Kurs Turystyki Górskiej Ceneria: outdoorowa porównywarka cen
www.ImprezyPodroznicze.pl
www.peron4.pl
www.szlaki.net.pl
www.skg.uw.edu.pl
Węgry 2003
Termin wyjazdu: 8-11.11.2003.
Uczestnicy: Ola Pacowska, Agata Mężyńska, Ania Skompska, Julka Weintritt, Magda Trojanek, Ewa Belina vel Bylina, Agnieszka Karbowiak, Kamila Belka, Michał Kowalczuk, Jasiek Rolle, Paweł "Bronek" Brudło, Paweł Kotlarz, Jacek Puchałka, Marcin Listopadzki, Maciek Mężyński, Robert Kubajek, Tomek Dombi

Wszystko zaczęło się od tego, że się obraziłem. I to wcale nie wczoraj, lub przedwczoraj, ale już dawno temu. A dlaczego? Otóż wśród Polaków panuje wszechobecny pogląd, że Węgry, jako kraj jest całkowicie płaski i jest tożsamy z pustą i z Wielką Niziną Węgierską. Owszem, ta część kraju też ma swój urok, i jest swego rodzaju rarytasem na świecie, ale dla Trampów liczą się jednak góry. I nawet doświadczeni turyści z naszego Klubu głosili mylną tezę, że takowych na Węgrzech nie ma. Wziąłem to sobie do serca i zacząłem uświadamić mylących się kolegów, m. in. o fakcie, że proporcja gór w całej powierzchni kraju jest na Węgrzech większa niż w Polsce. Ale ponieważ widziałem, że nie wystarczy propaganda ustna (człowiek jest przecież istotą empiryczną), postanowiłem zrobić wyjazd, żeby chętni zobaczyli na własne oczy, że góry na Węgrzech jednak istnieją, co więcej, są nawet ładne. Tak powstała więc idea wyjazdu, która była wspierana przez kolegów i koleżanki, którzy nie mogli pojechać latem z Arturem, ale jednak pragnęli poznać (przynajmniej w części) walory krajoznawcze mojej (jednej z dwóch) ojczyzny.

7.11.2003., piątek, 14.00, Dw. Wschodni w Wawie

Część ekipy, razem z Sylwią z Koszyc (ona sama nie odważyła by się nocnym jechać do domu, ale do nas się dołączyła - jednak nasza sława na uczelni nie jest taka zła!), spotkała się już po południu na Wschodnim, żeby (obniżając koszty) pośpiesznym pojechać do Krakowa. Pomimo dużego zatłoczenia pociągu całkiem dobrze bawiliśmy się stosując odpowiednie pomoce. Przyszło nam do głowy, że zapomnieliśmy wziąć gitarę, ja więc rozpaczony zacząłem dzwonić (oczywiście z obcej komórki, gdyż własnej nie posiadam) do Bronka, który obiecał, że spróbuje załatwić. Julce się przypomniało, że przecież jej siostra posiada ów instrument, zadzwoniła więc, i poprosiłą o przyniesienie gitary na dworzec. Jak później się okazało, wątek gitary miał jeszcze swoją kontynuację. W Krakowie czekało już na nas miłe towarzystwo w postaci siostry Julki, ale jednak nie udało się nam zbyt szybko zdecydować, co chcemy robić (precyzyjnie: gdzie chcemy jeść). Udaliśmy się więc do Chińczyka, w celu ustalenia różnic między stołecznymi a krakowskimi jadłodajniami orientalnymi. Wydawało się nam, że w tych drugich dają mniej (objętościowo i przyprawowo), ale było miło. Gitara też przeszła w nasze posiadanie, więc z pełnym już ekwipunkiem (i żołądkiem) wróciliśmy na dworzec, gdzie już stał nasz pociąg. Niestety, miejsc dla drugiej ekipy nie zajęliśmy (byliśmy w tym samym momencie na peronie), ale m.nar. poc. pośp. Cracovia raził pustkami, jak zawsze. Ekipa IC dojechała więc bezproblemowo, nie licząc, że dwa kozły ofiarne (Magda i Michał) musieli wdychać dym w przydziale dla palących, do którego dzień wcześniej sprzedano mi bilet. W pociągu już wszystko poszło dobrze, po krótkich pogadankach wszyscy poszli spać, sam więc podziwiałem (prawie) pełnię księżyca, usrebrniającą słowacki krajobraz nad Prešovem.

8.11.2003., sobota, pociąg Cracovia w Košicach, wczesny poranek

Paweł miął się dołączyć w drugim największym mieście Słowacji, po pożegnaniu koleżanki stałem więc na warcie, ale - Paweł nie przyszedł. Na dwa minuty przed naszym odjazdem przyjechał jednak pośpiech z Bratysławy, a w nim rzeczony kolega, na pół godziny przed granicą węgierską ekipa była więc w całości. W Hidasnémeti odprawa odbyła się bezproblemowo, a potem od razu przesiedliśmy się w Bzmot, czyli autobus szynowy w kierunku Abaújszántó. Wysiedliśmy jednak na stacji Boldogkőváralja, i - zaczęło się. Pogoda była cudowna, słońce akurat wschodziło, ani chmurki na niebie. Godziny nie minęło, i już podbiliśmy zamek na Szczęsnej Skale, czyli Boldogkővár. Szczęsna Skała okazała się atrakcyjna, więc w ramach małego kursu wspinaczkowego wleźliśmy na tą skałę (rano o 7.00 muzeum było jeszcze zamknięte, nie mogliśmy więc wejść od strony legalnej). Większym wyczynem stało się zejście, które groziło tragiczną (i młodą) śmiercią. Ale wszyscy przeżyli, poszliśmy więc górą do Arka, a potem w dolinie potoku o tej samej nazwie dostaliśmy się do Mogyoróska. Pogoda zachwyciła wszystkich, niektórym nawet rzekło się: .polska złota jesień. - na Węgrzech! Zdobycie ruin zamku Regéc było więc nie do obejścia. Pod zamkiem spotkałem swoją panię od niemieckiego - z podstawówki! Życie bywa ciekawe. Ze skał nad ruinami widać było Tatry i wiele innych gór słowackich, zadowolenie było pełne. Jeszcze na dodatek słońce grzało tak, że w krótkich rękawach nie było nam zimno. Na przystanku w Háromhuta druga grupa czekała już na nas, co prawda, po drobnym zabłądzeniu - cóż, system szlaków węgierskich nie należy do najprostszych, na dodatek w tym przypadku nieobecność znaków w terenie też spowodowała pewne wątpliwości. Autobus przyjechał, pojechaliśmy nim do linii kolejowej, a mianowicie do stacji Olaszliszka-Tolcsva, która to stacja szczególnie spodobała się Oli . Przesiadka w Szerencs, i już byliśmy w Tokaju. Mnie udało się spotkać z rodziną, a w międzyczasie zagospodarowaliśmy swoje pokoje na stacji turystycznej, i spożywaliśmy kolację w formie schabu á la Bakony, czyli w sosie paprykowo-pieczarkowym. Wieczorowy program: degustacja win. Znaczy to seria degustacji, która zaczęła się od takiej fachowej w piwnicy Hímesudvar, a po krótkim intermezzo w karczmie skończyło się na noclegowni. Walory turystyczne Tokaju mogliśmy więc uznać za poznane, zwłaszcza że w wesołym już stanie obejrzeliśmy nawet krajobraz nocny Wielkiej Niziny Węgierskiej z punktu widokowego. W nocy byli jeszcze twardziele, którzy po skutecznej imprezie byli w stanie wstać na zaćmienie księżyca - o 2 w nocy!!

9.11.2003., niedziela, Tokaj

Udało się wstać! W moim przypadku nawet włosy umyć! Po ciężkiej nocy był to niezły wyczyn. Dzień zaczął się tak, jak się ostatni kończył: na punkcie widokowym. Słońce nadal świeciło bez oporu, a kolory jesienne drzew schylających się nad ujściem Bodrogu w Cisę wprowadziły nas w dobry nastrój. W pociągu osobowym do Miskolca wszyscy zdążyli się obudzić, chociażby od nieprzyjemnego zapachu obecnego w wagonie pana. W Miskolcu mieliśmy kontrolę biletów w tramwaju, po czym zrobiliśmy zakupy i zwiedziliśmy zamek w Diósgyőr. Największe wrażenie zrobiły trony pary królewskiej oraz konkurs rzutu monetą w studnię. Skutecznie zdążyliśmy na pociąg kolejki wąskotorowej, i przejeżdżając linię w całej jej długości, przez piękne wiadukty i tunele, wjechaliśmy w głąb Gór Bukowych, docierając do stacji Garadna. Było już po południu, kiedy nareszcie wyszliśmy na szlak. I to od razu na trudne podejście, prowadzące na piękny punkt widokowy Małego Płaskowyżu Bukowego, na Örvény-kő. A widoki pobiły nawet wczorajsze: wyraźnie było widać Tatry Wysokie i Niskie i inne góry słowackie. Dzięki temu nie za bardzo chciało nam się ruszyć spod pomnika wielkiego węgierskiego pisarza, Jókaiego, mimo zachodzącego już słońca. Po drodze do schroniska zahaczyliśmy jeszcze o inne skały i ruiny klasztoru paulinów w Szentlélek, czyli Duch Święty. Było już ciemno, kiedy zeszliśmy do wsi Ómassa, gdzie znajdowało się miejsce naszego noclegu, czyli chatka Węgierskiego Związku Przyjaciół Przyrody (odpowiednik PTTK na Węgrzech). Po rozpakowaniu się i spożyciu kolacji przeszliśmy do sąsiednej knajpy, gdzie kontynuowaliśmy degustację węgierskich alkoholi - tym razem swojej kolejki doczekała się pálinka, czyli b. mocny alkohol pędzony z fermentowanych owoców - węgierska wódka. Nie wszyscy byli na tyle twardzi, żeby wziąć udział we wszystkich kolejkach - znalazło się tylko kilku takich twardzieli. Na dodatek niektórym noc po imprezie knajpowej była ciężka.

10.11.2003., poniedziałek, Ómassa

Nadszedł dzień na porządne chodzenie!! Gdy się obudziłem rano o 7, Ola i Bronek, Paweł oraz Jacek już się szykowali na podbój węgierskich gór na zasadach przejścia idiotycznego. Moment nieomal historyczny: turystyka idiotyczna dotarła także do kraju bratanków! :) Nam, czyli reszcie jeszcze potrwało trochę dojście do siebie po wieczorowej imprezie. Godz. 9 minęła, kiedy udało się nareszcie wyjść. Celem było podbicie Bálványa (956 m), drugiego najwyższego szczytu Gór Bukowych. Podchodziliśmy w pięknej pogodzie, po drodze jeszcze zrobiliśmy postój przy opuszczonej stajni koni w Csipkéskút, jak się okazało, stado było na wypasie na Wielkim Polu (Nagy-mező). Niedaleko już szczytu, udało się nam znaleźć bardzo ciekawy ponor o nazwie Visszafolyó, czyli .Płynący z powrotem.. Woda z tej jaskini nie wypływa, ale wpływa do niej. Tuż pod Bálványem jest jeden z największych ośrodków narciarskich na Węgrzech - Bánkút, ale o tej jesiennej porze, przy pięknej, słonecznej pogodzie oczywiście nawet śladów tego nie było, poza opustoszałymi wyciągami. Stąd już tylko 15 minut do szczytu, gdzie z wieży widokowej mieliśmy piękny widok na cały płaskowyż Gór Bukowych, na góry Mátra, z najwyższym szczytem Węgier, Kékes (1015 m), w dali było widać pasmo górskie nad zakolem Dunaju, Börzsöny. Tak jak wcześniej, mieliśmy widoki na Tatry i na góry słowackie, już nieco zachmurzone, i na nieco niższe i bliższe węgierskie pasma. Po długim postoju ruszyliśmy dalej, już w mniejszej liczbie, żeby podziwiać uroki Lasu Dziewicznego i widoki z południowego urwiska płaskowyżu. Ów płaskowyż ma średnią wysokość 850 metrów n.p.m., a z niego się wynurzają się niby pagórki . wysokie góry, z których 37 ma wysokość powyżej 900 metrów! Południowy i zachodni kraniec wyżyny jest szczególnie widowiskowy, bo urywa się wysokimi ścianami skalnymi, z których otwierają się piękne i rozległe widoki na niską, południową część Gór Bukowych oraz na Wielką Nizinę Węgierską. Tego dnia widoki sięgały aż do Tiszaújváros, czyli byłego Leninváros, ale niestety mojego rodzimego miasta, Debreczyna nie zdołałem zobaczyć. Zachód słońca złapał nas na Wielkim Polu, gdzie widzieliśmy z daleka stado koni. Było już po zmroku, kiedy dotarliśmy do chatki. Po wydajnej kolacji udaliśmy się do znanej już karczmy, ale, niestety, pan już zamknął. W rozpaczy zaczęliśmy myśleć, co robić, a w końcu nam się przypomniało: poszliśmy do sklepiku, poprosiłem panią, żeby nam otworzyła sklep (było to wieczorem o 8.30!), ona otworzyła, a my kupiliśmy półtorej skrzynki piwa, żeby kontynuować próbowanie węgierskich wyrobów alkoholowych. Impreza więc, tym razem w schronisku, znów była skuteczna. Tylko świadomość, że w następny dzień wyjazd się kończy, smuciła nas trochę. Ale Jasiek wpadł na pomysł: zostać dzień więcej w Budapeszcie!

11.11.2003., wtorek, Ómassa

Nieco zaspaliśmy, co było niepokojące - tego dnia jeszcze chcieliśmy się przejść w górach nad Miszkolcem, wykąpać się w grotach i pojechać przez Budapeszt do Warszawy. Szybkie śniadanko i pakowanie się, oddałem klucz i już jechaliśmy do miasta linią nr 15. Wysiedliśmy przy zamku w Diósgyőr, a po półtorej godzinie byliśmy już przy kąpielisku. Wstęp był - dzięki miłej kasjerce - nieco tańszy :), a zabawa: niesamowita! Zachowaliśmy się wszyscy jak małe dzieci. Po przejeździe autobusem zdecydowaliśmy się na zakupy, co nie okazało się dobrym pomysłem - tłok przy kasach ogromny, a w zamieszaniu Kamila zostawiła swoją czapkę, po którą musiała wrócić, narażając siebie na samotną przejażdżkę przez Słowację, w pogoni za Batorym. A my zdążyliśmy na pociąg w ostatniej chwili, miejscówek już nie wydali w kasie, co kosztowało nas sporo, bo u konduktorki musieliśmy zapłacić 3-krotną cenę. W pociągu zdecydowaliśmy się we czwórkę (Julka, Ania, Jasiek i ja) na przedłużenie pobytu o jeden dzień w Budapeszcie. Przesiadkę zrobiliśmy na placu Kossutha, gdzie wszyscy mogli podziwiać wyświetloną stronę budajską oraz budynek Parlamentu. Na godzinę przed odjazdem pociągu byliśmy już na dworcu Nyugati, zajęliśmy miejsca i zaczęliśmy się żegnać. W końcu mocno oszczuplona ekipa wyjechała (Agatka i Maciek wyjechali już rano, Paweł zostawił nas przed basenem, Kamila wróciła po czapkę, a nasza czwórka została dzień więcej), zostaliśmy sami, kierując swoje kroki do jednego z kościołów społeczeństwa konsumpcyjnego, a mianowicie do Westend City Center. Ja zadzwoniłem do koleżanki (2/3 mojej klasy licealnej studiuje w Budapeszcie), żeby się umówić i żeby nam załatwiła noclegi. Niewiele później spotkaliśmy się, i już w międzynarodowym towarzystwie udaliśmy się do jednego z akademików Uniwersytetu Ekonomicznego. Akurat była impreza - koncert zespołu grającego utwory Guns.n Roses, piwko tanio, towarzystwo fajne - do 3 w nocy się bawiliśmy, wtedy poszliśmy na noclegi . nasza czwórka spała w trzech miejscach. Jasio i ja nocowaliśmy u kolegi, dojeżdżając mieliśmy zaszczyt przetestować budapesztańskie autobusy nocne.

12.11.2003, środa, Budapeszt

Wstaliśmy wszyscy wcześnie rano, bo nasi gospodarze musieli iść na uczelnię. O 8 byliśmy już więc pod Marksem, którego wielki pomnik do dziś stoi w wielkiej auli Uniwersytetu Ekonomicznego (niegdyś im. Karola Marksa), niewiele czekaliśmy, i dziewczyny też się pojawiły. Spały u moich koleżanek i bardzo chwaliły gospodynie. Przeszliśmy przez Most Wolności (dawno temu Franciszka Józefa), najładniejszy most stolicy Węgier. Obejrzeliśmy piękny Skalny Kościól, który jest pełen polskich relikwii, i z buta weszliśmy na Górę Gellérta. Po drodzę znaleźliśmy super plac zabaw, gdzie poślizgaliśmy się trochę, było fajnie. Na .szczycie. podziwialiśmy Statuę Wolności i piękne socrealistyczne rzeźby, stojące koło rzeczonej panny z liściem palmowym. Do Cytadeli nie weszliśmy, ceny biletów podbijały niebo... Zejście z góry było dość strome, co prawda, szliśmy na skróty. Na brzegu Dunaju czekała na nas piękna panorama Parlamentu, ale nie skusiliśmy się i wjechaliśmy kolejką linową na Zamek. Po obowiązkowym zwiedzaniu na zboczu wzgórza oddaliśmy hołd zamkowi wraz z Jaśkiem, bo już bardzo nam się chciało. Przeszliśmy Most Łańcuchowy i byliśmy na peszteńskiej stronie. W wielkim budynku bankowym znaleźliśmy kantynę, i zjedliśmy pyszny (i w miarę tani) obiadek. Potem się rozstaliśmy, ja poszedłem pić piwo z kolegami z liceum, a dziewczyny z Jaśkiem poszli zwiedzać dzielnicę żydowską. Spotkaliśmy się wieczorkiem oczywiście pod Marksem (a gdzieżby indziej?), żeby się pożegnać ze starym i po przejściu obowiązkowej uliczki Váci, wsiedliśmy w metro i parę minut później byliśmy już w pociągu. Jeszcze został czas, żeby zrobić zakupy na drogę, a dziewczynom, żeby porozmawiać i pożegnać się z przesympatycznym Gáborem. No ale w końcu wyjechaliśmy, i w pociągu kontynuowaliśmy dobre tradycje tegoż wyjazdu, pijąc piwo tuż po kontroli granicznej. Potem zdążyliśmy jeszcze otworzyć 2-litrową butlę wina Pincemester, ale już nie dopiliśmy do końca, bo sen wszystkich złapał - ja się obudziłem pod Warszawą, akurat, żeby się spakować i wysiąść. Cóż, trzeba było wypocząć zmęczenie poprzednich dni. Wyjazd był chyba udany, ale nie moje zadanie chwalić siebie, pytania odnośnie oceny proszę kierować do uczestników. Do zobaczenia - następnym razem?...



 

KTE "TRAMP"
Szkoła Główna Handlowa
Al. Niepodległoœci 162
02-554 Warszawa
+48-22-5649784
Webmaster
<Klub Turystyczny Ekonomistów TRAMP>