Trasa Idiotyczna: Śnieżka - Ślęża
Termin: 12-13.05.2001
Przebieg trasy: Karpacz - Śnieżka - Przeł. Okraj - Paczyn - Kamienna Góra - Chojniak - Trójgarb - Szczawno Zdr. - Jez. Daisy - Świdnica - Przeł. Tąpadła - Ślęża - Sobótka
Uczestnicy: Piotr (Naczelny), Bożena, Beata, Daromiła, Ola, Bartek, Sławek

Już od rana zaczęło się ciekawie. chcieliśmy wyjechać o idiotycznej godzinie 4.26 Niestety maszynista postanowił wystawić na próbę naszą cierpliwość: pociąg spóźnił się o jedyne 180 min. Tym samym uznano go za zaginiony, a my odjechaliśmy kolejnym o 5.41 Po przejażdżce busem z Jeleniej góry do Karpacza i zapłaceniu "haraczu" wpuszczono nas na teren KPN-u. Mijając po drodze stada wycieczek, w UV promieniach Słońca dotarliśmy na Równię gdzie uderzył o nas fen. Miotani na wszystkie strony poprzez siły przyrody zdobyliśmy Śnieżkę. Podczas posiłku wewnątrz "talerzy" nasz przewodnik wzbudził podziw szkolnych wycieczek swoim słusznym wzrostem. Oficjalnie rozpocząwszy przejście idiotyczne ochoczo ruszyliśmy w dół czyli na Przeł. Okraj. Tam czekały nas posiłki regeneracyjne: czeskie piwo (beee........zalkoholowe :-)) i mrożony chleb. Uzupełniwszy zapas energii udaliśmy się w kierunku Paczyna zaliczając po drodze bezpośrednią konfrontację ze żmiją zygzakowatą. Na sszczęście pierwsza pomoc nie była konieczna. Podczas przeprawy przez Świdnik straciliśmy termos z kawą. Padały (nie po raz pierwszy) propozycje kąpieli i znów zostały odrzucone (cóż? demokracja!) Pierwszą kolację zjedliśmy w Kamiennej Górze ogołacając przy okazji kilka przydrożnych sklepów. Ponieważ robiło się szaro szybko udaliśmy się w dalszą drogę, a pierwszy większy cel (Trójgarb) ciągle przed nami. Po ciężkich bojach ok. 23.00 dotarliśmy do Witkowa, gdzie nasze żołądki stanowczo zaczęły się domagać następnej dawki kalorii. Szukając ustronnego miejsca zrobiliśmy sobie piknik pod latarnią na głównym skrzyżowaniu wsi, stając się tym samym niecodzienną atrakcją dla tutejszej młodzieży. W pewnym momencie oczom naszym ukazały się dziwne czerwone światła na drodze (samochód jadący tyłem - pomyśleliśmy). Okazało się, że Witków to wioska cudów: samochody zarówno z przodu jak i z tyłu mają czerwone światła. Właściciel maluszka uprzejmie poinformował nas, że o tej porze żaden autobus nie kursuje. Równie uprzejmie wytłumaczyliśmy mu skąd i dokąd idziemy. Jakież było jego zdziwienie gdy sie dowiedział, że Ślęża znajduje się koło Wrocławia. Odjechał, ale po chwili pojawiły się trzy maluszki ciekawskich niedowiarków.

W drodze na Trójgarb zapodział się gdzieś szlak, więc dwóch "wspaniałych" szukało go po okolicy podczas gdy reszta podziwiała gwiazdy (stojąc dokładnie na szlaku). Na szczyt dotarliśmy zmęczeni i mocno spoceni. Po krótkim odpoczynku mniej ochoczo niż ze Śnieżki ruszyliśmy na spotkanie z następnym dniem. W Szczawnie Zdroju dopadł nas ogólnogrupowy kryzys. Wszystkich wzięło na spanie, niektórych nawet nie powstrzymywał marsz. Ławeczki w Parku Zdrojowym okazały się niebywale miękkie i kusiły strasznie. Większość uległa pokusie i nie wiadomo jak by to się skończyło (jak długo byśmy spali) gdyby nie Ola, która po 15 minutach tak zmarzła, że zarządziła (w sposób dość brutalny) wymarsz. Gdy doczłapaliśmy do Wałbrzycha padła pierwsza ofiara bolących stóp i niewygodnego plecaka. Gorąco pożegnaliśmy więc Beatę i udaliśmy się przemierzać ulice miasta. Na śniadanie zatrzymaliśmy się dopiero gdy zrobiło się trochę cieplej. Regenerujący posiłek spożyliśmy na tyłach sklepu w Lubachowie.

Jeziorko Daisy było kolejnym miejscem, gdzie jeden z uczestników koniecznie chciał się wykąpać. Zważywszy jednak na fakt istnienia rezerwatu ruszył brudny i niezaspokojony za resztą grupy. W Witoszowie pozwoliliśmy sobie na chwileczkę zapomnienia wstępując do baru na lody i jedno małe.... Podbudowani psychicznie korzystając ze szlaku Ułanów Legii Nadwiślańskiej i Polskich dróg przeszliśmy przez Świdnicę, gdzie po małej korekcie trasy wpatrzeni w masyw Ślęży parliśmy do przodu. Niestety uciążliwości deptania asfaltu dały się wszystkim we znaki. Najbardziej odczuła to Daromiła, dlatego korzystając z przejeżdżającego autobusu odjechała do domu. A była już tak blisko, szkoda! A my powlekliśmy się dalej tym znienawidzonym asfaltem. Niektórzy próbowali nawet iść na boso, chociaż na dłuższą metę było to uciążliwe. Przechodząc przez przeł Tąpadła minęliśmy niezliczone rzesze "piknikowiczów" itp. Wielkie było ich zdziwienie gdy zobaczyli na twarzach naszych zmęczenie niewspółmierne do pokonywanego wzniesienia, jak również duże "garby" na plecach. Nie przejmując się tym wszystkim, na resztkach sił dotarliśmy na szczyt. Tam oficjalnie na wieży widokowej zakończyliśmy przejście idiotyczne. Padło słowo końcowe i podsumowujące w wykonaniu Naczelnego, po czym każdy opowiedział swoje wrażenia. A było czego słuchać! Po zejściu na ziemię zostało nam 1,15 godz. do ostatniego PKS-u i tyleż samo drogi do Sobótki (dla turysty w normalnym stanie). Wyciskając siódme poty zdążyliśmy na transport, gdzie zająwszy wygodne miejsca wszyscy zgodnie zasnęli. Co się działo później - nikt nie wie. Obudziliśmy się we Wrocławiu na Dworcu Autobusowym. Odezwał się tzw. efekt setnego punktu. Krokiem baletnicy rozeszliśmy się każdy w swoją stronę.

Kto myśli, że po tych przeżyciach mamy już dość ten jest w błędzie. Planujemy właśnie przejście ostatniego boku trójkąta idiotycznego.

Powrót na stronę turystyki idiotycznej