Kurs Turystyki Górskiej Ceneria: outdoorowa porównywarka cen
www.ImprezyPodroznicze.pl
www.peron4.pl
www.szlaki.net.pl
www.skg.uw.edu.pl
Ałtaj 2002

PIERWSZY ETAP - POGRANICZE SAJANÓW I AŁTAJU

17-27 lipca

17 lipca (19 km)

W nocy padało. Nad ranem trochę chłodno. Ale w dzień znów pogodnie. Dosyć długo śpimy i późno wychodzimy (12). Znów bardzo ciepło, choć na szczęście na niebie jest parę chmurek. cieżka wygodna, idzie się bardzo dobrze. Dolina malownicza. Po południu przekraczamy jedyny większy dopływ w całej dolinie. Prosty, orzeźwiający bród. Potem kawałek cięższy do przejścia, z powodu stromych ścian doliny. Ścieżka staje się trochę trudniejsza. Pod koniec odczuwamy trudy dnia i rozbijamy się trochę wczeniej. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki temu zdążamy z obiadem przed deszczem.

18 lipca (12 km)

W nocy dużo padało, ale rano już tradycyjnie błękitne niebo. Jednak początkowo dużo wody na roślinach i jestemy mocno mokrzy od pasa w dół. Ale jest bardzo ciepło. Powoli wychodzi ponad granicę lasu. Niestety wiąże się to z pojawieniem się krzaków. Są gęste i wysokie (od 0,5 do 2,5 m). Ścieżka to już niestety tylko iluzja. Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko przedzierać się. Kosztuje to bardzo dużo sił. Przypomina to trochę chodzenie w kosówce. Z tą różnicą, że te krzaki są liściaste, gęstsze, ale za to bardziej elastyczne. Idzie się tak, jakby ktoś cię złapał za nogi i ciągnął do tyłu. W przerwach rozmawiamy o różnych przyjemnych (tzn. bez krzaków) miejscach, w jakich bylimy. Najgorsze jest podejście w tych krzakach. Na szczęcie pod sam koniec, kawałek przed jeziorem, krzaki rzedną. Jezioro (2426) pod przełęczą Karatasyrgan (2515) wynagradza nam wszelkie trudy. Jest bardzo malowniczo położone. Postanawiamy tutaj zostać na nocleg. Ładny zachód słońca (choć samego słońca nie widzimy), więc robimy sporo zdjęć. W ramach "zemsty" palimy ognisko z krzaków. Bezchmurne niebo, pełno gwiazd.

19 lipca (19 km)

Znowu bezchmurnie. Trochę komarów. Wychodzimy dosyć późno (11:30). Na przełęcz prowadzi wygodna ścieżka. Wygląda na to, że tutejsze ścieżki są już praktycznie niewykorzystywane i tam, gdzie mogły zarosnąć to zarosły, a tam gdzie nie mogły, nadal wygodnie się po nich chodzi. Na przełęczy przekraczamy granicę Ałtaju. Ładny widok na dolinę. Po zejściu łapiemy ścieżkę, jest świetna. Pełni optymizmu spoglądamy na zakrzaczoną dolinę. Niestety w momencie, gdy krzaki gęstnieją cieżka praktycznie znika. Znów przed nami cały dzień przedzierania się przez krzaki. Słońce cały czas bardzo mocno grzeje. Do tego oprócz komarów pojawiają się olbrzymie gryzące muchy. Dla ochłody dosyć długi odpoczynek nad rzeką. Zauważamy, że pływają w niej ryby. Pod koniec dnia przechodzimy na lewy brzeg rzeki i wychodzimy z doliny na płaskowyż (Czułyszmanskoje Płaskogorje). Marsz umilają nam roje komarów. Krzaki i komary są naprawdę dobijające. Na szczęście trudy wynagradza nam niesamowity zachód słońca, szczególnie piękny nad jeziorem. Nocujemy na niewielkim wzgórzu, gdyż dookoła same tereny podmokłe (stąd te roje komarów). Komarów jest mnóstwo także długo po zachodzie słońca. Latają też jakie ptaki wydające niesamowite, wręcz kosmiczne odgłosy.

20 lipca (10 km)

Od rana gorąco. Śniadanie gotujemy na gazie. Wychodzimy bardzo późno (12:30), pełni obaw o to, czy znów przyjdzie nam cały dzień przedzierać się przez krzaki. Początek obiecujący. Idziemy po zielonej trawce, bez problemów. Trafiamy nawet na fragmenty ścieżki - idzie się całkiem wygodnie. W końcu jednak taryfa ulgowa się kończy. Trafiamy na niezły syf. Najpierw idziemy przez wysokie kępy trawy (ok. 30 cm), pomiędzy którymi jest sporo błota. Idąc po kępach często się z nich spada, co kosztuje sporo sił. Następnie trafiamy w miękkie mchy, co prawda suche, ale zapadamy się w nie po kolana. Chodzenie po takim miękkim podłożu jest bardzo męczące. Do tego wręcz roje olbrzymich gryzących much. Spada morale. W końcu jednak mobilizujemy się i ruszamy dalej. Na szczęście jeszcze tylko kawałek się przedzieramy a potem jest już w porządku. Dochodzimy do rzeki (Uzunojuk). Rzeka spokojna, miejscami dosyć głęboka. Zauważamy, że są w niej ryby. Michał wyciąga sprzęt i zaczyna łowić. My siedzimy sobie dla ochłody na kamieniach w wodzie. Okazuje się, że Michałowi udaje się szybko sporo nałapać. Postanawiamy zostać w tym miejscu na jednodniowy odpoczynek. Dzięki rybom możemy sobie na to pozwolić, gdyż jedząc same ryby nie uszczuplimy naszych dokładnie wyliczonych zapasów żywności. Rozbijamy się na fajnej górce nad samą rzeką. Jest trochę krzaków na opał. Nie ma też specjalnie komarów. Michał złowił w sumie 16 lipieni (max długość ok. 35 cm). Smażymy je na patelni. Mamy też przyprawę do ryb. Smakują wymienicie. Do pełni szczęścia brakuje nam tylko chleba.

21 lipca (lenistwo)

Dziś dzień lenistwa. Michał wstaje wcześniej (7), żeby nałowić ryb na śniadanie. Ale wraca z powrotem, bo nie biorą. Czyżby jeszcze spały? Po dwóch godzinach nie ma już problemów z połowem. Na śniadanie mamy ryb pod dostatkiem. Na ryby przyleciał też orzeł bielik, ale nie udało mu się nic złapać. Michał musiał już trochę chodzić wzdłuż brzegów rzeki, żeby nałowić ryb. Wszyscy leniuchujemy nie ruszając się praktycznie z miejsca przez cały dzień. Michał na popołudniowy połów wyrusza w dół rzeki. Udaje mu się sporo nałowić, choć mniej niż dotychczas i w znacznie dłuższym czasie. Jutro na śniadanie już chyba ryb nie pojemy. Pod wieczór zaczyna padać. W przerwie między opadami czyścimy ryby, a potem smażymy je w przedsionku. Zanosi się na opady w nocy no i zaczęło trochę wiać.

22 lipca (15 km)

Od rana jakieś przelotne opady. W końcu nie jest już gorąco i słonecznie. Gotujemy na gazie. Pierwszy odcinek idziemy pod górę do niewielkiego jeziora. Stoi nad nim mała chatka, ale nie ma opału. Schodzimy w dół do doliny. Znów nie ma ścieżki. Przechodzimy przez teren usiany niewielkimi jeziorami, szukając przejścia pomiędzy nimi. Trochę czasu zabiera nam znalezienie przejścia w tej plątaninie wzgórz i jezior. Teren bardzo ciekawy, sporo ptactwa wodnego. Dochodzimy do rzeki Oinoru. Jest płytka i szeroka w tym miejscu. Daje się przejść po kamieniach. Druga strona doliny podobna, choć mniej ciekawa. Trafiamy na niewyraźną ścieżkę. Znów zaczynają się krzaki. Na szczęście nie są już tak bardzo uciążliwe jak jeszcze niedawno, ale i tak chodzenie przez nie należy do przyjemności. Postanawiam ściąć jar i ładuję się w wielkie zarośla (3 m), między którymi płyną jakieś potoczki. Do tego jeszcze zaczyna mocno padać. Przemoczony w końcu przechodzę na drugą stronę. Za sobą słyszę tylko klnącego Jacka, który strasznie żałuje, że poszedł za mną. Michały postanowiły obejść jar. Wszyscy spotykamy się po jego drugiej stronie. Wszyscy są już przemoczeni. Idziemy dalej wśród krzaczków, praktycznie bez ścieżki. Staje się wyraźniejsza dopiero za następnym potoczkiem. Idzie się już teraz łatwiej. Dochodzimy prawie nad rzeczkę Tjepsziojok i tam postanawiamy się rozbić. Po wodę do rzeki przedzieram się przez niezłe krzaczory. Pada już dosyć mocno. Do 21-szej siedzimy w namiocie. Dopiero wtedy postanawiamy zrobić sobie berbeluchę na kolację. Przywiało nam całkiem ciekawe chmurki.

23 lipca (20 km)

Poranek dosyć słoneczny i wietrzny. Całkiem ładny widok na Mongun-Tajgę (3960) - potężny zlodziały masyw, najwyższy w okolicy - mimo, że w prostej linii jest do niego około 65 km. Suszymy się i robimy ognisko. Wychodzimy dopiero o 13:20. Początkowo idzie się całkiem dobrze. Ścieżka wchodzi wysoko w dolinę obchodząc krzaki. Potem robi się ciekawie. Dosyć ostro podchodzimy by potem kluczyć wąwozami. Bardzo ciekawy teren. Trasa jest przez to zapewne sporo dłuższa niż na mapie. Zbiera się na duży deszcz, ale my musimy iść dalej. Po drodze mijamy tylko suche koryta okresowych strumieni. Cały czas wąwozy. W jednym z nich sporo puszczyków. Jednego z nich napotykam na swojej drodze. Ani drgnie. Mam okazję zrobić mu zdjęcie z ok. 2 m. Wielki deszcz przechodzi gdzie bokiem. W końcu dochodzimy do wody. Nocleg nad rwącym strumieniem. Ognisko robimy z krzaków. Ładny widok na jezioro Dżulukuł i masyw Mongun-Tajgi.

24 lipca (15 km)

Od rana pochmurno i tak już do wieczora. Co jakiś czas trochę pada. Ciekawy widok na jezioro i Mongun-Tajgę spowite w porannych mgłach. Kawałek idziemy ścieżką na wschód a potem ścinamy w stronę jeziora. Natrafiamy tam na następną ścieżkę. Ze wzgórza przed Czułyszmanem zauważamy duży czerwony samochód nad jeziorem. Najprawdopodobniej Urał z częcią mieszkalną zamiast paki. Przekraczamy rzekę - tak potężną w swym dalszym biegu, a tutaj nie robiącą większego wrażenia. Dochodzimy do samochodu. Nasze przypuszczenia potwierdzają się. Okazuje się, że jest to posterunek pracowników parku narodowego. Ale mimo że bez pozwolenia nie wolno chodzić po terenach parku (a my chodzimy już szósty dzień), nie robią nam żadnych problemów ani nie żądają żadnej łapówki. Uważają nas za delikatnie mówiąc pokręconych - po co my tutaj aż tyle chodzimy. Nie lepiej odpoczywać w bardziej turystycznych regionach Ałtaju? My idziemy dalej na wschód wzdłuż południowych brzegów jeziora. Ścieżka jest dosyć mocno zaronięta i monotonna. Postanawiam pójść na skróty na przełaj. Nie specjalnie to się podoba reszcie. Wszyscy mają już dosyć chodzenia po krzakach. Trudy wielodniowej wędrówki dają znać o sobie. Rozbijamy się nad jeziorkiem, których zresztą jest mnóstwo w okolicy. Ognisko palimy z krzaków, których jest pod dostatkiem w okolicy. Bokiem przechodzi wielka burza.

25 lipca (22 km)

Nad ranem zaczyna mocno padać i leje aż do południa. Śniadanie gotujemy w namiocie. Jak tylko przestaje padać szybko się zbieramy i wyruszamy w drogę. Doszliśmy do drogi, która rzeczywiście okazała się być polną drogą. Najprawdopodobniej prowadziła nad jezioro do chatki dla rybaków. Zimno i wieje. Dookoła surowy, księżycowy krajobraz i mnóstwo jezior. Roślinność już nie taka bujna, stąd zapewne droga jeszcze nie zarośnięta. Po pewnym czasie dochodzimy do rozległej kotliny zajętej przez górski step. Świetne widoki. Na stepie praktycznie nic nie rośnie, nawet trawy mało. Spotykamy stado jaków i pasących je dwóch młodych Tuwińców. Są u swojej rodziny na wakacjach. Dajemy im dwie paczki papierosów (sami poprosili) i robimy mnóstwo zdjęć. Do tego pogoda zaczyna się jeszcze poprawiać. Piękne widoki. Jest całkiem ładne jeziora i sporo ptaków (gęsi, czapla siwa). Przechodzimy płytki bród na niewielkiej rzeczce Kakpak i robimy postój na podziwianie widoków. Przyjeżdżają do nas nasi tuwińscy znajomi z żywnością na handel. Mają dla nas mleko, ser i mięso jaka. Dajemy im za to 150 rubli. Przywożą nam też drewno na ognisko. Rozmawiamy z nimi konstruując polsko-tuwiński słowniczek. Ruszamy dalej i nad następnym jeziorem rozbijamy się. Mięso z jaka bardzo smaczne. Wieczorem do ogniska przychodzi inny Tuwiniec. Ma lornetkę i psa. Pasie owce w sowchozie. Rozmawiamy z nim i uzupełniamy słowniczek. Piękna gwiaździsta noc na stepie. Śpię na dworze.

26 lipca (21 km)

Budzę się o wschodzie słońca. wietne widoki. Robię sporo zdjęć. Poranek słoneczny. Powoli się zbieramy. Idziemy suchym stepem. Droga urozmaicona - trochę w górę trochę w dół. Mijamy kolejne wąwozy, jeziora, stada i jurty. Schodzimy do doliny Czedi-Tei. Ładny widok na grzbiet Czichaczewa. W dolinie malowniczo położone jurty. W powietrzu szybują birkuty. Na drodze spotykamy grupkę pijanych Tuwińców. Szczególnie jedna kobieta długo z nami rozmawia. Drogą podchodzimy na najwyższą przełęcz na naszej trasie, ale i zdecydowanie najłatwiejszą. Da się tam spokojnie przejechać samochodem. Z przełęczy Buguzun (2608), bo o niej mowa, ładny widok na masyw Sailjogem. Schodzimy w dół do doliny. Po drodze zbieramy drewno leżące wzdłuż drogi. Jest tam sporo kawałków różnego rodzaju desek. Starcza nam tego na ognisko wieczorem i rano. To już nas ostatni nocleg na tej trasie.

27 lipca (20 km)

Wstajemy skoro świt i po śniadaniu ruszamy w drogę. Idziemy drogą w dół doliny. Ładne widoki na masyw Sailjogem. Dolina stopniowo się rozszerza i pojawiają się jurty. Przy jednej z nich zauważamy samochód. Postanawiamy pójć tam i zapytać się o transport. Niestety to nie ich samochód, a kierowca będzie dopiero za kilka dni. Ale za to zapraszają nas na śniadanie do jurty. Są Kazachami. Są bardzo gościnni. Na śniadanie dostajemy chleb, boursaki (takie kwadratowe jakby bułki), herbatę z mlekiem, mleko, śmietanę, masło i twardy ser. Rozmawiamy z nimi po rosyjsku, konstruując przy okazji polsko-kazaski słowniczek. Dowiedzieliśmy się od nich, że w dolinie Akkajalu-Ozjek są lecznicze źródła. Są tam jakieś zabudowania, w których można nocować, ale także spokojnie można rozbić namiot. Grają nam na dumburie, miejscowym instrumencie i śpiewają. My odwdzięczamy się grą na gitarze. Kupujemy od nich twardy krowi ser suszony na słońcu na kamień - kurt i 5 litrów zsiadłego mleka (w sumie 200 rubli). Po pamiątkowym zdjęciu opuszczamy gościnną rodzinkę. Dalej w dolinie mijamy co chwilę jakąś jurtę, ale już nie wchodzimy, żeby nie marnować czasu. Dolina jest bardzo malownicza. W końcu zauważamy dwa samochody koło jurty na drugiej stronie rzeki. Forsujemy ją i pytamy się o możliwoć podwiezienia nas do Kosz-Agacza. Do tej pory przeszliśmy w sumie 315 kilometrów. Kazachowie pytają się, czy mamy wódkę. Po twierdzącej odpowiedzi nie ma już żadnego problemu z transportem. Ale najpierw zapraszają nas do środka na poczęstunek. W jurcie rządzi żona gospodarza. Trochę krzywo na nas patrzy, gdy częstujemy wódką, ale tak bylimy umówieni z gospodarzem, któremu żona widocznie nie pozwala pić, no ale z gośćmi musiał się napić. Jego znajomy Askabył zgodził się nas zawieć do Kosz-Agacza za 150 rubli. Zaproponował też abyśmy zostali u niego w domu na noc. W czasie rozmów toczonych w jurcie dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy. Koniki polne, których tyle widzieliśmy na stepie to po prostu szarańcza. Mają ją tu już od 3 lat. Stąd na stepie tak uboga roślinność. Przez przełęcz Buguzun będzie robiona asfaltowa droga do Tuwy. Spytalimy się też o ceny koni. Otóż dobry, silny koń kosztuje 15 tys. rubli, a młody 10 tys. Jurta natomiast jest robiona z owczej sierci, której zużywa się 2 tony. Bije się ją, zalewa wrzątkiem, a następnie prasuje. Wychodzi z tego co na kształt "dywanu" o grubości 1,5 cm. Razem z drewnianym szkieletem całość waży ok. 2,5 tony. W dalszą drogę wyruszamy UAZ-em wraz z Askabyłem.



 

KTE "TRAMP"
Szkoła Główna Handlowa
Al. Niepodległoœci 162
02-554 Warszawa
+48-22-5649784
Webmaster
<Piotr Chachaj>