Kurs Turystyki Górskiej Ceneria: outdoorowa porównywarka cen
www.ImprezyPodroznicze.pl
www.peron4.pl
www.szlaki.net.pl
www.skg.uw.edu.pl
Mrówki 2000
Mrówkowa trasa Oli i Pawła - 14-15.10.2000

Tegoroczne "Mrówki" były niezwykle udane. Najbardziej dopisała pogoda no i oczywiście uczestnicy, którzy stawili się w niespotykanej do tej pory liczbie. Nic więc dziwnego, że przygotowaliśmy dla nich wiele ciekawych tras. Oto jedna z nich, którą przygotowali i prowadzili Ola Pacowska i Paweł Brudło.

Wyruszyliśmy w piękny letni poranek, czyli 15 października, ze stacji Żegiestów Zdrój. A szło z nami siedmiu uczestników: Gosia Gwarek, Robert Kubajek, czyli dwa "stare" trampy, a oprócz nich Karolina Pacowska z koleżanką Agnieszką oraz trzech "nowych", którzy postanowili zasmakować przygody z Trampem. Jeden z nich miał na imię Paweł (czego oczywiście nie mogłem zapomnieć) , ale dwóch pozostałych imion niestety nie pamiętam, wiem tylko, że była to para. Po uzupełnieniu zapasów w miejscowym spożywczym wyruszyliśmy czarnym szlakiem na Zubrzy Wierch.

Po drodze odbyło się miłe śniadanko na łączce z widoczkami. Na Wierchu Zubrzym zboczyliśmy ze szlaku, aby poszukać zaznaczonej na mapie jaskini. Nie udało się nam to, ale za to udało się zgubić jednego uczestnika, a dokładnie Pawła. Jednak okazał się on doświadczonym turystą i szybko nas odnalazł. Jeżeli chodzi o jaskinię to wg Oli znaleźliśmy ją. A były to dwie, no może trzy dziury w przysypanych ziemią skałach, zasypane liśćmi, z których wiało trochę chłodniejsze powietrze. Wszyscy zadowoleni wyruszyliśmy dalej. Na Pustej Wielkiej zarządziłem krótki popas. Po drodze do bacówki "Nad Wierchomlą" odbyły się żniwa jałowca zarządzone przez Gosię. Dostała ona zamówienie od wujka na ok. 5000 ziarenek. Jak się później okazało pomyliła się o jedno zero. Miało to być 50000. Wszyscy byliśmy jej jednak bardzo wdzięczni za tą pomyłkę, gdyż i tak byliśmy wystarczająco pokłuci.

Przy bacówce Gosia odwdzięczyła nam się stokrotnie przyrządzając wspaniały sos do obiadu. A sam obiad pozostanie mi na długo w pamięci. Od obiadujących tam z okazji ich święta nauczycieli otrzymaliśmy ognisko, trzy kilo kiełbasy, ketchup, musztardę i chleb. Zajadając się kiełbasą wstawiłem ryż na obiad. W błogiej atmosferze siedzieliśmy i rozmawialiśmy sobie, jaki to cudowny obiad zjemy. Jak gdyby nigdy nic po dwudziestu minutach podszedłem do ogniska i zestawiłem kociołek z ryżem. Po jego otwarciu naszym oczom ukazał się jakże ciekawy widok. W środku było sporo węgla, stopione torebki plastikowe i ryż, ale raczej prażony niż gotowany. Dzielnie uratowaliśmy z ryżu to, co się dało, a Gosia musiała przygotowywać sos w menażce na trzy razy. Ja już wtedy zacząłem skrobać kociołek i przywracać go powoli do stanu użyteczności.

Wyruszyliśmy w dalszą trasę przez Runek, Przysłop, Żydówkę do Kopciowej, gdzie złapaliśmy PKS do Florynki by przed dziesiątą zameldować się w szkole w Wawrzce. Po drobnej toalecie udaliśmy się na imprezę do naszej chatki w Wawrzce. Ja jeszcze tylko zalałem kociołek Domestosem. Impreza nie należała do szczególnie udanych, ale można powiedzieć, że była całkiem fajna. Gdzieś około drugiej kładliśmy się spać, tzn. my a nie cała reszta. Przed snem poszorowałem jeszcze trochę kociołek całkiem zadowolony z działania Domestosa, ale zalałem go moją tajną bronią, czyli Cilitem odkamieniaczem. Jak się okazało było to dobre posunięcie. Kociołek był już czysty tylko jeszcze strasznie śmierdział. Ale jako spadkobierca rodzinnych tradycji chemicznych postanowiłem go zneutralizować gotując w nim sodę. I pomogło. Kociołek wygląda jak nowy i do dziś żyje długo i szczęśliwie, a i my tam byliśmy i słowackie piwo wtedy piliśmy. Było to piwo, które przyniósł mi Wojtek Laskowski z całonocnym poślizgiem, więc zamiast w czasie imprezy piłem je po śniadaniu.

Drugiego dnia wyjazdu nasza grupa skurczyła się do dwóch uczestników, a właściwie to do dwóch uczestniczek: Karoliny i Agnieszki. O jaki ja byłem biedny, gdy doszliśmy na Łysą Górę koło Ropy. Ja sam i trzy baby. To było dopiero straszne przeżycie. Po drodze do Szymbarku zobaczyliśmy jeszcze drewnianą cerkiew. A następnie udaliśmy się nad Morskie Oko. Droga nie była łatwa, ale prowadziłem grupę prosto do celu, czyli przez krzory i pola. O zmroku dotarliśmy na miejsce naszej wieczerzy odkrywając, że Morskiego Oka już prawie nie ma. Wyschło. Dziewczyny zebrały chrust, a ja chwyciłem za różdżkę, by szukać wody. Mojżeszem może nie jestem, ale woda na kolację była. Obiadek też był bardzo dobry i bardzo obfity, ale poradziliśmy sobie z pełniutkim kociołkiem.

Przez Maślaną Górę udaliśmy się do Stróż na pociąg. Towarzyszył nam piękny księżyc w pełni. Gdyby nie nasza heroiczna postawa siostry Pacowskie pewnie nadal siedziałyby na stokach Maślanej Góry w oczekiwaniu na tego kogoś kto szedł za nami. W Krakowie obudził nas Prezes, który został po drugiej stronie szyby czyli na peronie. Jak się później okazało musiał odreagować i wyżył się w Tatrach przechodząc Orlą Perć. Wszyscy zadowoleni wróciliśmy do Warszawy, a ja jak zwykle spóźniłem się na angielski.



 

KTE "TRAMP"
Szkoła Główna Handlowa
Al. Niepodległoœci 162
02-554 Warszawa
+48-22-5649784
Webmaster
<Klub Turystyczny Ekonomistów TRAMP>