|
||||
|
Kijów i Odessa | |||
|
Pomysł wycieczki do stolicy Ukrainy zrodził się na początku grudnia 1999 roku jako kontynuacja prowadzonego przez nas cyklu wycieczek "Stolice Europejskie Zimą". Odbywają sie one w czasie ferii akademickich Szkoły Głównej Handlowej. W 2000 roku część z nas pojechała także do Pragi. Największym chyba problemem przy organizacji takiego wyjazdy było znalezienie lokum na kilka dni pobytu w Kijowie. Przydatne okazały się tu faksy do ambasady polskiej i Domu Polskiego (namiary znalezione w Internecie) w Kijowie. Wybraliśmy tańszy wariant oferowany przez tą drugą instytucję (8 USD za noc). Pod koniec stycznia skład osobowy wycieczki ustalił się na 11 osób (Ada jako główna organizatorka, Beata, Iwona, Marysia, Ola, Marcin, Mirek, piszący te słowa Paweł, drugi Paweł vel Bronek, Robert, Wojtek) i w piątek 28 stycznia wyruszyliśmy. Mając na względzie minimalizację kosztów wybraliśmy najtańszy wariant dostania się na Ukrainę. Pociągiem zagórzańskim (20:20 z Warszawy Wschodniej) dojechaliśmy do Łańcuta (03:15), gdzie ponad godzinę oczekiwania wykorzystaliśmy na spacer po mieście. O 04:49 wsiedliśmy do pociągu osobowego do Przemyśla, który na miejsce dojechał o 06:13. Bilet Warszawa - Łańcut - Przemyśl kosztował 18.92 PLN (441 km). Po wymianie części pieniędzy na hrywny (konieczne na ubezpieczenie graniczne i późniejszy transport do Lwowa) złapaliśmy busa do granicy w Medyce (2 PLN od osoby, bagaż za darmo). Samo przejście granicy nie zajęłoby może dużo czasu (choć trochę poszło na wypisanie ubezpieczeń dla 11 osób (12 UAH za 5 dni) - przydaje się tu lista uczestników z numerami paszportów) gdyby nie tłum kłębiący się po stronie ukraińskiej i blokujący wyjście. Część z nas jakoś się przepchała, część forsowała ogrodzenie. Busem dojechaliśmy później do Mościsk (po 1 UAH), skąd autobusem dalej do Lwowa (2.14 UAH). Tutaj wyszedł na jaw nasz błąd - gdybyśmy poczekali na granicy w Szegini mielibyśmy w nim miejsca siedzące. Także dopiero w Mościskach przypomnieliśmy sobie o zmianie czasu. Koniec końców we Lwowie byliśmy o 11 godzinie - kierowca wysadził nas przed dworcem kolejowym (dworzec autobusowy jest na peryferiach miasta). Po kupnie biletów (pociąg #688 "Galiczina" Lwow - Kijów Pasażerski, 627 km, 19:03-06:27, wagon plackartny - 20 UAH) udaliśmy się na spacer po Lwowie. W niedzielę (30.01.00) rano pociąg punktualnie wtoczył sie na dworzec kijowski. Wysiadłszy poszliśmy do Domu Polskiego, który pośredniczył w udostępnieniu nam noclegów. Początkowo proponowano nam zakwaterowanie w 4 różnych miejscach, mając na względzie niewątpliwie szlachetne zapoznawanie miejscowych ludzi z Polską. Woleliśmy jednak mieszkać razem, co udało się połowicznie - dostaliśmy 2 mieszkania, odległe jednak od siebie jak Jelonki w Warszawie od Rembertowa. Jedno było 10 minut piechotą od metra, drugie tyleż trolejbusem. A Kijów posiada trzy linie kolei podziemnej, które w połączeniu z autobusami, trolejbusami i tramwajami dość dobrze rozwiązują problem komunikacji po mieście. Przydatna okazuje się tu mapa sieci komunikacji miejskiej, którą można nabyć w niektórych kioskach (0.90 UAH). Nie można bowiem liczyć na zobaczenie schematu komunikacji na którymś z przystanków. Jako ciekawostkę można dodać, że metro kijowskie jest jednym z najgłębszych (jeśli nie najgłębszym) w Europie. Schody na stacji Złote Wrota (ponad 100 m pod powierzchnią ziemi) są dobrych kilka razy dłuższe i co ważniejsze znacznie szybsze od tych w Warszawie Centrum (najgłębsza stacja u nas). Wejście na teren metra kosztuje 30 kopiejek (1 żeton) - podróżować można więc do woli. Biletów okresowych nie warto kupować - miesięczny to wydatek ok 30 UAH. Do przejazdu środkami komunikacji naziemnej upoważniają odrębne bilety po 0.30 UAH. Można je kupić w pojeździe, u wszechobecnego kanara. Trzeba tylko pamiętać o skasowaniu. W trakcie naszego pobytu w Kijowie kurs kupna dolara był w zasadzie stały: 1 USD = 5.47 UAH. Na brak kantorów (podobnie zresztą jak i MacDonaldsów - jak zwykle darmowy kibel) Kijów nie musi narzekać. Przed pokazaniem nam mieszkań szefowa ośrodka oprowadziła nas ogólnie po Kijowie i udaliśmy się na polską mszę do kościoła św. Aleksandra. Potem podzieliśmy się losowo na połowę i pojechaliśmy do domów. Tam jakiś czas zajęły rozmowy z gospodarzami, z których można się było dowiedzieć ciekawych rzeczy o Ukrainie i stolicy jej. Część z nas urządziła sobie potem nocny spacer po Kijowie i jej reprezentacyjnej ulicy - Chreszczatiku, wyglądającej dokładnie jak typowo radziecka ulica marszowa. W poniedziałek (31.01.00) rozpoczęliśmy zwiedzanie Kijowa:
We wtorek (01.02.00) postanowiliśmy zwiedzić Ławrę Peczerską. Mieliśmy czas do 18-tej, na którą to godzinę umówiliśmy się z miejscową młodzieżą uczącą się języka polskiego na "wieczorek zapoznawczy".
Główną atrakcją środy (02.02.00) był skansen. Wieczór część z nas spędziła u swych gospodarzy delektując się samogonem i rozmową z ich małym synem (język ukraiński tego 4-latka wzbudzał niekłamany nasz zachwyt ), druga w dalszym ciągu włóczyła się po mieście. Tego dnia spotkaliśmy też w autobusie kanara, który zauważył nasze nieskasowane bilety i trafnie odgadł, iż jesteśmy cudzoziemcami. Po nieco śmiesznej dyskusji zapłaciliśmy karę (sztraf) w niebagatelnej wysokości 6 UAH - równowartości dwóch normalnych biletów komunikacji miejskiej w Warszawie...
W czwartek (03.02.00) Kijów zwiedzaliśmy dwiema grupami.
Do Odessy dotarliśmy pociągiem #661 startującym z Kijowa o 18:24 i przybywającym do celu o 08:18. W piątek (04.02.00) punktualnie przybyliśmy do Odessy. Pomysł tego "skoku w bok" zrodził po zauważeniu dogodności połączeń Kijów-Odessa i Odessa-Lwów i niskiej ceny biletów kolejowych. Niewątpliwy wpływ wywarła też atmosfera nocnej jazdy wagonem plackartnym. Po zakupie biletów na pociąg do Lwowa (745 km - 23 UAH) i skonsumowaniu niewielkiego śniadanka zostawiliśmy bagaże w przechowalni dworcowej (nic nam nie zginęło), co kosztowało po 2 UAH od sztuki. Przytroczone do plecaków karimaty chciano traktować jednak jak osobny bagaż. Kurs dolara swe maksimum osiągnął w punkcie 5.45, w miarę oddalania się od dworca był coraz bardziej korzystny.
W sobotę (05.02.00) o 7:35 przybyliśmy ponownie do Lwowa. Na dworcu podmiejskim kupiliśmy bilety do Mościsk II i spokojnie spożyliśmy sniadanie. Pociąg podstawiony został godzinę przed odjazdem. Zlekceważenie tego ważnego momentu kosztowało nas zajmowanie pozycji wertykalnej przez pierwszą połowę jazdy. W Mościskach II w pociągu oprócz nas pozostało zaledwie kilka osób. Większość spośród udających się na granicę wysiadła stację (Trzciana) bądź dwie (Mościska I) wcześniej i dalej pojechała busem. My postanowiliśmy pójść na piechotę do Szegini. Ok. 6 km, z tego pierwsze 4 w błocie przez las zajęło nam ponad 1.5 h. Jeszcze przed granicą pojawiła sie przed nami żądna waluty para ukraińskich pograniczniaków. Czepiali się kwestii zameldowania (cudzoziemcy przebywający ponad 3 dni na Ukrainie muszą się meldować) sugerując łapówkę w wysokości 30 USD. Tutaj przydała się nasza korespondencja z Ambasadą Polską w Kijowie. Urzędowy papierek spowodował niechlubne odejście Ukraińców. Samą granicę przeszliśmy bez większych problemów. O meldunek nikt się już nie pytał, "zaciekawienie" wzbudziły nasze gitary - czy aby ujęliśmy je w deklaracji wwozowej. Jeden plecak został również wybebeszony. Z Medyki pierwszym busem z brzegu dojechaliśmy do Przemyśla (2 PLN), skąd po niespełna godzinie odjeżdżała "Solina" do Warszawy, do której ochoczo wsiedliśmy (396 km). Zbiór wspomnień z wycieczek i innych informacji o Ukrainie znajdziesz tu. |
||||
![]() |
|
|||
|
KTE "TRAMP" Szkoła Główna Handlowa Al. Niepodległoci 162 02-554 Warszawa +48-22-5649784 Webmaster <Piotr Chachaj> |
||||
![]() |
||||