Kurs Turystyki Górskiej Ceneria: outdoorowa porównywarka cen
www.ImprezyPodroznicze.pl
www.peron4.pl
www.szlaki.net.pl
www.skg.uw.edu.pl
Góry Bardzkie i Sowie - listopad 2002

Gdzie: Góry Bardzkie i Sowie;

Kiedy: 8.11-12.11.2002r.;

Kto: Agnieszka, Kasia, Marysia, Marysia, Ania, Tomek, Artur, Łukasz, Łukasz, Jacek, Jacek (znany jako Edmund), Janek, Marcin, Paweł, Robert, Wojtek;

Trasa: Warszawa Wsch. - Wrocław - Bardo Śląskie - Leszek - Przeł. Wilcza - Przeł. Srebrna - Przeł. pod Szeroką - Zygmuntówka - Przeł. Jugowska - Wielka Sowa - Schr. Orzeł - Rozdroże Pod Osówką - Głuszyca Górna - Kłodzko - Wrocław - Warszawa Centralna;

Na dworcu Wschodnim w piątek o godz. 21:30 zebrała się ekipa 15 osobowa, która postanowiła spędzić ten dłuższy weekend poza miastem. Cel podróży był jasno określony: Góry Sowie. Jak można było przewidzieć, pociąg był maksymalnie zatłoczony. Nam jednak udało się ulokować wygodnie w dwóch przedziałach. Pierwsze przedstawianie swojej wspaniałej osoby, flesze aparatów, gitara, śpiew, browar w każdej ręce i... roszady na wszelakie sposoby! Tu po raz pierwszy mieliśmy możliwość usłyszeć "Child In Time" w "profesjonalnym" wykonaniu Jacka (Edmunda) - trzeba przyznać, że niewiele odbiegało to od oryginału. We Wrocławiu dołączyła do nas Kasia. W pełnym już składzie wsiedliśmy do osobowego. Każdy miał nadzieję wyspać się w ciągu jednej godziny - czy na pewno się udało..? Na stacji w Bardzie Śląskim podzieliliśmy się na dwie grupy (7- i 9-osobowa). Pierwszy przystanek był po 20 metrach - przy sklepie spożywczym "ABC", gdzie mogliśmy porobić zapasy wiadomo, czego - np. napoju pomarańczowego "Orange". Aura od samego początku nie była sprzyjająca: padał mokry śnieg, który maksymalnie ograniczał widoczność, jednym słowem zadymka! Prawie przez cały czas nie zwracało się uwagi na widoki (których i tak nie było), lecz na plecy osoby idącej przed Tobą! Ale przecież to nie przeszkadza, jeśli ma się w bliskiej perspektywie zjedzenieśniadania w ciepłym schronisku (kto właściwie puścił tę plotkę?!). Na pierwszy dłuższy postój zatrzymaliśmy się w chatce na Przełęczy Wilczej. Chwila odpoczynku, mały posiłek i ruszamy w drogę; tym razem za przewodnika wyznaczono uczestników kursu OT: pierwszą grupę prowadziła Marysia, a drugą Tomek. Zadanie było tym trudniejsze, że szliśmy przecinkami - na azymut! Tej pierwszej nie poszło najgorzej, gdyby nie fakt, że zgubiła grupę... Od tej przełęczy pogoda znacznie się poprawiła, tzn. słońce nie świeciło, ale już tak nie wiało, przejrzystość była super, a widoki... długo opowiadać! Na Przeł. Srebrnej przeszliśmy się odcinkiem dawnej, nieistniejącej już, Kolei Sowiogórskiej - miejscami z trzecą szyną: zębatą (jedyna na Śląsku i jedna z dwóch w obecnych granicach Polski). W schronisku rozlokowaliśmy się wygodnie, posililiśmy się i wyszliśmy na jeszcze jeden spacer, na Górę Warowną, gdzie przeszliśmy się po ruinach twierdzy z XVIII wieku. Wieczór trzeba było jakoś spożytkować, czyli zorganizować imprezę, gdzie "śpiewać każdy może". Gitara Jacka, bębenek Łukasza i śpiew wszystkich - to wytworzyło idealną atmosferę do dobrej zabawy; a do tego jeszcze Tokaji, Toast i inne trunki... Nawet kotek, którego przygarnął Marcin, wybrał Toasta - wie, co dobre ;-) Inni w tym samym czasie suszyli sobie ubranie i buty przy jedynym źródle ciepła w tym schronisku (przy grzejniku). Wszyscy byliśmy tak zmęczeni, że grzecznie położyliśmy się do łóżeczek... no, prawie wszyscy.

O 6 rano budziki wyrwały nas z błogiego snu. Wstawać było tym gorzej, gdyż temperatura u nas w pomieszczeniu przypominała te panującą na dworze. Wszyscy tak się zbierali do wyjścia, że wyszliśmy dopiero o 7:45. Na dworze było mroźno, ale krajobraz pokryty śniegiem poprawił wszystkim humor. (Wszyscy wstali z rana?? Nie, posostała wesoła grupka - Edmund, Łukasz, Robert - która postanowiła przeczekać poranną śnieżycę w łóżkach i wyjść ze schroniska po obejrzeniu Teleranka, o godz. 10). Według Artura czas naszej wędrówki miał wynosić ok. 13 godz. - miła perspektywa wędrowania zimą, nocą po górach, dobrze, że się nie sprawdziła (dla większości :). Trasa nie była aż tak męcząca: na początku żadnych ostrych podejść. Przechodziliśmy obok Gąsiorka, Pastuszaka, czyli Popielaka i przez Kalenicę dotarliśmy do miejsca naszego krótkiego odpoczynku. Schronisko Zygmuntówka (taki hotel "5-gwiazdkowy" ;) uraczył nas wszystkich swoimi luksusami... Dalej z Przeł. Jugowskiej szliśmy w stronę Wielkiej Sowy. To podejście nie było samo w sobie trudne, ale po pewnym czasie mogło się znudzić to "podchodzenie" po płaskim. Na Wielkiej Sowie każdy z nas podziwiał nie tylko przecudne krajobrazy, ale również rzeźby, które zostały uformowane przez śnieg, wiatr i mróz; a do tego jeszcze ten zachód słońca (kto zdążył na zachód słońca ten mógł podziwiać ;). Krótka sesja zdjęciowa na tle wieży widokowej i szybkim krokiem podążyliśmy do schroniska prywatnego "Orzeł", gdzie zrzuciliśmy nasze bagaże. Grupa numer dwa dotarła do schroniska jedynie godzinę później. Tego wieczora również postanowiliśmy wspólnie pośpiewać (przecież ostatnio tak dobrze nam to wyszło). Prócz stałego repertuaru, wykonaliśmy również refren "Jest już za późno" w kilku językach: polskim, angielskim, niemieckim, hiszpańskim, francuskim, serbskim, rosyjskim, węgierskim. Janek z Jackiem kupili sobie piwo w kuflach litrowych, ale tylko ten drugi wykorzystywał to, jako narzędzie do tłuczenia innych szklanek. Po pewnym czasie, w "Piwnicy pod Orłem", gdzie dotychczas byliśmy, nie chcieli już naszej muzyki, więc włączyli swoją, a my przenieśliśmy się do świetlicy. Był tam stół pingpongowy, i choć nie było piłki, to można było sobie ją wyobrazić. A jak już ją przynieśli, to prawie każdy był wstanie poświęcić się dla niej (tzn. tarzać się po ziemi w jej poszukiwaniu). Był jeszcze leżak, na którym chciało usiąść kilka osób, ale przecież miejsce było tylko jedno... (Notabene cały czas się składał). Wojtku! Jeśli następnym razem postanowisz szybciej położyć się spać, to nie zamykaj się od środka, bo Łukasz, Jacek i Robert nie będę mieli gdzie się podziać, a walenie do drzwi o północy może nie wystarczyć. Przyjdzie taki Jacek do innego pokoju, położy się na łóżku innego Jacka i powie, że będzie tu spał, bo bardzo nas lubi!

Następnego dnia pobudka była dopiero o 8 - ale zaszaleliśmy! Na dworze przywitała nas śnieżyca, która skutecznie utrudniała widoczność, a wiało tak, że nie chciało się nawet wychylić głowy zza kaptura. Najpierw zejście w dół, próba odnalezienia szlaku, tzn. badanie okolic wyciągu i droga przez pola. Tego dnia punktem kulminacyjnym było zwiedzanie sztolni niemieckich w Osówce - części tajnego niemieckiego kompleksu Riese. Musieliśmy poczekać na wyjście jakiejś grupy (z jakiegoś OHPu, czy skądśtam). Zwiedzanie podziemnych korytarzy zajęło nam godzinę, tyle samo wędrówka do Głuszycy Górnej, skąd pociągiem pojechaliśmy do Kłodzka. Przed odjazdem Marysia, Łukasz, Jacek i Tomek postanowili wejść na wiadukt kolejowy, tak po prostu, żeby się przejść po nim, podziwiać konstrukcję i zrobić zdjęcia. W Kłodzku czas każdy inaczej spożytkował, byli na przykład tacy, którzy poszli na kładkę, wiadomo, po co (aby pociągi towarowe nie jeździły puste). Podróż minęła bardzo szybko, w wielkim tłoku. We Wrocławiu mieliśmy trzy godziny wolnego: krótka wizyta w tamtejszej pizzerii lub odwiedziny u znajomych i trzeba już było myśleć o powrocie do stolicy, czyli rzeczywistości. My nie wsiadaliśmy do pociągu, my do niego się wpychaliśmy. Na początku mieliśmy w perspektywie kilkugodzinne stanie na korytarzu, ale na całe szczęście z pierwszej klasy zrobiono drugą i tak oto w wygodnych przedziałach dojechaliśmy do Warszawy. W podróży nie obyło się oczywiście bez śpiewów (idealny sposób na "wyganianie" innych pasażerów z przedziału). Atmosfera jak zwykle wspaniała, może dlatego, że na miejscach dla 6 osób znajdowało się ich 12. Szkoda tylko, że tym razem nie usłyszeliśmy słynnego już "Dziecka w czasie"! Przecież, od czego zaczęto ten wyjazd, na tym powinno skończyć. Edmund chyba nie był dość przekonywany - czy to nasza wina? Łukasz otrzymał króciutką lekcję od konduktora - w jaki sposób włączać światło w całym wagonie (awarie takie zdarzały się dość często). Każdy poszedł szybko spać - ogólne zmęczenie i w perspektywie dzień pełen zajęć na uczelni. Prawie wszyscy wysiedli na Centralnym. W tym oto miejscu skończyliśmy nasz wyjazd, pożegnaliśmy się ze wszystkimi, ale tylko na chwilę... Jest przecież kurs, klub i kolejny wyjazd w najbliższym czasie...

MH



 

KTE "TRAMP"
Szkoła Główna Handlowa
Al. Niepodległoœci 162
02-554 Warszawa
+48-22-5649784
Webmaster
<Klub Turystyczny Ekonomistów TRAMP>