Kurs Turystyki Górskiej Ceneria: outdoorowa porównywarka cen
www.ImprezyPodroznicze.pl
www.peron4.pl
www.szlaki.net.pl
www.skg.uw.edu.pl
Bieszczady wschodnie, Połonina Równa, 1 - 6.4.2002

Genezy wyjazdu należy szukać przede wszystkim w nieco przedłużonych feriach wielkanocnych, które w tym roku trwały do środy włącznie. W związku, z czym postanowiliśmy dołożyć sobie dwa dni więcej i pojechać na jakiś dłuższy wyjazd. A dlaczego akurat Bieszczady? Bo są stosunkowo blisko i warunki panujące w tych górach nie były już do końca zimowe.

Więc w Prima Aprilis, w skromnym dwuosobowym składzie (Marek Adamiec i Paweł Brudło), wyruszyliśmy pociągiem zagórzańskim by po przesiadkach w Łańcucie i Przemyślu wylądować tuż przed siódmą w Medyce. Na przejściu stanęliśmy tuż przed jego otwarciem dla pieszych. Bez żadnego tłoku (choć od ukraińskiej strony już była niezła kolejka) i problemów przedostaliśmy się na stronę ukraińską. Nie musieliśmy nawet wykupić strachowki. Rozpoczęliśmy poszukiwania transportu do Sambora. Pierwsza cenna za busa brzmiała 25PLN za osobę. Postanowiliśmy szukać dalej. W efekcie ten sam busiarz zszedł z ceną do 10PN. Jak się okazało była to wtopa bo za chwilę podjechał liniowy autobus do Sambora a my następne 45 minut spędziliśmy w busie czekając aż zbiorą się klienci. W końcu dotarliśmy na miejsce we właściwym czasie, tzn. przed odjazdem elektriczki do Sianek. Na dworcu kolejowym czekała nas niespodzianka - z powodu remontu linii kolejowej pociągi w dzienne nie kursują. Zaczęliśmy szukać innego transportu. Ostatecznie podjechaliśmy marszrutką do Turki a stamtąd taksówką już pod samą przełęcz Użocką. Na miejscu byliśmy ok. wpół do drugiej.

Po małym posiłku ruszyliśmy w góry. Było dosyć mokro z powodu topniejącego śniegu. Na szczęście śnieg był już nieźle zbity i można było chodzić po nim praktycznie nie zapadając się. Po zaliczeniu dwóch pierwszych górek (Perejba i Hrebenicz) wyszliśmy na łąki. Widoczność tego dnia była jednak bardzo kiepska i sięgała zaledwie 10 km mimo, że dzień był pogodny. Więc Pikuja tego dnia nie oglądaliśmy. Na podejściu pod Kińczyk Hnylski śniegu było sporo (północne stoki + las) i do tego był on dosyć miękki (zapadaliśmy się po kostki a czasami trochę bardziej). Ale to tak nic w porównaniu z zimowymi warunkami, więc z warunków śniegowych byliśmy zadowoleni. Na połoninę wyszliśmy jakąś godzinę przed zachodem słońca, którego zresztą nie było praktycznie widać. Na zejściu z Mostka znaleźliśmy całkiem przyzwoite miejsce na nocleg. Spać poszliśmy tuż przed ósmą, aby odespać podróż.

Ranek był całkiem chłodny (na tropiku szron) i wietrzny. Po śniadanku wewnątrz namiotu zwinęliśmy się i przed ósmą byliśmy na trasie. Widoczność była jeszcze gorsza niż dnia poprzedniego. Momentami dochodziła do zerowej, choć czasami było widać na 5 kilometrów. Do tego cały czas mocno wiało. A my szliśmy grzbietem w stronę Pikuja. Na północnych stokach sporo śniegu i gdzieniegdzie jakieś kępki trawy, na południowych dokładnie odwrotnie. Około 14 stanęliśmy na Zełemenym, gdzie zostawiliśmy plecaki i ruszyliśmy na Pikuja. Nieźle nas przewiało po drodze. Z tego też powodu na szczycie długo nie zabawiliśmy i już przed 16 zaczęliśmy schodzić z Zełemenego do doliny. Początkowo śnieg był bardzo wygodny, lecz później był odcinek, kiedy dosyć często wpadaliśmy za kolana. W końcu zrobiło się mocno stromo i śnieg zniknął. Bardzo ciekawa była prawie pionowa skarpa, który przegrodziła nam drogę w pewnym momencie. Przed szóstą byliśmy na dole. Poszliśmy drogą w górę strumienia aż do pierwszego mostu. W końcu udało się nam do niego dotrzeć i rozpoczęliśmy podejście na Ostrą Horę (grzbietem odchodzącym na NE od jej południowego wierzchołka). Po wejściu na grzbiet natknęliśmy się na idealne miejsce na nocleg - prawie idealnie płasko i z dostatkiem drewna. Ten wieczór spędziliśmy przy ognisku. Noc była bardzo gwiaździsta. Czyżby pogoda miała się poprawić?

Rzeczywiście ranek był dosyć chłodny, ale za to bardzo pogodny. Podejście na Ostrą było całkiem przyjemne. Po wyjściu nad granicę lasu już wiedzieliśmy, że tego dnia czekają nas niezłe widoki. Bardzo ładnie widać było ośnieżoną Borżawę. Z samego wierzchołka panoramka obejmowała: polskie Bieszczady (wszystkie połoniny + Rawki), Bieszczady Wschodnie z Pikujem, fragmenty Gór Skolskich wyłaniające się zza pasma Pikuja, Połoninę Borżawę, Połoninę Równą i Liutańską Holicę. Po tak wspaniałych widokach zeszliśmy na przełączkę pomiędzy Ostrą Horą a Połoniną Równą i rozpoczęliśmy podejście na najwyższy punkt naszej wycieczki, czyli wierzchołek Połoniny Równej. Po drodze ładny widoczek na kocioł na północnych stokach połoniny. A w okolicach szczytu przywitały nas bunkry i sterty żelastwa - pozostałości po bazie woskowej. Na połoninie było bardzo gorąco a to z powodu podwyższonego albeda - na połoninie było mnóstwo śniegu a słońce nieźle świeciło. Z połoniny zeszliśmy na przełęcz w kierunku Liutańskiej Holicy. A tam wiosna w pełni - cała przełęcz usłana białym dywanem śnieżnic wiosennych. Aż żal było je deptać, ale cóż zrobić - trzeba iść dalej, tym bardziej, że chcieliśmy zdążyć na zachód słońca z Holicy. I udało się. Nie był to może najpiękniejszy zachód, ale nic mu nie brakowało. Na grzbiecie zrobiło się mocno zimno. Temperatura spadała błyskawicznie, wobec czego my równie błyskawicznie spadliśmy na przełęcz pod Lokszorem. Tam na przyjemnej polance przenocowaliśmy. Było tam dużo cieplej niż na grzbiecie a i tak zamarzła nam woda w namiocie. Największy problem miałem z założeniem zamarzniętych butów, ale w końcu jakoś udało się wcisnąć nogę do środka.

Poranek nie był już pogodny, zanosiło się na opady. A my ruszyliśmy przez Liutę, Tihą do Wołosianki Zakarpackiej. Po drodze trochę sypało śniegiem a widoczność wróciła już do normy, czyli zbliżyła się do zera. Na stacji kolejowej czekała na nas nie miła niespodzianka. Okazało się, że pociągi z Sianek do Lwowa znowu nie kursują z powodu remontu linii. Wobec tego spędziliśmy miło czas w barze w oczekiwaniu na elektriczkę do Użhorodu. Tam początkowo chcieliśmy pojechać jakimś nocnym pociągiem do Lwowa, ale rozmyśliliśmy się i wybraliśmy wariant przez Słowację. Najpierw taksówką na przejście (5 hrywien od osoby), potem piechotą przez granicę (nie było żadnych problemów) i dalej autobusem z Vysnego Nemeckiego do Koszyc (110 koron z bagażem). O wpół do dziewiątej wieczorem byliśmy na dworcu w Koszycach. Okazało się, że pociąg na Batorego w Żylinie odjechał jakieś 15 minut wcześniej, więc pozostała nam tylko nocna Cracovia po pierwszej. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki temu mieliśmy czas na nocny spacer po mieście i kolację w restauracji. Koszyce nocą wyglądają naprawdę świetnie - wszystko ładnie odnowione i podświetlone i do tego brak turystów. Super warunki do robienia zdjęć.

Do granicy dojechaliśmy za 100 koron a przez granicę przejechaliśmy dzięki uprzejmości konduktora za 5PLN. Kraków przywitał nas śnieżycą. W mieście było bielusieńko. A my wsiedliśmy w Matejkę i przed południem byliśmy już w Warszawie.



 

KTE "TRAMP"
Szkoła Główna Handlowa
Al. Niepodległoœci 162
02-554 Warszawa
+48-22-5649784
Webmaster
<Klub Turystyczny Ekonomistów TRAMP>