Szybszy niż dupówa

Wiedziałem, że Jacek nie ma zbyt dużo czasu. Przygotowywał się do prowadzenia kursu przewodnickiego, a poza tym wybierał się do Warszawy. Pomimo to przyszedłem do niego.
- Dzwonił Maciek Laskowski. Chce robić Śnieżkę-Śnieżnik. Jedziesz?
Oczy mu zabłysły. Już wiedziałem, że pojedzie. To tak, jak gdyby alpiniście zaproponować udział w wyprawie na Everest.

W poniedziałek 24 września po południu podchodzimy z Maćkiem do Strzechy Akademickiej. Postanowiliśmy tam przenocować, żeby nie zaczynać trasy po nocnej jeździe pociągiem. Maciek od początku narzuca mordercze tempo. Na moje dyskretne pytanie czy jutro zamierza też tak zasuwać, odpowiada z rozbrajającym uśmiechem, że nie dałby rady. Uspokajam się.

Jacek dotarł do schroniska późnym wieczorem. Wstajemy wcześnie po kiepsko przespanej nocy "umilanej" przez chrapiącego głośno faceta i o 5.20 ruszamy w drogę. Rozgwieżdżone niebo budzi w nas nadzieję na ładną pogodę (poprzedniego dnia lało do popołudnia). Maciek doszedł do wniosku, że trzeba iść szybko, żeby nie zarywać dwóch nocy i piorunem rozpędza się tak samo jak poprzedniego dnia. Jacek zaczyna pechowo - już po kilku minutach potyka się o kamień i rozwala sobie rękę i nogę. Jakoś się jednak zbiera i idzie dalej. Ja natomiast z przerażeniem myślę o najbliższych godzinach. Szybko wychodzimy koło schroniska pod Śnieżką na grzbiet, nad którym niestety przewalają się gnane wichurą kłaki chmur. Wejście na Śnieżkę trwa 17 minut. Nie zatrzymując się na szczycie wchodzimy na Czarny Grzbiet. Dnieje i - o zgrozo - po czeskiej stronie pojawiają się symptomy nadchodzącego załamania pogody - niskie bure strzępy mgieł czepiające się drzew i zboczy podchodzą coraz wyżej. Na Sowiej Przełęczy staje się jasne, że z ładnej pogody nici. Czarna Kopa już się schowała, podstawa chmur o świcie spowijająca tylko szczyt Śnieżki obniżyła się prawie do poziomu Kowarskiego Grzbietu. Po 2 godzinach i 15 minutach od wyjścia ze "Strzechy" dochodzimy na Okraj. Tuż nad naszymi głowami wisi szara, wilgotna zasłona. Trzeba jak najprędzej wiać z Karkonoszy!

Na stacji kolejowej w Błażkowej zatrzymujemy się na dłużej. Szybko dopada nas nadciągająca z południowego-zachodu dupówa. Zaczyna padać deszcz - trzeba iść. Maciek podkręca tempo. Nad Karkonoszami szarogranatowe paskudztwo, za to nad Kamienną Górą piękna tęcza. W okolicach Betlejem wychodzimy ze strefy opadów. Warty 9 punktów na GOT odcinek Błażkowa - Krzeszów pokonujemy w godzinę i pięć minut!

Wlokę się w żałosnym tempie na Wielką Lesistą, klnąc poranne biegi Maćka. W lewej nodze narasta pulsujący ból. W dodatku od Grzęd regularna ulewa. Trudno, koniec. Trzeba się wycofać. Do wiaty na szczycie dochodzę dobre dwadzieścia minut po Maćku i Jacku. Robimy gorącą zupę. Chłopcy namawiają, żebym jednak szedł dalej. Dobra, dojdę do Andrzejówki, dalej się zobaczy. Tym bardziej, że przestało padać. Chmury się rozwiewają odsłaniając błękitne niebo. Dupówa po prostu nie wytrzymała maćkowego tempa. Ruszamy i po kilku krokach - eureka! Rzucam pod swoim adresem kilka niewybrednych epitetów. Nie wyjąłem rano z kieszeni portmonetki, która następnie pół dnia waliła mnie w nogę. Po jej wyjęciu staje się cud - w ciągu kilku minut ból ustępuje. Idę dalej.

- Chodźmy grzbietem Gór Suchych, będzie ładniej niż szosą.
To Maciek nas namawia. Do Andrzejówki doszliśmy dużo wcześniej niż planowaliśmy, więc dlaczego nie spróbować, tym bardziej, że jeszcze nikt z nas tamtędy nie szedł. Okazuje się, że Rupechtický špičák - pierwsza góra, na którą przychodzi nam wejść - jest jednym z sudeckich Matterhornów, jakich sporo w Górach Suchych. Tracimy dużo sił na zaledwie stumetrowe, ale bardzo strome podejście. Dalej jest już łagodnie, za to pogoda znowu się psuje. Kawałek za Kościelcem łapie nas noc i w dodatku zaczyna padać. Postanawiamy iść czeskim szlakiem, który omija kilka szczytów. Na szczęście wopistów wymiotło z gór. Po dłuższym marszu spotyka nas niemiła niespodzianka - natykamy się na pierwsze zabudowania wsi Janovičky (według mapy szlak powinien iść wyżej). Maciek chce ten fakt zignorować i iść przez wieś jak gdyby nigdy nic. Odwodzimy go z Jackiem od tego zamiaru. Nie mamy ochoty skończyć przejścia na posterunku bezpečnosti. Przedzieramy się przez młody las do granicy i wchodzimy na szczyt Czarnocha, gdzie Jacek wypatruje drogę, która sprowadza nas do szosy prowadzącej do Świerków.

Las na Włodzickiej Górze jest izotropowy, jak powiedziałby fizyk. Na szczycie, który osiągnęliśmy po pokonaniu drobnych problemów orientacyjnych, zrobiliśmy długi, prawie godzinny odpoczynek. Trochę sobie podrzemałem, gdy chłopcy gotowali kisiel. To trochę nieładnie uchylać się od roboty, ale zaczynałem już spać idąc. Pomogło. Tylko jak iść dalej? Byłem tu jakieś półtora roku temu, więc powinienem orientować się w terenie. Nic z tych rzeczy. Wtedy był słoneczny dzień, a teraz jest mglista, pochmurna noc. Ścieżką prawie nikt nie chodzi, w związku z czym ledwo odróżnia się od otoczenia. Szlag by to trafił! W końcu docieramy na skraj lasu, gdzie robi się jeszcze gorzej. Droga jest zarośnięta trawą i w nocy, przy bardzo kiepskiej widoczności zupełnie jej nie widać. [Momentami mgła była tak gęsta, że świecąc latarką dawało się dojrzeć co najwyżej czubki własnych butów]. W efekcie schodzimy za bardzo na południe. Wracamy na szlak, lecz kilka kilometrów dalej gubimy go znowu. Tym razem idziemy za daleko na północ. Efekt - dodatkowe kilometry przedeptane ulicami Nowej Rudy. Jacek postanawia wracać do domu. Ma kompletnie przemoczone obie pary butów. Zostawia nam swoją maszynkę do gotowania. Na Górę Świętej Anny wchodzimy już tylko we dwóch.

Nareszcie pokazał się Śnieżnik! Drugi dzień naszego przejścia jest ciepły i słoneczny. Za Ścinawką Dolną gotujemy śniadanie, po czym przeskakujemy przez Ścinawskie Wzgórza i schodzimy na dno Kotliny Kłodzkiej. Drogi na szczęście nie są wyasfaltowane, więc idzie się całkiem przyzwoicie. Maciek wciąż pruje niesamowicie szybko. Skąd on ma tyle sił? Stawia krótkie kroki, ale za to przebiera nogami jak maszynka. Próbuję iść tak jak on, ale w himalajach po trzydziestu godzinach marszu jest to na dłuższą metę niemożliwe. Maciek rozwiązał sprawę inteligentniej - na odcinkach górskich wkłada buciory, a na dolinno-wiejsko-szosowych adidasy. Wyrywa coraz bardziej do przodu i czeka na mnie po kilka minut na rozstajach dróg. Od Mrowieńca towarzyszy nam spory wilczur. Biegnie to przy Maćku, to znów przy mnie. Zostawia nas dopiero w Szalejowie Dolnym. My wkrótce po tym gramolimy się na Czerwoniak. Tu zmęczenie dopada mnie na dobre. Czuję, że trzeba dłużej odpocząć. Ledwo powłóczę nogami. W Krosnowicach mówię Maćkowi, żeby szedł dalej sam. Dzielimy jedzenie i rozstajemy się.

Za Krosnowicami na skraju lasu przeprowadzam godzinną reanimację. Ściągam buty, kładę się i spożywam dużą ilość koksu (mleko z glukozą + granomix [w 1990 roku wszyscy wiedzieli, co to jest - wysokoenergetyczne granulki bodajże z fruktozy, o smaku owocowym]), co - ku mojemu zdumieniu - stawia mnie na nogi. Za Przełęczą Mielnicką znajduję wygodny trawers omijający Mrówczyniec i Grodową. Niestety, postanawiam to samo zrobić w masywie Żelaznych Gór i przebijam się przez gęsty las w poszukiwaniu jakiejś drogi, zamiast wyjść na grzbiet, gdzie takowa się znajduje. Na domiar złego po wyjściu z lasu stwierdzam z przerażeniem, że zgubiłem karimatę i wracam jakieś sto metrów szukając jej w zapadającym zmroku. Jest! Jeszcze z powrotem do skraju lasu przez dzikie chaszcze. Tu kolejna niespodzianka - droga zaznaczona na mapie nie istnieje. Czeka mnie zatem marsz przez łąki i pola do Nowego Waliszowa. Trudno! Mam chyba dość sił, żeby dojść na Śnieżnik.

Wstawaj, bo przekroczysz limit czasu! W sumie pięćdziesiąt minut snu - dwadzieścia zaraz za wsią i trzydzieści na podejściu pod Skowronią Górę. Jednak wcale mi to nie pomogło się pozbierać. Wykończyło mnie to, czego się właściwie nie bałem - monotonia nocnego marszu przez wieś. Czołówka świeci coraz słabiej, przez głowę przewalają się wyjątkowo bezsensowne myśli. Plama na drzewie... To żółty znak. To dobrze... Co ja tu właściwie robię? Straszliwy wysiłek umysłu - mam! Idę na Śnieżnik... Po co? Mam się tam z kimś spotkać. Nie! Idę po to, żeby dojść. Przecież to bez sensu.... W lesie ryczą jelenie. Idę tylko na Puchaczówkę, dalej nie ma co, przecież prawie nie widzę drogi. O 1.30 jestem na miejscu. Spać, spać, spać...Rozwijam karimatę w krzakach, kładę plecak pod nogi. Prawie natychmiast zasypiam.

Rano poszedłem na Halę pod Śnieżnikiem. W schronisku siedział Maciek i zajadał biały ser. Na Śnieżnik doszedł o 23.15 i spał pod szczytem przy pierwszych drzewkach. Właściwie nie było po nim znać tych 191 punktów. Wyglądał świeżutko, jakby się właśnie wybierał na Śnieżkę.

Krzysztof Strasburger
[uzupełnienia - Jacek Potocki i K.S.]

Powrót na stronę turystyki idiotycznej