Kurs Turystyki Górskiej Ceneria: outdoorowa porównywarka cen
www.ImprezyPodroznicze.pl
www.peron4.pl
www.szlaki.net.pl
www.skg.uw.edu.pl
Ural Subpolarny 2001

Ural Subpolarny 14.VII.2001-13.VIII.2001

14.07.2001

Po długich przygotowaniach wreszcie nadszedł dzień wyjazdu. Było nas 11 osób: Mirek, Iwona, Witek, Ada, Paweł, Damian, Robert, Janusz, Wiesiek, Ola i piszący te słowa drugi Paweł (alias Bronek). Wyruszyliśmy z Warszawy Centralnej o 6:32 pociągiem do Terespola. Pociąg nie był bardzo zatłoczony, ale i tak było ciężko do niego wejść z 40-kilogramowym plecakiem. Granicę przekroczyliśmy w pociągu z Terespola do Brześcia. Nie było żadnych problemów. Jako, że bilety na całą dalszą drogę mieliśmy już wcześniej kupione, więc w Brześciu mieliśmy półtoragodzinną przerwę na krótki spacer po mieście i zakup "prezentów", które rozlaliśmy do półlitrowych plastikowych butelek i rozdzieliliśmy pomiędzy uczestników wyjazdu. O wpół do drugiej wyruszyliśmy pociągiem do Moskwy. Upał był straszny, a w wagonie udało się otworzyć tylko trzy okna. Najgorzej było w nocy, przespałem może ze trzy godziny.

15.07.2001

O szóstej rano wylądowaliśmy na dworcu białoruskim w Moskwie. Wymieniliśmy pierwsze pieniądze, zaopatrzyliśmy się w karty do metra i ruszyliśmy na dworzec jarosławski. Tam oddaliśmy nasze graty do przechowalni i ruszyliśmy w miasto. Podzieliliśmy się na dwie grupy. Ja zająłem się oprowadzaniem po mieście grupy, która chciała zaliczyć główne atrakcje rosyjskiej stolicy. Byliśmy w Klasztorze Nowodziewiczym, u towarzysza Lenina, na Kremlu, w soborze Wasyla Błogosławionego, w chramie Chrystusa Zbawiciela i jeszcze w kilku innych ciekawych miejscach. Wszystkim się bardzo podobało, a upał udało się zniwelować zapijając go rosyjskim kwasem. Po dniu pełnym wrażeń zabraliśmy bagaże i wsiedliśmy do pociągu do Łabytnangów. Na początku były pewne problemy, bo prowadnik chciał od nas bilety na bagaż, ale jak zorientował się, że jesteśmy z Polski, to nas wpuścił. Okazało się, że pracował kiedyś w naszym kraju. Pociąg ruszył o 22:14, a my zmęczeni udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

16.07.2001

Cały dzień spędziliśmy w pociągu. Na szczęście sporo okien otwierało się, a upał im dalej na północ tym był mniej dokuczliwy. Wyspaliśmy się. Czas płynął leniwie. Urozmaiceniem były dłuższe postoje na stacjach i związane z nimi zakupy pysznego jedzenia u babuszek. Poza tym czytaliśmy, podziwialiśmy krajobrazy, niektórzy malowali sobie twarze, jedliśmy itp. Pod wieczór widzieliśmy z okien pociągu całkiem spory pożar lasu.

17.07.2001

Chwilę po siódmej wysiedliśmy w Peczorze. Zrzuciliśmy graty na dworcu i podzieliliśmy się na grupy, żeby szybciej załatwić wszystkie sprawy: "bilety" wstępu do parku narodowego, środki przeciwko komarom, wysokie kalosze, transport na ostatnią część podróży, meldunek. Wszystko udało się wyśmienicie. Zaopatrzyliśmy się w kilkanaście opakowań Dety i Komarexu, kupiliśmy cztery pary kaloszy, mieliśmy zapłacony wstęp do parku , wbity meldunek do paszportów i okazało się, że statek, którym chcieliśmy dalej płynąć, odpływa już następnego dnia. Przenocowaliśmy u pracownika parku, który zaoferował nam lokum bezinteresownie. Udało się od niego wydobyć sporo informacji. Z przystani nad rzeką pierwszy raz zobaczyliśmy góry Uralu Subpolarnego.

18.07.2001

Wstać trzeba było wcześnie, bo nasz statek odpływał o 7:30. Udało nam się dostać do środka choć kilku z nas podróż spędziło na stojąco. A płynęliśmy dwie godziny, w ciągu których pokonaliśmy 60 km w górę rzeki. Przed dziesiątą nasz desant wylądował na aranieckiej plaży. W Arańcu czekał na nas umówiony miejscowy - Jewgienij Szachtar. Rozpoczęły się negocjacje. Zaczął od 45$ za jeden dzień prowadzenia (plus tyle samo za jeden dzień jego powrotu). Skończyło się na tym, że za 15$ prowadził nas przez pół dnia i dokładnie opisał nam dalszą drogę. Jego wskazówki okazały się bardzo pomocne. Szachtar doprowadził nas do początku dwunastego profilu, nad rzeczką Zeleznają. Po drodze sforsowaliśmy pierwszą uralską, choć jeszcze bagienną, rzekę - Wiortnyj. Były też fragmenty bezleśnego bagna. W sumie przeszliśmy około 10 km. Zjedliśmy wspólny obiad, podarowaliśmy Szachtarowi butelkę wódki. Zapytał się, czy to polska wódka. Odpowiedzieliśmy, że tak. Zapytał się o jej nazwę. Odpowiedzieliśmy, że terespolska (aby jak najmniej skłamać). Jak widać jedyną polską rzeczą, jaka się liczy w świecie jest wódka. Wieczorem odbył się mały show nad rzeczką. Część naszej ekipy uprawiała zabawy drzewno-wodne.

19.07.2001

Wyruszyliśmy przez bagna profilem 12. Jest to ledwo widoczna w terenie ścieżka przegrodzona zwalonymi drzewami, krzakami i fragmentami bagien. Jednak jej wielką zaletą jest to, że cały czas utrzymuje ten sam azymut. Jest to po prostu stara przecinka leśna. Podobno te przecinki są znakomicie widoczne z lotu ptaka. Po drodze, przy pierwszy zejściu do doliny rzeki Zeleznajej widać było między drzewami spore fragmenty grzbietu Szabli. Nocleg wypadł nam po drugim przekroczeniu rzeki, na dosyć wysokiej skarpie. Komary cięły niesamowicie. Już prawie wszyscy mają mokre buty.

20.07.2001

Tego dnia zaczęły się poważniejsze połacie bagienek. Co jakiś czas ktoś zapadał się w bagno. Na szczęście nic poważniejszego się nie wydarzyło. Po każdym przejściu takiej większej połaci bagna trochę czasu traciliśmy na odnalezienie ścieżki. Powód: przez bagno na ogół nie da się chodzić na azymut, drogę dyktuje bagno i taką trzeba przyjąć. W połowie dnia natrafiliśmy na Sybiriakowski Trakt, czyli główną "drogę" z Arańca pod Szablę, która jednak w tym czasie jest dosyć mocno podmokła na odcinku w okolicach Arańca.

Paręset metrów dalej traktem, w połowie drogi przez bagna stoi chata Kusznik, zbudowana m.in. przez Szachtara. Zjedliśmy sobie codzienną przegryzkę i na szczęście ruszyliśmy dalej, choć część grupy chciała zostać w chacie na nocleg. A rozbiliśmy się na polance, na skraju bagienka, za wzniesieniem 224,2. Widoki były świetne: przed nami, na horyzoncie rozciągał się grzbiet Szabli w całej okazałości. Tego dnia kładliśmy się już po wschodzie słońca, który zresztą nastąpił około trzech godzin po jego zachodzie. Jednym słowem białe noce.

21.07.2001

To był najbardziej bagienny dzień pod każdym względem. Przekraczaliśmy największe pod względem obszaru bagna. Mirek wpadł najgłębiej w bagno - obiema nogami do pół uda. Na szczęście udało się go szybko wyciągnąć. Szczególnie ciężko było pod koniec dnia, kiedy najbardziej rozległe bagna sprowadzały nas na manowce i przejście przez nie nie było wcale już takie łatwe. Na szczęście w końcu nocowaliśmy na całkiem przyjemnej polance na trakcie. Złapała nas tam niezła ulewa, więc wspólnego obiadu nie było. Lało prawie przez całą noc.

22.07.2001

W okolicach południa przejaśniło się więc ruszyliśmy dalej. Miał to być nasz ostatni dzień na bagnach. I udało się. Nocowaliśmy już przy chacie pod Szablą. Po drodze nie było już bagien jako takich, ale ze względu na silne opady wszędzie stała woda. Ale za to w drugiej połowie dnia świeciło piękne słońce a my delektowaliśmy się pięknymi widokami Szabli. Zapowiadała się ładna pogoda. Jak się okazało w chacie pod Szablą stacjonowała już siedmioosobowa grupa Rosjan. Więc wykorzystaliśmy miejsce wokół chatki. Spędziliśmy miły wieczór przy ognisku. Postanowiliśmy, że następnego dnia będziemy się suszyć i odpoczywać przy pięknej pogodzie.

23.07.2001

Rano obudził nas deszcz i tak już niestety było przez najbliższe dwa dni. Trochę siedzieliśmy w chacie jednak z powodu ciasnoty raczej spędzaliśmy czas w namiotach. Rzeczy suszyliśmy nad piecem, co jednak nie szło zbyt dobrze. Ogólnie dzień minął leniwie ale, ze względu na pogodę, niezbyt przyjemnie. Czas spędziliśmy na czytaniu książek, graniu w różne gry i przeglądaniu map.

24.07.2001

Ciągle pada, więc wyjście na Szablę nie wchodzi w grę. Długo śpimy, a dzień spędzamy w już wolnej chatce. Grupa Rosjan ze względu na małe zapasy żywności (trochę zjadł im niedźwiedź w górach) zdecydowała się nie czekać na poprawę pogody i wyruszyła w drogę powrotną przez bagna. Dzień minął podobnie jak poprzedni. Pod wieczór zjawili się dwaj nowi Rosjanie. Przyszli przez bagna. Szli ponad dwa dni dłużej od nas. Pogoda cały czas bardzo kiepska więc zdecydowaliśmy się, że jutro ruszamy dalej.

25.07.2001

Na szczęście pogoda się poprawiła. Zmieniliśmy decyzję i ruszamy na Szablę. Doszliśmy ścieżką do grzbietu a następnie szliśmy trawersem na skraju lasu. Było bardzo wygodnie, bez jarowania. Pogoda całkiem ładna. W górę ruszyliśmy prawie dokładnie na wysokości szczytu Szabli i doszliśmy do górskiego jeziorka u zachodniego podnóża Szabli. Po drodze rozdzieliliśmy się. Część grupy poszła nieco wyższym trawersem, sporo jarując. Dotarli do nas po około 1,5-2 godzin. Gdy przyszliśmy nad brzeg jeziorka było widać jeszcze fragmenty Szabli.

Potem wszystko przykryły już chmury. Na próbę zdobycia szczytu zdecydowały się 4 osoby. Warunki były trudne: zerowa widoczność, woda, śnieg i lód. Po omacku szukaliśmy wyjścia na przełęcz na północ od szczytu (taką drogę polecił nam Szachtar). Trafiliśmy na nią chyba tylko dzięki chwilowemu przejaśnieniu. Potem rozpoczęło się mozolne podejście granią. Wschodnie ściany były idealnie pionowe. Z otchłani chmur wyłaniały się szpikulce skalnych iglic. Na szczyt prowadził znakowany tyczkami "szlak". Jednak przy zerowej widoczności była to marna pomoc. W końcu niewiele przed szczytem (przynajmniej tak nam się wydaje) zdecydowaliśmy się spasować. Było już nieźle stromo, skały były mokre, miejscami zaśnieżone i oblodzone. Do chaty wróciliśmy tą samą drogą. W drodze obserwowaliśmy ładny zachód słońca.

Wspomniani wcześniej Rosjanie: Alex Belousov i Valera Kholodar (używając transkrypcji angielskiej) zdobyli Szablę następnego dnia już przy lepszej aurze. Ich relacja znajduje się na stronie http://www.alexbelousov.boom.ru/sabl2001/sabl2001.htm Tam znajdziesz też opisy ich wcześniejszych wyjazdów w Ural i artykuły na temat tych gór

26.07.2001

Ruszyliśmy dalej. Pogoda bardzo ładna. Po przejściu przełęczy w grzbiecie Szabli (niskiej i bardzo przystępnej, bardzo ładne okolice) na dobre weszliśmy w góry Uralu. Tego dnia padł chyba rekord zagęszczenia komarów. Były ich niesamowite roje. Szliśmy w górę doliny Sedju. Ścieżka była całkiem wyraźna, choć momentami podmokła i zakrzaczona. Pod wieczór przekraczaliśmy dwa duże strumienie. Nocleg w lesie, trochę pada.

27.07.2001

Długo się zbieraliśmy. Minęła nas grupa Rosjan. Byli z miasta, gdzie produkuje się kałasznikowy. Później często się z nimi spotykaliśmy. Górna część doliny okazała się bardzo malownicza. Poza tym pogoda nam dopisywała. Widoczki były naprawdę niezłe - góry i jeziora. Szło się naprawdę przyjemnie mimo, że wszyscy mieli już nieźle mokre buty z powodu przekraczania potoków. Ale za to komarów było zdecydowanie mniej. Już nie gryzły zbyt mocno w czasie marszu. Mieliśmy w planach dojście do bazy Oziernej, ale nocowaliśmy jednak tuż za przełęczą.

28.07.2001

Wyruszyliśmy wyjątkowo wcześnie tj. około dziewiątej. Po drodze przekraczaliśmy sporo strumieni i spotkaliśmy niedźwiedzia. Nie wszyscy go widzieli, ale to już inna historia. Sforsowanie rzeki Wojboż-sinja nie było aż tak trudne jak nam się wydawało. Około południa stanęliśmy w bazie. Dostaliśmy trochę jedzenia od parkowego stacjonującego w bazie. Zrobiliśmy sobie rosyjską zupkę z torebki i upiekliśmy podpłomyki z mąki i mleka w proszku. Po dłuższym postoju i drobnym myciu w rzecze Oziernej ruszyliśmy zdobywać przełęcz pod Sundukiem. Było to pierwsze odczuwalne podejście z plecakami. Widoki na dolinę Wangyru były ładne mimo, że pogoda zaczynała się psuć. W czasie zejścia zaczęło padać. Zeszliśmy na dno doliny Wangyru i rozbiliśmy się na małej górce nad strumieniem.

29.07.2001

Praktycznie cały dzień lało. Siedzieliśmy w namiotach śpiewając, grając na gitarze, w karty, czytając. Ogólne leniuchowanie. Wieczorem pod płachtą Witek i Paweł rozpalili ognisko. Zrobili niezły obiad z zupą. Mirek i Iwona ogłosili, że wracają do bazy. Mirek miał poważne problemy ze stopami. Bardzo go piekły i bolały praktycznie uniemożliwiając chodzenie. Jak się później okazało udało im się zabrać helikopterem z bazy do Peczory. Reszta podzieliła się na dwie grupy. Część chciała iść dalej bez względu na pogodę, reszta chciała poczekać aż pogoda się poprawi i wody w strumieniach trochę opadną. Strumień, nad którym się rozbiliśmy przybrał niesamowicie. Poszliśmy spać niepewni co nam przyniesie jutro.

30.07.2001

Przez całą noc padało jednak późnym porankiem zaczęło się wypogadzać. Mirek z Iwoną ruszyli do bazy a cała reszta jednak razem ruszyła dalej. Po chwili trafiliśmy na starą drogę prowadzącą doliną do opuszczonej już od dawna bazy geologów. Na początku cieki wodne przekraczaliśmy po resztkach mostów albo przerzucając sobie kalosze. Zabierało to trochę czasu ale w miarę sprawnie posuwaliśmy się naprzód. Pogoda zaczęła się psuć a na naszej drodze stawały coraz większe strumienie. W końcu doszło do tego, że woda płynęła drogą. Wtedy nie było już wyjścia - wszyscy szliśmy już bez zmieniana butów. Była to nawet całkiem niezła zabawa. Woda często sięgała ponad kolana. Dzięki zmianie taktyki do bazy geologów dotarliśmy dosyć szybko. Spotkaliśmy tam znajomą grupę Rosjan. Spędziliśmy miły wieczór w fajnej chacie. Wykorzystaliśmy całkiem niezłe warunki do umycia się i podsuszenia rzeczy.

31.07.2001

Rano wspaniała pogoda - błękitne niebo i pełne słońce. Pożegnaliśmy się z Rosjanami (szli na Parnuk) i ruszyliśmy w górę Wangyru. Na początku czekała nas przeprawa przez Mały Wangyr. Poszło gładko. W dalszej części doliny podziwialiśmy wspaniałe widoki (chyba najładniejsze na całym wyjeździe) na okolice gór Miedwieżyj i Mracznaja. Wangyr przekroczyliśmy w bardzo dogodnym miejscu, w którym rozdziela się on na trzy koryta. Przed nami, jak się okazało, najtrudniejsze podejście z plecakami - na przełęcz wzdłuż potoku Miedwied. Szło niezbyt szybko ale w końcu wszyscy bezpiecznie dotarli na górę. Pogoda cały czas piękna, widoki też. Po drugiej stronie pierwszy raz oczom naszym ukazała się Manaraga. Wspaniała góra. Zejście z przełęczy było już dosyć przyjemne i znacznie bardziej łagodne. Nocleg w dolinie Junkoboż.

1.08.2001

Dzień, w którym mieliśmy sforsować rzekę Kosju. Ale po kolei. Poranek był jeszcze deszczowy, ale już później pogoda była piękna. Sprawnie zeszliśmy do doliny Kosju natrafiając na starą drogę podobną do tej z doliny Wangyru. Widoki były znakomite. Najpierw widzieliśmy grzbiet Kołakolnij z ciekawą górą Ural. Droga w górę doliny Kosju przebiegała przez małe pagórki, z widokami na Manaragę. Stopniowa ukazywała nam ona swoje drugie oblicze: ze szpikulca stawała się długim, postrzępionym grzebieniem.

W końcu ścieżka zeszła do rzeki, za którą było już widać chatkę. Od Rosjan wiedzieliśmy, że w tym miejscu jest bród. Skoro jest to trzeba było spróbować i wiele się nie namyślając ruszyłem na spotkanie z rwącą rzeką. Przeprawa trwała dosyć długo. Przez spory kawałek musiałem się nieźle wysilać aby utrzymać się na nogach. Udało się, ale wiedziałem, że już nikt inny raczej nie przejdzie. Pierwszy raz doświadczyłem co to znaczy siła wody. Powróciłem na drugą stronę i rozpoczęliśmy poszukiwania innego przejścia. Udało się mniej więcej kilometr w górę rzeki. Najpierw przeszliśmy przez połączone Łomesiboż i Kosjuboż, a potem kawałek wyżej, za wyspą, przeszliśmy przez rzekę Manaragę. Było dosyć trudno, ale obyło się bez większych problemów. Nocowaliśmy w przytulnej chatce. Było to dosyć ważne, gdyż ostatnią noc spędziliśmy w dwóch Gwineach w 9 osób (efekt rozdzielenia się).

2.08.2001

Tego dnia zmierzyliśmy się z Manaragą. Jak się okazało, cztery osoby zastosowały się do refrenu znanej piosenki:

Kardynała Richelieu sekret wam dziś zdradzę,
od Manaragi Boże strzeż, z Narodną sobie poradzę.

Ostatecznie z górą starło się pięć osób. Wszyscy razem przeszliśmy ok. 3 kilometry w górę rzeki. Tam się rozstaliśmy, umawiając się na nocleg w chacie nad potokiem Oljeni. A my ruszyliśmy w górę zostawiając plecaki w krzakach.

Najpierw wygodnym grzbiecikiem bez kamieni weszliśmy na przełączkę na wschód od szczytu Manaragi. Byliśmy już na wysokości 1100 m n.p.m. Zostało jeszcze najbardziej strome 560 metrów. Widoki były coraz ładniejsze i coraz bardziej rozległe. A my mozolnie drapaliśmy się w górę. Ostatecznie tylko jednej osobie udało się zdobyć wierzchołek. Reszta zaatakowała pazur trochę od złej strony. Na powtórną próbę nie było już czasu, gdyż zaczęło kropić. Uwieczniliśmy tylko wspaniałe widoki na kliszach i ruszyliśmy w dół. Po zejściu w dolinę na dobre zaczęło siąpić. Mokrzy, głodni i zmęczeni dotarliśmy po w sumie 13 godzinach do chatki. A tam czekały na nas dopiero ekstremalne doznania. Otóż nasi współtowarzysze zaserwowali nam kuskus z sosem grzybowym wymieszanym z glutem (kisielem). Czegoś takiego w życiu jeszcze nie jadłem: sos z pływającymi w nim kawałkami glutowej galarety. Ale głodny turysta zje wszystko, więc grzecznie połknęliśmy obiad w miarę możliwości nie narażając naszych kubków smakowych na kontakt z jedzeniem.

3.08.2001

Wyspaliśmy się i odpoczywaliśmy. Trasa na ten dzień była króciutka. Leżeliśmy sobie na słoneczku susząc rzeczy i leniuchując. Zebraliśmy się około południa i przeszliśmy w górę doliny aby zająć dogodną pozycję do ataku na Narodę, czyli najwyższy szczyt całego Uralu. Obozowisko rozbiliśmy tuż po przejściu (zresztą suchą stopą) Manaragi, która tu była już ledwie większym strumyczkiem. Mieliśmy jeszcze dostęp do drewna z okolicznych wyższych krzaków. Popołudnie minęło na odpoczywaniu i jedzeniu. W ramach zbierania sił na wyprawę każdy wyciągał sobie ostatnie zapasy "lepszego" jedzenia np. ryż z suszonymi jabłkami i cynamonem itp. Janusz i Paweł zdecydowali się na wyjście na wschód słońca. Wrócili jednak w środku nocy zawróceni przez sporą burzę.

4.08.2001

Na szczęście późnym porankiem wypogodziło się i wyruszyliśmy zdobywać Narodę. Podchodziliśmy najpierw trawersem na rozległy płaskowyż na północ od szczytu. Wejście na wysokość około 1450 m n.p.m. wymagało pokonania 700 metrów przewyższenia na odcinku zaledwie 1300 metrów, co daje nachylenie średnie rzędu 54%. Nie było łatwo ale wszystkim się udało, choć nie wspólnie, ale w małych grupkach. Dalej poszło już gładko. Na podejściu podziwialiśmy widoki na azjatyckie jezioro Goluboje i natknęliśmy się na płaty śniego-lodu. Widoczność ze szczytu była niezła, choć na niebie było sporo chmur. A wokół nas tylko góry, góry i góry. Na szczycie jest sporo różnych pamiątek. My dołączyliśmy złotówkę do pokaźnego zbioru monet wbitych w okrągły kawałek drewna.

Po godzinnym pobycie na szczycie wygoniły nas opady śniegu. Po zejściu około 300 metrów w dół wyszliśmy na szczęście z chmur i mogliśmy w miarę przyjemnie kontynuować wędrówkę. A zeszliśmy po olbrzymim płacie wiecznego śniegu (zapewne przyszłym lodowcu) nad jezioro 1133,5 w kotle w najwyższej części bocznej doliny Bałbanju. Jest tam naprawdę ładnie. Bez problemów przedostaliśmy się do następnego kotła wcinającego się w północno zachodnie zbocza już wcześniej wymienionego płaskowyżu. Widoczki były piękne. Blisko już było do obozu.

5.08.2001

Rano zwijaliśmy się powoli. Czekała na nas najwyższa przełęcz, którą mieliśmy pokonywać z plecakami. Nie było źle i dosyć sprawnie udało się wdrapać na 1100 m n.p.m. Zeszliśmy do doliny Limbekoju. Natrafiliśmy na ślady wypasu stad reniferów. Po pokonaniu następnej, tym razem bardzo łagodnej przełęczy, znaleźliśmy się w górnej części doliny Bałbanju. Nad jeziorkiem rozbiliśmy się na nocleg.

6.08.2001

Wcześnie rano nastąpił następny podział. Trzy osoby zdecydowały się na szybkie dojście bo bazy górników Żełannej. Zależało im na szybkim powrocie do Polski. Reszta została nad jeziorkiem. W trójkę (ta sama ekipa, która z Uralu pojechała na Krym) wybraliśmy się w górę doliny Bałbanju. Udało się dojść do najwyższego jeziora z Wierchnich Bałbantów. Dolinka jest bardzo malownicza. Jeziora, kotły, bardzo piękne skały. Po powrocie do obozowiska nie ruszaliśmy się już z miejsca. Zdecydowaliśmy, że jutro skoro świt udamy się do Żełannej.

7.08.2001

Nad jeziorem Małym Bałbanty czekała na nas miła niespodzianka. Otóż stało tam 'tipi' koczowniczych pasterzy nienieckich. Weszliśmy do środka z prezentami (wódka + papierosy) aby chwilę porozmawiać. Gospodyni była miła. Rozmowa toczyła się w języku rosyjskim. W zamian otrzymaliśmy około półtora kilograma świeżego mięsa z renifera. Jeszcze trochę pooglądaliśmy obejście i ruszyliśmy dalej w stronę bazy. Okazało się, że za parę minut mamy transport. Pojedziemy z ładunkiem kwarcu na ciężarówce Ural. Dokonaliśmy jeszcze wymiany zapasów wódki na zagęszczone mleko. Przy samym wyjeździe spotkaliśmy naszą znajomą grupę Rosjan, która się do nas przyłączyła. Droga była bardzo malownicza. Super widoki z odkrytej paki. Ten samochód rzeczywiście potrafi wszystko, a szczytem był przejazd przez konkretną rzekę jaką jest Kożym. Po sześciu godzinach jazdy wysiedliśmy przy stacji w Wierchniej Incie. Przejażdżka kosztowała nas po 200 rubli od łebka. Dalej chcieliśmy się udać koleją na północ do Łabytnangów. Pociąg jednak odjeżdżał następnego dnia rano. Po zakupie biletów i napchaniu się chlebem udaliśmy się na nocleg w młodnik koło stacji.

8.08.2001

Rano wstaliśmy wcześnie i na ognisku smażyliśmy mięsko renifera. Było naprawdę przepyszne. Zrobiliśmy sobie coś na kształt szaszłyków. Mięsko było soczyste i smakowało nawet na surowo. Pociąg był pełny, ale jakoś udało się dostać miejsca. Po drodze minęliśmy północne koło podbiegunowe, a krajobraz za oknem przekształcił się z tajgi na tundrę. Po drodze w pociągu nasze dokumenty sprawdzała milicja. Robili kontrolę całego pociągu. Przyczyniło się to do opóźnienia pociągu (w sumie jakieś 2,5 godziny). W miejscowości Eleckij zjedliśmy pyszne pirożki od babuszki, która stała na peronie. Na miejscu w Łabytnangach chcieliśmy znaleźć nocleg w podobnych warunkach co w Incie. Jednak się nie udało i po negocjacjach z prowadnikami udało nam się za 30 rubli przenocować w wagonie kupiejnym.

9.08.2001

Pobudka wcześnie rano. Kupujemy bilety na powrót. Udało się kupić do Wołogdy. Do Petersburga, który chcieliśmy odwiedzić, biletów nie można było kupić. Ruszyliśmy w kierunku przystani promowej. Podjechaliśmy "taksówką" za w sumie 50 rubli. Prom kosztował 18 rubli od łebka. Dowiedzieliśmy się, że to jest pierwszy dzień jego kursowania po przerwie wywołanej przez duże fale na Obie. Ob jest naprawdę potężny.

Na promie spotkaliśmy rodowitego Lwowianina, który podwiózł nas za darmo do Salechardu i udzielił wielu cennych informacji. To dzięki niemu trafiliśmy do redakcji miejscowej gazety. Tam zostaliśmy przyjęci jako delegacja z Polski. Naczelna od razu zwołała zebranie redakcji, poczęstowali nas herbatą i ciastkami i obdarowali prezentami. Sporo się od nich dowiedzieliśmy o Salechardzie i okolicach. Salechard to drugie najbogatsze po Moskwie miasto w Rosji. A to wszystko dzięki największym w świecie złożom gazu ziemnego na półwyspie Jamał, w pobliżu którego miasto się znajduje. Obecnie jest ono w trakcie przeobrażenia z drewnianego syberyjskiego miasteczka w nowoczesne, europejskie miasto. Zwiedziliśmy niezwykle ciekawe muzeum. Są w nim ekspozycje dotyczące geologii, kolei, rdzennych mieszkańców i wystawa zdjęć prezentująca Ural Polarny. Wieczorkiem powróciliśmy do Łabytnangów. Powtórzyliśmy wariant nocowania w pociągu. Tym razem spaliśmy w wagonie, w którym później jechaliśmy, więc nie musieliśmy wynosić się skoro świt.

10.08.2001

Powrót minął nam na odpoczynku, objadaniu się smakołykami kupowanymi na stacjach od babuszek. Po drodze zrobiliśmy zdjęcie symbolicznego słupka granicznego pomiędzy Europą a Azją. Dzień minął na grze w karty, czytaniu książek i przewodnika po Krymie. Wieczorem podziwialiśmy wspaniały zachód słońca nad rzeką Peczorą.

11.08.2001

Kolejny dzień w pociąg. Ciąg dalszy obżarstwa. Krajobraz zmienił się już diametralnie. Za oknem coraz więcej wsi. O 21-ej wysiedliśmy w Wołogdzie. Udało nam się zakupić bilety do Petersburga na pociąg 50 minut po północy w wagonie obszcim. W okolicach dworca nie ma żadnego kantoru. Za to są długo otwarte sklepy. Po wejściu do pociągu rozłożyliśmy się na bocznych płackartach. Jest to chyba optimum, gdyż jest tam miejsce dla dwóch osób, nawet w obszcim, i dzięki temu obie mogą spać. Jedna na dole, druga na górze. Ogólnie wszystkim udało się przespać noc.

12.08.2001

Rano w pociągu było coraz więcej ludzi ale jakoś dotrwaliśmy do końca około 14 wysiedliśmy w Sankt Petersburgu. Na początek wymiana pieniędzy i kupno biletów w dalszą podróż (Symferopol, Brześć). Zajęło nam to wszystko ponad 3 godziny. Ale na szczęście bilety były dostępne. Umówiliśmy się wszyscy razem na dworcu witebskim. Tam czekała na nas ogromna niespodzianka. Przypadkowo spotkaliśmy się z Mirkiem i Iwoną, którzy po powrocie z gór balowali już w mieście od wielu dni. Zabrali nas do swojej kwatery w akademiku i po kolacji ruszyliśmy w miasto. Petersburg by night. Było naprawdę super. Miasto w nocy robi wrażenie. Nie ma tłoku, wszystko pięknie oświetlone. Numer 1 to Sobór Spas na krowi. Super są też zwodzone mosty nad Newą. Także wiele innych budowli w iluminacji robiło niezapomniane wrażenie.

13.08.2001

Po całonocnym wypadzie przespaliśmy się dwie i pół godziny, pożegnaliśmy się z resztą i w cztery osoby ruszyliśmy na zwiedzanie Pietrodworca. Dostaliśmy się tam autobusem za 20 rubli od łebka. Za to później przeskoczyliśmy przez płot, aby dostać się na teren parku. To w ramach protestu przeciwko znacznie wyższym cenom dla innostrańców. Fontanny są naprawdę niesamowite. Szczególnie wielka kaskada i fontanna Samsona.

Po powrocie do miasta rozeszliśmy się po mieście robiąc zakupy (filmy do aparatu, książki, mapy, przewodniki). Reszta już jechała wtedy pociągiem do Mińska. A my spotkaliśmy się wieczorem na dworcu aby wyruszyć w dalszą podróż. Tym razem na Krym.



 

KTE "TRAMP"
Szkoła Główna Handlowa
Al. Niepodległoœci 162
02-554 Warszawa
+48-22-5649784
Webmaster
<Klub Turystyczny Ekonomistów TRAMP>