|
odcinek: Węgierska Górka - trawers do Markowych Szczawin
uczestnicy: Jacek Puchałka, Michał Domański
Na stację w Węgierskiej Górce nasz pociąg z Bielska-Białej wjechał o
godzinie 23.30. Spodziewaliśmy się, że Bronek może już tam na nas czekać .
planowana zmiana miała być o 0.24, ale Bronek mówił, że postara się tę
godzinkę nadrobić. Wysiedliśmy, pospacerowaliśmy po Węgierskiej, wróciliśmy na
stację i siedzieliśmy. Północ, pierwsza, robiło się nam coraz zimniej, a
poczekalnia na noc zamknięta. Co jakiś czas w okolicach stacji kręcili się
(zygzakowali) zabawowicze z pobliskiej dyskoteki. Godzina druga - Bronka nie
ma. Jest nam zimno i zaczynamy się niepokoić, a Bronek komórki nie posiada
(uh!). Ale o 2.30 pojawił się i widać było po nim, że najłatwiejszej trasy to
on nie miał. Powiedział, żebyśmy dalej szli bez niego.
I ruszyliśmy. Początek szliśmy jak burza. Najpierw asfalcik, potem dla
rozgrzewki wejście na grzbiet i dalej w kierunku Słowianki, gdzie byliśmy o
5.00. Noc była bezchmurna, bezwietrzna, na Słowiance śpiewały nam ptaszki i
wstawał nowy dzień. Ale to już niestety koniec sielanki. Na trawersie Romanki
zaczął się śnieg. Do Rysianki dotarliśmy o 7.00. Zrobiliśmy tam sobie chwilę
przerwy na kanapeczki, zdjęcia i wpis do kroniki,a schroniskowy kundelek
chciał od nas wysępić coś do jedzenia.
Zeszliśmy z Rysianki i dalej szlak szedł już granicą - non stop śnieg, a
poza tym ostre słońce (na niebie ani chmurki). Gdy doszliśmy do Hali Miziowej
czułem już "co nieco" w nogach - ale to był dopiero przedsmak. Jacek zamówił w
schronisku kawę, a ja kapkę kremu do opalania. Na Miziowej - trasy zjazdowe
czekały już na pierwszych narciarzy. A my dalej na nogach. Po dłuższym odcinku
doszliśmy do przełęczy Glinne. Oj, szkoda, że nie czekała tam na nas zmiana.
Od Glinnego czekały na nas nowe podejścia. Na szczęście na pierwszych
kilometrach nie było śniegu. Potem zaczęły się łaty śniegu, potem połacie, a
potem już tylko coraz gorszy śnieg. Jacek nadawał tempa naszemu pochodowi. Ja
powoli odliczałem GOTy jakie pozostały nam do Krowiarek. Dla usprawiedliwienia
dodam, że szedłem z pełnym ekwipunkiem. Apogeum naszych męczrni przypadło na
Mędralową. Radość jaką czerpie się z chodzenia po górach już dawno odeszła na
rzecz odczuć zdecydowanie traumatycznych. Wciąż chodziło nam po głowie, żeby
tak stanąć i zrobić szpadla twarzą w śnieg (trudno nawet opisać jak bardzo).
Jacek przez komórkę załatwiał nam wcześniejszą zmianę na trawersie do
Markowych Szczawin. A sam trawers to kolejne bagno .. Na odkrytych polankach
zapadaliśmy się po kolana lub głębiej. Gdy wreszcie ujrzeliśmy żółty szlak
wstąpiły w nas resztki energii które pozwoliły nam w ekspresowym tempie
schodzić w dół. Po drodze o 17.45 spotkaliśmy Edmunda z Leszkiem idących nam z
odsieczą. Szli na lekko, byli tacy rześcy i radośni, czego z całą pewnością
nie można było powiedzieć o nas.
Ale udało się - pałeczka z krokodyla została przekazana. Zeszliśmy żółtym
szlakiem na sam dół, gdzie czekało na nas białe Volvo z ekipą (Bronek, Artur,
Wojtek). Zgodnie z Jackiem stwierdziliśmy, że byliśmy zmęczeni jak jeszcze
nigdy w życiu.
odcinek: przełęcz Knurowska - Krościenko
sztafeciarze: Artur Pieniądz, Michał Domański
Na tym odcinku pogoda lekko mówiąc nam nie sprzyjała. Padało non-stop. Z
tego też powodu nie za bardzo chciało się nam gdziekolwiek zatrzymywać.
Szliśmy naprawdę szybkim krokiem. Co jakiś czas pojawiały się większe łaty
śniegu. Przejście utrudniały też zwalone na szlak drzewa. Czasem nie padało,
ale lało, czasem posypało gradem. Chlupało nam w Wolfskinach. Byliśmy
doszczętnie przemoczeni i wyziębieni. Na Lubań doszliśmy bez żadnego postoju.
Tam zatrzymaliśmy się na chwilę. Miałem tak skostniałe palce, że nie mogłem
wstukać SMSa do Bronka. Oddałem komórkę Arturowi, ale jemu też szło to
"opornie", dlatego po prostu zadzwoniliśmy :-) . Przeżułem jeszcze szybko
stwardniałego Marsa, zapiłem wodą. Rany, ale było nam zimno. Ruszyliśmy dalej.
Kolejny odcinek do Krościenka też przeszliśmy bezpostojowo. Na miejsce zmiany
dotarliśmy po zmroku.
odcinek: Bartne - Kąty
sztafeciarz: Michał Domański
Godzina 3 nad ranem. Do pokoju na poddaszu schroniska w Bartnem wkracza
Artur. Zrywam się na nogi, pakuje, wrzucam parę rzeczy do małego plecaka,
zakładam buty i po kilkunastu minutach wyruszam. Jest ciemna noc, po kilku
minutach kończy się droga - kawał terenu został ogrodzony wysokim płotem na
zagajnik. Na szczęście bez problemu obchodzę go i wracam na szlak. Idzie się
dobrze, ale na rozjazdach dróg mam czasem problemy z znalezieniem szlaku.
Wchodzę na Magurę Wątkowską, kilkanaście minut dalej zgubiłem szlak - ale
poszedłem na azumut i udało mi się go znaleźć. Wstał nowy dzień i szło się
rewelacyjnie - Świerzowa, Kolanin, Kamień. O ósmej schodziłem już do Kątów. W
umówionym miejscu (pod sklepem przy moście) byłem o 8.30, czyli dwie godziny
przed planowym odjazdem następnej ekipy.
|