Kurs Turystyki Górskiej Ceneria: outdoorowa porównywarka cen
www.ImprezyPodroznicze.pl
www.peron4.pl
www.szlaki.net.pl
www.skg.uw.edu.pl
Góry Kaczawskie, 6-7 grudnia 2003

Idea wyjazdu zrodziła się we mnie znacznie wcześniej, nawet przed początkiem roku akademickiego. Motyw? Jest to mało znany, a piękny zakątek Sudetów, ignorowany w dodatku przez większość turystów, ze względu na "brak atrakcyjnych miejsc", "przecież tam nie ma gór" itd. Góry są, piękne miejsca też, a o tym udało się przekonać aż 32 osoby, bo tyle nas było na wyjeździe. Czyli "kampania marketingowa" była skuteczna, nawet za bardzo, jak to później mi zarzucono. Mimo wszystko cieszyłem się, że aż tyle osób postanowiło poznać razem z nami to mało znane pasmo Sudetów, chociaż pewne trudności wyszły już przy planowaniu: nocleg rezerwowałem tylko dla 15 osób, trzeba było znaleźć więcej tras itp.

No, ale nadszedł dzień wyjazdu. W międzyczasie zdecydowaliśmy się z Jaśkiem na wyjazd Bronka na Ukrainę, a ponieważ z Sudetów mieliśmy jechać bezpośrednio na granicę, musieliśmy zabrać cały sprzęt ze sobą. Skomplikowania w rozliczeniu wyszły na jaw już na Dworcu Wschodnim, gdyż bilet grupowy mieliśmy tylko na 23 osoby, bo reszta zgłosiła się za późno. Tak więc część kupowała bilety, inni nie, jeszcze inni kombinowali (Jasio i ja n.p. nie wracaliśmy na grupowym, to odstąpiliśmy swoje miejsce na tańszy powrót), więc było lekkie zamieszanie. Na dodatek już przy zajmowaniu miejsc były niepewności, a potem na Centralnym staliśmy godzinę, czekając na poc. pośp. Hańcza z Białegostoku. Wobec tego niektórym już w Warszawie wyczerpały się zapasy piwa. Ale po odjeździe z Dworca Centralnego wszystko się unormalizowało, zaczęły się werbowania na trasy, z których trasa Jaśka, prowadzona przez Zamek Bolczów, okazała się najbardziej atrakcyjną. Rano więc, po krótkiej drzemce, wszyscy wysiedliśmy z pociągu, i ruszyliśmy na trasy. Nasza grupka szła Grzbietem Północnym, i już na podjeździe (busem) widać było, że pogoda będzie taka damsko-męska: po wyjeździe z Jeleniej Góry zaczął padać śnieg, a dwie godziny później, jak już byliśmy na szczycie Okola, słońce uśmiechnęło się do nas i świeciło przez godzinę, żeby potem znów ustąpić chmurom. Przy takiej zmiennej pogodzie zmierzaliśmy ku Skopcowi, który jest najwyższym szczytem Gór Kaczawskich. Po krótkim odpoczynku we wiacie pod szczytem, weszliśmy na obydwie góry (na Baraniec i na Skopiec), żeby potem zejść do Wojcieszowa, skąd mieliśmy się udać PKS-em w kierunku Myśliborza - czyli wioski, gdzie był nasz nocleg. Wojcieszów wydał mi się takim typowym "zmarłym miastem": rozebrana góra panuje nad starymi domami górników, linię kolejową już dawno zlikwidowano, szyny rozkradzione, całe miejsce takie szare. Do odjazdu autokaru mieliśmy jeszcze półtorej godziny, czyli akurat tyle, by zrobić zakupy, i poszukać barku, gdzie mogliśmy obejrzeć skoki narciarskie. Na przystanku spotkaliśmy resztę, autobus nieco opóźniony też przyjechał. Po godzinnej jazdy wysiedliśmy z niego, ale żeby nie wszystko było takie proste, mieliśmy jeszcze przejść przez pole do naszej wsi. Potrwało to ok. 40 minut. Za to schronisko młodzieżowe w Myśliborzu na każdym zrobiło wielkie wrażenie . nowy budynek, czyste pokoje i umywalnie, w pełni wyposażona kuchnia: za jedyne 13 złotych od osoby. Po długim dniu posiłek poprawił każdemu humor, także impreza była skuteczna i trwała całkiem długo.

Następnego rańca udało się każdemu wstać, aczkolwiek niektórych trzeba było budzić kilka razy. Po zjedzeniu śniadania i załatwianiu formalności (przez to wszyscy musieli na mnie czekać - jak zwykle) wreszcie ruszyliśmy się na szlak. Tego dnia nie podzieliliśmy się, tylko Jacek poszedł z dwoma chłopakami na Szlak Brzeżny, a reszta przez piękne wąwozy Pogórza Kaczawskiego. Efektem tego nasza grupa (29 osób!) wyglądała jak wycieczka klasowa... Wąwozy: Myśliborski i Siedmicy były piękne, trochę przysypane śniegiem. Wielką atrakcją było przekroczenie kilkakrotnie potoków płynących w tych wąwozach: niektórzy zdążyli się przekonać na własnej skórze, że woda o tej porze roku jest całkiem zimna... No ale przy całodziennej pięknej pogodzie, wśród niezbyt wysokich pagórków doszliśmy wreszcie do naszego celu, a mianowicie do Bolkowa, gdzie pierwszy zamek - Świny - udało się nam jeszcze zwiedzić. Głównymi atrakcjami były tu labirynty podziemne i bitwa kulami śnieżnymi, po czym udaliśmy się już do centrum miasteczka, żeby zdać sobie sprawę, że słynny zamek rycerski już zamknięty. Ale nie zmartwiliśmy się zbytnio, przy odpowiednych napojach podgrzaliśmy się w wyznaczonej do tego celu jednostce gastronomicznej.

O powrocie nie mogę już pisać "z pierwszej ręki", bo ja nie wracałem z grupą - wiem natomiast z opowieści, że jednym z największych przeżyć tegoż wyjazdu stał się właśnie ów powrót. Jak już tradycja klubowa nakazuje, wielu wyskoczyło we Wrocławiu na knyszę, czyli na taki wrocławski kebab prawie bez mięsa, za to z ogromną dawką warzyw i śmietany. W jednym z przedziałów został także pobity dotychczasowy rekord w ilości osób w przedziale: weszło 25 osób, nie wykorzystując górnych półek na bagaże! Można więc stwierdzić, że nawet wyjazd w takie mało znane i niezbyt wysokie góry może być fajny - jeśli tylko uczestnicy chcą się dobrze bawić, to dobra atmosfera i świetna zabawa jest zapewniona.



 

KTE "TRAMP"
Szkoła Główna Handlowa
Al. Niepodległoœci 162
02-554 Warszawa
+48-22-5649784
Webmaster
<Klub Turystyczny Ekonomistów TRAMP>