Termin: 5-7.10.2001
Trasa: 172 p. GOT, 41 godzin
Sobótka - Ślęża - Przeł. Tąpadła - Tąpadła - Jędrzejowice - Dzierżoniów Dln. - Pieszyce - Zimna Polana - Kalenica - Przeł. Woliborska - Malinowa - Przeł. Srebrna - Wilcze Rozdroże - Wilczak - Bardo - Przeł. Łaszczowa - Kłodzka Góra - Przeł. Kłodzka - Ptasznik - Jaskinia Radochowska - Konradów - Przeł. Puchaczówka - Czarna Góra - Hala pod Śnieżnikiem - Śnieżnik - Kletno - Stronie Śląskie

Pomysł spróbowania swoich sił narodził się dosyć spontanicznie. W czasie wakacji letnich kolega opowiedział mi, że znalazł właśnie tę stronę (chodzi o stronę turystki idiotycznej - KS) i opowiedział mi pokrótce co się na niej znajduje. Od razu nas to "podjarało". Mieliśmy już za sobą kilka podobnych przejść w Beskidach. Więc kiedy już na dobre wróciłem z wakacji i okazało się, że mam wolny weekend, postanowiłem spróbować. Po spędzeniu dwóch wieczorów nad mapami, w końcu zdecydowałem się na bok Ślęża - Śnieżnik. Okazało się, że znajomi, z którymi wcześniej zaliczaliśmy przejścia długodystansowe nie mogą pojechać, więc zdecydowałem się na samotną próbę.

Od pomysłu do wyjazdu minęły trzy dni i w piątek po zajęciach wsiadłem w pociąg z Warszawy do Wrocławia. O 18 wszedłem do autobusu do Sobótki i o 19:10 wyruszyłem na trasę. Było już ciemno. Po godzinie i pięciu minutach stanąłem na szczycie Ślęży. Rzeczywiście wieża w nocy wygląda całkiem przyjemnie. Zdecydowanie mniej przyjemne jest silne oświetlenie budynków dookoła wieży. Od razu wyruszyłem w stronę Przeł. Tąpadła. Tam zdecydowałem się, że w związku z brakiem mapy tych terenów i ciemną (bo pochmurną) nocą nie będę szukał szlaku tylko pójdę asfaltem. Jednak tuż przed wsią zmieniłem decyzję, przecież asfaltu będę miał aż nadto. I udałem się w las na poszukiwanie szlaku, idąc tak aby go przeciąć. I po około pół godzinie udało się trafić na szlak. Po dojściu do Jędrzejowic i wejściu na asfalt spotkałem pierwszych miejscowych:
-"Dokąd idziesz?"
-"Na Śnieżnik."
-"O ja pierd...!".
Przez następne 16 kilometrów deptałem asfalt, a to jest to czego tygrysy nie lubią najbardziej. O 2:30 dotarłem do niebieskiego szlaku na drodze na Przeł. Jugowską. Tam udałem się na 30-minutowy spoczynek.

O 4:50 stanąłem na Kalenicy. Noc była mglista i trochę wietrzna. O 5:30 druga drzemka, tym razem 45-minutowa w wiacie na Wigancickiej Polanie. Potem, już o świcie, krótkie śniadanko na Przeł. Woliborskiej i o 9:40 stanąłem w pełnym słońcu na Przeł. Srebrnej. Po drodze spotkałem jeszcze stadko pięciu muflonów. Po obejrzeniu wiaduktu kolejowego ruszyłem dalej. I tu pierwszy raz zaczęło być ciężko. Szedłem nudną, płaską drogą leśną grzbietem nad Żdanowem. Od kryzysu wybawiło mnie całkiem ciekawe podejście na Wilczak. Druga część Gór Bardzkich okazała się całkiem ciekawa i w dobrej kondycji stanąłem o 13:50 na rynku w Bardzie. Miałem już za sobą ponad połowę trasy.

Przy Źródle Marii zrobiłem sobie godzinną przerwę obiadową. A ugotowałem sobie zupkę ogonową, w której zatopiłem około 200 gramów makaronu ryżowego. Wyszła tego cała menażka. Po umyciu stóp i zmianie skarpetek ruszyłem dalej. O 17:30 stanąłem na Kłodzkiej Górze, słońce chowało się coraz niżej. Szybko zszedłem na Przeł. Kłodzką i o zmierzchu (19:15) zatrzymałem się na kolację u stóp Ptasznika. To już były 24 godziny marszu, rozpoczynała się druga noc zmagań. To mi popsuło trochę humor. Ale po szybkim gluciku (kisiel) i kanapkach ruszyłem dalej. Trochę zwolniłem na zejściu z Ptasznika. A wszystko dlatego, że nie zauważyłem, że mi się baterie w latarce wyczerpują. Latarka zgasła chwilę po zejściu z kamieni. Na szczęście miałem następne, bo księżyc dopiero powoli wschodził, a lasy były całkiem ciemne. Wszystko szło całkiem sprawnie, gdy nagle dopadł mnie kryzys. Szybko położyłem się spać. Była godzina 21:55, a ja znajdowałem się na początku podejścia niebieskim szlakiem na Gomołę Jesionowską. Spałem około 45 minut. Obudziłem się przestraszony, że przespałem budzik. Rzeczywiście okazało się, że budzik jest już wyłączony, ale dzwonił dopiero minutę wcześniej. Uff. Zostało jeszcze dziesięć minut. Rozegrała się wewnętrzna walka: położyć się spać, czy pójść dalej. Bez wahania wybrałem to pierwsze, po czym szybko zacząłem się zbierać, aby zmieścić się w limicie czasu. Do tej pory nie wiem dlaczego wyszedłem ze śpiwora. Czyżby to było podświadome przełamanie kryzysu? Po kilkuset metrach zacząłem dochodzić do siebie. Ale jeszcze nie wiedziałem czy cieszyć się z tego, że poszedłem dalej.

Dwadzieścia minut po północy stanąłem przy Jaskini Radochowskiej. Tam trochę krążyłem po totalnie mokrych łąkach (była ogromna rosa), zanim udało mi się tuż przed Radochowem odnaleźć zielony szlak. Przede mną znowu spory kawałek asfaltu. Zaczęły mi doskwierać ścięgna w okolicach lewego kolana. Na szczęście bandaż elastyczny pomógł. Ulga była naprawdę duża. O 3:20 stanąłem na końcu Konradowa. Wybrałem podejście na Puchaczówkę, zaznaczoną na mojej mapie (Compass' "Ziemia Kłodzka") polną drogą wzdłuż strumienia. Okazało się, że drogą szybko się skończyła (mimo, że na początku była nawet utwardzona), a ja musiałem stanąć do walki z jarem. Okazało się to zbawienne. Ponieważ bardzo lubię strome i trudne podejścia, więc moja mobilizacja zdecydowanie wzrosła. A "droga" była naprawdę ciekawa: bagienka, polanki trzcin, gęste lasy, a wszystko zlane rosą. W końcu udało mi się wyjść na porośnięty łąką grzbiet. Zaczęło mocniej wiać, a ja naładowany energią po podejściu już wiedziałem, że Śnieżnik jest mój. O 5:25 stanąłem na Przeł. Puchaczówka. Pokrzepiony czekoladą ruszyłem na Czarną Górę. Podejście było całkiem przyjemne. Tuż przed świtem stanąłem na wieży widokowej na szczycie.

Widoki były bardzo ładne. Pierwszy raz ujrzałem Śnieżnik. Jednak już po paru minutach połknęła go czeska chmura i już nie wypluła. Grzbiet Żmijowca oferował całkiem dobre widoki lecz trochę mi się dłużył po poprzednich ciekawych podejściach. Na szczęście od Żmijowej Polany było już tylko pod górę i minąwszy schronisko o 8:38 stanąłem na Śnieżniku. Jak już wspomniałem był on spowity chmurami. Po wciągnięciu ostatniej tabliczki czekolady, zorientowałem się, że mam jeszcze teoretyczne szanse zdążyć na 11 na pociąg. Więc zacząłem zbiegać ze Śnieżnika i o 9:50 zameldowałem się przy parkingu w Kletnie. Liczyłem, że uda mi się złapać stopa do Stronia. Z tą myślą podążyłem w dół asfaltem. Jednak poranni "zwiedzacze" Jaskini Niedźwiedziej nie okazali się zbyt życzliwi i niestety o 10:40 straciłem już nadzieję i udałem się żółtym szlakiem do Stronia. Punkt o 12 byłem w mieście. Po godzinnej drzemce na stacji wsiadłem do pociągu i udałem się w drogę powrotną.

Jeżeli chodzi o skutki zdrowotne to myślałem, że będzie gorzej. Na początku nogi dosyć mocno mnie bolały, ale już po pierwszej przespanej nocy odczułem znaczną poprawę. W poniedziałkowy poranek odczuwałem już tylko lekkie zakwasy. Nie pozostaje nic innego jak czekać na kolejny impuls do działania i wyruszyć na kolejną idiotyczną trasę. Może będzie to bok Śnieżka - Śnieżnik? przez Czechy? Zobaczymy.

Paweł Brudło - Klub Turystyczny Ekonomistów "TRAMP" Warszawa