Kurs Turystyki Górskiej Ceneria: outdoorowa porównywarka cen
www.ImprezyPodroznicze.pl
www.peron4.pl
www.szlaki.net.pl
www.skg.uw.edu.pl
Pochwała Pogórza Przemyskiego, czyli jak nie zostałem obszarnikiem

Dodaj komentarz

Termin: 10-11 grudnia 2005

Uczestnicy: Robert Kubajek (czyli ja, słownie: sztuk jeden)

Wprowadzenie:

To nawet nie był klasyczny wyjazd klubowy, bo nie zdążyłem go ogłosić, ale Pogórze Przemyskie tak mi się spodobało, że postanowiłem je nieco zareklamować i zachęcić Szanownych Klubowiczów do odwiedzenia tego mało znanego i arcyciekawego zakątka kraju.

A to było tak: wśród moich marzeń jest i takie by w pięknym, odludnym i sfałdowanym miejscu naszego kraju zakupić działkę, ot, kawałek ziemi - jakieś pastwisko, grunt orny albo nieużytek. Nie jest mi to do niczego potrzebne, po prostu chciałbym kawałek Bieszczadów czy Beskidu mieć na własność.

I otóż w czwartek 8.12 znalazłem informację, że w środę 14.12 będzie wystawiona na sprzedaż działka w Bandrowie (ok. 11 km za Ustrzykami Dolnymi). Wypadało więc uprzednio pojechać do Bandrowa i wszystko spokojnie obejrzeć - ostateczną decyzję o wyjeździe podjąłem w piątek Przy okazji postanowiłem pojechać na leżące "po sąsiedzku" Pogórze Przemyskie, którego mapę mam już od lat, ale nie było dotąd okazji jej użyć.


Noc w "Wetlinie" czyli służba wojskowa w pigułce

No właśnie. Dworzec Warszawa Wschodnia, ostatni wagon pociągu do Zagórza, pusto, szansa na porządne się wyspanie. No i ten sam wagon wpadł w oko również grupce żołnierzy udających się na przepustkę. Do mnie dosiadło się dwóch takich spokojnych, natomiast z sąsiednich przedziałów i z korytarzy wkrótce zaczęły dochodzić odgłosy regularnej libacji, żołnierskich piosenek (o tekście nie skomplikowanym i nie nadającym się do zacytowania). Wojacy nie popisali się kondycją, dość szybko zaczęli się gubić w wagonie i co chwilę któryś przez pomyłkę wchodził do mojego przedziału, po czym uprzejmie przepraszał, wychodził, a po kwadransie sytuacja się powtarzała... Niektórzy nie byli też w stanie utrzymać w żołądku jego zawartości, co się dawało słyszeć, a czego na szczęście nie musiałem oglądać...

Wskutek prowadzonej z żołnierzami konwersacji, służba wojskowa szybko przestała dla mnie kryć tajemnice. Wiem więc dlaczego rekruci nie lubią przełożonych - kobiet, dlaczego nie dobrze być saperem, nazywanym TS-em (Tępym Saperem), że lepiej jest falowo niż stalowo, że "szafa grająca", "Maryna" i "owca" to bardzo nie fajne rozrywki przygotowane dla młodych, że żołnierzom się daje broń do ręki raz na 2 miesiące, że nie karze się im biegać, że wojsko obniża, a nie podnosi kondycję fizyczną... A rozmówcy się dziwili, że nie jestem z wojska, bo... moja bluza polarowa miała żółty i niebieski pasek na kołnierzu. A żółty i niebieski to kolory "latawców" czyli poboru letniego. A że "Latawce" są skonfliktowani z innymi poborami, to moi towarzysze podróży wzięli mnie za swego i dlatego się do mnie przysiedli... Niezgłębiona kopalnia pure nonsensu.

W pewnym momencie chłopaki poszli szukać zgubionego gdzieś kolegi, a ja postanowiłem się wreszcie wyspać - po zablokowaniu drzwi do przedziału magicznym kijkiem:) Zasypiając słyszałem jeszcze jak ktoś obok wybija okno, jak przychodzi konduktor i wyzywa towarzystwo od "bydła i hołoty", grozi wysadzeniem wszystkich na najbliżej stacji (Sandomierz), karze sprzątać zarzygany przedział. A potem był już spokój...


Do Bandrowa, wymarzonego?

Zagórz mnie przywitał sporym mrozem, oblodzonymi chodnikami i ulicami, choć śniegu nie było. Do Ustrzyk Dolnych Dolnych dojechałem autobusem, potem 5 km piechotą, a na bocznej drodze zatrzymał się pierwszy samochód na którego zamachałem i koło 12-ej byłem w Bandrowie. Trochę mnie rozczarowała wieś: zabudowa taka zwyczajna, asfalt świeżo wyremontowany, a działka, którą przyjechałem oglądać, też nie zachwyciła (odpuściłem ją sobie).

Ale krajobraz wkoło ładny - pustkowie (granica z Ukrainą odległa o 2 km), a starą cerkiew - w 1974 r. przeniesiona z pobliskiego Jasienia - warto zobaczyć. No i zrobiła się piękna, słoneczna pogoda.

Bandrów


Cerkiew w Bandrowie


Na Pogórze Przemyskie!

Wymyśliłem pójść do Kalwarii Pacławskiej, gdzie chciałem zanocować w Domu Pielgrzyma (miałem nadzieję, że jest czynny). Ruszyłem przez opustoszałą dolinę zniszczonym asfaltem do Krościenka, za atrakcje mając przejeżdżającą Straż Graniczną (spisali mnie), resztki cmentarza i zakopanego po oś w zamarzniętym błocie fiacika - ciekawe czy go wyciągną przed rozmarznięciem tego błota:)



W Krościenku obejrzałem ładną cerkiew i przed zmrokiem chciałem podjechać kawałek "stopem", bo do noclegu pozostawało mi jeszcze około 30 km.

Krościenko


Zbawca jeździ polenezem caro

Potwierdziła się moja teoria, że im więcej samochodów na drodze, tym mniejsza skłonność kierowców do zabierania pasażerów. Zatrzymał się w końcu chłopak z pobliskiej wsi i podwiózł... całe 3 km. Po takich doświadczeniach dalej postanowiłem iść piechotą przez góry - tak długo jak się da. Zdobyłem górę Kopce (610 m) i lasem doszedłem znów do drogi, gdzie wedle mapy jest wieś Kwaszenina, ale żadnych zabudowań tam nie było. Było ciemno (po 17-ej), do Kalwarii jeszcze ponad 15 km, więc przed dalszą drogą postanowiłem się nieco pokrzepić: usiadłem na tej pustej drodze, dopiłem herbatę z termosu, niespiesznie coś zjadłem... i nagle usłyszałem dźwięk silnika! Zebrałem szybko graty z drogi (bo wizja rozjechania na oblodzonej drodze była realna), machnąłem na kierowcę i... zwycięstwo! Zatrzymał się polonez! Jechał chyba ojciec i syn, przy czym ten pierwszy się nie odzywał, a ten drugi zionąc alkoholem (nie prowadził na szczęście) przez całą drogę (ok. 20 minut) tłumaczył mi, że on by się bał w nocy chodzić po lesie i że w ogóle nie lubi dużo chodzić. Mówił tylko o tym i mówił całą drogę (nie zdziwiłbym się jak by się okazało, że jest z wojska i poprzedniej nocy jechał tym samym pociągiem, bo pewne rysy podobieństwa charakterologicznego były... Ale nie ma co się czepiać rozmówcy, bo wysadzili mnie 3 km od klasztoru w Kalwarii Pacławskiej. Do klasztoru jest około 200 m podejścia - wchodziłem asfaltem, oczywiście w całkowitych ciemnościach. W pewnym momencie zamajaczył mi kształt jakiejś kaplicy - po podejściu nad drzwiami odczytałem (w świetle czołówki) napis: "cudowne źródło". Nacisnąłem klamkę i drzwi się otworzyły. Dalej były schody w dół, po których zszedłem, ciekaw co będzie dalej. W niskiej, nieoświetlonej, łukowo sklepionej piwnicy była święta figurka i studnia z cudowną wodą. Oczywiście się nią opiłem, na efekty jeszcze czekam...

Klasztor franciszkanów - słynne od XVII sanktuarium leży na skraju pięknej wsi (Kalwarii Pacławskiej) na szczycie góry (ok. 440 m), skąd jest super widok na wszystkie strony (o czym się przekonałem dopiero następnego dnia w promieniach słońca). Na uwagę zasługuje niska cena noclegu - 10 zł w pokoju 6-osobowym z łazienką (oczywiście byłem w nim sam), budynek nowy i bardzo porządny.

Koło 20-ej przekonałem się, że sanktuarium jest otwarte. Bez większego przekonania nacisnąłem klamkę (jak przy świętym źródle) i drzwi kościoła się otworzyły. Wrażenie było mistyczne, bo w środku było niemal ciemno, tylko cudowny obraz Matki Boskiej Pacławskiej był podświetlony, a resztę kościoła spowijał mrok. Po paru minutach zapaliło się światło i przyszedł zakonnik - chyba obaj byliśmy tym spotkaniem równie zaskoczeni.

Kalwaria Pacławska


Przez góry i pagóry, od cerkiewki do cerkiewki

Poranek i od razu zaskoczenie. Było mroźno i jak zobaczyłem przeraźliwie miauczącego kota, to mi się go zrobiło żal. Wziąłem go na ręce by się mógł ogrzać, ale bestyja uznała, że jest dla niej wygodniejsze miejsce. W zasadzie to nie lubię jak mi ktoś (czy coś) wchodzi na głowę, ale byłem w tak dobrym humorze, że zrobiłem dla pchlarza wyjątek. I wyglądało to tak:

Pchlarz




Potem szybko poszedłem w dół do wsi Huwniki, bo robiło się późno, chciałem zdążyć na pociąg z Przemyśla o 14.53 (mniej niż 7 godzin i się jest w Warszawie!), a chciałem pooglądać jeszcze cerkiewki, dla których głównie przyjechałem.

Ale na początek sanktuarium za dnia, a potem kapliczki drogi krzyżowej:

Kalwaria Pacławska








W Huwnikach cerkiewka (użytkowana jako kościół) była nieprzyzwoicie zadbana, poszedłem więc doliną rzeki Wiar do Rybotycz (na pustej drodze znów udało mi się zatrzymać pierwsze przejeżdżające auto!). Rybotycze to żywy skansen, szczególnie budynek biblioteki zasługuje na uwagę.

Huwniki




Rybotycze


Czas upływał, ale nie mogłem sobie odmówić pognania do kolejnej (4 km dalej) wsi - Posady Rybotyckiej, znanej z murowanej cerkwi obronnej. Było warto!

Posada Rybotycka

Przez górę Kopystańkę (541 m) doszedłem do położonej tuż pod szczytem osady Kopyśno, gdzie znalazłem chylącą się ku ruinie cerkiew. Te z Pogórza moim zdaniem nie dorównują urokiem tym beskidzkim, ale też są bardzo ciekawe.

Kopystańka





Klątwa jemioły

Patrząc na zegarek pognałem dalej (nie chciałem się spóźnić na pociąg), po drodze zostałem obdarowany przez panów zbierających jemiołę wielkim okazem tejże, ułamałem i wziąłem jeszcze gałązki ślicznej kaliny i popędziłem w dół lasem do wsi Brylińce - kolejna cerkiew (obecnie kościół).

Brylińce

I się zaczęła kicha. Do drogi Sanok - Przemyśl, skąd chciałem jechać do Przemyśla (15 km) autobusem lub stopem było jeszcze 5 km, zamierzałem czymś podjechać, a tu nic nie chciało stanąć! Nie wiem czy tą jemiołą ich odstraszałem? Doszedłem w końcu do tej głównej drogi, przekonałem się, że do odjazdu pociągu mam 30 minut, autobus dopiero za 2 godziny, więc znów stanąłem na stopa. I znów kicha! Może jemioła faktycznie odstrasza?

Wreszcie ją odłożyłem na bok i... po paru minutach zatrzymałem "malucha"! Zmieszczenie się na przednim siedzeniu z plecakiem i jemiołą nie było łatwe, ale pośpiechu nie było, bo pociąg miał odjazd za 4 minuty... Na dworzec w Przemyślu dotarłem spóźniony prawie pół godziny.

Ostatecznie z Przemyśla dojechałem innym pociągiem do Rzeszowa, stąd autobusem do Lublina, gdzie miałem okazję znów popodziwiać Stare Miasto i Krakowskie Przedmieście. To było fajne, tylko po jaką ciężką ch....ę dworzec kolejowy jest tak daleko od autobusowego!?

Na widok nieśmiertelnej jemioły (tak w Rzeszowie, jak i w Lublinie) co niektóre panie się zatrzymywały i mówiły "O, jemioła!", jakby chodziło co najmniej o dwugłowego Pigmeja.

Lublin

Pociągiem do Warszawy (znów w pustym przedziale, tym razem bez wojska) dotarłem na 1.18.

Wyjazd był rewelacyjny i z wielu względów niezapomniany:)


Dodaj komentarz



 

KTE "TRAMP"
Szkoła Główna Handlowa
Al. Niepodległoœci 162
02-554 Warszawa
+48-22-5649784
Webmaster
<Klub Turystyczny Ekonomistów TRAMP>