotu nóg na schodach i głośnych rozmów. Tylko na chwilę. Krótko przed szóstą znów - bez niczyjej pomocy, za to z potężnym ssaniem w żołądku. Co było dalej? Dalej było normalnie, tzn. coś zjedliśmy i poszliśmy jeszcze raz na szczyt. W nagrodę za nasz wysiłek ujrzeliśmy całe Sudety zalane słonecznym blaskiem - od Wysokiego Jesionika po Karkonosze.

Krzysztof Strasburger

Powrót na stronę turystyki idiotycznej