Kurs Turystyki Górskiej Ceneria: outdoorowa porównywarka cen
www.ImprezyPodroznicze.pl
www.peron4.pl
www.szlaki.net.pl
www.skg.uw.edu.pl
Sztafeta głównym szlakiem beskidzkim

24.4.2003, czwartek, Rytro - Krynica

Była 2.50 w nocy i czwartek, kiedy wysiadłem na stacji Stary Sącz z pociągu Cracovia (rel. Miszkolc-Kraków), oczywiście sam, i żeby było jeszcze fajniej, światła zgasły tuż po odjeździe pociągu. Ja, sam, zmęczony (jechałem od 18 i spałem 2 godziny), zniechęcony przez nieobejrzany mecz (drużyna w domu grała ważny mecz, a ja musiałem wyjechać, żeby zdążyć na pociąg do Polski), w ciemku, jeszcze z walizką w ręku, a Volvo nigdzie. Na stacji w Starym Sączu nawet budynku nie ma, no ale po krótkim szukaniu udało mi się znaleźć Edmunda wraz z samochodem. Był już zniecierpliwiony i chciał pojechać po mnie do Nowego Sącza. W Rytrze czekaliśmy długo na Bronka, który nie przyszedł. Edmund pojechał więc na nocleg, zostawiając mnie samego na stacji w Rytrze. W końcu Bronek doszedł, z opóźnieniem 2-godzinnym, a ja wyruszyłem na trasę - o 6 rano. Było już jasno, ale niewiele to dało: pogoda do bani, kropi i wszędzie tylko chmury. Na dodatek marsz nie chciał mi wychodzić, co chwilę musiałem stanąć, chyba od nieprzespanej nocy, podejście do Cyrli było straszne. W nowiutkim schronisku odpocząłem, obudziwszy właściciela, który poczęstował mnie wielkim kubkiem herbaty. Dziękuję bardzo!!!! Potem było już trochę lepiej, ale na grzbiecie spotkały mnie nowe utrudnienia: mgła i śnieg. Bałem się, że się zgubię i tak też się stało. Na Pisanej Hali poszedłem nartostradą, bo nie zauważyłem szlaku; nagroda: śnieg do kolana. Ale szybko trafiłem. Na polanach śnieg sięgał do kolan, taki fajny, stary, mokry. Brrrr. Później nawet w lesie już śnieg nie ustąpił, szedłem więc z marną prędkością (a miałem nadrobić opóźnienie Bronka). W schronisku na Łabowskiej Hali trochę odpoczynku, wszyscy straszyli, że teraz jest tam okropnie, a tak w ogóle nie jest - no, ale herbaty nie dostałem tak jak w Cyrli. Dalszy marsz zapowiadał się jeszcze gorszy, podejście na Runek, wszędzie ten cholerny śnieg. No, ale nie ma lekko (przypomniały się Ryby), trzeba iść dalej, dla Sztafety. Krążyły w głowie czarne myśli, a minął Runek i byłem już na Jaworzynej. Jaki kontrast! Byłem tu wcześniej 4 lata temu, latem, w pięknej pogodzie: a teraz? Zimno, mgła, śnieg, nikogo nie widać, no nic, postanowiłem zejść do schroniska, po pieczątkę. Ale okazało się, że schronisko jest potwornie daleko, a mi się nie chciało aż tak się oddalać od szlaku. No ale jak już tam byłem, wziąłem pieczątkę, trochę odpocząłem i nie wróciłem na szlak, ale skróciłem drogą bitą. Już wtedy było widać, że nie zdążę nadrobić opóźnienia, więc spieszyło mi się, żeby w ogóle swój odcinek w wyznaczonym czasie przejść. Jak już schodziłem do Doliny Czarnego Potoku, słoneczko wyszło i zrobiło się pięknie (czemu tylko teraz???), więc nad Krynicą musiałem kilka razy stanąć, żeby zdjęcia porobić. Wtedy już byłem niestety w opóźnieniu, więc na głównej ulicy Krynicy, gdzie spotkałem chłopaków, wszyscy się spieszyli (Artur aż biegał do mnie!!!), ale pośpiech szybko minął, bo Edmund od razu wyszedł. Posiedzieliśmy więc trochę, ja odpocząłem, Bronek wziął się do swej ulubionej czynności, czyli do operacji obcych odcisków, tym razem moich (Jacki Wolfskiny nie zlitowali się nade mną). No i kolacyjka, suszenie rzeczy (nieźle zmokłem w śniegu) i dojazd do Bartnego, a po drodze postój na foto: cerkiew w Bereście oraz w Bartnem. Ładnie było. Słoneczko już zostało aż do niedzieli, a nasza czwórka (Artur, Bronek, Michał i ja) wzięła się do wypicia 5-litrowego wina marki Tesco, świeże przemyconego przeze mnie z Węgier. (Najtańsze, co było w hipermarkecie! 17 zł za 5 l). Po wyjeździe Artura na zmianę i wymięknieniu Michała skończyło się na tym, że Bronek zaczął kiwać głową nad stołem, a ja przeciwnie, nie mogłem zasnąć, bo czułem się jak na topiącym się statku. W Bartnem było więc fajnie.

Następnego ranka porozmawialiśmy z właścicielem, i wyjechaliśmy do Komańczy. Całkiem fajnie spędziłem dzień, bo nie miałem zmiany, nawet wieczorem, kiedy już siedziałem w samochodzie gotów na wszystko, okazało się, że nie muszę wychodzić, bo Witek z bratem poszli o wiele szybciej i już nie zdążyłem na zmianę. W schronisku byliśmy pierwszymi gośćmi, przyjęto więc nas szczególnie miło, mogliśmy korzystać z kuchni, wszyscy płacili mniej itp. Było miło.

W sobotę wczesnym rankiem wyjechaliśmy do pociągu, żeby powitać ekipę z Wawy (Olę, Ulę i Jaśka). Wraz z Bronkiem pojechali na zmianę, a Artur, Michał i ja zostaliśmy, czekając na autobus, który nie przyjechał. Kiedy jednak okazał się na horyzoncie, nasza radość była niepowtarzalna!!! Pojechaliśmy do Jaworzca, pod schroniskiem nawet stopa złapaliśmy: UAZa. Mieliśmy trochę czasu przed długą planowaną wyprawą idiotyczną, więc odpoczywaliśmy. Piwko, muzyka, jak to w Jaworzcu jest fajnie. Częściowo przyjechali też sztafeciarze (dziewczyny: Monika i Ula). Wieczorem, przed wyjazdem naszym przyszedł sobie jeden góral, zagrał nam nawet na dudzie, była niesamowita atmosfera. No, ale powoli musieliśmy się ruszyć.

26-27.4.2003, sobota - niedziela, Kalnica - Wołosate

Oto nasze wyzwanie: trasa idiotyczna przez połoniny, przez Tarnicę. Trochę musieliśmy czekać na zmianę, ale tamci mieli naprawdę ciężko: żaden cud, że tylko Bronek szedł dalej. Było o 23 w nocy, a następna zmiana dopiero w Ustrzykach: rano o 8. No to idziemy! Artur, Bronek, Michał i ja. Wejście na Smerek całkiem króciutkie, tylko na górze zaczęło wiać i już nie przestało: po prostu było strasznie. Dobrze wypadł odpoczynek w Chatce Puchatka: siedzieliśmy 40 minut. W Berehach zaczęło się rozjaśniać, a potem: podejście na Caryńską. Huhh, ciężko było. Ledwo doszedłem. Kurcze, znowu piździ, schodzimy!!! Słońca wschodzącego nie widzieliśmy, ale widoki były niezłe. O 7 byliśmy już w Ustrzykach Górnych, a reszta dojechała z Jaworzca punktualnie, o 8, nie łamiąc więc zasad turystyki idiotycznej, idziemy dalej, ku Tarnicy. Podejście znów niezłe, ciężko mi szło. Z Szerokiego Wierchu znów piękne widoki, ale też znak załamania pogody: było coraz bardziej pochmurno. Weszliśmy na Tarnicę, potem też na Halicz i na Rozsypaniec, ale już w deszczu, przy okropnym wietrze. Ale najgorsze czekało na nas po zejściu z grani: od Przełęczy Bukowej do Wołosatego. 8 kilosów twardego asfaltu. Brrrr. Koszmar. Grupa całkiem się rozpadła, po prostu wszyscy chcieli być jak najszybciej (na miarę swoich możliwości) w Wołosatem, padało, było zimno, a asfalt nie chciał się skończyć. Gdybyśmy wtedy dorwali działacza kochanego PTTK, kto wyznaczył tak Główny Szlak Beskidzki, byłby rozebrany na małe cząstki. No ale męka też się skończyła, i doszliśmy do końca. Historyczny punkt w życiu Trampa, chyba każdy obecny miał wrażenie, że zrobiliśmy coś wielkiego. Ja n.p. przeszedłem pierwsze moje przejście idiotyczne! W Wołosatem odpoczęliśmy trochę w barze, sesja zdjęć, i do busu!!! Na godzinę przed wyjazdem pociągu byliśmy już w Zagórzu, zakupy na drogę i fru. W pociągu po piwku szybko zasnąłem i nie obudziłem się już aż do Warszawy. Chyba nigdy jeszcze w pociągu tak dobrze nie spałem, no, ale przecież ostatni spałem z piątku na sobotę! Dla mnie sztafeta klubowa była wielkim przeżyciem, mam nadzieję, że będę miał jeszcze okazji w uczęszczaniu bądź w organizacji takiego przedsięwzięcia.



 

KTE "TRAMP"
Szkoła Główna Handlowa
Al. Niepodległoœci 162
02-554 Warszawa
+48-22-5649784
Webmaster
<Piotr Chachaj>