Trasa Idiotyczna: Ślęża - Śnieżnik
Termin: 20-22.04.2001
Przebieg trasy: Sulistrowiczki - Ślęża - Radunia - Dębowe Góry - Gilów - Gontowa- Brodziszów - Masyw Grochowej - Bardo - Przeł. Kłodzka - Trzebieszowice - Kąty Bystrzyckie - Przeł. pod Chłopkiem - Przeł. Płoszczyna - Czarna Góra - Hala pod Śnieżnikiem - Śnieżnik
Uczestnicy: Piotr (Naczelny), Bożena, Beata, Patrycja

Było ciepłe, kwietniowe popołudnie kiedy jeszcze pełni optymizmu całą czwórką wsiadaliśmy w autobus PKS do Sulistrowiczek. Słońce świeciło, chociaż nie dla nas, my delektowaliśmy się padającym deszczem. Pełni energii dotarliśmy na szczyt Ślęży, gdzie zaczynała się zasadnicza część naszej trasy. Mimo iż było jeszcze jasno to schronisko zastaliśmy zamknięte. Szybko więc (ok. godz.18.30) wyruszyliśmy na trasę.

Pierwsza, łatwiejsza noc zastała nas w drodze z Raduni, dalej szliśmy już w blasku latarek, gdyż nawet księżyc nie chciał świecić dla Idiotów. Cała przyroda była przeciwko nam. Również szlak nie zamierzał się nam podporządkować. Gubił się w mroku nocy i co chwilę musieliśmy go szukać. Do czasu! Nasza cierpliwość wyczerpała się, zrezygnowaliśmy z niesfornego szlaku i pozostawiliśmy go samemu sobie. Po wielu godzinach marszu po bagnistych drogach i bezdrożach (tych było zdecydowanie więcej) okolicznych wsi zobaczyliśmy pierwsze oznaki zbliżającego się poranka. Niestety psychika jednej z uczestniczek okazała się mniej wytrwała niż padający deszcz i od Goli Dzierżoniowskiej maszerowaliśmy we trójkę. Patrycja natomiast odjechała wyspać się w ciepłym i suchym łóżeczku.

Pierwsze śniadanie na trasie dokonało się w Brodziszowie na przystanku PKS-u, który do tych celów nadaje się znakomicie. Był to posiłek w dobrym, Idiotycznym stylu: chińska zupka jedzona widelcem (to już chyba nasza tradycja?!). Po sutym posiłku zaparzyliśmy "małą czarną" z mleczkiem. Nie wykorzystaliśmy jednak całej przysługującej nam 1 godziny na odpoczynek. Dalsza część drogi, dopóki było jasno, upłynęła bez większych przygód, z wyjątkiem kamieniołomu do którego "wpadliśmy". Po zaliczeniu kilku taśmociągów dotarliśmy do Barda, gdzie czekała nas kolejna niespodzianka. Mianowicie Beata, gdy tylko zobaczyła pociąg uciekła do domu. Pomimo iż zostaliśmy w duecie, to po łyku ciepłej jeszcze kawy pobiegliśmy (prawie dosłownie) w Góry Bardzkie. Dzięki cudownej mocy wody z tamtejszego źródełka nasza super forma utrzymała się aż do Przełęczy Kłodzkiej, gdzie zastała nas druga, dużo cięższa noc.

Przejście przez "Sherywoodzki las" (obszar Śnieżnickiego Parku Krajobrazowego pomiędzy Przeł. Kłodzką a czarnym szlakiem im. J. Szczypińskiego) sprawiło nam niebywały kłopot. Do dzisiaj nie wiemy w jaki sposób udało się nam z niego wyjść. Dalej kierowaliśmy się na Radochów. Niestety gdy się zorientowaliśmy byliśmy już w Skrzynce. A wszystko przez spanie podczas marszu - dziwne, choć ciekawe uczucie. Dalej przysypiając wróciliśmy na zamierzoną drogę zaliczając wszystkie krawędzie jezdni.

Po krótkiej gościnie w wiacie PKS-u w Kątach Bystrzyckich ruszyliśmy na poszukiwanie czerwonego szlaku, który znowu się gdzieś zapodział. Przez kolejne 3 godz. bawił się z nami w chowanego w okolicy Przeł. pod Chłopkiem. Byliśmy jednak twardzi i wytrwali i dopadliśmy go na samej przeł. Odzyskaliśmy tym samym nadzieję na ukończenie misji. Wzięliśmy szlak pod pachę i ruszyliśmy w kierunku obiadu na Przeł. Puchaczówka. Tutaj okazało się, że nastała już zima. Po zmianie opon na zimowe "wjechaliśmy" na Czarną Górę. Ponieważ była to już nasza 42 godz. marszu pojawiły się pierwsze efekty nieliniowe: ludzie z drzwiami zdobywający szczyt (Piotr), zamarznięte postacie czytające mapę, huśtające się dzieci (Bożena). Widzieliśmy znacznie więcej, ale to już temat na osobną powieść.

Niezbyt długo cieszyliśmy się ciepłem schroniska na Hali, gdyż od razu ruszyliśmy na Śnieżnik. Zdobyliśmy go dokładnie po 48 godzinach od wyjścia z Sulistrowiczek. W warunkach polarnych pogratulowaliśmy sobie ukończenia trasy i zdobycia zaszczytnego tytułu Idiotów. Ale czekała nas jeszcze droga powrotna. Na obolałych, przemoczonych i odparzonych nogach zeszliśmy do schroniska. I myli się ten kto myśli, że padliśmy w objęcia Morfeusza. Nie! Po 3 godz. oczekiwania na STOP-a wydostaliśmy się nareszcie z Międzygórza. Dopiero w pociągu w Kłodzku mogliśmy spokojnie zamknąć zmęczone powieki. Pomimo szeregu przygód i przeżyć w naszych nie wyspanych głowach świtała już myśl o kolejnym przejściu idiotycznym. Kombinowaliśmy w jaki sposób dojść za Śnieżki na Ślężę. Jedynym ograniczeniem były stopy, które przez najbliższe dni nie chciały działać. Ale już wkrótce przyszło nam się zmierzyć z kolejnym ramieniem trójkąta.

Powrót na stronę turystyki idiotycznej