Małe zagajenie
No to się wkopałem. Nie wiem jaka cholera mnie podkusiła gdy w styczniu
zaofiarowałem się, iż będę, wraz z moim dzielnym autkiem, stanowił "zaplecze
logistyczne" sztafety. Ale słowo się rzekło. Co z tego, że samochód ma 20 lat
i regularnie coś w nim nawala. Grunt to być optymistą! Jednak sam optymizm to
trochę za mało, a samochód domagał się gruntownego przeglądu. Święta upłynęły
mi zatem głównie w garażu kumpla. Pozwoliło mi to 22. kwietnia rano zasiąść za
sterami lśniącego Volvo i z duszą na ramieniu (a co jak się rozkraczy w
szczerym polu?) wyruszyć na południe...
TRASA: Gdzieś pod Babią Górą - Przeł. Krowiarki
UCZESTNICY: Edmund, Leszek
Owszem, planowałem na tej sztafecie pokonać jakieś odcinki pieszo, ale nie
spodziewałem się, iż nastąpi to tak szybko. Pierwszy niepokojący telefon
otrzymałem jeszcze jadąc samochodem do Suchej Beskidzkiej. Otóż Jacek P.
zadzwonił, aby zmienić jego i Michała na Markowych Szczawinach, bo są już
kompletnie "wydymani".
Po przyjeździe do Suchej spotykam Bronka, następnie przybywa Leszek, Wojtek
i w końcu Artur. Wszyscy razem ruszamy Jackowi i Michałowi z odsieczą, do
Zawoji. No i właśnie, pierwszy dzień i od razu padło na mnie. Będę miał, razem
z Leszkiem, zaszczyt przejść przez Babią Górę.
No i ruszyliśmy ok. 17:15 żółtym szlakiem z Zawoji, pełni sił i energii. Po
pół godziny spotykamy naszych zmęczonych wędrowców i odbieramy od nich smoka
wraz z wlepkami. Idzie się bardzo dobrze, śnieg jest mocno ubity, więc
zapadamy się nieznacznie. W końcu dochodzimy do znaków szlaku czerwonego i
oczom naszym ukazuje się złowrogi napis: "szlak zamknięty, zagrożenie życia".
Trochę daje nam to do myślenia i zastanawiamy się cóż takiego czyha na nasze
życie na najbliższym odcinku. Odpowiedź otrzymaliśmy po chwili: były to dwa
dość pokaźne osuwiska na stoku o bardzo dużym nachyleniu. Teren mocno
eksponowany i pokryty grząskim i głębokim śniegiem. W czasie przejścia trochę
się napociliśmy, ale żeby od razu zagrożenie życia... eee tam . Wkrótce
dochodzimy do schroniska na Markowych Szczawinach, które omijamy szerokim
łukiem kamuflując się. Ścieżka na Przełęcz Brona to istna sielanka: jest
doskonale udeptana i ma idealne nachylenie. Dopiero pod koniec śnieg robi się
na tyle śliski, że musimy się łapać wszystkiego, co wystaje z ziemi. Podejście
grzbietem na Babią również rewelacyjne, nawet widoczność zrobiła się na tyle
przyzwoita, że widać Pilsko. Pow. 1600m śnieg jest już całkowicie wywiany,
więc tempo nam rośnie. Do szybkiego marszu mobilizuje nas także silny wiatr.
No i Babia. Wyżej nikt już nie będzie, czyli sztafeta ma już z górki :-) Na
Babiej 5 minut postoju za zbawiennym wiatrochronem i zaczynamy dosłownie
zbiegać na dół..
biegniemy...
biegniemy...
wywaliłem się...
biegniemy...
Leszek się wywalił...
biegniemy...
No i jesteśmy na Krowiarkach, gdzie czeka na nas wesoła brygada i gotowi do
wymarszu Artur i Wojtek. Jeszcze tylko łyk bimbru na pożegnanie i ruszają.
TRASA: Krynica - Regetów
UCZESTNIK: Edmund
Fajnie, znowu mam okazję rozprostować kości, bo powoli odechciewa mi się
jeździć samochodem. Od rana czekamy na Tomka, który idzie z Rytra. Mi czas
upływa na czyszczeniu schowka w samochodzie, w którym rozlał się bimber, aż
wreszcie zjawia się Tomek. Posilony pizzą i piwskiem wyruszam w trasę.
Niestety ekipa nie zgodziła się przewieźć mnie na drugi koniec Krynicy, więc
etap zaczynam od mało porywającego przejścia przez miasteczko. Gdy wchodzę na
ścieżkę wstępują we mnie dodatkowe siły, więc na Huzary praktycznie wbiegam.
Na szczycie chwilę zajmują mi poszukiwania dalszego ciągu szlaku. W końcu
odnajduję biało czerwone znaczki ukryte gdzieś w krzakach i podążam w ich
stronę. Nie prowadzi tamtędy praktycznie żadna ścieżka, więc po chwili gubię
gdzieś szlak i tnę na rympał. Dochodzę do jakiejś szerszej ścieżki i ku mojej
radości dostrzegam znaki szlaku. Problem jednak w tym, że nie są czerwone,
lecz żółte. Idąc za nimi trafiam do wsi Jakubik, a z niej do Mochnaczki
Niżnej. Dalej już jak po sznurku, co prawda raz idę szlakiem, raz gdzieś obok,
ale cały czas oscyluję wokół niego. Przed Banicą zaopatruję się w solidny kij
i staram się odpierać "powitania" tutejszych burków. Od Banicy nic ciekawego,
szlak regularnie gdzieś mi ucieka, a jego poszukiwania wydatnie utrudnia mapa
WZKart.
Na odcinku od Izb spotyka mnie miła niespodzianka: tak rewelacyjnie
oznakowanego szlaku w Beskidzie Niskim nie widziałem, ktoś się naprawdę
solidnie przyłożył. Dlatego dalej już bezproblemowo i bardzo przyjemnie; sporo
błota, trochę śniegu, dodatkowo łapie mnie krótka, acz solidna burza. Moje
zadowolenie wzrasta, gdy wchodzę do doliny Ropki. Okoliczności przyrody są
przecudne, a zalegająca w dolince mgła czyni dodatkowo całą okolicę mocna
mistyczną. Kolejny odcinek trasy prowadzi malowniczą drogą, którą szybko
pokonuję i o 19:15 melduję się w Hańczowej. Znowu kij w łapę i gazu przez
wieś. Powoli robi się ciemno, a jako że noc mobilizuje mnie do szybszego
marszu, solidnym tempem włażę na Kozie Żebro. Na zejściu zwalniam z
konieczności, ponieważ oprócz znacznej stromizny przeszkodę stanowią
powycinane i zwalone drzewa. W końcu wypłaszcza się i szeroką, wygodną ścieżką
dochodzę do Regetowa. Jest 21:20, czyli 40 minut przed regulaminowym czasem.
Sztafeta jest wreszcie na plusie! Martwi mnie jednak fakt, iż nikt na mnie nie
czeka. Po kilkunastu minutach i kilku próbach dodzwonienia się do wesołej
ekipy biorę znów kija w garść i idę na spacer po wsi. Gdy wracam na umówione
miejsce, dzwoni Artur. Nie specjalnie rozumiem co do mnie mówi, bo coś
przerywa; ja natomiast przekazuję mu kilka brzydkich słów, które krążą mi w
tej sytuacji po głowie :-) W oczekiwaniu na jego przyjazd z nudów pobawiłem
się trochę ropuchą. Wreszcie Artur przyjeżdża. Musiał nieźle zapitalać, skoro
zabrało mu to niecałe pół godziny. Ja tą samą trasę z powrotem pokonałem w 45
minut. Chyba jestem cienki...
|