Kurs Turystyki Górskiej Ceneria: outdoorowa porównywarka cen
www.ImprezyPodroznicze.pl
www.peron4.pl
www.szlaki.net.pl
www.skg.uw.edu.pl
Rumunia - kraina rumu, rumaków i rumianku

Pod takim hasłem reklamowany był sztandarowy, trwający trzy tygodnie, wyjazd KTE Tramp w te wakacje w góry Rumunii (partie Karpat Południowych - Lotru, Sureanu, Sibeanu na zachód od doliny Aluty oraz Fogaraszu na wschód). Jednak najważniejszym celem wyprawy było obejrzenie na żywo pełnego zaćmienia słońca, które dziwnym trafem miało nastąpić podczas trwania naszej wycieczki.

Rumunia na pewno nie jest krajem, który wzbudzałby w Polakach jakieś pozytywne asocjacje myślowe. Zazwyczaj słyszy się: brudasy, złodzieje, mieszkają pod mostem itp. Szkoda, że tak mało osób wie jak rzeczy mają się w rzeczywistości; z naszej uczelni na własnej skórze postanowiło się przekonać jedenaście osób. Objuczeni trzydziestokilogramowymi plecakami (żarcie na trzy tygodnie jednak trochę waży, bowiem założeniem było łazić po górach jak najwięcej i jak najkrócej przebywać wśród cywilizacji) stawiliśmy się na zbiórce na Dworcu Wschodnim. Pierwszym etapem podróży był Kraków, przesiadka w pociąg do Koszyc, kolejna przesiadka tym razem na pociąg do Hidasnemeti (pierwsza stacja po stronie węgierskiej) i pierwszy szok - jakiś dziwny język zupełnie niepodobny do jakiegokolwiek innego i zupełnie niezrozumiały dla innych nacji. Przejazd przez Węgry odbył się raczej bez przeszkód (raczej bo węgierscy kanarzy twierdzili że nie mamy ważnych biletów, my, że owszem). Kolejna przesiadka, tym razem na pociąg do Aradu - drugiej stacji na Rumunii na trasie (pierwsze jest graniczne Curtici). Była godzina mocno nocna, kiedy stanęliśmy wreszcie po 30 godzinach podróży na rumuńskiej ziemi. Rzecz jasna bez przysłowiowego rumuńskiego grosza w kieszeni (zapytajcie się o leje w jakimkolwiek kantorze - jedyną odpowiedzią będzie głośny stukot - to kasjer puka się w czoło patrząc na Ciebie jak na idiotę).

Jednak nie wszystko było stracone. Dzięki nieśmiertelnym cinkciarzom (kantory były pozamykane) mogliśmy się zaopatrzyć w rumuńską walutę, ba byli nawet na tyle uprzejmi, że pomogli nam przezwyciężyć trudności językowe i pomogli kupić bilety do Orastie. Pierwsze wrażenie było więc ze wszech miar pozytywne. Pociąg osobowy robił już mniej pozytywne wrażenie, lecz trzeba mu to przyznać - przyjechał na czas do miejsca przeznaczenia. W Orastie chcąc zaopatrzyć się w większe zasoby tamtejszej waluty udaliśmy się do banku, gdzie pani skrupulatnie spisała nasze dane z paszportów oraz zanotowała ile i jakich banknotów nam wręczyła (!!); swoją drogą dobrze że nie spisywała z nich numerów. Koło południa tamtejszy PKS zawozi nas do jakiejś podgórskiej wioski, skąd mieliśmy zamiar rozpocząć naszą wędrówkę. Jednak jakiś przyjazny Rumun (mimo trudności językowych) wyjaśnił nam, że na nasz dzisiejszy nocleg to mamy 30 kilometrów. Miny trochę nam zrzedły. Ale... obok stała ciężarówka do zwożenia drewna, za chwilę zjawił się kierowca, który po krótkich i intensywnych targach zgodził się nas trochę podwieźć. Niezapomniana była to przejażdżka na odkrytej lorze, krętą, wyboistą, dolinną drogą pośród zalesionych gór, która to przejażdżka co po niektórych przyprawiała o bóle głowy szczególnie gdy z góry pędziła ciężarówka z drewnem a z lewej strony drogi była skalna ścianka, z prawej zaś rzeka. Na szczęście kierowca okazał się fachowcem i dowiózł nas na miejsce. Jako swego rodzaju bonus dokładnie wyjaśnił nam gdzie mamy się skierować (kiedy mu dziękowaliśmy on upewniał się czy aby na pewno wiemy gdzie iść i tłumaczył nam od nowa - rytuał ten powtórzył się co najmniej kilka razy). Wreszcie plecaki powędrowały na swoje miejsce (na plecy) i ruszyliśmy do Sermisegetuzy - dawnej siedziby Dackiej - na miejsce naszego pierwszego noclegu. Na miejscu spotkaliśmy rumuński obóz archeologiczny z Klużu (notabene. który spał w polskich namiotach z nieistniejącego już dziś Aviotexu); rozbiliśmy się zaraz obok. Następnego dnia z rana rozpoczęło się, mimo deszczu, górskie wędrowanie. Na szczęście koło południa przestało padać, niebo troszkę się rozjaśniło i zobaczyłem jeden z piękniejszych widoków w mym życiu górskim (a łażę po górach z górą 15 lat) - po prostu wokół góry, góry i góry. Wyższe i niższe, zalesione i połoninne, w chmurach i w słońcu - tego nie da się opisać. Ogólnie rzecz biorąc góry Sureanu, od których zaczęliśmy, przypominają wyglądem polskie Bieszczady, lecz są sporo wyższe (Virful lui Petru ma 2156 m., a Tarnica ledwie 1346) i większe powierzchniowo. Idzie się cały czas połoninnym grzbietem, wokół którego roztaczają się coraz to nowe widoki, od czasu do czasu można natknąć się na ciabaja (pasterza rumuńskiego), zawsze skorego do pomocy i rozmowy.

I tak po dziewięciu dniach wędrówki w słońcu (padało tylko dwa razy: na samym początku oraz w czasie burzy pod Steflesti, najwyższym szczytem pasma Lotru), po drodze jeszcze trochę błądząc dotarliśmy w przeddzień zaćmienia słońca do stacji kolejowej Betel w dolinie Aluty. Tu gwoli wyjaśnienia błądząc, ponieważ dobrych map gór Rumunii nie ma. Mapy wydawane przez rumuńskich kartografów są kiepskie (poziomice co 400 m., jakieś dziwne skale np. 1:58000 bądź 1:62000 itp.) lecz są jedynymi dostępnymi na rynku. Najlepsze mapy obszarów gór rumuńskich wykonali w początkach tego stulecia austriaccy kartografowie, mapy te jednak zostały wykonane metodą kreskową i wymagają raczej sporego doświadczenia w odczytywaniu rzeźby terenu. No i do tego nie obejmują całości obszarów górskich, bo głównym grzbietem Karpat przebiegała podówczas granica państwowa więc wszystko na południe od tej granicy pozostało białą plamą. Od czasu do czasu kartograf wysilał się tylko na dopisek w stylu 'Trasse im Detail - ?". My korzystaliśmy z map austriackich i pewnym momencie musieliśmy wejść na ową białą plamę a wtedy klasycznego "buraka" nie dało się już uniknąć. Ale wracając do stacji Betel - pociąg zabrał nas z niej do Rimnicu Vilcea, miasta niezbyt ciekawego pod kątem turystyki tak na co dzień.

Ale było coś, co dnia jedenastego sierpnia ściągnęło tam tłumy - zaćmienie słońca tutaj właśnie trwać miało najdłużej - dokładnie 2 min. 23 sek. Dzień nie zaczął się rewelacyjne - ogromne cumulusy przykrywały niebo i nawet w głosy największych optymistów wdarła się nutka zwątpienia. Jednak udaliśmy się do centrum miasta mając nadzieję, że chmury przewieje. I nie myliliśmy się. Koło godziny jedenastej na niebie nie było już żadnej chmurki. Zaczęło się zaćmienie: najpierw malutki rąbek tarczy słonecznej, potem troszkę większy... Wszyscy wyciągali cokolwiek przez dało patrzeć się na słońce: klisze, folie nrc, dyskietki; niektórzy kupowali specjalne okulary. W tym miejscu trzeba przyznać że Rumuni bardzo profesjonalnie podeszli do turystów: informacja w trzech językach (angielskim, francuskim i hiszpańskim (rumuńskiego nie było!)) wydana na ładnym kredowym papierze, specjalne banknoty wydane przez bank centralny i wpuszczane do obiegu tylko tego dnia, okolicznościowe karty telefoniczne, koszulki itp. itd... My tu o turystach a cień księżyca coraz bardziej zasłaniał tarczę słoneczną. O godz. 11:03:04 GMT tarcza słoneczna była przesłonięta już całkowicie. Na niebie pojawiły się gwiazdy... w południe - coś niesamowitego. Łącznie z tysiącami osób zebranymi na placu i wbijającymi swój wzrok w niebo tworzyło to niepowtarzalny widok. Stwarzało to uczucie jakby za chwilę miał nastąpić koniec świata a niebie mieli się pojawić czterej jeźdzcy apokalipsy. Szkoda, że trwało to tak krótko, ale i tak była to jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu, jedna z tych nielicznych, dla których chce się żyć.

Zaćmienie powoli dobiegało końca i trzeba było zejść z obłoków na ziemię. Niestety nie wszyscy wytrzymywali trudu górskiego marszu z trzydziestokilogramowym plecakiem, więc nasza grupa się podzieliła. Niżej podpisany wraz z Pawłem Kotlarzem utworzyli dwuosobową grupę która postanowiła od razu uderzyć w Fogarasz - najwyższą partię Karpat Południowych i gór Rumunii w ogóle. Pośpiech został ukarany, bo choć kanar łaskawie darował nam jazdę bez biletu to zaraz po wyjściu z pociągu zaczęło lać więc noc musieliśmy spędzić na stacji (a właściwie przystanku kolejowym) Valea Marului. Następnego dnia nic nie zapowiadało poprawy pogody - mgła spowijała dokładnie okolicę, co przy jakości rumuńskich szlaków rokowało duże nadzieje na zabłądzenie. Na szczęście weszliśmy na tyle wysoko, że orientacja była nieco łatwiejsza, ale pogoda nas nie rozpieszczała. I jeszcze mniej więcej co kilometr żelazne krzyże postawione przez Salvamont (rumuński GOPR) przypominające o losie śmiałków, którzy podczas burzy zdecydowali zostać na grzbiecie. Wszystko to sprawiło, że morale nieco nam siadło, lecz nasza cierpliwość została wynagrodzona - czwartego dnia wypogodziło się na tyle, że zdecydowaliśmy się zaatakować Negoiu - najwyższy (2507 m.) w zachodniej części Fogaraszu. Okazało się, że górski instynkt nas nie zawiódł. Na wysokości około 2300 m. wyszliśmy z chmur i bez problemu dotarliśmy na szczyt, skąd rozciągał się wspaniały widok na najwyższe partie gór (tylko te było widać ponad chmurami). Jeszcze tego samego dnia dotarliśmy do drogi transfogaraskiej, która tunelem przebijała się pod górami. Następnego dnia w planach mieliśmy Moldoveanu - najwyższy szczyt Rumunii (2543 m.) a zarazem najwyższy w Karpatach na jaki poprowadzono szlak turystyczny. Dzień zapowiadał się wspaniale - słońce, żadnej chmurki na niebie. Jednak po południu pogoda trochę się zepsuła i musieliśmy zrezygnować. Na wejście zdecydowaliśmy się następnego dnia rano uprzednio zostawiwszy plecaki w cabanie (schronisku). Z bliska góra robi piorunujące wrażenie - kilkusetmetrowe urwisko zapiera dech w piersiach. Niestety szczyt tonął w chmurach więc z panoramki nici.

Tego samego dnia zdecydowaliśmy się opuścić góry i zobaczyć miasta Rumunii - Sibiu i Brasov. Na Sibiu trochę się zawiodłem - owszem ma ciekawą zabudowę (kamienice, pozostałości murów obronnych, parę kościołów, cerkiew) lecz na jak tak stare miasto (pierwsze wzmianki 1192-1196) to chyba trochę mało. Największe wrażenie zrobiła na mnie gotycka katedra. Wrażenie to spotęgował koncert organowy jaki się tam odbywał - do klimatu budowli pasował jak ulał. Brasov również nie mógł poszczycić jakąś oszałamiającą liczbą zabytków, z których najciekawsze to czarna bazylika (Biserica Neagra) z końca XIV wieku czy budynek szkoły (Primarie) z końca XV wieku. Zawiedzeni udaliśmy się do zamku Bran - siedziby słynnego Drakuli. I tu również rozczarowanie - sam zamek był pięknie położony, ale sam w sobie nie był zbyt ciekawy (skromność ekspozycji). Z tego względu najciekawszym okazał się pobliski skansen, w którym prezentowano budownictwo drewniane głównie z Karpat rumuńskich. Tego dnia wieczorem rozpoczęliśmy powrotną podróż z przygodami. Najpierw Paweł zapłacił za kibel w Aradzie zamiast 1000 lei tysiąc forintów (jakieś 19 pln - najdroższy klop o jakim słyszałem), co miało fatalne skutki na Węgrzech gdzie zabrakło nam na bilet i trzeba było wymieniać dolary po zdzierskim kursie w dworcowym barze. Potem węgierscy kanarzy wykorzystując powszechną nieznajomość ich ojczystego języka chcieli nas wysadzić z pociągu (rzekomo nieważne bilety). Na szczęście od Koszyc, w których zrobiliśmy sobie trzy godzinki przerwy na zwiedzanie centrum, podróż przebiegała już spokojnie. Następnego dnia rano byłem z powrotem w Warszawie. No cóż następne pełne zaćmienie słońca już nowym tysiącleciu w Nigerii...

Karol Jasiński
Informacje praktyczne

Dojazd:

a) pociągiem Karpaty relacji Warszawa - Bukareszt, koszt biletu w jedną stronę do Aradu około 160 pln; dlatego bardziej opłaca się kupować bilety międzynarodowe tylko na odcinki graniczne - można połowę zaoszczędzić lecz jedzie się dłużej (liczne przesiadki na stacjach granicznych).

b) autobusem relacji Przemyśl - Suczawa (kursuje co dwa dni) tranzytem przez Ukrainę - koszt biletu 60 pln - wygodne jeśli chodzi o dojazd do północnej Rumunii.

Waluta:

W połowie sierpnia 1999 roku 1$=ok. 17500 lei; w dużych miastach powszechnie akceptowane są karty Visa i Mastercard. W bankomatach off-line działa karta maestro, lecz wypłacanie nią pieniędzy jest wysoce nieopłacalne; w górach, gdzie do najbliższej wiochy jest 30 km, powszechnym środkiem rozliczania się z pasterzami (np. za żętycę czy za pokazaną drogę) są papierosy dlatego warto mieć ze sobą parę paczek na wszelki wypadek.

Komunikacja:

Zdecydowanie najlepiej rozwinięta jest kolej, która kursuje w miarę punktualnie; na pociągi osobowe daje kupić się bilet zniżkowy na polską legitymację studencką, na ekspresy, IC i EC nie pomoże nawet ISIC - trzeba bulić całość (inna sprawa, że jakość usług w tych pociągach jest dużo wyższa niż w PKP).

Góry:

Najlepiej zagospodarowane turystycznie są góry najwyższe (Fogarasz, Retezat, Paring), są tam w miarę często schroniska (nocleg w przeliczeniu ok. 10 pln za podłogę) a szlaki wyznakowane są w miarę dobrze. W pozostałych górach na szlaki nie ma co liczyć (nawet jak są zaznaczone na mapie), a turystów (Czechów, Polaków, czasem Niemców) można spotkać raz na parę dni. Górski krajobraz w Fogaraszu szpecą duże hałdy śmieci w okolicach schronisk lub miejsc odpoczynku (jeziorko, punkt widokowy).

Grzyby:

Ogromny wybór, 5-litrowy kociolek pełen kurek został uzbierany w niecałą godzinę, borowiki wielkości dłoni również nie należały do rzadkości

Psy pasterskie:

Stwarzają chyba największe zagrożenie podczas wędrówki, szczególnie jeśli pasterz jest daleko i jest ich więcej niż liczebność grupy. W przypadku natarczywości pomagało nam zatrzymanie się i poczekanie na pasterza.

Linki o tematyce rumuńskiej


 
Paweł Kotlarz


 

KTE "TRAMP"
Szkoła Główna Handlowa
Al. Niepodległoœci 162
02-554 Warszawa
+48-22-5649784
Webmaster
<Klub Turystyczny Ekonomistów TRAMP>