Pierwsza setka

Nie chodzi tu bynajmniej o setkę wódki (nie piję), lecz o moje pierwsze przejście idiotyczne warte ponad sto punktów na GOT. Konkretnie o trasę Śnieżka - Ślęża. Tytułową setkę przekroczyłem kilka kilometrów na wschód od Świdnicy. Patrzyłem na wyłaniający się z mroku nocy szczyt Ślęży i zupełnie serio zastanawiałem się, czy dam radę tam dojść. W takiej sytuacji nabiera się szacunku dla gór, tym bardziej, że mniej więcej 6-7 godzin wcześniej siedziałem zadowolony na szczycie Chełmca i wydawało mi się, że mam drogę w kieszeni. Zacznijmy jednak od początku.

W piątek 4 maja 1990 roku o godz. 5.53 ruszyłem ze stacji PKP w Karpaczu. Wejście przez Kocioł Łomniczki na szczyt Śnieżki zajęło mi nieco ponad dwie godziny. Był przepiękny słoneczny poranek, Ślęża i Radunia uśmiechały się do mnie z oddali i pierwszy raz [w tym miejscu] nie zostałem wylegitymowany przez wopistów. Po czterdziestominutowym odpoczynku w "latających talerzach" (otwartych mimo wczesnej pory!) poszedłem przez Czarną Kopę, Kowarski Grzbiet, Przełęcz Kowarską na szczyt Bobrzaka i Skalnika, Czarnów i Pisarzowice do Kamiennej Góry.

Zachód słońca zastał mnie w Boguszowie-Gorcach. Z granicy lasu rzuciłem ostatnie spojrzenie na pięknie oświetlone słońcem Karkonosze, po czym zacząłem podchodzić na Chełmiec. Na polance poniżej węzła szlaków ugotowałem sobie kisiel. Woda długo nie chciała wrzeć i żeby nie przekroczyć limitu czasu odpoczynku, na szczyt zasuwałem z menażką w garści, wyjadając co jakiś czas po kilka łyżek. Na Chełmiec dotarłem o 22.20, po czym zszedłem do Szczawienka.

Kolejnym nad wyraz męczącym i monotonnym etapem było przejście przez Szczawienko i Lubiechów oraz leśnymi i polnymi drogami, a pod koniec szosą do Świdnicy, dokąd doszedłem w sobotę rano. Z trudem przekonałem się do kontynuowania trasy. Popełniłem elementarny błąd w sztuce - ani razu nie zdjąłem butów i teraz na obolałych stopach zaczęły mi się robić pęcherze. Dobrze, że nikt ze mną nie szedł, stałem się bowiem przeraźliwie marudny. Żółty szlak był poprowadzony beznadziejnie i w dodatku trochę inaczej niż na mapie, w wyniku czego zamiast iść na Przełęcz Tąpadła przez Wzgórza Kiełczyńskie zdecydowałem się na wariant "asfaltowy" przez Wiry. Był to prawdziwy koszmar, tym bardziej, że wiatr zmienił kierunek z północnego na południowy, zrobiło się gorąco i duszno, a w dodatku kończyła mi się woda. Na postoju przy szosie między Wirkami a Wirami zasypiałem na siedząco i złapałem się na tym, że prowadzę całkiem inteligentny dialog z sobą samym niby z inną osobą. Dotarcie na przełęcz przyjąłem jak wybawienie.

Na Ślężę wszedłem szlakiem żółtym, a pod sam koniec spod Olbrzymek niebieskim, o godzinie 14.22. Odpoczywałem na szczycie blisko godzinę. Podczas zejścia, które było w pewnym sensie rekordowe, ponieważ trwało całe cztery godziny (z 50-minutowym odpoczynkiem przy Źródle Jakuba) wyprzedzały mnie nawet panie na wysokim obcasie. Na stacji PKP w Sobótce znalazłem się o 19.24. Przejście całej trasy wartej 147 punktów na GOT trwało 37,5 godziny.

Krzysztof Strasburger
[uzupełnienia - Jacek Potocki]

Powrót na stronę turystyki idiotycznej