Kurs Turystyki Górskiej Ceneria: outdoorowa porównywarka cen
www.ImprezyPodroznicze.pl
www.peron4.pl
www.szlaki.net.pl
www.skg.uw.edu.pl
Klub Turystyczny Ekonomistów TRAMP
Dzień 1 (03. 07. 2003)

Nasza ukraińsko-węgiersko-słowacka wyprawa zaczyna się w momencie przyjazdu pociągu relacji Wrocław-Przemyśl na dworzec w Przemyślu. To tam do części grupy jadącej z Warszawy (Kasia, Jacek, oraz zaczynający swoją przygodę z Trampem - choć nie z pieszymi wędrówkami - Bartek Cieśliński i Grzesiek Mosek) dołączyli nasz Reisefuhrer Artur z Kasią i Przemkiem Antoniakiem. W hali dworcowej w Przemyślu rozdzielamy sprzęt i udajemy się przed dworzec gdzie czekają na chętnych busy do Medyki (2 PLN/os). Na granicy jesteśmy o 9:00. Samo przekroczenie bez większych ekscesów, wyjąwszy może to, że Ukraińcy jednak ściągnęli od nas haracz pod nazwą "obowiązkowe ubezpieczenie medyczne", mimo zapewnień, że w ambasadzie mówili, że jest nieobowiązkowe (12 UAH). Do Lwowa docieramy przed 12 (czasu kijowskiego - 1 h w przód), busem (6 UAH). Na dworcu sprawdzamy pociągi; okazuje się że możemy wyjechać o 22:56 i być w Worochcie, skąd chcemy ruszać, o 5 rano (przesiadka w Iwano-Frankowsku). Zostawiamy zatem bagaże w przechowalni (3 UAH) i udajemy się na spacer po Lwowie. Czasu starcza akurat na zaliczenie "obowiązkowych" miejsc (pomnik Mickiewicza, opera, starówka, Wały Hetmańskie, Katedra), wszystko to w 30-stopniowym upale. Wieczorem na dworcu miła niespodzianka - pociąg jest plackartny ale bez rezerwacji - przejazd do Iwano-Frankowska kosztuje tylko 6,23 UAH. Podróż do Iwano-Frankowska mija nam bardzo przyjemnie, głównie dzięki zakupionym jeszcze we Lwowie winom Portwiejn Biłyj Krymskij.

Dzień 2 (04. 07. 2003)

Ten dzień zaczął się dla nas bardzo wcześnie - o 1:30, wtedy bowiem trzeba było przesiąść się na "dizelnyj" do Rachowa (3,10 UAH). Wnętrze pociągu mimo że nieco odbiegało od polskich standardów, było dość przytulne a drewniane ławki nadawały się do spania (niektórzy byli bardzo zmęczeni trudami podróży w poprzednim pociągu ;-) Niestety nasz sen jest brutalnie przerywany, najpierw przez każącą przesiąść się do drugiego wagonu konduktorkę (przyznam że ten incydent nie bardzo zapadł w mą pamięć, tak byłem "zmęczony"), a potem już trzeba było wysiadać... zjadamy kanapki, a potem busem dojeżdżamy do granicy parku narodowego (4,30 UAH). No a dalej już na nogach. Z początku planujemy rozbić się za Howerlą idąc przez Jeziorko Niesamowite. Najpierw jednak 2,5 godziny idziemy asfaltem (po drodze kaszka na śniadanko), dopiero potem skręcamy na prowadzącą lekko pod górę ścieżkę. Wspinaczka może nie należy do wyczerpujących, podejście jest raczej delikatne ale ciągle idziemy pod górę przez las. O 16 wiemy już, że o normalnej porze na planowane miejsce obozu nie dojdziemy, decydujemy się więc rozbić tam gdzie jesteśmy, ok. 1,5 km od jeziorka, na wysokości ok. 1550 m. Miejsca na biwak szuka Artur, trzeba przyznać, że znalazł świetne - 50 m od szlaku, z którego jednak zupełnie nie widać naszych namiotów! Niedaleko płynie dość duży strumień co cieszy zwłaszcza dziewczyny, które twierdzą, że po dwóch nocach w pociągu koniecznie trzeba się umyć. O 17 obiadek - kasza gryczana z soją i sosem pomidorowym, a potem spać, w końcu następnego dnia wspinaczka na najwyższą górę Ukrainy. Pogoda jednak zaczyna się psuć - wieczorem słońce przesłania coraz więcej "mleka" zwiastującego zwykle front.

Dzień 3 (05. 07. 2003)

I stało się. Już w nocy budzą nas krople deszczu walące w namioty. Jednak gdy wstajemy koło wpół do siódmej, stwierdzamy, że chmury właśnie sobie poszły i zza gór wychodzi słońce. Ogniska mimo wszystko nie udaje się rozpalić i żeby zagotować wodę, musimy rozdziewiczyć butlę (która jak się zaraz okazuje przy niestabilnym ustawieniu łatwo zmienia się w miotacz ognia). Szybka konsumpcja kaszki, złożenie namiotów i w drogę. Chmury co prawda znów nadchodzą, ale na razie nie pada. Jeziorko osiągamy po godzinie całkiem przyzwoitego wspinania, rzeczywiście, ładnie tam, szkoda tylko że te chmury bardzo ograniczają widoczność. Chwila postoju, zdjęcia, i ruszamy na grzbiet. Wyłazimy na niego ok. 11, przed Turkułem (1932 m), którego decydujemy się strawersować. Potem wchodzimy na Dancerz (1846), i trawersujemy Pożyżewską (1822). Przed podejściem na Breskuł (1919) łapie nas burza z gradem (na szczęście główne uderzenie idzie bokiem). Widoków w zasadzie nie ma, tylko czasem gdy chmury idą wyżej, widać to jedną, to drugą stronę grzbietu. Co 100 m mijamy natomiast polsko-czechosłowackie słupki graniczne z 1929 r. Za Breskułem czeka Howerla (2064 m). Na przełęczy pod nią świeci blade słońce, ale sam szczyt tonie w chmu-rach. Zaczynamy włazić. Samo podejście ma ok. 300 m, ale okazuje się strasznie upierdliwe, zwłaszcza z ciężkim plecakiem na grzbiecie. Mijając kolejny słupek zastanawiam się czy ta góra w ogóle ma koniec. Jednak ma. A na nim obelisk i łopoczącą niebiesko-żółtą flagę oraz tłum turystów i gości weselnych (odbywa się tam bowiem regularna ceremonia ślubu, z księdzem i koronami nad głowami młodych). Odpoczywamy trochę więcej niż pół godziny, ale robi nam się zimno, poza tym z daleka słychać grzmoty, więc decydujemy się schodzić. Schodzimy w gęstej mgle, przez co mylimy drogę i musimy trochę nadrobić by wrócić na prowadzącą w kierunku Pietrosa (2020) ścieżkę, w okolicach której chcemy się rozbić. Ścieżkę znajdujemy dość szybko, ale zaraz potem zaczyna padać, dlatego decydujemy się zanocować gdzieś niedaleko. Na poszukiwanie miejsca udaje się Artur i znów odnosi sukces, duża polanka leży nieco poniżej szlaku, z którego jednak nie ma szans zobaczyć namiotów. Tuż po tym jak się rozbiliśmy deszcz się wzmaga, potem przestaje na tyle, żeby zjeść zupkę chińską i chwilę pogadać. O 21 idziemy do namiotów i niedługo wszyscy śpią.

Dzień 4 (06. 07. 2003)

Pobudka o 7.15. Okazuje się że przez noc nie padało i teraz też nie ma zamiaru. Spokojnie zwijamy obóz, jemy kaszkę i idziemy. Plan pierwotny zakładał wejście na Pietrosa i zejście z niego do Kwasów, jednak mamy mokre namioty a niektórzy mało suchych ubrań, w związku z tym decydujemy się podejść pod Pietrosa i stamtąd zejść do Jasini przez turbazę "Kozmienszczik". Idzie nam się dobrze mimo chmur i niespodzianek (wyłaniająca się z mgły krowa na wysokości 1600 m do codziennych widoków z pewnością nie należy). Potem mgła się podnosi i pod Pietrosem możemy obejrzeć i górę (dziękujemy niebiosom że nie musimy na nią wchodzić) oraz panoramę Gorganów widoczną przez kilka minut. Potem już tylko zejście i o 15 jesteśmy w turbazie. Pijemy tam pierwsze od 3 dni piwo (tylko 2 UAH!) i rozglądamy się za transportem do Jasini (nie uśmiecha nam się 12 km asfaltem). Okazuje się że za 1,5 h na dół jedzie ZiŁ i kierowca jest gotów zawieźć nas na pace ze 50 UAH od grupy. Po nego-cjacjach cenę udało się zbić do 40 (plus cigariety z Polszy). Siadamy na pakę, razem z jedną babcią. Droga wbrew mapie i naszym mniemaniom co prawda nie jest asfaltowa ale i tak dostarcza nam i naszym siedzeniom niepowtarzalnych przeżyć (nic innego niż ZiŁ po niej by nie przejechało). Pogoda lepsza, z dołu nawet widać Howerlę i Pietrosa, ale co jakiś czas pada. W Jasini jesteśmy przed szóstą, nocleg znajdujemy w turbazie .Edelwejs. (10 UAH), jest woda, więc myjemy się, pierzemy ubrania i wychodzimy .na miasto. w pozukiwaniu knajpy. W końcu znajdujemy przyjemny lokal z dobrym i tanim jedzeniem (frytki 3 UAH, pielmieni 2, piwo z kija 1,50). Każdy zamówił po 2-3 porcje, czym wprawiliśmy w zachwyt panią bufetową. Wracając kupujemy wina na wieczór i sprawdzamy autobusy - jutro przecież wyjście w Świdowiec.

Dzień 5 (07. 07. 2003)

Budzimy się o 7.30, pakujemy i wychodzimy na autobus. Za 0,50 UAH dojeżdżamy do drogi wychodzącej w Świdowiec. Pogoda ciągle średnia, słońce czasem wygląda ale generalnie jest pochmurno i czasem mży. Mijamy brygady wojska usuwające skutki wiosennej powodzi, około 11 jemy śniadanie a o 14 docieramy do zespołu schronisk "Drahobrat". Rozwa-żamy możliwość zostawienia plecaków i "skoczenia" na lekko na najwyższy szczyt Świdowca - Bliźnicę (1883 m), ale nie udaje nam się znaleźć kwatery (jedyna dostępna jest po 25 UAH, trochę za dużo). Decydujemy się więc podejść na grzbiet i rozbić się po drugiej jego stronie. Jest 15.30. W godzinę i trochę wychodzimy na przełęcz pod górą Stóg, i dokładnie w tym momencie zaczyna lać. Szybka decyzja - rozbijamy się, jak się okazuje błędna, bo poza tym że zmokły nam namioty nie osiągamy nic. Jak na złość, deszcz okazuje się być przelotny i zaraz przestaje padać, co więcej wychodzi słońce. Ale jest już "pozamiatane" - schodzimy. Na dole niespodzianka - panie już nie zgadzają się nas przyjąć, podobno przybyli nowi turyści (prawdopodobnie nie chciały, bo byliśmy cali mokrzy i mogliśmy pobrudzić ich śliczny pensjonat). Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło, trochę niżej znajdujemy pokoje za 7 UAH, kto wie czy nie w lepszych warunkach. I nawet było czym popić soję - nasz gospodarz - Wołodia - załatwił nam dojście do browara (a nawet czegoś mocniejszego, bo Artur wrócił jeszcze z 0,5 l wódki "Starorusskaja", kupionym od pasterki za 9 UAH). Wieczór mija bez ekscesów, choć dla niektórych "Staroruska" była najgorszą benzyną jaką pili do tej pory.

Dzień 6 (08. 07. 2003)

Wstajemy rano - leje. Rezygnujemy zatem z wyjścia w Świdowiec, schodzimy z powrotem do Jasini, a jutro jedziemy na Węgry. Wychodzimy o 11, okazuje się że padać przestało, zatem postanawiamy iść przez Menczuł (1415 m). Wybór okazuje się trafny, trasa jest nawet dość ciekawa, po drodze jemy jagody z krzaka, no i co najważniejsze trochę udaje nam się przejść, zatem dzień nie jest zmarnowany. W Jasini jesteśmy po 16, zostawiamy rzeczy w znajomej już turbazie, po czym idziemy na obiad, a po obiedzie do baru "Wiola", gdzie próbujemy wszystkich win jakie mają i zawieramy znajomość z sympatycznym Ukraińcem, mówiącym po czesku (pracował w browarze robiącym Staropramen). Do turbazy wracamy o 21, jedno winko i spać, o 8 ruszamy przecież na Węgry.

Dzień 7 (09. 07. 2003)

Wydawało nam się, że podróż będzie łatwa i przyjemna. Autobus mamy punkt 8, za 8 UAH jedziemy do Tiaczewa, skąd chcemy złapać elektriczkę do Czopu, gdzie jest jedyne międzynarodowe przejście graniczne między Ukrainą a Węgrami. W Tiaczewie jesteśmy o 11, okazuje się jednak, że elektriczek nie ma, o 13 natomiast odchodzi autobus do Mukaczewa skąd ma być nam łatwiej dostać się do Czopu. Wsiadamy (8,50 UAH) i przez Chust jedziemy do Mukaczewa. Jesteśmy po 15. Dowiadujemy się na dworcu że wygodniej nam wziąć bus do Użhorodu (4 UAH), bo stąd do Czopu "coś może jechać a może nie". O 16 meldujemy się w stolicy Rusi Zakarpackiej, gdzie już bez problemów znajdujemy busa do Czopu (2 UAH). W Czopie niespodzianka, wbrew temu, co czytaliśmy przed wyjazdem, przejście nie jest piesze, można je pokonać taksówką lub pociągiem. Idziemy na dworzec. Okazuje się, że pociąg jest za 10 minut ale już nas nie puszczą, bo biletów (24,50 UAH, według taryfy międzynarodowej, bez możliwości łapówki bo Madziarzy się podobno czepiają) nie sprzedaje się na 20 min przed odjazdem. Sympatyczna pani z informacji obiecuje nam jednak znaleźć znajomego busiarza, który przewiezie nas za tyle samo (5 USD/os). Niestety po 10 min wraca z informacją, że ten facet pojechał już na Węgry. Idziemy więc do taksówkarzy. Ci chcą 10 USD/os (uzasadnienie: bo Węgrzy stemplują paszporty i co 2 miesiące trzeba wyrabiać nowy a to kosztuje podobnie jak ubezpieczenie samochodu, nie wspominając już o ustawionych celnikach). Po długich targach udaje się zejść do 7 USD/35 UAH. Wsiadamy do dwóch aut (w jednym jedzie jeszcze wzięty na doczepkę Rumun). Z ukraińskimi celnikami idzie łatwo, Węgrzy natomiast trzymają nas prawie pół godziny (rzeczywiście są strasznie czepliwi, najbardziej do naszego kierowcy, nota bene sympatycznego człowieka, który jeżdżąc taksówką zarabia na opłacenie studiów córki w Kijowie). Po zakończeniu formalności zatrzymujemy się jeszcze by wymienić pozostałe hrywny na forinty (u "waliutczików", którzy okazują się być... Polakami), po czym jedziemy na dworzec w Záhony. Tam rozstajemy się z naszymi kierowcami i wsiadamy do pociągu (bilet do Tokaju z przesiadką w Nyiregyháza 732 Ft). Do Tokaju docieramy na czas o 20.01, ale tu spotyka nas niespodzianka . miejsc na kempingach nie ma, bo właśnie zaczął się festiwal młodzieżowy. Szukamy innej możliwości, rozważając nawet rozbicie się nad rzeką (dzięki temu zyskaliśmy wodę pitną, wino i bimber - ten ostatni w prezencie od Węgra, od którego braliśmy wodę). Nocleg znajdujemy w końcu na obrzeżach miasta, na trawniku za domem oferującym "Zim-mer frei" (300 Ft za osobę). Właścicielka nie dość, że mówi po ludzku (czytaj po niemiecku) to jeszcze pozwala korzystać z prysznica. Po kolacji Przemek i Grześ wyruszają oglądać festiwal, a pozostała piątka raczy się posiadanymi specjałami. Po 23 wspomaga nas w tym jeden z Węgrów, który przyszedł już z festiwalu a miał jeszcze nie dopite. Ten ciężki dzień kończy się dla nas o 2, a dla grupy festiwalowej nawet później.

Dzień 8 (10. 07. 2003)

Po obudzeniu się wciąż odczuwamy trudy poprzedniego dnia, więc śniadanie i pakowanie idą nam powoli. Następną noc mamy zamiar spędzić w Miszkolcu, ale przed wyjazdem chcemy jeszcze obejrzeć miasto i wspiąć się na górującą nad nim Kopaszhegy (515 m). Widok z góry jest bardzo ładny, oglądamy ujście Bodrogu do Cisy, kawałek gór Zemplen i płaskiej jak stół Wielkiej Niziny Węgierskiej. Schodzimy drogą idącą wśród winnic, a potem wizytujemy jedną z piwnic, gdzie próbujemy pysznego i niedrogiego (400 Ft/l) Tokaja. Około 15 idziemy po plecaki, a potem, znów wizytując piwnicę, na dworzec, skąd ok. 17 odchodzi nasz pociąg. Pogoda, która do tej pory była słoneczna, właśnie się psuje, w Tokaju mamy ulewę, a w Miszkolcu po prostu pada. Ze znalezieniem noclegu nie mamy problemu, bo jeszcze w Tokaju pani ucząca naszą gospodynię angielskiego, rodem z Miszkolca, powiedziała nam co i jak. Śpimy więc na kempingu "Eden" (720 Ft), w dzielnicy Tapolca, na południe od centrum. Jak na każdym szanującym się kempingu jest prysznic i kuchnia, w której gotujemy soję z ryżem. Koło 22 przestaje padać, a za chwilę idziemy spać.

Dzień 9 (11. 07. 2003)

Rano po raz pierwszy na tym wyjeździe z namiotu wygania nas gorąco. Pogoda nie jest może idealna, ale przeważa słońce i jest naprawdę ciepło. Plan na dziś - dojechać do Lillafüred, które następnego dnia stanie się naszą bazą wypadową w Góry Bukowe. To jednak dopiero po 15. Przedtem, każdy spędza czas na własną rękę; Artur, Grześ, Przemek i Bartek kąpią się w jaskiniowym kąpielisku, jedna Kasia zostaje się opalać, a druga w towarzystwie Jacka idzie się przejść po pagórkach uzdrowiska. Potem zwijamy namioty i jedziemy do centrum, a potem na stację początkową zabytkowej kolejki wąskotorowej LÁEV, która za jedyne 200 Ft wiezie nas do Lillafüred. Linia jest rzeczywiście śliczna, kolejka jedzie wolniutko, wagoniki nie mają szyb, a sprawdzający bilety zjawiają się zupełnie nie od tej strony od której się spodziewamy - od zewnętrznej. O 17 dojeżdżamy do Lillafüred, które okazuje się małym uzdrowiskiem, trochę skażonym turystyczną stonką, ale w granicach tolerancji. Znajdujemy szybko kemping, trochę drogi (850 Ft) ale innego nie ma. Po rozbiciu idziemy przejść się po miejscowości, nabywamy trunki na wieczór a po powrocie robimy sobie jedzonko i spożywamy nabyte trunki po czym idziemy spać, ciesząc się, że oto mamy pierwszą dobę, podczas której nie spadła na nas kropla deszczu!

Dzień 10 (12. 07. 2003)

Dziś wychodzimy w Góry Bukowe. Pogoda całkiem przyjemna. Przed wyjściem zaopatrujemy się jeszcze w trunek na wieczór i wyłazimy. Trasy pomógł Arturowi opracować Tomek Dombi, podobnie jak polecił nam miejsca na nocleg - bardzo dziękujemy :-). Góry bardzo przypominają nasz Beskid Niski, zarówno przez swoją wysokość i stopień trudności szlaków, jak i porastające je drzewa (rzeczywiście poza bukami ciężko tam o cokolwiek innego). Na początku podejścia nawet dają się nam we znaki, ale potem idzie nam się dobrze, bo trasa wiedzie raczej płaskowyżem. Około 13 zaczyna padać (co za niespodzianka...) i odtąd przez 3 godziny jest raczej pochmurno. Około 14 wychodzimy na ładny punkt widokowy, z którego widać nawet oddalone o ok. 50 km góry pod którymi znajdują się słynne jaskinie w Aggtelek. Są na nim węgierscy turyści (w ogóle trochę się ich spotyka) i tablica poświęcona jakiemuś panu o nazwisku Mor Jokai (lub odwrotnie), może Tomek by wiedział o kogo chodzi. Około 16 idziemy w miejsce noclegu polecane przez Tomka (zupełnie na dziko rozbić się nie można, całe góry to park narodowy z ogromną ilością czepliwych strażników), czyli jaskinie z przygotowanymi dla turystów łóżkami (rzecz nie do końca legalna ale aprobowana). Jaskiń niestety nie było, więc po godzinie szukania udajemy się w dalszą drogę. Najpierw chcemy się rozbić z węgierskimi harcerzami, ale mimo początkowej aprobaty nie udaje nam się to (boją się strażników, którzy podobno co noc ich liczą i się czepiają). Koło kilometra dalej znajdujemy jednak kwaterę (wcześniej mijamy bardzo fajne skałki) w ośrodku wcześniej należącym do węgierskiej armii. Jest nawet taniej niż w Lillafüred (780 Ft), a właściciel ma w piwniczce wino, więc wieczorem nie marnujemy czasu.

Dzień 11 (13. 07. 2003)

Trzynasty zaczyna się dość pechowo, szczególnie dla Przemka. Otóż budzę się rano koło ósmej, wyglądam z namiotu i oczom moim ukazuje się pies właściciela (kudłate bydlę, chyba metr w kłębie), który właśnie kończy cały prowiant Przemka (żeby się do niego dostać, musiał rozsunąć dwa suwaki w namiocie!). Niestety mimo szybkiej akcji nie udaje się wiele z tego uratować, na szczęście właściciel psa w dużej mierze rekompensuje poniesione straty. Po-goda jak zwykle, generalnie słońce, ale wyjście opóźnia nam się o pół godziny z powodu przelotnego deszczu. Wychodzimy po 10, a naszym celem jest wieża widokowa na szczycie Balvan (936 m) i - w dalszej perspektywie - miejscowość Repáshuta, gdzie mamy spać. Najpierw cały czas idziemy lasem, a deniwelacje nie przekraczają 100m, tak przez 2,5 godziny. Gdy wychodzimy na drogę, okazuje się, że niebo właśnie przykryły chmury i zaraz będzie burza. Na szczęście tuż przed nami (500 m) jest centrum narciarskie a w nim knajpa, otwarta. W pierwszych kroplach deszczu wchodzimy i przeczekujemy ponad godzinną ulewę przy winie i hot-dogach (tylko to tam mają). Potem wychodzimy (na dworze jak to po burzy - świeci słońce) i kierujemy się na Balvana. Widok z wieży jest rzeczywiście śliczny, w dodatku uroku dodaje mu odchodząca na wschód burzowa chmura. Zachwycamy się trochę i schodzimy - najpierw łagodnie łąkami na których pasą się stada koni, a potem lasem, który jest ciemny i śliski, a zbocza strome. W kilku miejscach przecinamy "ślimakującą" strasznie drogę do Repáshuty, wreszcie około 17.30 jesteśmy na miejscu. Wioska leży w kotlinie, jest maleńka, ale kemping jest, do tego bardzo tani (240 Ft). Prowadząca go dziewczyna nie mówi inaczej jak po węgiersku, ale udaje mi się z pomocą rozmówek dowiedzieć się o miejscowe atrakcje (czytaj sklep i knajpę). Jako że w niedzielę łatwiej o knajpę, rozbijamy się szybko (tym bardziej że kolejna burza na horyzoncie) i idziemy na obiadek. Jemy zupę gulaszową a niektó-rzy na deser biorą jeszcze naleśniki. Popijamy wiadomo czym. O 20 zamykają, więc przenosi-my się na kemping, gdzie wtrząchamy jeszcze kanapki (a mamy z czym bo daczujący obok Węgrzy lat ok. 40 podarowali nam dwa chleby i trochę pomidorów, mówiąc że jak byli mło-dzi to też tak łazili). Wieczór choć sympatyczny, to jest jednak strasznie zimny i koło 10 idziemy spać.

Dzień 12 (14. 08. 2003)

Wstajemy o 8 rano, bo chcemy jeszcze wieczorem być w Egerze. Szybo się myjemy, zwijamy obóz, robimy zakupy i ruszamy. Kawałek wracamy tą samą drogą - las znów jest ciemny, stromy i jest ślisko, niestety, tym razem trzeba iść pod górę... Nawet się zasapaliśmy... Potem udajemy się na krawędź wyższego z dwóch płaskowyżów Gór Bukowych - na szczyty Örvenykö (919 m) i trochę wyższy Tárkö (956 m), na których robimy sobie krótkie przerwy połączone z konsumpcją. Widoki są śliczne, widać całe Góry Bukowe i niedaleką Mátrę z najwyższym szczytem Węgier - Kékesem (1015 m), ale widać też nadciągające chmury, w związku z czym przyspieszamy trochę marsz. Niestety, po jakichś 20 minutach zaczyna kropić, na szczęście mamy jakieś 100 m do jaskini - właśnie jednej z takich udostępnionych do spania. Po ocenie pogody decydujemy się chwilę w niej zaczekać, co owocuje tym, że po 30 minutach kończy nam się wino. Deszcz jakoś nie chce zacząć padać, więc idziemy dalej. Przed nami już tylko zejście do miasteczka Bélapátfalva, strasznie długie i momentami uciążliwe. Przed samym miasteczkiem oglądamy sobie górę do połowy rozgrzebaną przez miejscową cementownię. Pociąg do Egeru mamy za 45 minut więc robimy sobie jeszcze mały spacer po miasteczku, kupujemy bilety i wsiadamy. Jedziemy linią Putnok-Füzesábony, według słów Tomka, najładniejszą na Węgrzech. Rzeczywiście, jest niczego sobie, choć moim zdaniem do Kolei Izerskiej się nie umywa. W Egerze jesteśmy przed piątą. Na dworcu orientujemy się co do kempingu, wybieramy Tulipan jako tańszy (i leżący w Szépásszony volgy, czyli Dolinie Pięknych Pań - miejscu pełnym winnic - a panny są piękne dopiero po degustacji :-)). Wbrew temu co pisali na dworcu kemping jest najdroższy ze wszystkich przez nas odwiedzanych (1020 Ft), a że jesteśmy po 18, to - jak to na Węgrzech - mało co pracuje, najbliższy otwarty sklep jest kilometr od kempingu. Przed wyjściem na rekonesans (czytaj na wino) jemy, i to jest błąd bo okazuje się, że po 21 nie pracuje już prawie nic w okolicy. Znajdujemy jedną winiarnię, pijemy po 1 deci (100 ml) na miejscu (100 Ft, drogo, zwykła cena to 40-60) i kupujemy na wynos (tu już OK, 400 Ft/l). Konsumujemy to i po 12 idziemy spać.

Dzień 13 (15. 08. 2003)

Kolejny podczas tego wyjazdu dzień zwiedzająco - podróżniczy. Wstajemy koło 8 i mimo porannego zmęczenia idziemy najpierw wykąpać się w basenie, a potem ruszamy zwiedzać Eger, każdy na własną rękę, bo też każdy chce zobaczyć coś innego. I chyba można powiedzieć, że jakby to wszystko zebrać do kupy to Eger mamy obcykany :-). Miasto poza winnicami ma ładną starówkę (urokliwe uliczki odchodzące od głównego placu) i zamek, mnie poza tym podobał się poturecki minaret (zawiało mi trochę Bałkanami), choć może trochę za dużo w nim typowej stonki (także tej mówiącej po polsku). Godnym zobaczenia jest podobno camera obscura w budynku Liceum, cały Eger mogą stamtąd obejrzeć ci, którym nie chce się po nim łazić. Przed 15 spotykamy się na kempingu i idziemy na dworzec na pociąg do Budapesztu (1330 Ft). Jedziemy z przesiadką w Füzesábony i już ok. 17.50 jesteśmy na miejscu. Trzeba przyznać, że pociąg jedzie naprawdę szybko (coś koło 2h20m) i nie odczuwamy specjalnie tego że jest mocno zatłoczony. Przyjeżdżamy na dworzec Keleti i udajemy się do informacji turystycznej, w której jednak niewiele osiągamy, bo pan usilnie stara się nas naciągnąć na jakiś horrendalnie drogi nocleg w centrum. Nie ma tego złego. Przydaje nam się znajomość miasta wyniesiona przeze mnie podczas poprzedniego w nim pobytu (wrzesień 2000), podczas którego nocowałem na malutkim kempingu prowadzonym przez Kawalerów Maltańskich przy samej północnej granicy miasta. Decydujemy się tam jechać, na dodatek w metrze spotykamy grupę Polaków, która mieszka na innym kempingu niedaleko tego miejsca i mówią nam jak tam dojechać. Najpierw wsiadamy w kolejkę podmiejską HÉV (bilet podobnie jak na komunikację miejską 125 Ft) - coś jak nasze WKD lub SKM, którą jedziemy do stacji Békásmegyer, a stamtąd jeszcze 15 minut piechotą. Kemping, na którym mieszkają poznani Polacy jest dość drogi (choć nie tragicznie, 1100 Ft), więc decydujemy się nie paląc mostów spróbować u Maltańczyków. Okazuje się że właściciela nie ma, ale udaje mi się pogadać (może to za dużo powiedziane, bo gość zna tylko węgierski) i dowiedzieć się, że będzie niedługo i przekazać mniej więcej czego chcemy. Rzeczywiście, człowiek przyjeżdża i bez ceregieli pozwala nam się rozbić za 800 Ft. No taniej już chyba nie można, więc przyjmujemy w ciemno. Mamy ciepłą wodę, prysznice i kuchnię (z lodówką), no i jesteśmy sami, więc narzekać nie możemy. Wieczór spędzamy jak zwykle, tym bardziej że noc, tak jak i poprzedni dzień, ciepła. Spać idziemy po 12.

Dzień 14 (16. 07. 2003)

Ten dzień postanowiliśmy przeznaczyć na zwiedzanie Budapesztu. Najwcześniej zaczął go Grześ, który wstał już po 7, żeby rano wykąpać się w termalnych basenach w hotelu Gellért. My wstajemy trochę później, zjadamy śniadanie i idziemy na HÉV. O 10 wysiadamy przy Moście Arpáda i idziemy obejrzeć Wyspę Małgorzaty (Margit Sziget), będącą jednym wielkim parkiem z oczkami wodnymi, zacisznymi (choć nie w środku sezonu) alejkami i wspaniałą fontanną. Potem mostem Małgorzaty przedostaliśmy się do Pesztu, gdzie oglądamy (z zewnątrz) Parlament. Jest już pierwsza i nasze żołądki zaczynały domagać się jedzenia, więc kierujemy się do starej hali targowej, która okazała się całkiem przyjemna a żarcie, które tam dają, zjadliwe i tanie. Potem marsz pod Katedrę Świętego Stefana, mijamy plac koło ambasady amerykańskiej z cokołem poświęconym Armii Czerwonej pośrodku :-). Sama katedra dostarczyła nam wrażeń - estetycznych i nie tylko, bo gubimy Artura i Kasię. Niezrażeni idziemy dalej, bo dalsza marszruta była znana i pomyśleliśmy że i tak się spotkamy na Wzgórzu Gellerta. I rzeczywiście, spotkaliśmy się, choć znów nie w pełnym składzie, bo przed wzgórzem Grześ z Bartkiem uznali że nie chce im się wchodzić w upale (35 stopni) i że idą do muzeum. Spotkanie z nimi wyznaczyliśmy na 18:30, sami zaś (Kasia, Przemek i ja) drapiemy się na wzgórze, gdzie już czekają Kasia z Arturem. Posiedzieliśmy, popatrzyliśmy i na dół, gdzie chłopaki już na nas czekają. O 19 jesteśmy już na Zamku, który jest bardzo urokliwym miejscem a panorama miasta stamtąd jest chyba najładniejsza. Oglądamy sobie zachodzące słońce (coś podejrzanie czerwone) i idziemy w kierunku Mátyás templóm - rzeczywiście robi wrażenie. Pod kościołem znów się rozdzielamy - Bartek, Grześ i Przemek zostają podziwiać Budapeszt by night, a my wpół do dziewiątej wracamy. Wieczór jak zwykle, poza tym że nasz gospodarz robi się czepliwy, najpierw ma pretensję że było za głośno poprzedniego dnia, potem że chłopaki za późno wrócili... no cóż, nasze wino pijemy tym razem nie na ganku, a koło namiotów. Ale i tak jest fajnie.

Dzień 15 (17. 07. 2003)

Znów dzień "transferowy" ale nie do końca. Rzeczywiście, mamy zamiar przenieść się na Słowację, do Bańskiej Bystrzycy najlepiej, ale najpierw chcemy zwiedzić Wyszehrad. Jest tam czternastowieczny zamek na skarpie, z którego doskonale widać całe zakole Dunaju, Góry Börzsöny i Pilis. Ale najpierw jemy śniadanie, przy którym mamy kolejny incydent z Madziarem, który tym razem twierdzi, że mu zbiliśmy szklankę i musimy płacić 500 Ft (przegięcie, 7 zł za zwykłą musztardówkę, do tego już rozbitą jak przyjechaliśmy). Tymczasowo olewamy gościa, kończymy jeść i zwijamy namioty, po czym korzystając z chwilowej nieobecności Madziara po prostu pryskamy :-). Do Wyszehradu najlepiej się dostać autobusem, przystanek którego jest obok stacji HÉV-ów. Przyjeżdża punktualnie, i teraz czeka nas godzina jazdy podmiejskim VOLANbuszem czyli ichnim PKSem. Przypomina ten pojazd nasze zwykłe niskopodłogowce (bilet 368Ft), tylko zdecydowanie za często się zatrzymuje (za Szentendre co 50 sekund L). W końcu jednak docieramy na miejsce i decydujemy że optymalnie byłoby wyjechać do Esztergomu przed 14. Mamy więc 3 godziny. Podejście pod zamek jest dość forsowne, ale i tak z plecakami jesteśmy lepsi od watah niedzielnych turystów bez obciążenia i po 40 minutach jesteśmy pod zamkiemJ. Widok jest piękny, a w porównaniu z rokiem 2000 pojawiły się słuchawki z "przewodnikiem" w kilku językach (najlepiej wypada słowackie omówienie wystawy narzędzi tortur). Widoczność jest świetna, choć niebo zasnuwają powoli chmury. Złazimy do misteczka, chwilę czekamy na kolejny autobus tym razem do Esztergomu (kierowca wziął 1500Ft od siódemki). Sam Esztergom to typowe przygraniczne miasteczko, od 2001 przeżywające prosperity, bo odbudowano tam wtedy graniczny most na Dunaju (zburzony jeszcze przez bratnią armię w 1944). Idąc na most, oglądamy największą na Węgrzech bazylikę, a potem przechodzimy granicę. Jaki kontrast w porównaniu do przejścia Czop-Záhony - odniosłem wrażenie, że kontrola paszportowa odbyła się raczej na nasze życzenie niż celników :-) W słowackim Štúrovie wymieniamy pieniądze i jedziemy SAD-em na dworzec kolejowy, oddalony o 4 km od przejścia (12Sk). Na dworcu przykra niespodzianka - mimo że jest 15:30, w Bańskiej możemy być o 22:30, mimo że to 100km... Niezbadane są wyroki losu... decydujemy się poczekać na najbliższy pociąg w tę stronę co chcemy . osobowy do Levic. Nie wiemy co to za miasteczko i gdzie tam można spać, ale wyjścia nie mamy... Czekamy w knajpie na dworcu i obok (nareszcie piwo i przystępniejsze ceny - knajpy na Węgrzech mają zwłaszcza w sezonie ceny bliżej polskich...). Okazuje się, że Štúrovo to przedłużenie Węgier, choć ludzie znają słowacki, to jednak w przeważającej większości są Węgrami. O 18.30 wsiadamy w nasz szynobus (bilet 66Sk), a o 20 jesteśmy w Levicach. Miasto sprawia przygnębiające wrażenie, okazuje się potem jednak, że ma ładną starówkę (i podobno zamek ale nie widzieliśmy). Gorzej z "ubytovaniem", ale pomagają nam najpierw słowacki (a raczej słowacko-węgierski) kolejarz, a potem spotkane na ulicy panie. Okazuje się że jedyne dostępne cenowo noclegi są w ubytovni (bardzo szerokie pojęcie, pod którym może się kryć zarówno schronisko jak i gorszej klasy hotel) "Atom", po 190 Sk, ale nie ma miejsc. Po negocjacjach jednak z panią z recepcji udaje się nam zająć piątkę i dwójkę (choć próbujemy wytargować że zmieścimy się w piątce i zapłacić mniej to nic z tego). Wieczór spędzamy w sympatycznym "Sport-pubie" przy rynku, choć nie wszyscy, bo Grześ i Bartek wolą towarzystwo trzech sympatycznych Słowaczek :-)

Dzień 16 (18. 07. 2003)

Wstajemy przed 7, bo o 8 musimy opuścić pokoje (warunek pani z recepcji). Jak tylko wychodzimy, zaczyna padać (wieczorem było strasznie duszno). Robimy zakupy i idziemy na dworzec, jak dochodzimy to leje. Koło wpół do dziewiątej mamy rychlik do Bańskiej (110Sk), w którym odrabiamy zaległości senne. Wysiadka o 11. Idziemy na rynek, znaleźć kantor i kupić mapy Niżnych Tatr, bo to w nie mamy zamiar się wybrać. Już nie pada, choć cały czas się zanosi. O 13 idziemy na dworzec i kupujemy bilety do Brezna, skąd chcemy wyjść w góry. Pociąg jest przed 14 i jedzie godzinę, podczas której, jakżeby inaczej, zaczyna lać. Wysiadamy w Breznie, gdzie pani na stacji mówi nam, że to pierwszy deszcz od 2 miesięcy i że się bardzo wszyscy cieszą, że przyszedł. Myślałem że mnie cholera weźmie. Decydujemy się przeczekać w knajpie, ewentualnie przenocować i wyjść następnego dnia. Na szczęście o 17 przestaje. Idziemy więc, z zamiarem noclegu w Mycie pod Ďumbierom (tam jest granica parku narodowego, w którym rozbijać się już nie wolno, jednocześnie dobra baza wypadowa). Idzie się OK., poza tym, że po deszczu zrobiło się bardzo śliskie błoto, uciążliwe na podejściach. Samo Myto oglądamy z łąki położonej nad nim, drogi do wsi, która jest na mapie nie ma w terenie, więc nadkładamy trochę, wyłazimy na asfalt już za miejscowością i szukamy noclegu. Pensjonaty drogie, ubytovni nie ma, idziemy więc kawałek za wieś w stronę gór. Koło ostatnich zabudowań kręci się facet w mundurze, pytamy jego o rozbijanie się. Co prawda mówi, że tu już jet park i nie wolno, ale zaraz pokazuje nam polankę 200 m dalej gdzie rozbić się możemy. Strumyk blisko, więc gotujemy wodę na ognisku i jemy co kto ma. O 22 idziemy spać, jutro wyjście w prawdziwe góry.

Dzień 17 (19. 07. 2003)

Pobudka przed 8, śniadanko, uzupełnienie wody i idziemy. Mamy w planie dojście do chaty kpt. Štefanika, zostawić plecaki i pójść na Ďumbier i gdzieś jeszcze jak pogoda i kondycja pozwolą. Pogoda w przeciwieństwie do dnia poprzedniego nie dokucza, jest słonecznie, choć nad samymi górami widać jakieś chmury. Najpierw zasuwamy parę kilometrów asfaltem, potem schodzimy na ścieżkę, która szybko wychodzi z lasu i wiedzie zaroślami czasem po pas. Jest cały czas pod górę, i to coraz ostrzej. Każdy idzie swoim tempem, spotkać się mamy w chacie. Pierwsi są tam Kasia z Arturem, ale reszta dochodzi dość szybko. Chata jest w ładnym miejscu, mają tam piwo ("najwyżej wnoszone piwo w środkowej Słowacji" jak głosi reklama), ale noclegi są drogie (250Sk). Zastanawiamy się co robić, następną możliwość noclegu mamy cholernie daleko, w Utulni pod sedlom Ďurkovej . to jeszcze według mapy 7 godzin stąd, z ominięciem Ďumbiera. . za to tanio (50Sk). Decydujemy się iść mijając najwyższy szczyt Niżnych Tatr (2043 m). Wyłazimy przed drugą, po niemal godzinnym odpoczynku. W razie czego możemy postarać się o nocleg w Kamennej Chacie pod Chopokiem, za dwie godziny drogi. OK, gorzej, że pogoda się zepsuła, przez grzbiet przewalają się chmury, jest kiepska widoczność, na szczęście nie pada. Idziemy trawersem Ďumbiera i po godzinie z kawałkiem jesteśmy na przełęczy Demianowskiej (Demänovske sedlo, 1760 m), a o czwartej meldujemy się pod Chopokiem koło Kamennej Chaty. Jeszcze przed przełęczą dołącza do nas sympatyczny Czech z Ostrawy, lat ok. 55. Okazuje się, że w chacie są znośniejsze ceny, za to nie ma miejsc (są tylko 4 więc nie chcemy się dzielić). Przerwa (włazimy bez plecaków na szczyt - 2024 m), i o wpół do piątej ruszamy dalej. Mgła jest silna, widać co najwyżej na 10 metrów, a trasa grzbietem jest denerwująca. Zejście na sedlo Derešov - wejście na Dereše (2003 m, ostatni dwutysięcznik na naszej drodze) . zejście, a raczej zbiegnięcie na sedlo Polany - króciutkie podejście na Polanę (18..) - zejście na Križske sedlo (1780) i znów podejście na ponad 1900 m . Kotliska. Jesteśmy zmęczeni, 10 min. odpoczynku, a nasz Czech zapiernicza jak mały motorek. 100 m zejścia (znów raczej zbiegu) na sedlo pod Chabencem. Mgła a raczej chmura skrapla się na naszych ubraniach i włosach, nic nie widać, a Czech jeszcze nas wkurza opowiadaniem jaka to ładna dolina jest po lewo... Przed nami ostatnie podejście na Chabenec (19..), cieszymy się, że już ostatnie... teraz już tylko w dół, do sedla Ďur-kovej. Jakieś 2,5 km. Ale mówimy sobie że to troszeczkę. Mgła trochę rzednie i na przełęczy widzimy trochę dolinę i zachodzące słońce. Do schronu już tylko kilometr, nam już jest w sumie wszystko jedno, idziemy. Dochodzimy. Uff. Ludzi masa, ale miejsce jest, jadalnia też, duża. Najpierw bukujemy sobie miejsce na podłodze coby nam nikt nie zajął, a potem złazi-my zrobić sobie jeść. Jemy, siedzimy trochę (Artur liczy GOTy, wychodzi mu 45, ale dla nas jest i tak idiotycznym to co zrobiliśmy) i koło 10, padnięci, idziemy spać. Pierwszy raz pod-czas wyjazdu dobrze mi się śpi, nie mnie jednemu.

Dzień 18 (20. 07. 2003)

Śpi mi się dobrze ale nie na tyle żeby nie wstać bez budzenia przed 7. Pogoda jest ładna, na dworze już cieplutko, więc czekam do 8, aż się wszyscy obudzą, na dworze. Potem śniadanko i przed 9 ruszamy. Dziś mamy zamiar dojść do miejscowości Donovaly, a to dlatego, że jutro Kasia, Grześ i ja chcemy jechać do domu, a reszta chce się już przetransferować w Wielką Fatrę, a to najdogodniejszy punkt w okolicy. Po wczorajszym wydaje się nam że dzisiejsza droga to już pikuś. Nic z tych rzeczyJ. Wyłazimy na Ďurkovą (17..), potem po płaskim z tendencją w dół idziemy przez słabo odznaczające się szczyty Zamotska hol.a i Latiborska hol.a (1642). Przed nami teraz podejście na najwyższą dla nas dzisiaj Velką Chochulę (1717). W tym celu najpierw złazimy na sedlo pod Skalkou (1492 m?) i potem zaczynamy dość forsowne, biorąc jeszcze pod uwagę poprzedni dzień, podejście. Grupa się rozrywa, spotykamy się dopiero na szczycie. Tu półgodzinny odpoczynek. Potem jeszcze grzbietem na Prašivą. Zaczyna się kosówka, taka na wysokość . człowieka. Najgorsze jednak przed nami... Z Prašivej musimy zejść na Hiadelske sedlo (1098 m) . to 530 m różnicy poziomów na 2,5 km... do tego . tej drogi w tragicznie wysokiej kosówce... Nie trzeba mówić, że na przełęczy (jesteśmy w komplecie koło 4) nie mamy najlepszych humorów, jednak prawie godzinny odpoczynek nam je poprawia. Tym bardziej że nie musimy włazić na Kozi chrbat (1332 m) bo można go strawersować, podchodząc tylko 100 m w górę. Po 45 min. wychodzimy z powrotem na grzbiet, i idziemy już do końca czerwonym szlakiem, włażąc po drodze na dwie niewielkie górki po 1220 m. Za ostatnią już tylko zejście do Donovalów, które jednak dla nas ciągnie się niemiłosiernie. Morale nam w grupie spada, ale zaciskamy zęby. W końcu dochodzimy do pierwszych zabudowań. Jest ok. 19.30. Stąd już tylko 25 minut do kempingu ATC Kamzik, gdzie chcemy spać. Cena noclegu średnio przychylna turyście (150SK) ale co zrobić. Na szczęście mają knajpę z browarem (niestety żarcie już się im skończyło - niedziela). Właściciel zgadza się żebyśmy zjedli u niego swoje własne żarcie, piwo kupujemy już od niego (21Sk, przystępnie jak na miejscowość turystyczną). Siedzimy do zamknięcia, potem przenosimy się do niedalekiej altany. Dla nas to już koniec łażenia... jutro tylko powrót. O 23 idziemy spać, w końcu rano pobudka, o 8.30 mamy autobus do Ružomberku. Żegnamy się ze wszystkimi i zaraz jesteśmy w namiocie.

Dzień 19 (21. 07. 2003)

Dla nas (Kasia, Grzesiek i ja) ostatni. Reszta grupy zostaje w Donovalach i ma zamiar iść w Wielką Fatrę. Wstajemy o 7, szybkie pakowanie i na autobus. Przyjeżdża o 8.35. Tuż po 9 jesteśmy w Ružomberku (46 Sk), gdzie łapiemy autobus do Dolnego Kubina (27Sk). Tu czekamy tylko 25 minut, o 10:12 jest pociag do Trsteny - 6 km od granicy. Pociag (44Sk) się trochę wlecze ale jedzie ładną linią w dolinie rzeki Oravy, więc podróż mija nam na podziwianiu. O 11:15 jesteśmy w Trstenie. Okazuje się, że do Chyżnego nie jedzie nic, a 6 km na piechotę nam się nie uśmiecha (upał). Jest za to autobus do Suchej Hory (16 km, 25 Sk), o 12:35. Zatem szybki obiadek, browar i wsiadamy. Podwozi nas pod samo przejście, wydajemy ostatnie korony i o 13:20 jesteśmy już w Ojczyźnie. Stąd już prosto. 13:34 w Chochołowie mamy PKS do Zakopanego, w Zakopanem nawet nie zdążamy napatrzeć się na Giewont, bo za 7 minut jest PKS do Krakowa. W Krakowie jesteśmy o 17:10 (byłoby wcześniej ale godzinę staliśmy w korku z powodu remontu wyjazdówki na Zakopane - też mają pomysły w tym Krakowie...), w sam raz by kupić bilet na pociąg i coś zjeść. A o 18:10 już odjeżdżamy w kierunku domu... Dla nas to już koniec, ale jesteśmy ciekawi jak spędzają ten i następne dni ci, którzy zostali...

21 lipca 2003

Wstaliśmy około dziesiątej. Żar się z nieba leje, Kasia, Jacek i Grześ już sobie pojechali, więc powoli zwijamy namioty, jemy jakieś śniadanko i żółwim tempem idziemy do centrum Donovalów. Idąc za radą wspominanego już wcześniej szybko chodzącego Czecha rezygnujemy z wyruszania w Velką Fatrę najbardziej oczywistym szlakiem czerwonym (gdyż ponoć idzie lasem i jest nieciekawy), a decydujemy się podjechać SAD-em do Starych Hor i potem wspiąć się gdzieś w okolice Križnej. Niestety, dwa ostatnie dni i upał dają się nam tak we znaki, że po przejściu 4 km do uroczej wioski Turecka i ujrzeniu Krčmy u Maka chęci na chodzenie nam się kończą. Usiedliśmy przy stoliku obok tejże oberży i siedzieliśmy tam od piętnastej do dwunastej w nocy. Przygotowując na epi zupę gulaszową z soją snujemy co prawda plany wędrówki jeszcze na ten dzień, ale ostatecznie Zlaty Bažant, čapovana Kofola a korbačiki (zwinięty w kokardkę słony ser w kształcie makaronu, które Przemek określił .nowym sensem życia.) okazują się zbyt dużą pokusą. Zwłaszcza, że po drugiej stronie ulicy jest idealne miejsce na rozbicie namiotu, łącznie ze strumyczkiem spływającym prosto z gór. Gramy więc troszku na gitarze, a przed snem Słowak, który w Niemczech pracował z Polakami śpiewa nam na dobranoc szlagier 'Moja mała blondyneczko'.

22/23 lipca 2003

Wychodzę rano z namiotu i widzę wielką chmurę. Bije więc na alarm, szybko się składamy i rychło w czas chowamy się pod wiatą sklepu mieszczącego się po drugiej stronie budynku Krčmy u Maka. Leje jak z cebra, ale pod daszkiem jest sucho i śniadanko składające się z rohlików i dodatków oraz piwa smakuje wybornie. Po około godzinie przestaje padać, więc wyruszamy zielonym szlakiem w kierunku Malej Križnej. Idzie się nieźle, szybko wchodzimy na grzbiet, a potem zmierzamy ku Kralovej Studni. Mieszczący się w pobliżu horsky hotel nie jest zbyt ładny, ale mają dobre parówki i rozkład jazdy pociągów z Dolnego Harmanca do Martina. Dowiadujemy się, że linią tą jeździ raptem parę pociągów, ale na jednego z nich jesteśmy w stanie zdążyć. Schodzimy więc doliną Bystricy i jesteśmy na stacji pół godziny przed odjazdem. A linia jest cudowna: tunele, serpentynki, fajne skałki itd. Szybko docieramy do Žiliny, tam jemy vypražany syr, pijemy piwo i wsiadamy w Batorego. W Katowicach wysiadamy z pociągu i żegnamy się z Bartkiem i Przemkiem, którzy jadą dalej do Warszawy. A mnie i Kasię czeka niemiła niespodzianka, bo parę dni temu zlikwidowali arcyciekawe połączenie Katowice - Legnica (osobówka przez Nysę i Jaworzynę Śląską) i do Bolesławca dojeżdżamy ordynarnym pośpiechem.



 

KTE "TRAMP"
Szkoła Główna Handlowa
Al. Niepodległoœci 162
02-554 Warszawa
+48-22-5649784
Webmaster
<Klub Turystyczny Ekonomistów TRAMP>