Kurs Turystyki Górskiej Ceneria: outdoorowa porównywarka cen
www.ImprezyPodroznicze.pl
www.peron4.pl
www.szlaki.net.pl
www.skg.uw.edu.pl
Sylwester 2003/2004 w Sudetach

Sylwester 2003/2004 zapowiadał się wyjątkowo hucznie - na liście wiszącej w klubie pojawiało się coraz więcej i więcej nazwisk, aż w połowie grudnia ich liczba dobiła do 80. To nas jednak nie przerażało, bowiem dzięki staraniom Artura klub miał do dyspozycji cały budynek szkoły podstawowej w Sokołowsku, uroczej miejscowości położonej w Górach Suchych, 2 godziny drogi na południe od Wałbrzycha. Miejsce tym lepsze, że obfitujące w tereny nadające się nie tylko do łażenia, ale również narciarstwa - zarówno miłośnicy biegówek, jak i zjazdówek mogą tam znaleźć coś dla siebie. Dużo szczytów w okolicy, zapowiadany w prognozach śnieg i oczywiście miłe towarzystwo każdego wieczoru zapowiadały bardzo udany wyjazd sylwestrowy.

Wobec faktu, że ja + narty = w najlepszym przypadku siniaki na różnych częściach ciała, postanowiłem spędzić "turystyczną" część wyjazdu w tradycyjny sposób - łazikując po okolicznych szczytach. Czasu było sporo, bo szkoła była wynajęta już od 28 grudnia rano, dlatego nie myśląc wiele już w drugi dzień Świąt spakowałem plecak i następnego dnia rano ruszyłem w drogę.

Drogę długą i pokręconą... a wszystko przez to, że zapragnąłem wraz z Kasią przejażdżki chyba najładniejszą w Polsce (a na pewno w polskich górach), a dogorywającą już linią kolejową Kłodzko-Wałbrzych, a jedyny na niej pociąg 28. startował o 7.13... Dlatego z Warszawy do Wałbrzycha jechaliśmy dość niekonwencjonalnie. Najpierw, jeszcze sam, w sobotni poranek zawinąłem do Radomia, gdzie spotkałem się z Kasią. Stamtąd ruszyliśmy o 18.32 pośpiechem do Krakowa, w którym to pojawiliśmy się nieco po wpół do dziesiątej. Teraz czekało nas nieco ponad dwugodzinne oczekiwanie na pociąg relacji Zakopane-Szczecin, którym mieliśmy się dotelepać do Wrocławia. Ten czas spędziliśmy spacerując po świątecznie ozdobionym Rynku i okolicach (jak na "europejskie" miasto było tam zastanawiająco mało ludzi mimo wczesnej relatywnie pory). Prawie pięciogodzinną podróż do Wrocławia w mniejszym (ja) lub większym (Kasia) stopniu poświęciliśmy na sen, a o 4.11 trzeba było w pośpiechu zbierać rzeczy i przesiadać się w kolejny pociąg, tym razem do Kłodzka. Na szczęście wszystko przebiegło sprawnie i już o 5.45 mogliśmy cieszyć się z przyjazdu na stację Kłodzko Główne. Słynna Kładka w Kłodzku została jednakże zwizytowana tylko na krótką chwilę, bo temperatura na dworze nie pozwalała na kontynuację tradycji spożycia. Dalsze oczekiwanie spędziliśmy więc w dworcowej hali. Wreszcie o 7 podstawili nam pociąg do Wałbrzycha. Widoki rzeczywiście zapierały dech w piersiach. Od Nowej Rudy linia jest nieprzerwanym ciągiem wiaduktów, czasem wysokich na ponad 20 metrów, i tuneli (w tym drugi najdłuższy czynny w Polsce - 1605 m za Jedliną). Poza tym mogliśmy sobie obejrzeć prawie cały grzbiet Gór Sowich. Wreszcie o 8.44 jesteśmy w Wałbrzychu. I co dalej? Do Sokołowska? Tak, ale nie tak prosto, pogoda jest za ładna żeby marnować czas siedząc w budynku. Machamy ręką na nieprzespaną noc i jedziemy busem do Białego Kamienia, skąd rozpoczynamy podejście na Chełmiec (co prawda od niedawna nie jest on najwyższym szczytem Gór Wałbrzyskich, ale może za kilka lat znów pomierzą inaczej...). Na szczycie jesteśmy po 10, ładnie świeci słoneczko, jest lekki mróz, sielankę zakłóca tylko coraz mocniejsza pizgawka. Zmieniamy teraz kolor szlaku z żółtego na zielony i idziemy do Boguszowa-Gorców. Muszę przyznać, że paskudniejszego miasta w życiu nie widziałem - mój rodzinny Pruszków jest przy nim Misterem Urbanistyki, a jeśli dodamy do krajobrazu jak z "Germinalu" czy innych powieści opisujących niedolę XIX-wiecznego robotnika jeszcze nazwy ulic - Nowotki, Marksa czy Świerczewskiego - otrzymujemy pełen obraz nędzy i rozpaczy. Po krótkim posiłku pod sklepem ruszamy zatem dalej, kierując się na Dzikowiec, na który włazimy krótko przed 14. Teraz spacer grzbietem i ostre zejście w dół, przez coraz głębszy śnieg (chociaż nie pada). Koło trzeciej wychodzimy na szosę w Unisławiu Śląskim. Jest zimno i wieje i nie chce nam się iść już przez góry, dlatego mimo możliwości włojenia się tu i tam po drodze do Sokołowska, wybieramy asfalt, i po nieco ponad godzinie jesteśmy na miejscu. Okazuje się że Artur, Bronek i kilka osób już są, a zaraz po nas dochodzą Tomek, Jasiek i jeszcze kilka osób, które wysiadły w Boguszowie i zapodawały przez Dzikowiec i Lesistą. Wybieramy sobie klasę do spania, jemy coś i spędzamy miło wieczór, rozgrzewając się herbatką i grzańcem. Dbamy też o strawę duchową - w świetlicy szkolnej są różne gry, niektórzy przywieźli też scrabble. Ale w końcu koło 11 dopada nas zaległy sen i nie zważając na nieprzyjazną temperaturę (14 stopni) idziemy spać.

Kolejny dzień zaczyna się w porównaniu z poprzednim dość późno, bo o 9.30. Kilka nowych osób właśnie przybyło, kilka ma jeszcze przybyć wieczorem. Jako że Kasię rozbolała noga, decydujemy się na lżejszy dzień - wychodzimy po 10 i idziemy w stronę granicy, a potem zielonym szlakiem po słupkach do przejścia granicznego w Golińsku, bo chcemy zobaczyć co tam słychać u południowych sąsiadów. Okazuje się że po drodze mamy bardzo fajne zejście ze Średniaka (w każdym razie dziękujemy, że nie musimy tamtędy podchodzić). Po drugiej stronie granicy witają nas pozostałości dawnej prosperity gdy jeszcze korona była po 11 groszy - zamknięte prowizoryczne budy, w których rodacy nasi zaopatrywali się w tani wtedy alkohol. Trochę dalej w Meziměsti jest już lepiej - choć samo miasteczko urodą nie grzeszy, mają fajną knajpę na dworcu kolejowym. Wzmocnieni wracamy na granicę, a potem busem jedziemy do Sokołowska. Okazuje się że przybyło sporo ludzi, zwłaszcza tegorocznych kursantów, którzy w naprawdę zachwycającej liczbie zjawili się by powitać z nami Nowy Rok. Wieczorem z Arturem, Kasią i jeszcze kilkoma osobami wizytujemy Cafe Przodownik, gdzie mają tanie piwo i niewiele więcej (konkretnie jeszcze tylko chrupki Fingo), po półgodzinie dołączają Tomek, nota bene mający imieniny, Jasiek i grupa nieco starszych, ale wciąż młodych duchem Trampów. Imieniny Tomka czcimy głośnym Sto lat, siedzimy trochę, ku radości właścicieli baru kupując kolejne piwa i opakowania chrupek, a po 20 przenosimy się do szkoły kontynuować przy czeskim grzańcu i winie "Jablečne" (niech cena 24 CZK za litr starczy za opis wrażeń podczas spożywania trunku). Spać idziemy w miarę, bo jutro mamy zamiar zwizytować, dzięki uprzejmości Artura i Kasi, którzy przyjechali autem, skałki w Adršpašsko-Teplickim Skalnym Mieście, zachęceni dodatkowo przez opisy Tomka, który tego dnia był tam z kilkuosobową grupą.

Rano we wtorek niespodzianka - podczas gdy jemy śniadanie, do szkoły przychodzą wieloletni sympatyk Klubu - Paweł, zaliczający tym samym trzeci klubowy wyjazd - który tym razem przywiódł ze sobą debiutantkę Magdę. Nowoprzybyli są zmęczeni, ale ulegają pokusie zobaczenia skałek z nami. Ładujemy się zatem jakoś do auta i jedziemy. Lekko nie ma, bo przez całą noc napadało kupę śniegu i jedzie się bardzo ciężko, a drogi, zwłaszcza po czeskiej stronie są jeszcze nieskalane obecnością pługu czy chociaż piaskarki. Mimo wielu wrażeń i nieprzewidzianych zwrotów akcji (nawet o 270 stopni :-)) o dziewiątej jesteśmy na miejscu. Śnieg ciągle sypie, ale my idziemy podziwiać. Na początek ruiny zamku Střmen, do których trzeba się dostać po 300 drewnianych stopniach, o tej porze roku oblodzonych i zasypanych śniegiem. Choć niektórzy klną taką imprezę, wszyscy dziarsko włazimy na górę, a potem się z niej ześlizgujemy z powrotem (widoków oczywiście nie ma, bo wciąż wiszą śniegowe chmury). Potem kolejne skały i labirynty, wszystko ładnie opisane, nawet po naszemu. Po obejrzeniu Teplickich Skał udajemy się w stronę Adršpachu, gdzie czekają kolejne. Po drodze spotykamy drugą sześcioosobową grupę, która powtórzyła nasz manewr i w podobny sposób przyjechała do Czech. Kolejne skałki są równie ładne, choć jest więcej drewnianych jeszcze bardziej oblodzonych schodów, a największe wrażenie robi na wpół zamarznięty wodospad, tworzący teraz lodowe kaskady sopli. Wreszcie przed drugą wychodzimy z gór, i idziemy na obiad do knajpy tuż obok, a o 15 pociągiem wracamy do samochodu. Przed piątą jesteśmy z powrotem w Sokołowsku. Zaraz po nas wraca Tomek i duża grupa zwiedzająca zamek Książ. Przebieramy się i idziemy obejrzeć cerkiewkę, zbudowaną na początku XX wieku dla prawosławnych kuracjuszy, a niedawno odnowionej, a potem kierujemy się do Cafe Przodownik na kolejne piwa i paczki chrupek. Niestety wracając spotyka nas niemiła niespodzianka - 2 z 4 stojących przed szkołą samochodów padły ofiarą miejscowego amatora rzeczy nie-swoich, w związku z czym niektórzy zmuszeni są spędzić wieczór na czynnościach urzędowych, jakie się w tym wypadku załatwia. My gramy w Monopol (najdłużej na placu boju pozostaje Ola), potem w szachy, a po pierwszej idziemy na zasłużony spoczynek.

Sylwester wita nas - co za niespodzianka - śniegiem. Tak, pada ciągle, a ja zaplanowałem trasę Sokołowsko - Bukowiec - Andrzejówka - Włostowa - Sokołowsko. Wychodzimy po śniadaniu we czwórkę - Kasia, Jasiek, Wojtek Szulc i ja. Życie brutalnie weryfikuje nasze plany - w śniegu po kolana samo wejście na Bukowiec zajmuje półtorej godziny, potem znów na moment gubimy szlak i w Andrzejówce jesteśmy ciut po pierwszej. Dlatego rezygnujemy z Włostowej i - już we dwójkę, bo Jasiek z Wojtkiem poszli jeszcze na Waligórę - najkrótszą drogą idziemy do Sokołowska. Po drodze spotykamy Tomka, który szedł przez Włostową i też nie miał lekko. Docieramy na miejsce po trzeciej, robimy jeszcze ostatnie zakupy i idziemy się wykąpać, korzystając z tego, że większość poszła zażywać pryszniców w OW Górnik i łazienki nie są oblężone (równie dobrze można dokonać ablucji w misce a wodę zagrzać w czajniku). Potem znów odrobina gimnastyki umysłu przy scrabble'ach i o 20 zaczęła się robić impreza. Część z nas miała przygotowane wcześniej umówione stroje hawajskie, a my, mimo wcześniejszej kontestacji, w końcu chwyciliśmy przynętę, i z pomocą znalezionych w kuchni obrusów przedzierzgnęliśmy się w Rzymian, Arabów czy co kto chciał. Niektórzy (Iwona) zrobili nawet użytek z zasłony, aczkolwiek nie jestem w stanie powiedzieć za kogo się przebrała :-). Był nawet akcent morski - groźnie wyglądający pirat z tatuażami i szpadą (vel Janusz). O 23 jednak nastąpił kolejny nieoczekiwany zwrot akcji - trzeba było się ubierać w coś ciepłego, bo niedaleko szkoły pod wiatą płonęło już ognisko... Przy nim właśnie zjedliśmy posiłek regeneracyjny z wkładką mięsną (czyt. kiełbasą), a potem przez prawie godzinę składaliśmy sobie życzenia częstując się nawzajem swoimi "szampanami". O pierwszej jednak wewnętrzne ciepło chwili ustąpiło miejsca jak najbardziej zewnętrznemu zimnu i dalszą część wieczoru spędziliśmy w szkole, oddając się tańcom i rozmowom do czwartej nad ranem (tym razem nie śpiewaliśmy, bo jeden z gitarzystów już spał, a drugi był wyraźnie nie w formie). Wreszcie jednak przyszedł na nas koniec i padliśmy do śpiworów (choć nie każdy na swoim miejscu)

O tym jednak niektórzy dowiedzieli się dopiero pierwszego :-) Ja przebudziłem się dość wcześnie i wraz z Jasiem doprowadzaliśmy do jako takiego porządku jadalnię. Niestety, pierwszego musieliśmy z Kasią wrócić do domu, więc był to mój jedyny wkład w sprzątanie... O jedenastej, po śniadanku, ruszyliśmy w drogę powrotną - przez Náchod i Kudowę, które to miasta sobie zwiedziliśmy (przy ładnym słoneczku, które wyszło koło pierwszej). A drugiego rano, po całonocnej podróży byliśmy z powrotem w domu.

Trzeba przyznać, że zarówno impreza sylwestrowa, jak i wcześniejsze dni, były bardzo miłe i wszystkim obecnym udało się (mimo lekkich zgrzytów, o których tu nie będę się rozwodził) stworzyć naprawdę ciepłą atmosferę. Za co autor tejże relacji wszystkim w Sokołowsku obecnym serdecznie dziękuje :-)

Jacek Duda



 

KTE "TRAMP"
Szkoła Główna Handlowa
Al. Niepodległoœci 162
02-554 Warszawa
+48-22-5649784
Webmaster
<Klub Turystyczny Ekonomistów TRAMP>