Kurs Turystyki Górskiej Ceneria: outdoorowa porównywarka cen
www.ImprezyPodroznicze.pl
www.peron4.pl
www.szlaki.net.pl
www.skg.uw.edu.pl
Rumunia 2002

Góry Kelimeńskie, Góry Suhard, Alpy Rodniańskie, Region Maramuresz, Zwiedzanie Transylwanii

Termin: 31.08.-22.09.2002

Uczestnicy: Ola Pacowska, Paweł Brudło, Beata Godycka, Robert Kubajek, Łukasz Wilk

Mapy: kserówki map Cesarsko-Królewskiego Wojskowego Instytutu Geograficznego

 

31 sierpnia

Przed siódmą spotykamy się na Centralnym. Jedziemy we czwórkę pociągiem do Przemyśla, gdzie spotykamy się z Łukaszem. Plecaki mocno załadowane, gdyż mamy ze sobą jedzenie na 9 dni w górach. W Przemyślu kupujemy trochę hrywien na ewentualną strachowkę. Dalej jedziemy autobusem do Lwowa (15PLN). Podróż trwa 2 godziny i 45 minut, na granicy bez problemów i bez strachowki. Z dworca autobusowego jedziemy trolejbusem i tramwajem na dworzec kolejowy (bilety miejskie po 0,45UAH). Dalej chcemy jechać pociągiem do Czerniowców, jednak pani w kasie informuje nas, że bilety będziemy mogli kupić dopiero na godzinę przed odjazdem. O tej porze zostały już tylko bilety do wagonów obszczich - koszt 9UAH. Na peronie duży tłok, ale w ostateczności udaje nam się zdobyć miejsca leżące i aż do samych Czerniowców śpimy.

1 września

Przyjeżdżamy przed 5 rano. Dalej chcemy jechać pociągiem do Suczawy. Do otwarcia kasy międzynarodowej mamy jeszcze ponad godzinę. W międzyczasie swoją ofertę składa nam ukraiński prowadnik: za 10$ chce nas przewieźć do Suczawy w kupiejnym. Mówi, że bilet w kasie kosztuje 14$ i że nie ma innych wagonów niż kupiejne. Po negocjacjach cenę udaje się obniżyć jedynie do 9$, ale za to jedziemy w luksusowych warunkach. W porównaniu do 7$ za przejazd autobusem nie jest to duża różnica kosztów. Na granicy wymiana wózków z powodu innego rozstawu szyn na Ukrainie i w Rumunii. Rumuńscy pogranicznicy szukają dziury w całym: zaglądają do plecaków, żądają okazania 280$ na osobę, bo podobno tyle minimalnie powinniśmy mieć. No, ale po długich rozmowach w końcu odpuszczają i dostajemy pieczątki do paszportu. Potem dowiadujemy się, że minimalnie przy wjeździe należy mieć 220$ na 5 dni pobytu. Do Suczawy docieramy przed 13. O 14 mamy accelerata do Vatry Dornei. W kasie dowiadujemy się o cenę biletu - 110 (dla ułatwienia wszystkie ceny podaję w tysiącach lei) i możliwości wymiany pieniędzy. Wymieniamy je u taksówkarza - kurs 1$=30 000. W pociągu próbujemy nawiązać rozmowę z rumuńską rodzinką. Za oknem piękna pogoda, a linia kolejowa przechodzi ciasnymi łukami i tunelami przez góry. W Vatrze wysiadamy na głównym dworcu. Jak się później okazuje lepiej jest wysiąść na dworcu Vatra Dornei Bai - jest on w centrum i bliżej dworca autobusowego. Vatra Dornei to bardzo ładne uzdrowisko. Z powodu niedzieli wszystkie kantory są zamknięte, więc kasę wyciągamy z bankomatu. Na dworcu autobusowym dowiadujemy się, że mamy jeszcze autobus do Gury Haitii o 19:45, cena 25. Do wioski docieramy już po zmroku i nocujemy na podwórku u kobiety, która razem z nami wysiadała na ostatnim przystanku.

2 września

Pogoda znów zapowiada się ładna. Na podbój Kelimenów wyruszamy o 9. Idziemy kawałek w górę wsi i skręcamy w leśną drogę prowadzącą na W w kierunku grzbietu z rezerwatem "Dwunastu apostołów". Droga w końcu się kończy, a my wdrapujemy się w kierunku S na grzbiet, początkowo po łączce a potem wśród niskich suchych świerków. Na grzbiecie spotykamy szlak niebieskiego kółka idący ze wsi. Dalej podążamy już wygodną ścieżką aż do skalnego rezerwatu. Żeby zobaczyć najciekawsze skałki należy pójść kawałek na NE. Ale warto, bo skałki są ciekawe. Dalej ruszamy szlakiem czerwonego kółka w stronę głównego grzbietu Gór Kelimeńskich i ich najwyższego szczytu - Pietrosa Kelimeńskiego. Szlak jest bardzo dobrze znakowany i prowadzi miejscami wśród łąk a miejscami wśród niskich, gęstych lasów iglastych. Tuż przed szczytem Tamau ładna grupa skałek z widokami. Szlak cały czas prowadzi wśród jałowców i świerków. W czasie trawersu góry Maieris (od E) napotykamy źródło z wodą. Dalej szlak wychodzi na grzbiet w kosówkę. Po kilkunastu minutach ładny widok na Pietrosa. My trafiamy tam o zachodzie słońca i postanawiamy przenocować na polance wśród kosówki, która nieźle chroni od wiatru. W okolicach jest świetnie nadający się na ognisko, całkowicie uschnięty krzak kosówki. Tego wieczora przygotowujemy sobie naleśniki. Dla wszystkich, poza mną ("objadałem" się już naleśnikami na Ałtaju), są to pierwsze naleśniki. Ciasto robimy z mąki, mleka w proszku i jajek w proszku, które otrzymaliśmy dzięki uprzejmości firmy WEKO POLSKA. Wszystkim bardzo smakowało.

3 września

Pobudka o wschodzie słońca. Znów szykuje się ładny dzień - choć na niebie pojawia się trochę chmurek. Schodzimy na przełęcz między głównym a bocznym grzbietem. Idziemy kawałek na W dróżką trawersującą grzbiet. Zostawiamy plecaki i wdrapujemy się na główny grzbiet omijając połacie kosówki. Widoczność nie była rewelacyjna, choć z perspektywy czasu muszę stwierdzić, że i tak najlepsza na całym wyjeździe. Na Pietrosa wiedzie szlak czerwonego paska. Idzie się momentami ciekawą grańką coś a la Tatry Zachodnie. Duże wrażenie robi czerwonawe zabarwienie traw. Na szczycie (2100) stoi drewniany krzyż. Pogoda ładna, więc na szczycie spędzamy ze trzy kwadranse. Zejście tą samą trasą. Już z plecakami ruszamy dalej szerokim i wygodnym płajem. Napotykamy po drodze mnóstwo potężnych grzybów. Po pewnym czasie do dróżki schodzi z głównego grzbietu szlak czerwonego paska. Dalej idziemy wygodnym trawersem z widokami to na Pietrosa to na masyw Bystrzycy, z charakterystycznymi trzema wierzchołkami. Płaj w końcu wyprowadza nas na wyraźną przełęcz. Na jej północnych stokach, jest w lesie źródełko (jakieś 50m w pionie w dół). Ruszamy dalej w stronę Bystrzycy. Szlak dosyć stromo wspina się na łączkę. Następnie prowadzi wśród rzadkich świerków i krzaków jałowce, aby w końcu wejść w trzymetrową kosówę. Niestety trzeba się nią przedzierać przez około 45 minut, co jest szczególnie uciążliwe gry idziemy z dużym plecakiem. Nocleg wypada nam na przełączce przed Bystrzycą.

4 września

Rano szybko się zbieramy, gdyż chcemy zdążyć na popołudniowy pociąg z Dornisoary. Wchodzimy na najwyższy (zachodni) -1990- wierzchołek masywu, kawałek cofamy się i dalej podążamy szlakiem - kierunek najpierw N potem NW. Wydaje się, że szlak prowadzi nie tam gdzie chcemy iść. Ale wszystko jest w porządku. Szlak schodzi na nie ten grzbiet, co trzeba (na NW zamiast na N), ale potem wygodnym trawersem drogą dociera do właściwego grzbietu. A wszystko po to, aby ominąć spory obszar gęstej kosówy. My przechodzimy grzbiet i schodzimy na E do doliny rzeki Dorna. Tam bitą drogą, w towarzystwie ciężarówek jeżdżących do/z kamieniołomu docieramy do wioski Dornisoara. I tu należy się para słów krytyki pod adresem przewodnika wydawnictwa "Bezdroża" pt. "Transylwania twierdza rumuńskich Karpat". Otóż jak można przeczytać w tymże przewodniku wioska jest piękna. Nasze wrażenia z wizji lokalnej są diametralnie odmienne. Cała roślinność w okolicach wioski przykryta jest pyłem z kamieniołomu i z drogi. W samej miejscowości znajduje się "przepiękny" duży tartak. Jak stwierdził Robert, dla którego był to już 5. pobyt w Rumunii, "takiego syfu jeszcze w Rumunii nie widziałem. Czyżby autorzy przewodnika opisywali to, czego nigdy nie widzieli? Takie wrażenie można odnieść czytając opisy tras w Kelimenach (częściowo) i w Górach Suhard. No, ale na szczęście takie wpadki są nieliczne, jednak mocno psują dobre wrażenie jakie mamy po lekturze przewodnika. Z Dornisoary udaliśmy się pociągiem do miejscowości Rosu (16). Tam odwiedziliśmy sklep zjadając obfity podwieczorek. Stamtąd wracamy się jakieś 1,5km asfaltem na W i tuż przed miejscowością Dorna Candrenilor wchodzimy w dolinkę idącą na N. Po drodze mijamy kilka domostw. W jednym z nich znajdują się ludzie, którzy koniecznie chcą nam wskazać drogę. W tym celu babcia z wnuczką ruszają w dalszą drogę z nami. Na rozstaju wybieramy dolinę idącą bardziej na W. Okazuje się, że babcia i wnuczka idą do szałasu na pastwisku wydoić krowy. Pokazują nam jak mamy dalej iść, ale ponieważ jest już późno pytamy się o nocleg i nocujemy w okolicach ich szałasu. Kawałek poniżej jest strumyk, więc warunki komfortowe. Dostajemy jeszcze darmowe 2 litry mleka.

5 września

Rano zbieramy się powoli. Czeka nas ciężkie podejście na Ousoru. Góra ta wznosi się ponad 800 metrów nad doliną, z której rozpoczynaliśmy podejście. Początkowo idziemy ścieżką, potem dosyć wygodnie na przełaj przez łąki pokonując liczne płoty. Dochodzimy do lasu i rozpoczynamy trawers na N, aby przebić się do następnej łączki. Dochodzimy do bardzo stromej i szerokiej przecinki. Po ciężkim podejściu w końcu stajemy na szczycie. Łukasza dosyć mocno boli kolano, co szczególnie objawia się na zejściu. Mówi, że coś mu pstyka w stawie. Ponieważ jeszcze jesteśmy blisko cywilizacji postanawiamy namówić go ażeby zawrócił i zrobił sobie odpoczynek od gór i plecaka zwiedzając Bukowinę. Umawiamy się za tydzień w Borsy, u podnóża Alp Rodniańskich. To wszystko dzieje się na noclegu na górze Tarnita, za przełęczą Pasul Saunele.

6 września

Łukasz zawraca a my idziemy dalej. W Górach Suhard prowadzony jest dosyć intensywny wypas. W efekcie góry te pokryte są sztucznymi "połoninami". Jedyne miejsca wolne od wypasu to szczyty Ousoru, Faraone, zalesiony grzbiet Obcina Diecilor i okolice najwyższego szczytu - Omu. Jednak nie są to duże obszary. Dzień zaczynamy od podejścia na Faraone. Widoczność jednak kiepska, powietrze mleczne. Widać tylko na parę kilometrów i to niezbyt wyraźnie. Niestety tak, albo jeszcze gorzej będzie już do końca. Schodząc z Faraone 15 minut przedzieram się przez kosówę. Dalej idziemy połoninkami zbaczając na chwilę do znajdującego się tuż poniżej grzbietu monastyru. Grzbietem lub tuż poniżej prowadzi cały czas wygodna droga aż do początku zalesionego grzbietu Obcina Diecilor. Tam szlak idzie drogą, na której leży sporo zwalonych pni. Dochodzimy nim na przełęcz ze źródełkiem i bacówką. I dalej wśród łąk, krów i owiec podchodzimy pod Vf. Rosu. Nocujemy na przełączce przed szczytem.

7 września

Poranek mglisty, choć nad nami błękitne niebo. Widoczność kiepska. Po wyjściu na szczyt oglądamy najwyższy szczyt Suhardu - Vf. Omu (1932). Idziemy w jego kierunku. Z przełęczy przed Omu wiodą dwie drogi trawersujące szczyt: jedna od zachodu a druga od wschodu. I tu pojawia się problem, bo nie mam tego fragmentu trasy na mapie. Ktoś kiedyś niedokładnie je skserował no i ten kawałek jest akurat ucięty. Przewodnik też okazuje się bezużyteczny. Jest w nim napisane, że droga na Przełęcz Rotunda prowadzi trawersem Omu, ale nie napisali podstawowej informacji: z której strony? Wybieram trawers wschodni. Idziemy nim kawałek, zostawiamy plecaki i podchodzimy na szczyt. Znajduje się na nim sporo okopów. Widoczność praktycznie żadna, więc nie mogę potwierdzić swojego wyboru. Jak się później okazało wybór był błędny. Należało iść zachodnim trawersem. Na domiar złego przebieg grzbietu, którym szliśmy utwierdzał mnie jeszcze przez dwie godziny w tym, że idziemy dobrze. W końcu grzbiet się skończył i pojawiła się w dole miejscowość. Myślałem, że po prostu minęliśmy tylko skręt grzbietu na zachód i postanowiłem się kawałek wrócić. Zabrało nam to sporo czasu. I gdy wydawało się, że już wszystko się zgadza zamiast przełęczy ujrzeliśmy głęboką dolinę. Cóż było zrobić - zeszliśmy na dół i zanocowaliśmy nad strumieniem.

8 września

Rano postanowiliśmy dojść do głównej drogi i tam łapać stopa. W dolinie Złotej Bystrzycy natknęliśmy się na małą wioskę na szczęście ze sklepem. Drugie śniadanie poprawiło nam humory i po złapaniu stopa podjechaliśmy na Przełęcz Prislop, oddzielającą Alpy Rodniańskie od Karpat Marmoroskich. Na nocleg wybraliśmy sobie miejsce tuż pod przełęczą Gargalau w głównym grzbiecie Alp Rodniańskich. Podchodziło się wygodnie. Najpierw drogą przez las, potem wśród łąk i pasącego się bydełka, aż wreszcie wśród krzaków kosówki. Góry są naprawdę ładne, szkoda tylko, że widoczność kiepska.

9 września

Rano budzimy się na wschód słońca, bardzo ładny zresztą. Widoczność jakby lepsza, więc szybko wskakuję na grzbiet pstryknąć parę fotek. Po śniadaniu postanawiamy zrobić sobie wycieczkę na lekko na Ineu (2279) - drugi najwyższy szczyt Alp Rodniańskich. Robert robi sobie dzień przerwy i zostaje w obozowisku. A my wspinamy się na Gargalau. Widoczność już się popsuła, A cel naszej wędrówki spowity już w chmurach. Idziemy dalej ładnym grzbietem mijając Omului i idąc dalej ciekawym grzbietem. Na Ineu wejście wygodne ścieżką po trawie, choć sam szczyt jest dosyć skalisty. Widoków brak. Po krótkim odpoczynku ruszamy w drogę powrotną. Zaczyna kropić i za chwilę rozpoczyna się burza z gradobiciem. Wali nieźle, aż boli. Schodzimy szybko kawałek poniżej grzbietu i idziemy dalej trawersem. Po jakiś 45 minutach przestaje padać. Jednak nie na długo. Czeka nas jeszcze powtórka i kolejna burza z gradobiciem. W końcu jednak wypogadza się. Można zrobić parę zdjęć i wyjść na grzbiet, aby wygodniej wrócić do obozowiska. Od Roberta dowiadujemy się, że u niego nie padało. Jednak co się odwlecze to nie uciecze. Nie zdążyliśmy ugotować obiadu, kiedy znowu walnął grad. I silne opady deszczu. Okazało się, że nasz namiot, a dokładniej przedsionek rozbity jest w korycie okresowego strumienia. W efekcie przez nasz przedsionek przepływał rwący strumień. Po burzy na szczęście przestawiliśmy namiot, gdyż w nocy była następna burza.

10 września

Rano suszenie. Wyruszamy dalej w stronę Pietrosa. Kawałek przed szczytem Puzdrele wchodzimy w chmury, z których już nie wyjdziemy do końca dnia. Na szczęście pada niewiele. Na szlaku spotykamy grupkę Polaków z ZHR-u. Na moment odsłania się Pietros, choć nie w całości. My idziemy dalej trawersując Vf. Repede. Nocujemy nad jeziorkiem w okolicach przełęczy Tarnita la Cruce.

11 września

W planach mieliśmy wczesne wyjście na Pietrosa, ale pogoda bardzo kiepska - cały czas jesteśmy w chmurach. Postanawiamy jeszcze trochę poczekać na poprawę pogody, ale po następnym gradobiciu zwijamy się i postanawiamy zejść na dół. Schodzimy E odgałęzieniem doliny Buhaescu. W górnej części doliny są, chyba opuszczone, zabudowania pasterskie. Dalej dolina opada dosyć mocno w dół. Potok spada praktycznie na całej długości kaskadami i wodospadami. Dolina jest jednak dosyć wąska i zarośnięta. Idąc po zachodniej stronie strumienia dochodzimy do wygodnej leśnej drogi. Zaczyna padać, kolejne gradobicie a potem jeszcze przez godzinę obfite opady deszczu. Dochodzimy do głównej doliny. Rezygnujemy z poszukiwań wodospadu pięknie opisywanego przez Mieczysława Orłowicza w jego "Przewodniku po Alpach Rodniańskich". Przemoczeni, w deszczu schodzimy doliną. Droga co chwilę przekracza bez mostów wzburzone wody potoku. Początkowo nie przechodzimy przedzierając się przez krzaki. Później albo szukamy zwalonych drzew, albo przechodzimy w bród przemaczając buty. Tuż przed wsią Repeda nocujemy na łączce na prawym brzegu potoku. Cały czas lekko przepaduje. Rozpalamy duże ognisko, ale i tak suszenie idzie słabo.

12 września

Rano zbieramy się powoli, susząc się i myjąc przed powrotem do cywilizacji. Cały czas pochmurno. Przechodząc przez wieś zostajemy obdarowani najpierw jabłkami a potem gruszkami. Bardzo mili i gościnni ludzie. Busem podjeżdżamy do Borsy. Tam wymieniamy pieniądze w banku (1$=ok.33000lei). Szukamy starej drewnianej cerkwi, pod którą jesteśmy umówieni z Łukaszem. Mieszkańcy nie potrafią nam jej wskazać. Dzwonimy do Łukasza. Okazuje się, że został na Bukowinie i nie ma zamiaru do nas przyjeżdżać. A my z uwagi na brzydką pogodę na razie rezygnujemy z pójścia w Karpaty Marmaroskie i wybieramy zwiedzanie regionu Maramuresz. W tym celu jedziemy autobusem do Viseu de Jos. Tam podchodzimy do drogi na Bogdan Vodę i łapiemy stopa. Udaje się i na raty docieramy do Bogdan Vody. Cały czas pochmurno. Chodząc po wsi rozglądamy się za noclegiem. W końcu nocujemy w sadzie w rumuńskim gospodarstwie.

13 września

Ranek chłodny, ale zapowiada się słoneczny dzień. Rozstajemy się z Robertem, który musi wracać już do Polski, gdyż dostał tylko 2 tygodnie urlopu. A my suszymy się w promieniach słońca przy pięknej, zabytkowej cerkwi w stylu marmaroskim. Potem idziemy drogą do Ieud mijając po drodze piękne drewniane domostwa i bramy. W Ieud zwiedzamy małe, ale bardzo ciekawe muzeum ludowe. Dziewczyny uczą się tkać na krosnach. Pogoda cały czas bardzo ładna. We wsi spotykamy m.in. panią piorącą jak gdyby nigdy nic w rzece, czy też pana w kierpcach. Jednym słowem żywy skansen. Dalej swe kroki kierujemy pod najstarszą drewnianą cerkiew w Maramuresz z 1398 roku. Jest naprawdę śliczna, położona na wzgórzu z otaczającym ją cmentarzem. W miejscowości jest jeszcze jedna ciekawa zabytkowa cerkiew w centrum wsi. Jest to duże drewniana cerkiew zwana też "drewnianą katedrą". Część drogi powrotnej przebywa na wozie drabiniastym. Po dojściu do głównej drogi idziemy do Sieu. Jest tam kolejna zabytkowa cerkiew. Drogę do Botizy pokonujemy już stopem, jednak na raty. Pierwszą część furmanką z lekko "zawianym" furmanem, a drugą na pace małej ciężarówki. Po drodze trochę kropi. Jednak prawdziwa ulewa rozpoczyna się, kiedy już chowamy się w knajpie. Przez najbliższe 1,5 godziny cały czas leje. Kiedy trochę przestaje zaczynamy rozglądać się za noclegiem. Beata zapytuje przechodzącą ulicą panią i okazuje się to strzał w dziesiątkę. Nocujemy u Marianny, bo tak ma ta pani na imię, przez dwie noce. Zapłacić mamy tyle ile damy. Śpimy na łóżkach w ładnych pokojach. Marianna częstuje nas samogonem i szykuje nam dobre domowe jedzenie. Pokazuje nam też ludowe stroje. Zabawa jest świetna, a pani jest bardzo wesoła.

14 września

Całą noc padało. Po śniadaniu idziemy zobaczyć targ odbywający się w Botizie w każdą sobotę. Następnie idziemy w kierunku źródła "Burcut". Bardzo dobra woda. Następnie udajemy się do Poienele Izei zobaczyć kolejną zabytkową cerkiew. Pogoda cały czas kiepska, ale na szczęście nie pada. Wracamy na obiad. Wieczór spędzamy z dziećmi Marianny w kafeterii, która okazuje się tą samą knajpą, do której trafiliśmy na samym początku. Tym razem była pełna. Byli tam starzy, młodzi i dzieci. Były rozmowy, strzelały korki od szampana, były też próby "walki" na krzesła. Czas spędzamy konstruując obrazkowy słowniczek języka rumuńskiego, w której to czynności kluczową rolę odgrywają oczywiście dzieci.

15 września

Po śniadaniu wraz z całą rodziną idziemy do cerkwi na niedzielne nabożeństwo. Trwa ono prawie dwie godziny. Wszystkie kobiety w spódnicach i chustkach. Po nabożeństwie mamy niepowtarzalną okazję oglądać odświętne stroje mieszkańców. Wczesnym popołudniem żegnamy gościnną Mariannę. Postanowiliśmy zapłacić za dwa dni z pełnym wyżywieniem po 12$ od osoby. Mąż Marianny podwozi na do Sieu. Dalej łapiemy stopa do Barsany (10), gdzie zwiedzamy świeżo wybudowany kompleks klasztorny. Wszystkie budynki są drewniane, na całym terenie mnóstwo kwiatów i ładne alejki. Cerkiew klasztorna ma najwyższą wieżę - 58 metrów wysokości. Jest to podobno najwyższy drewniany budynek w Europie. W Barsanie otrzymaliśmy kolejny prezent - dwie torby brzoskwiń od pani stojącej przed domem. Stopem dojeżdżamy dalej do Sygietu Marmaroskiego (20). Następnie udajemy się do Sapanty, wraz ze spotkaną w stopie panią jedziemy "taksówką" (30). W międzyczasie zaczyna padać. Chronimy się w "ogródku" knajpy. Cały czas pada. Kiedy zbliża się zmierzch pytamy się właścicielki gdzie możemy zanocować w namiocie. Poleca nam podwórko szkoły, co wykorzystujemy.

16 września

Całą noc pada. Rano o 7 zwijamy się w deszczu. Koło szkoły kręcą się już dzieci. To dla nich pierwszy dzień nowego roku szkolnego. A my znowu chronimy się na chwilę pod dachem. Nie zanosi się na koniec opadów, więc "wesoły cmentarz" postanawiamy zwiedzać w deszczu. Jest to niezwykłe miejsce, gdzie wszystkie nagrobki są drewniane z malowanymi płaskorzeźbami przedstawiającymi zmarłych przy pracy lub ich hobby. Do tego wszystko opatrzone jest wesołymi rymowankami. Cały czas pada. Stopem wracamy do Sygietu (30) na dworzec kolejowy. Tam kupuję sobie rumuńską sieciówkę - Mersul Trenurilor de Calatori (50). Postanawiamy zmienić diametralnie region kraju i pojechać pociągiem do Braszowa. Wymieniamy pieniądze w banku i ruszamy w miasto. Obiad jemy w przyjemnej knajpce. O 15:20 odjeżdża nasz accelerat (248). Początkowo jedziemy wzdłuż Cisy. Następnie w górę malowniczą doliną Wyszowa. Tunelem przebijamy się do doliny Izy. Tam mijamy wiele wysokich mostów i tunelem przebijamy się na drugą stronę gór. Dalej trasa wiedzie w dół doliną Salvy. Cała linia jest bardzo malownicza. Zapada zmrok, a my udajemy się na spoczynek.

17 września

W Braszowie jesteśmy chwilę po 3 nad ranem. Do świtu czekamy na dworcu. W całodobowej kawiarence internetowej przygotowuję trasę przejazdu do Polski. Po śniadaniu, chwilę po 7 ruszamy na zwiedzanie miasta. Pogoda niestety nadal kiepska, już po kilkunastu minutach zaczyna padać, na szczęście nie zbyt mocno. Braszowska starówka jest naprawdę ładna, wciśnięta między wzgórza, co zapewne uchroniło ją przed "modernizacją". Najciekawsze miejsca to Czarny Kościół, Rynek, Sobór św. Mikołaja i fragmenty murów obronnych. Po południu jedziemy pociągiem do Harman, gdzie zwiedzamy saski kościół warowny. Fortyfikacje robią wrażenie. Następnym naszym celem jest Prejmer. Tamtejszy kościół jest wpisany na listę UNESCO. Warownia jest dobrze odnowiona. Potężne mury zawierają mnóstwo cel, które służyły mieszkańcom, kiedy chronili się za murami w czasie najazdów Tatarów, czy Turków. Wracamy do Braszowa, gdzie rozstajemy się z Beatą. Postanawia ona wracać przez Suczawę, Czerniowce i Lwów, zwiedzając te miasta. My jedziemy pociągiem w kierunku Sighisoary (36). Nocujemy na łączce przy stacji w Rupei.

18 września

Szybko się zwijamy i o 7:33 wsiadamy do pociągu do Sighisoary (24). Miasto wita nas słoneczną pogodą. Sighisoara jest wyjątkowym miastem, jej starówka w całości wpisana jest na listę dziedzictwa UNESCO. Starówka położona jest na wzgórzu, otoczona świetnie zachowanymi murami obronnymi. Jej uliczki są praktycznie wyłączone z ruchu. Całość robi niezapomniane wrażenie. Spacerując po wąskich uliczkach czujemy się jak w średniowieczu. Nad starówką góruje wieża zegarowa, z której roztaczają się ładne widoki, i średniowieczny kościół na wzgórzu. Dolne miasto też jest ładne. Z Sighisoary trafiamy do Biertan (17)- najpotężniejszego z warownych kościołów, wraz z otaczającą go miejscowością znajdującym się na liście UNESCO. Miasteczko jest powoli odnawiane. Warownia znajduje się w centrum miejscowości na wzgórzu. Otoczona jest trzema pierścieniami murów obronnych. Podobno nigdy nie została zdobyta, była siedzibą biskupa. Osobliwością kościoła są drzwi do zakrystii zamykane jednym kluczem na kilkanaście rygli. Podobno zostały nagrodzone na wystawie EXPO w Paryżu w 1900 roku. Z Biertan udajemy się do Medias. Miasto jest całkiem spore i ma całkiem przyjemną starówkę, lecz nie budzi zachwytów. Ciekawostką jest to, że to w Medias książę Siedmiogrodu Stefan Batory zaprzysiągł przed polskimi posłami pacta conventa otwierając sobie tym samym drogę do tronu polskiego. Z Medias udajemy się do Axente Sever, gdzie nocujemy na łące w pobliżu stacji. Po drodze mijamy węzeł kolejowy - Copsa Mica. Miejscowość ta była szczytowym osiągnięciem komunistycznej industrializacji. Wybudowano tam kilka potężnych zakładów chemicznych. Dziś czynny jest tylko jeden. Reszt spalona tworzy niepowtarzalny krajobraz, jak po wojnie.

19 września

Rano znów szybkie zwijanie się i o 7:55 jedziemy pociągiem do Sibiu. Tam tradycyjnie bagaże zostawiamy w przechowali na dworcu (50). Naszym pierwszym celem jest skansen (dojazd z dworca trolejbusem nr 1 i dalej kawałek na piechotę). Wstęp 30. Muzeum jest potężne, ładnie położone wśród wzgórz, strumyczków i jezior. Gromadzi zbiory z całej Rumunii. Poza standardowymi chałupkami i zagrodami można tam obejrzeć bogatą kolekcję tartaków, młynów czy wiatraków, czy też taką osobliwość jak drewniana karuzela. Wracam do centrum zwiedzać zabytki. Ciekawie wygląda pasiasta archikatedra prawosławna. Duże wrażenie robi gotycki kościół ewangelicki. Warto przespacerować się też po Mały i Dużym Rynku, czy też zobaczyć panoramę miasta z wieży ratuszowej. Wieczorem na skwerku przed dworcem smażymy sobie pyszne leczo z papryki, cebuli, kiełbasek debreczyńskich i keczupu. Na nocleg jedziemy pociągiem do Orlat, gdzie nocujemy na malowniczym wzgórzu nad miejscowością przy pełni księżyca. Bardzo udany dzień.

20 września

To już ostatni dzień w Rumunii. Najpierw jedziemy ciekawą linią kolejową do Vintu de Jos gdzie łapiemy pociąg do Alba Iulii. Mimo pochmurnego poranka w mieście wita nas słońce. W Alba Iulii, dawnej stolicy księstwa siedmiogrodzkiego, godna uwagi jest cytadela. W jej obrębie znajdują się najważniejsze zabytki: katedra katolicka (w remoncie), Sobór Koronacyjny (wybudowany specjalnie na koronację pierwszego króla Rumunii po I wojnie światowej), oraz Sala Zjednoczenia (gdzie sejm siedmiogrodzki zdecydował o przyłączeniu do Rumunii). Największe wrażenie robi sobór otoczony ogrodem i arkadami. Z Alba Iulli udajemy się do Klużu. Jest to duże i trochę zatłoczone miasto. Jest w nim sporo secesyjnych pałaców i kamienic. Najciekawsza jest znajdująca się na rynku potężna katedra, trochę podobna do tej z Koszyc. Na uwagę zasługuje także fragment murów obronnych, sobór prawosławny ze stojącym przed nim pomnikiem chłopskiego powstańca Avrama Iancu, oraz dom, w którym urodził się król Maciej Korwin. Wieczorem nowym niemieckim autobusem szynowym jedziemy do Oradei. A stamtąd do stacji Valea Lui Mihai.

21 września

W nocy przekraczamy granicę z Węgrami (bilet kosztuje 72). Na stacji po węgierskiej stronie kupujemy bilety do granicy ze Słowacją (1800 forintów). Jedziemy do Satoraljaujhely z przesiadkami w Debreczynie i Mezozombor, gdzie niestety wsiadamy do nieodpowiedniego pociągu i w efekcie na miejsce docieramy z godzinnym opóźnieniem. Stacja po stronie słowackiej jest blisko węgierskiej, ale my musimy iść ponad 4 km za miasto na międzynarodowe przejście graniczne. W mieście jest tylko przejście dla Węgrów i Słowaków. No i potem te ponad 4 km trzeba iść z powrotem do stacji w Slovenskim Novym Mestie, która zresztą znajduje się tuż obok miejskiego przejścia. Pożywiamy się wyprażanym syrem w knajpie. Jedziemy do Koszyc (66 koron) i przez ponad 2 godziny zwiedzamy to piękne miasto. Następnie za 86 koron dojeżdżamy do Plavca, skąd po paru minutach mamy pociąg do Muszyny (3 euro, cena nieoficjalna 6 PLN). Z Muszyny już bezpośrednio pośpiechem do Warszawy.

22 września

Pociąg jest pusty, więc do samej Warszawy wygodnie śpimy. No i cóż ten niezwykle udany wyjazd dobiegł końca. Wkrótce jednak znów pojedziemy do Rumunii poznawać jej ciekawe góry.

 

Galeria zdjęć



 

KTE "TRAMP"
Szkoła Główna Handlowa
Al. Niepodległoœci 162
02-554 Warszawa
+48-22-5649784
Webmaster
<Klub Turystyczny Ekonomistów TRAMP>