Ural Subpolarny 14.VII.2001-13.VIII.2001
14.07.2001
Po długich przygotowaniach wreszcie nadszedł dzień wyjazdu. Było nas 11
osób: Mirek, Iwona, Witek, Ada, Paweł, Damian, Robert, Janusz, Wiesiek, Ola i
piszący te słowa drugi Paweł (alias Bronek). Wyruszyliśmy z Warszawy
Centralnej o 6:32 pociągiem do Terespola. Pociąg nie był bardzo
zatłoczony, ale i tak było ciężko do niego wejść z 40-kilogramowym plecakiem.
Granicę przekroczyliśmy w pociągu z Terespola do Brześcia. Nie
było żadnych problemów. Jako, że bilety na całą dalszą drogę mieliśmy już
wcześniej kupione, więc w Brześciu mieliśmy półtoragodzinną przerwę na krótki
spacer po mieście i zakup "prezentów", które rozlaliśmy do półlitrowych
plastikowych butelek i rozdzieliliśmy pomiędzy uczestników wyjazdu. O wpół do
drugiej wyruszyliśmy pociągiem do Moskwy. Upał był straszny, a w wagonie udało
się otworzyć tylko trzy okna. Najgorzej było w nocy, przespałem może ze trzy
godziny.
15.07.2001
O szóstej rano wylądowaliśmy na dworcu białoruskim w Moskwie.
Wymieniliśmy pierwsze pieniądze, zaopatrzyliśmy się w karty do metra i
ruszyliśmy na dworzec jarosławski. Tam oddaliśmy nasze graty do
przechowalni i ruszyliśmy w miasto. Podzieliliśmy się na dwie grupy. Ja zająłem
się oprowadzaniem po mieście grupy, która chciała zaliczyć główne atrakcje
rosyjskiej stolicy. Byliśmy w Klasztorze Nowodziewiczym, u towarzysza
Lenina, na Kremlu, w soborze Wasyla Błogosławionego, w
chramie Chrystusa Zbawiciela i jeszcze w kilku innych ciekawych
miejscach. Wszystkim się bardzo podobało, a upał udało się zniwelować zapijając
go rosyjskim kwasem. Po dniu pełnym wrażeń zabraliśmy bagaże i
wsiedliśmy do pociągu do Łabytnangów. Na początku były pewne problemy,
bo prowadnik chciał od nas bilety na bagaż, ale jak zorientował się, że
jesteśmy z Polski, to nas wpuścił. Okazało się, że pracował kiedyś w naszym
kraju. Pociąg ruszył o 22:14, a my zmęczeni udaliśmy się na zasłużony
odpoczynek.
16.07.2001
Cały dzień spędziliśmy w pociągu. Na szczęście sporo okien otwierało się, a
upał im dalej na północ tym był mniej dokuczliwy. Wyspaliśmy się. Czas płynął
leniwie. Urozmaiceniem były dłuższe postoje na stacjach i związane z nimi
zakupy pysznego jedzenia u babuszek. Poza tym czytaliśmy, podziwialiśmy
krajobrazy, niektórzy malowali sobie twarze, jedliśmy itp. Pod wieczór
widzieliśmy z okien pociągu całkiem spory pożar lasu.
17.07.2001
Chwilę po siódmej wysiedliśmy w Peczorze. Zrzuciliśmy graty na dworcu
i podzieliliśmy się na grupy, żeby szybciej załatwić wszystkie sprawy: "bilety"
wstępu do parku narodowego, środki przeciwko komarom, wysokie kalosze,
transport na ostatnią część podróży, meldunek. Wszystko udało się wyśmienicie.
Zaopatrzyliśmy się w kilkanaście opakowań Dety i Komarexu,
kupiliśmy cztery pary kaloszy, mieliśmy zapłacony wstęp do parku , wbity
meldunek do paszportów i okazało się, że statek, którym chcieliśmy dalej
płynąć, odpływa już następnego dnia. Przenocowaliśmy u pracownika parku, który
zaoferował nam lokum bezinteresownie. Udało się od niego wydobyć sporo
informacji. Z przystani nad rzeką pierwszy raz zobaczyliśmy góry Uralu
Subpolarnego.
18.07.2001
Wstać trzeba było wcześnie, bo nasz statek odpływał o 7:30. Udało nam się
dostać do środka choć kilku z nas podróż spędziło na stojąco. A płynęliśmy dwie
godziny, w ciągu których pokonaliśmy 60 km w górę rzeki. Przed dziesiątą nasz
desant wylądował na aranieckiej plaży. W Arańcu czekał na nas
umówiony miejscowy - Jewgienij Szachtar. Rozpoczęły się negocjacje.
Zaczął od 45$ za jeden dzień prowadzenia (plus tyle samo za jeden dzień jego
powrotu). Skończyło się na tym, że za 15$ prowadził nas przez pół dnia i
dokładnie opisał nam dalszą drogę. Jego wskazówki okazały się bardzo pomocne.
Szachtar doprowadził nas do początku dwunastego profilu, nad rzeczką
Zeleznają. Po drodze sforsowaliśmy pierwszą uralską, choć jeszcze
bagienną, rzekę - Wiortnyj. Były też fragmenty bezleśnego bagna. W sumie
przeszliśmy około 10 km. Zjedliśmy wspólny obiad, podarowaliśmy Szachtarowi
butelkę wódki. Zapytał się, czy to polska wódka. Odpowiedzieliśmy, że tak.
Zapytał się o jej nazwę. Odpowiedzieliśmy, że terespolska (aby jak najmniej
skłamać). Jak widać jedyną polską rzeczą, jaka się liczy w świecie jest wódka.
Wieczorem odbył się mały show nad rzeczką. Część naszej ekipy uprawiała zabawy
drzewno-wodne.
19.07.2001
|
Wyruszyliśmy przez bagna profilem 12. Jest to ledwo widoczna w
terenie ścieżka przegrodzona zwalonymi drzewami, krzakami i fragmentami bagien.
Jednak jej wielką zaletą jest to, że cały czas utrzymuje ten sam azymut. Jest
to po prostu stara przecinka leśna. Podobno te przecinki są znakomicie widoczne
z lotu ptaka. Po drodze, przy pierwszy zejściu do doliny rzeki
Zeleznajej widać było między drzewami spore fragmenty grzbietu
Szabli. Nocleg wypadł nam po drugim przekroczeniu rzeki, na dosyć
wysokiej skarpie. Komary cięły niesamowicie. Już prawie wszyscy mają mokre
buty.
|
|
20.07.2001
|
Tego dnia zaczęły się poważniejsze połacie bagienek. Co jakiś czas ktoś
zapadał się w bagno. Na szczęście nic poważniejszego się nie wydarzyło. Po
każdym przejściu takiej większej połaci bagna trochę czasu traciliśmy na
odnalezienie ścieżki. Powód: przez bagno na ogół nie da się chodzić na azymut,
drogę dyktuje bagno i taką trzeba przyjąć. W połowie dnia natrafiliśmy na
Sybiriakowski Trakt, czyli główną "drogę" z Arańca pod
Szablę, która jednak w tym czasie jest dosyć mocno podmokła na odcinku w
okolicach Arańca.
|
|
Paręset metrów dalej traktem, w połowie drogi przez bagna
stoi chata Kusznik, zbudowana m.in. przez Szachtara. Zjedliśmy sobie
codzienną przegryzkę i na szczęście ruszyliśmy dalej, choć część grupy chciała
zostać w chacie na nocleg. A rozbiliśmy się na polance, na skraju bagienka, za
wzniesieniem 224,2. Widoki były świetne: przed nami, na horyzoncie rozciągał
się grzbiet Szabli w całej okazałości. Tego dnia kładliśmy się już po
wschodzie słońca, który zresztą nastąpił około trzech godzin po jego zachodzie.
Jednym słowem białe noce.
|
|
21.07.2001
|
To był najbardziej bagienny dzień pod każdym względem. Przekraczaliśmy
największe pod względem obszaru bagna. Mirek wpadł najgłębiej w bagno - obiema
nogami do pół uda. Na szczęście udało się go szybko wyciągnąć. Szczególnie
ciężko było pod koniec dnia, kiedy najbardziej rozległe bagna sprowadzały nas
na manowce i przejście przez nie nie było wcale już takie łatwe. Na szczęście w
końcu nocowaliśmy na całkiem przyjemnej polance na trakcie. Złapała nas tam
niezła ulewa, więc wspólnego obiadu nie było. Lało prawie przez całą noc.
|
22.07.2001
W okolicach południa przejaśniło się więc ruszyliśmy dalej. Miał to być nasz
ostatni dzień na bagnach. I udało się. Nocowaliśmy już przy chacie pod
Szablą. Po drodze nie było już bagien jako takich, ale ze względu na
silne opady wszędzie stała woda. Ale za to w drugiej połowie dnia świeciło
piękne słońce a my delektowaliśmy się pięknymi widokami Szabli.
Zapowiadała się ładna pogoda. Jak się okazało w chacie pod Szablą
stacjonowała już siedmioosobowa grupa Rosjan. Więc wykorzystaliśmy miejsce
wokół chatki. Spędziliśmy miły wieczór przy ognisku. Postanowiliśmy, że
następnego dnia będziemy się suszyć i odpoczywać przy pięknej pogodzie.
23.07.2001
Rano obudził nas deszcz i tak już niestety było przez najbliższe dwa dni.
Trochę siedzieliśmy w chacie jednak z powodu ciasnoty raczej spędzaliśmy czas w
namiotach. Rzeczy suszyliśmy nad piecem, co jednak nie szło zbyt dobrze.
Ogólnie dzień minął leniwie ale, ze względu na pogodę, niezbyt przyjemnie. Czas
spędziliśmy na czytaniu książek, graniu w różne gry i przeglądaniu map.
24.07.2001
Ciągle pada, więc wyjście na Szablę nie wchodzi w grę. Długo śpimy, a
dzień spędzamy w już wolnej chatce. Grupa Rosjan ze względu na małe zapasy
żywności (trochę zjadł im niedźwiedź w górach) zdecydowała się nie czekać na
poprawę pogody i wyruszyła w drogę powrotną przez bagna. Dzień minął podobnie
jak poprzedni. Pod wieczór zjawili się dwaj nowi Rosjanie. Przyszli przez
bagna. Szli ponad dwa dni dłużej od nas. Pogoda cały czas bardzo kiepska więc
zdecydowaliśmy się, że jutro ruszamy dalej.
25.07.2001
Na szczęście pogoda się poprawiła. Zmieniliśmy decyzję i ruszamy na
Szablę. Doszliśmy ścieżką do grzbietu a następnie szliśmy trawersem na
skraju lasu. Było bardzo wygodnie, bez jarowania. Pogoda całkiem ładna. W górę
ruszyliśmy prawie dokładnie na wysokości szczytu Szabli i doszliśmy do
górskiego jeziorka u zachodniego podnóża Szabli. Po drodze
rozdzieliliśmy się. Część grupy poszła nieco wyższym trawersem, sporo jarując.
Dotarli do nas po około 1,5-2 godzin. Gdy przyszliśmy nad brzeg jeziorka było
widać jeszcze fragmenty Szabli.
|
|
Potem wszystko przykryły już chmury. Na
próbę zdobycia szczytu zdecydowały się 4 osoby. Warunki były trudne: zerowa
widoczność, woda, śnieg i lód. Po omacku szukaliśmy wyjścia na przełęcz na
północ od szczytu (taką drogę polecił nam Szachtar). Trafiliśmy na nią
chyba tylko dzięki chwilowemu przejaśnieniu. Potem rozpoczęło się mozolne
podejście granią. Wschodnie ściany były idealnie pionowe. Z otchłani chmur
wyłaniały się szpikulce skalnych iglic. Na szczyt prowadził znakowany
tyczkami "szlak". Jednak przy zerowej widoczności była to marna pomoc. W końcu
niewiele przed szczytem (przynajmniej tak nam się wydaje) zdecydowaliśmy się
spasować. Było już nieźle stromo, skały były mokre, miejscami zaśnieżone i
oblodzone. Do chaty wróciliśmy tą samą drogą. W drodze obserwowaliśmy
ładny zachód słońca.
|
|
|
Wspomniani wcześniej Rosjanie: Alex Belousov i Valera Kholodar (używając
transkrypcji angielskiej) zdobyli Szablę następnego dnia już przy lepszej
aurze. Ich relacja znajduje się na stronie
http://www.alexbelousov.boom.ru/sabl2001/sabl2001.htm
Tam znajdziesz też opisy ich wcześniejszych wyjazdów w Ural i artykuły na temat
tych gór
26.07.2001
Ruszyliśmy dalej. Pogoda bardzo ładna. Po przejściu przełęczy w grzbiecie
Szabli (niskiej i bardzo przystępnej, bardzo ładne okolice) na dobre
weszliśmy w góry Uralu. Tego dnia padł chyba rekord zagęszczenia
komarów. Były ich niesamowite roje. Szliśmy w górę doliny Sedju. Ścieżka
była całkiem wyraźna, choć momentami podmokła i zakrzaczona. Pod wieczór
przekraczaliśmy dwa duże strumienie. Nocleg w lesie, trochę pada.
27.07.2001
|
|
Długo się zbieraliśmy. Minęła nas grupa Rosjan. Byli z miasta, gdzie
produkuje się kałasznikowy. Później często się z nimi spotykaliśmy.
Górna część doliny okazała się bardzo malownicza. Poza tym pogoda nam
dopisywała. Widoczki były naprawdę niezłe - góry i jeziora. Szło się naprawdę
przyjemnie mimo, że wszyscy mieli już nieźle mokre buty z powodu przekraczania
potoków. Ale za to komarów było zdecydowanie mniej. Już nie gryzły zbyt mocno w
czasie marszu. Mieliśmy w planach dojście do bazy Oziernej, ale
nocowaliśmy jednak tuż za przełęczą.
|
28.07.2001
Wyruszyliśmy wyjątkowo wcześnie tj. około dziewiątej. Po drodze
przekraczaliśmy sporo strumieni i spotkaliśmy niedźwiedzia. Nie wszyscy
go widzieli, ale to już inna historia. Sforsowanie rzeki Wojboż-sinja nie
było aż tak trudne jak nam się wydawało. Około południa stanęliśmy w
bazie. Dostaliśmy trochę jedzenia od parkowego stacjonującego w bazie.
Zrobiliśmy sobie rosyjską zupkę z torebki i upiekliśmy podpłomyki z mąki i
mleka w proszku. Po dłuższym postoju i drobnym myciu w rzecze Oziernej
ruszyliśmy zdobywać przełęcz pod Sundukiem. Było to pierwsze odczuwalne
podejście z plecakami. Widoki na dolinę Wangyru były ładne mimo, że
pogoda zaczynała się psuć. W czasie zejścia zaczęło padać. Zeszliśmy na dno
doliny Wangyru i rozbiliśmy się na małej górce nad strumieniem.
|
|
29.07.2001
Praktycznie cały dzień lało. Siedzieliśmy w namiotach śpiewając, grając na
gitarze, w karty, czytając. Ogólne leniuchowanie. Wieczorem pod płachtą Witek i
Paweł rozpalili ognisko. Zrobili niezły obiad z zupą. Mirek i Iwona ogłosili,
że wracają do bazy. Mirek miał poważne problemy ze stopami. Bardzo go piekły i
bolały praktycznie uniemożliwiając chodzenie. Jak się później okazało udało im
się zabrać helikopterem z bazy do Peczory. Reszta podzieliła się na dwie
grupy. Część chciała iść dalej bez względu na pogodę, reszta chciała poczekać
aż pogoda się poprawi i wody w strumieniach trochę opadną. Strumień, nad
którym się rozbiliśmy przybrał niesamowicie. Poszliśmy spać niepewni co nam
przyniesie jutro.
30.07.2001
|
|
Przez całą noc padało jednak późnym porankiem zaczęło się wypogadzać. Mirek
z Iwoną ruszyli do bazy a cała reszta jednak razem ruszyła dalej. Po chwili
trafiliśmy na starą drogę prowadzącą doliną do opuszczonej już od dawna bazy
geologów. Na początku cieki wodne przekraczaliśmy po resztkach mostów albo
przerzucając sobie kalosze. Zabierało to trochę czasu ale w miarę sprawnie
posuwaliśmy się naprzód. Pogoda zaczęła się psuć a na naszej drodze stawały
coraz większe strumienie. W końcu doszło do tego, że woda płynęła drogą. Wtedy
nie było już wyjścia - wszyscy szliśmy już bez zmieniana butów. Była to nawet
całkiem niezła zabawa. Woda często sięgała ponad kolana. Dzięki zmianie taktyki
do bazy geologów dotarliśmy dosyć szybko. Spotkaliśmy tam znajomą grupę
Rosjan. Spędziliśmy miły wieczór w fajnej chacie. Wykorzystaliśmy całkiem
niezłe warunki do umycia się i podsuszenia rzeczy.
|
31.07.2001
|
Rano wspaniała pogoda - błękitne niebo i pełne słońce. Pożegnaliśmy się z
Rosjanami (szli na Parnuk) i ruszyliśmy w górę Wangyru. Na
początku czekała nas przeprawa przez Mały Wangyr. Poszło gładko. W
dalszej części doliny podziwialiśmy wspaniałe widoki (chyba najładniejsze na
całym wyjeździe) na okolice gór Miedwieżyj i Mracznaja.
Wangyr przekroczyliśmy w bardzo dogodnym miejscu, w którym rozdziela się
on na trzy koryta. Przed nami, jak się okazało, najtrudniejsze podejście z
plecakami - na przełęcz wzdłuż potoku Miedwied. Szło niezbyt szybko ale
w końcu wszyscy bezpiecznie dotarli na górę. Pogoda cały czas piękna, widoki
też. Po drugiej stronie pierwszy raz oczom naszym ukazała się Manaraga.
Wspaniała góra. Zejście z przełęczy było już dosyć przyjemne i znacznie
bardziej łagodne. Nocleg w dolinie Junkoboż.
|
1.08.2001
Dzień, w którym mieliśmy sforsować rzekę Kosju. Ale po kolei. Poranek
był jeszcze deszczowy, ale już później pogoda była piękna. Sprawnie zeszliśmy
do doliny Kosju natrafiając na starą drogę podobną do tej z doliny
Wangyru. Widoki były znakomite. Najpierw widzieliśmy grzbiet
Kołakolnij z ciekawą górą Ural. Droga w górę doliny Kosju
przebiegała przez małe pagórki, z widokami na Manaragę. Stopniowa
ukazywała nam ona swoje drugie oblicze: ze szpikulca stawała się długim,
postrzępionym grzebieniem.
|
|
W końcu ścieżka zeszła do rzeki, za którą było już
widać chatkę. Od Rosjan wiedzieliśmy, że w tym miejscu jest bród. Skoro jest to
trzeba było spróbować i wiele się nie namyślając ruszyłem na spotkanie z rwącą
rzeką. Przeprawa trwała dosyć długo. Przez spory kawałek musiałem się nieźle
wysilać aby utrzymać się na nogach. Udało się, ale wiedziałem, że już nikt inny
raczej nie przejdzie. Pierwszy raz doświadczyłem co to znaczy siła wody.
Powróciłem na drugą stronę i rozpoczęliśmy poszukiwania innego przejścia. Udało
się mniej więcej kilometr w górę rzeki. Najpierw przeszliśmy przez połączone
Łomesiboż i Kosjuboż, a potem kawałek wyżej, za wyspą,
przeszliśmy przez rzekę Manaragę. Było dosyć trudno, ale obyło się bez
większych problemów. Nocowaliśmy w przytulnej chatce. Było to dosyć ważne, gdyż
ostatnią noc spędziliśmy w dwóch Gwineach w 9 osób (efekt rozdzielenia
się).
|
|
2.08.2001
Tego dnia zmierzyliśmy się z Manaragą. Jak się okazało, cztery osoby
zastosowały się do refrenu znanej piosenki:
Kardynała Richelieu sekret wam dziś zdradzę,
od Manaragi Boże strzeż, z Narodną sobie poradzę.
Ostatecznie z górą starło się pięć osób. Wszyscy razem przeszliśmy ok. 3
kilometry w górę rzeki. Tam się rozstaliśmy, umawiając się na nocleg w chacie
nad potokiem Oljeni. A my ruszyliśmy w górę zostawiając plecaki w
krzakach.
|
|
Najpierw
wygodnym grzbiecikiem bez kamieni weszliśmy na przełączkę na wschód od szczytu
Manaragi. Byliśmy już na wysokości 1100 m n.p.m. Zostało jeszcze
najbardziej strome 560 metrów. Widoki były coraz ładniejsze i coraz bardziej
rozległe. A my mozolnie drapaliśmy się w górę. Ostatecznie tylko jednej osobie
udało się zdobyć wierzchołek. Reszta zaatakowała pazur trochę od złej strony.
Na powtórną próbę nie było już czasu, gdyż zaczęło kropić. Uwieczniliśmy tylko
wspaniałe widoki na kliszach i ruszyliśmy w dół. Po zejściu w dolinę na dobre
zaczęło siąpić. Mokrzy, głodni i zmęczeni dotarliśmy po w sumie 13 godzinach do
chatki. A tam czekały na nas dopiero ekstremalne doznania. Otóż nasi
współtowarzysze zaserwowali nam kuskus z sosem grzybowym wymieszanym z glutem
(kisielem). Czegoś takiego w życiu jeszcze nie jadłem: sos z pływającymi w nim
kawałkami glutowej galarety. Ale głodny turysta zje wszystko, więc grzecznie
połknęliśmy obiad w miarę możliwości nie narażając naszych kubków smakowych na
kontakt z jedzeniem.
|
3.08.2001
Wyspaliśmy się i odpoczywaliśmy. Trasa na ten dzień była króciutka.
Leżeliśmy sobie na słoneczku susząc rzeczy i leniuchując. Zebraliśmy się około
południa i przeszliśmy w górę doliny aby zająć dogodną pozycję do ataku na
Narodę, czyli najwyższy szczyt całego Uralu. Obozowisko rozbiliśmy tuż
po przejściu (zresztą suchą stopą) Manaragi, która tu była już ledwie
większym strumyczkiem. Mieliśmy jeszcze dostęp do drewna z okolicznych wyższych
krzaków. Popołudnie minęło na odpoczywaniu i jedzeniu. W ramach zbierania sił
na wyprawę każdy wyciągał sobie ostatnie zapasy "lepszego" jedzenia np. ryż z
suszonymi jabłkami i cynamonem itp. Janusz i Paweł zdecydowali się na wyjście
na wschód słońca. Wrócili jednak w środku nocy zawróceni przez sporą burzę.
4.08.2001
|
|
Na szczęście późnym porankiem wypogodziło się i wyruszyliśmy zdobywać
Narodę. Podchodziliśmy najpierw trawersem na rozległy płaskowyż na
północ od szczytu. Wejście na wysokość około 1450 m n.p.m. wymagało pokonania
700 metrów przewyższenia na odcinku zaledwie 1300 metrów, co daje nachylenie
średnie rzędu 54%. Nie było łatwo ale wszystkim się udało, choć nie wspólnie,
ale w małych grupkach. Dalej poszło już gładko. Na podejściu podziwialiśmy
widoki na azjatyckie jezioro Goluboje i natknęliśmy się na płaty
śniego-lodu. Widoczność ze szczytu była niezła, choć na niebie było sporo
chmur. A wokół nas tylko góry, góry i góry. Na szczycie jest sporo różnych
pamiątek. My dołączyliśmy złotówkę do pokaźnego zbioru monet wbitych w
okrągły kawałek drewna.
|
|
Po godzinnym pobycie na szczycie wygoniły nas opady
śniegu. Po zejściu około 300 metrów w dół wyszliśmy na szczęście z chmur i
mogliśmy w miarę przyjemnie kontynuować wędrówkę. A zeszliśmy po olbrzymim
płacie wiecznego śniegu (zapewne przyszłym lodowcu) nad jezioro 1133,5 w kotle
w najwyższej części bocznej doliny Bałbanju. Jest tam naprawdę ładnie.
Bez problemów przedostaliśmy się do następnego kotła wcinającego się w północno
zachodnie zbocza już wcześniej wymienionego płaskowyżu. Widoczki były piękne.
Blisko już było do obozu.
|
|
5.08.2001
Rano zwijaliśmy się powoli. Czekała na nas najwyższa przełęcz, którą
mieliśmy pokonywać z plecakami. Nie było źle i dosyć sprawnie udało się wdrapać
na 1100 m n.p.m. Zeszliśmy do doliny Limbekoju. Natrafiliśmy na ślady
wypasu stad reniferów. Po pokonaniu następnej, tym razem bardzo łagodnej
przełęczy, znaleźliśmy się w górnej części doliny Bałbanju. Nad
jeziorkiem rozbiliśmy się na nocleg.
6.08.2001
|
|
Wcześnie rano nastąpił następny podział. Trzy osoby zdecydowały się na
szybkie dojście bo bazy górników Żełannej. Zależało im na szybkim
powrocie do Polski. Reszta została nad jeziorkiem. W trójkę (ta sama ekipa,
która z Uralu pojechała na Krym) wybraliśmy się w górę doliny Bałbanju.
Udało się dojść do najwyższego jeziora z Wierchnich Bałbantów. Dolinka
jest bardzo malownicza. Jeziora, kotły, bardzo piękne skały. Po powrocie do
obozowiska nie ruszaliśmy się już z miejsca. Zdecydowaliśmy, że jutro skoro
świt udamy się do Żełannej.
|
7.08.2001
|
Nad jeziorem Małym Bałbanty czekała na nas miła niespodzianka. Otóż
stało tam 'tipi' koczowniczych pasterzy nienieckich. Weszliśmy do środka z
prezentami (wódka + papierosy) aby chwilę porozmawiać. Gospodyni była miła.
Rozmowa toczyła się w języku rosyjskim. W zamian otrzymaliśmy około półtora
kilograma świeżego mięsa z renifera. Jeszcze trochę pooglądaliśmy obejście i
ruszyliśmy dalej w stronę bazy. Okazało się, że za parę minut mamy transport.
Pojedziemy z ładunkiem kwarcu na ciężarówce Ural. Dokonaliśmy jeszcze wymiany
zapasów wódki na zagęszczone mleko. Przy samym wyjeździe spotkaliśmy naszą
znajomą grupę Rosjan, która się do nas przyłączyła. Droga była bardzo
malownicza. Super widoki z odkrytej paki. Ten samochód rzeczywiście potrafi
wszystko, a szczytem był przejazd przez konkretną rzekę jaką jest Kożym.
Po sześciu godzinach jazdy wysiedliśmy przy stacji w Wierchniej Incie.
Przejażdżka kosztowała nas po 200 rubli od łebka. Dalej chcieliśmy się udać
koleją na północ do Łabytnangów. Pociąg jednak odjeżdżał następnego dnia
rano. Po zakupie biletów i napchaniu się chlebem udaliśmy się na nocleg w
młodnik koło stacji.
|
|
8.08.2001
|
Rano wstaliśmy wcześnie i na ognisku smażyliśmy mięsko renifera. Było
naprawdę przepyszne. Zrobiliśmy sobie coś na kształt szaszłyków. Mięsko było
soczyste i smakowało nawet na surowo. Pociąg był pełny, ale jakoś udało się
dostać miejsca. Po drodze minęliśmy północne koło podbiegunowe, a krajobraz za
oknem przekształcił się z tajgi na tundrę. Po drodze w pociągu nasze dokumenty
sprawdzała milicja. Robili kontrolę całego pociągu. Przyczyniło się to do
opóźnienia pociągu (w sumie jakieś 2,5 godziny). W miejscowości Eleckij
zjedliśmy pyszne pirożki od babuszki, która stała na peronie. Na
miejscu w Łabytnangach chcieliśmy znaleźć nocleg w podobnych warunkach
co w Incie. Jednak się nie udało i po negocjacjach z prowadnikami
udało nam się za 30 rubli przenocować w wagonie kupiejnym.
|
9.08.2001
|
Pobudka wcześnie rano. Kupujemy bilety na powrót. Udało się kupić do
Wołogdy. Do Petersburga, który chcieliśmy odwiedzić, biletów nie
można było kupić. Ruszyliśmy w kierunku przystani promowej. Podjechaliśmy
"taksówką" za w sumie 50 rubli. Prom kosztował 18 rubli od łebka.
Dowiedzieliśmy się, że to jest pierwszy dzień jego kursowania po przerwie
wywołanej przez duże fale na Obie. Ob jest naprawdę potężny.
|
|
|
Na promie spotkaliśmy rodowitego Lwowianina, który podwiózł nas za darmo do
Salechardu i udzielił wielu cennych informacji. To dzięki niemu
trafiliśmy do redakcji miejscowej gazety. Tam zostaliśmy przyjęci jako
delegacja z Polski. Naczelna od razu zwołała zebranie redakcji, poczęstowali
nas herbatą i ciastkami i obdarowali prezentami. Sporo się od nich
dowiedzieliśmy o Salechardzie i okolicach. Salechard to drugie najbogatsze po
Moskwie miasto w Rosji. A to wszystko dzięki największym w świecie złożom gazu
ziemnego na półwyspie Jamał, w pobliżu którego miasto się znajduje. Obecnie
jest ono w trakcie przeobrażenia z drewnianego syberyjskiego miasteczka w
nowoczesne, europejskie miasto. Zwiedziliśmy niezwykle ciekawe muzeum. Są w nim
ekspozycje dotyczące geologii, kolei, rdzennych mieszkańców i wystawa zdjęć
prezentująca Ural Polarny. Wieczorkiem powróciliśmy do
Łabytnangów. Powtórzyliśmy wariant nocowania w pociągu. Tym razem
spaliśmy w wagonie, w którym później jechaliśmy, więc nie musieliśmy wynosić
się skoro świt.
10.08.2001
Powrót minął nam na odpoczynku, objadaniu się smakołykami kupowanymi na
stacjach od babuszek. Po drodze zrobiliśmy zdjęcie symbolicznego słupka
granicznego pomiędzy Europą a Azją. Dzień minął na grze w karty, czytaniu
książek i przewodnika po Krymie. Wieczorem podziwialiśmy wspaniały zachód
słońca nad rzeką Peczorą.
11.08.2001
Kolejny dzień w pociąg. Ciąg dalszy obżarstwa. Krajobraz zmienił się już
diametralnie. Za oknem coraz więcej wsi. O 21-ej wysiedliśmy w
Wołogdzie. Udało nam się zakupić bilety do Petersburga na pociąg 50
minut po północy w wagonie obszcim. W okolicach dworca nie ma żadnego
kantoru. Za to są długo otwarte sklepy. Po wejściu do pociągu rozłożyliśmy się
na bocznych płackartach. Jest to chyba optimum, gdyż jest tam miejsce
dla dwóch osób, nawet w obszcim, i dzięki temu obie mogą spać. Jedna na
dole, druga na górze. Ogólnie wszystkim udało się przespać noc.
12.08.2001
|
|
Rano w pociągu było coraz więcej ludzi ale jakoś dotrwaliśmy do końca około
14 wysiedliśmy w Sankt Petersburgu. Na początek wymiana pieniędzy i
kupno biletów w dalszą podróż (Symferopol, Brześć). Zajęło nam to wszystko
ponad 3 godziny. Ale na szczęście bilety były dostępne. Umówiliśmy się wszyscy
razem na dworcu witebskim. Tam czekała na nas ogromna niespodzianka.
Przypadkowo spotkaliśmy się z Mirkiem i Iwoną, którzy po powrocie z gór
balowali już w mieście od wielu dni. Zabrali nas do swojej kwatery w akademiku
i po kolacji ruszyliśmy w miasto. Petersburg by night. Było naprawdę
super. Miasto w nocy robi wrażenie. Nie ma tłoku, wszystko pięknie oświetlone.
Numer 1 to Sobór Spas na krowi. Super są też zwodzone mosty nad Newą.
Także wiele innych budowli w iluminacji robiło niezapomniane wrażenie.
|
|
13.08.2001
|
Po całonocnym wypadzie przespaliśmy się dwie i pół godziny, pożegnaliśmy się
z resztą i w cztery osoby ruszyliśmy na zwiedzanie Pietrodworca.
Dostaliśmy się tam autobusem za 20 rubli od łebka. Za to później
przeskoczyliśmy przez płot, aby dostać się na teren parku. To w ramach protestu
przeciwko znacznie wyższym cenom dla innostrańców. Fontanny są naprawdę
niesamowite. Szczególnie wielka kaskada i fontanna Samsona.
|
|
Po powrocie do miasta rozeszliśmy się po mieście robiąc zakupy (filmy do
aparatu, książki, mapy, przewodniki). Reszta już jechała wtedy pociągiem do
Mińska. A my spotkaliśmy się wieczorem na dworcu aby wyruszyć w dalszą podróż.
Tym razem na Krym.
|
|