Kiedy tylko usłyszałem o turystyce idiotycznej i Wielkim Szlemie, od razu pomyślałem - czemu nie spróbować? Wcześniejsze nieudane próby pokonania trasy Śnieżka - Ślęża pobudziły mnie do precyzyjnego zaplanowania przejścia. Szybko wybrałem bok magicznego trójkąta, postanawiając zmagania ze Szlemem rozpocząć od trasy Śnieżnik - Ślęża, która wydała mi się najłatwiejsza do pokonania. Pierwszym wnioskiem z nieudanych prób było to, że na trasę muszę wyjść w miarę wypoczęty. A zatem na Śnieżnik dojść dzień wcześniej i przenocować w schronisku. Druga sprawa, to rozpracowanie trasy pod względem długości i czasu przejścia. Po wyliczeniach wyszło, że wychodząc ze Śnieżnika rano, o zmroku mam szansę dojść do Barda. Bardzo mi to odpowiadało - w ten sposób bowiem przejście odcinka w rejonie Ząbkowic, gdzie nie da się uniknąć asfaltu, wypadłoby w nocy. A więc nie groziłyby długie marsze szosą w upale, a sam szosowy przebieg gwarantował brak nocnych problemów z orientacją w terenie.

Dogodny termin sam się nawinął. Przejście postanowiłem potraktować jako odprężenie w przerwie między pisemnymi a ustnymi maturami. Razem ze mną szlemową trasę zdecydował się zaatakować Filip (dla obu nas było to drugie przejście idiotyczne) i - namówiony przez niego - Piotr. Obaj koledzy uznali, że idiotyczność przejścia trzeba podnieść na wyższy poziom i wzięli ze sobą gitary - żeby od czasu do czasu na postojach pograć dla poprawienia nastroju. Wprawdzie określenie "róbta co chceta" nie było jeszcze wówczas popularne, ale taki mniej więcej był mój stosunek do tego pomysłu. Mimo to Filip z Piotrem uparli się.

Tak więc w piątek po południu w towarzystwie gitar wsiedliśmy do zatłoczonego pociągu relacji Wrocław - Międzylesie, by - po przesiadce w Bystrzycy na autobus i podejściu piechotą z Międzygórza - zameldować się w schronisku pod Śnieżnikiem. Mimo późnej pory (dochodziła już jedenasta wieczorem) dostaliśmy ciepłą herbatę i nocleg "na glebie" (całkiem komfortowo - na materacach rozłożonych na podłodze werandy).

Rano około siódmej wyruszyliśmy na Śnieżnik - po szybkim zdobyciu szczytu (plecaki zostały w schronisku) i zrobieniu pamiątkowego zdjęcia (niestety, spaprałem później wywołanie filmu) rozpoczęliśmy właściwe przejście szlemowe. Prawie wszystko szło gładko i zgodnie z planem. A więc przejście przez Puchaczówkę do Ołdrzychowic, tam dłuższy postój z jedzeniem. Trochę nieprzewidzianych trudności napotkaliśmy na bezszlakowym odcinku w rejonie Górnej Jaszkowej, ale na Przełęcz Kłodzką trudno byłoby nie trafić. Za nią krótka ściana płaczu zakończona zdobyciem Kłodzkiej Góry, a potem już z górki.

Około dziewiątej wieczorem zameldowaliśmy się w Bardzie. Tu Filip namierzył optymalne miejsce do przygotowania kolacji. Wkręciliśmy się na jakąś dyskotekę, gdzie zrobiono nam herbatę i udostępniono miejsce w korytarzyku, którym co chwilę przechodziła balująca młodzież. Uczestnicy zabawy trochę byli zdziwieni, ale reagowali całkiem sympatycznie. A gospodarze w ogóle okazali się nad wyraz życzliwi. Nawet gdy imprezę zakończono, w przeciwieństwie do balowiczów nie wyrzucono nas z lokalu, tylko pozwolono spokojnie dokończyć posiłek. Pokrzepieni tak miłym przyjęciem ruszyliśmy na nocny etap. Przejście przez Potworów nie pozostawiło po sobie wspomnień, potem trochę pokrzyżował nam szyki kamieniołom, który okazał się znacznie rozleglejszy niż wynikałoby to z mapy i zdążył pochłonąć drogę, którą zamierzaliśmy go minąć. W dodatku noc była bezksiężycowa, więc zdani byliśmy głównie na latarki. Jakoś w końcu udało się wyjść na szosę koło Grochowa i potem już bez żadnych niespodzianek sunęliśmy asfaltem niby nocny konwój. Ząbkowice minęliśmy obwodnicą niczym samochody. Do marszu pobudzał nas przenikliwy chłód - chyba nawet był lekki przymrozek, jak przystało na przypadającą tego dnia "zimną Zośkę".

Za Brodziszowem kolejny odpoczynek - godzinny postój pozwolił nam przeczekać akurat do świtu, dzięki czemu nie musieliśmy po ciemku wchodzić na kiepsko oznakowany szlak w lesie. Między Jodłowcem a Gontową wpakowaliśmy się na kolejny kamieniołom. Szlak gdzieś się zgubił, daliśmy więc spokój i zostawiając Gontową z boku zeszliśmy szosą do Gilowa. Tu Filip i Piotr zdecydowali się zakończyć trasę. Marsz wszystkim nam dał w kość, a im dodatkowo coraz bardziej ciążyły gitary!

Przejście lasem przez Wzgórza Krzyżowe zapamiętałem jako ciągłe zastanawianie się czy idę jeszcze szlakiem czy już go zgubiłem i dokąd w ogóle dojdę. Gdy wyszedłem z lasu, zaczął mi doskwierać upał. Po zimnej nocy nastał gorący dzień, zaczęło się robić duszno. W Słupicach przyszedł kryzys. Niewiele brakowało, a zrezygnowałbym z dalszego marszu. Zmobilizowała mnie myśl, że szkoda kończyć przejście dosłownie u stóp Ślęży. Poza tym miałem nadzieję, że trochę odetchnę w lesie między Przełęczą Słupicką a Przełęczą Tąpadła (na zielonym szlaku). Nic z tego. Gorąco, sucho, a słońce świeciło akurat wzdłuż drogi, tak że nawet las nie dawał cienia.

Na Przełęczy Tąpadła niespodzianka. W ośrodku wypoczynkowym Elwro (niektórzy na pewno pamiętają, że był kiedyś we Wrocławiu taki słynny zakład elektroniczny), gdzie wstąpiłem, by nabrać wody, ulokował się sztab Maratonu Ślężan. Na wieść o tym skąd i ile godzin idę przyjęto mnie tam z szacunkiem i wielką gościnnością, pojąc i karmiąc (m.in. chlebem z szynką, która była w tym czasie na kartki!) do woli. Po takim odpoczynku wejście na Ślężę, którego się obawiałem, poszło jak z płatka. Nawet nie wyczerpałem czasu podanego na drogowskazie szlaku. Na szczycie wszedłem jeszcze na wieżę widokową aby wzrokiem podsumować pierwsze skuteczne przejście wielkoszlemowe. Niestety, powietrze było dość mętne - widoczność nie wykraczała poza Dzierżoniów, a o zobaczeniu Śnieżnika nie było co marzyć.

Teraz jeszcze zejście. Okazało się, że z tym jest dużo gorzej. Wolne tempo i częste przystanki spowodowały, że jeden pociąg mi uciekł, a do następnego zostały trzy godziny. Nie myśląc wiele położyłem się na łące w Górce nieopodal szlaku i postanowiłem bodaj trochę się przespać. Okazało się, że naród mamy miłosierny, bo chyba ze dwa razy przechodzący turyści budzili mnie z pytaniem czy nie potrzebuję pomocy. Gdyby tak ktoś mnie odwiózł do domu samochodem, to czemu nie. Wróciłem jednak ze Strzeblowa wieczornym pociągiem, kończąc w ten sposób przejście, którym rozpocząłem swoją przygodę z Wielkim Szlemem Idiotycznym.

Jacek Potocki

Powrót na stronę turystyki idiotycznej