Kurs Turystyki Górskiej Ceneria: outdoorowa porównywarka cen
www.ImprezyPodroznicze.pl
www.peron4.pl
www.szlaki.net.pl
www.skg.uw.edu.pl
Syberia 2005 (Buriacja, Bajkał)

Dodaj komentarz

Zobacz zdjęcia Pawła z wyjazdu

Termin: 13.08.2005 - 4.09.2005

Trasa:
Warszawa - Terespol - Brześć - Moskwa - Irkuck - Niżnieangarsk - Port Bajkał - Sljudanka - Orlik - dolina rz. Irkut, rz. Oka i rz. Senca - pod Pikiem Topografów (źródła potoku Chełgin) - mineralne źródła Czojgan (Żojgon) - przeł. Czojgan-Daban - dolina strumienia Dunda-Goł - mineralne źródła Chojto-Goł - Dolina Wulkanów - dolina rz. Żombołok i rz. Senca - Orlik - Ułan-Ude - Iwołgińsk - Gusinooziersk - wieś Gusinoje Oziero - Ułan-Ude - Moskwa - Grodno - Kuźnica Białostocka - Warszawa

Uczestnicy:
Emilia Gaweł, Ola Kruszyńska, Ola Pacowska-Brudło, Paweł Brudło (alias Bronek), Marek Grądzki, Paweł Kotlarz, Wojtek Paczos, Jacek Staroszczyk, Robert Kubajek (autor).

Wprowadzenie:
Podejmując się napisania niniejszej relacji podstawowym celem było zebranie wrażeń i wspomnień związanych z cudownymi trzema tygodniami, które spędziłem na tym wyjeździe latem 2005 r. Starałem się opisać jak najwięcej sytuacji, które miały miejsce, opowiedzieć o spotkaniach z ludźmi, tych najmilszych, które powiedziały mi o Buriatach i Rosjanach to, czego daremno szukać w książkach i przewodnikach. Nie bez znaczenia był również czynnik lenistwa - napisana relacja oszczędzi mi wielokrotnego opowiadania przyjaciołom i znajomym w gruncie rzeczy tego samego, kiedy pytają: "jak było?". Dzięki spisanej relacji główną opowieść mam już za sobą i mogę doopowiadać tylko co ciekawsze historyjki:)

Ze względu na obszerność relacji do minimum ograniczam tzw. informacje praktyczne. Byłoby o czym pisać, ale po pierwsze można w internecie znaleźć takie informacje (niestety rzadko aktualne), a po drugie mam nadzieję, że ktoś z uczestników również pokusi się o napisanie własnej relacji z wyjazdu i być może z większą ilością takich informacji. Tym bardziej, że uczestnicy dojeżdżali i wyjeżdżali w dwóch grupach, poza tym ja się "urwałem" spod Munku-Sardyka i w pojedynkę pojechałem zwiedzać dacany w Iwołgińsku, co oznacza, że wariantów tego wyjazdu było kilka. Na wszelkie uwagi, opinie i pytania czekam pod adresem rkubajek@o2.pl

W skrócie:
Pierwsza grupa (Emilka, Marek, Wojtek i Jacek), zwana "pociągowcami" (podróż tam i z powrotem pociągiem) alias "młodzi" alias "studenci" wyruszyła z Polski 10.08.2005 i po półtoradniowym pobycie w Moskwie dojechała 16.08 do Siewierobajkalska. Grupa druga (Ola K., Ola, Bronek, Paweł i ja), tzw. samolociarze (alias "starzy" - bez obrazy:), alias "pracujący") wyjechała z Warszawy 13.08, dnia następnego wieczorem już z Moskwy wyleciała samolotem do Irkucka i 15.08 rano (zmiana czasu +7h względem Warszawy) wylądowała na syberyjskiej ziemi. Następnego dnia przepłynęliśmy wodolotem przez cały Bajkał do Niżnieangarska i tam spotkaliśmy się z "pociągowcami". Po odbyciu wodolotem podróży w przeciwnym kierunku (do Portu Bajkał) i klimatycznym przejeździe słynną koleją krugobajkalską dojechaliśmy do Sljudanki. 18.08 rozpoczęliśmy część górską w Wielkim Sajanie (pasmo w Sajanach Wschodnich). Przeszliśmy pod Pik Topografów (3089 m n.p.m.), którego z powodu kiepskiej pogody nie zdobyliśmy, weszliśmy za to na szczyt bez nazwy (2918 m) wykąpaliśmy się w rewelacyjnych ciepłych mineralnych źródłach Czojgan (przez miejscowych nazywanych Żojgon) oraz bardziej znanych (choć zdecydowanie gorszych) Chojto-Goł. Następnie przeszliśmy pokrytą lawą doliną wulkanów (dwóch dokładnie wulkanów: Pieretołczina i Kropotkina) i ponownie dotarliśmy w dolinę Sency. Via Orlik dojechaliśmy do rzeki Biały Irkut i ja się ewakuowałem do cywilizacji zwiedzać lamajskie dacany (ichniejsze świątynie) w Iwołgińsku, a reszta grupy ruszyła na Munku-Sardyk (3491 m), którego jednak z powodu załamania pogody (śnieg) nie zdobyła. Ja tymczasem się zamelinowałem w iwołgińskim klasztorze, dokąd reszta "samolociarzy" po dwóch dniach dołączyła. Następnego dnia odlecieliśmy z Ułan-Ude do Moskwy ("pociągowcy" w tym czasie niespiesznie kierowali się do Irkucka skąd mieli powrotny pociąg). Ostatecznie grupa samolotowa via Grodno wróciła do Polski 4.09, a "pociągowcy" via Brześć - 8.09.2005.

Relacja

Przed wyjazdem - Syberia wzywa!

Idea wyjazdu pojawiła się już pod koniec 2004 r., a podstawowy plan był znany już wczesną wiosną 2005 r. Część z nas zdążyła już w poprzednich latach zasmakować w podróżach "transsibem", przemierzaniu bezkresnych i niemal bezludnych połaci Uralu, Ałtaju czy Sajanów i przed wakacjami 2005 r. tęsknota dała znać o sobie, tym bardziej, że w 2004 r. zabrakło trampowych wyjazdów na Syberię. Czasu na planowanie wyjazdu było więc mnóstwo i został on dobrze wykorzystany. Bronek (główny organizator i przewodnik) powynajdywał w internecie relacje z wycieczek do interesujących nas miejsc, pościągał mapy, rozkłady jazdy, pozbierał ważne informacje, dzięki czemu wiedzieliśmy czego się spodziewać na miejscu (faktycznie, obyło się bez wpadek i większych niespodzianek). Bronek, to dobre miejsce by Ci podziękować za przygotowanie i poprowadzenie tego wyjazdu. Dzięki!!


13.08 - Udany początek, co tam maszynka do gotowania!

Jeszcze w Polsce Paweł konstatuje, że wziął benzynową maszynkę do gotowania, ale... bez pompki. Bez której to maszynka jest bezużyteczna (chyba żeby trafić nią szczekuszkę, ale trzeba by ją zjadać na surowo). W obliczu rozpoczęcia podróży marzeń ten szczegół nie mógł nam oczywiście popsuć humorów. Wjazd na Białoruś bezproblemowy jak zawsze, choć media ogłosiły wojnę dyplomatyczną z tym krajem. Przejazd Terespol - Brześć to równowartość 1 euro. Zostawiamy bagaż w dworcowej przechowalni (około 1 zł) i dokładnie zwiedzamy słynną twierdzę brzeską oraz skansen kolejowy. Na terenie krieposti-gieroja (wstęp bezpłatny) zwraca uwagę gigantyczny pomnik, z którego wystaje równie gigantyczna głowa dumnego i srogiego bohatera z czasów walk radziecko-niemieckich w latach 1941-1945. Mi jednak najbardziej się podobała cerkiew w ostatnich latach odrestaurowywana, z ciekawym wystrojem wnętrza (odartego z tynku).

Twierdza brzeska


Cerkiew na terenie twierdzy

Wejście do skansenu jest tanie dla Białorusinów i znacznie droższe dla obcokrajowców, ale kobiecinka z kasy widząc jak smętnie przeliczamy "zajączki" (których faktycznie mieliśmy za mało) wpuściła nas według stawki dla miejscowych. Skansen jest bardzo zadbany i do niektórych parowozów można wejść (jak widać na zdjęciu).

Skansen kolejowy w Brześciu

Po obiedzie (pyszne ozorki!) wróciliśmy na dworzec i o 18.53 pojechaliśmy do Moskwy nowiutkim, lśniącym wagonem plackartnym - m.in. aluminiowe profile okienne, samowar z nowym, niekapiącym kranikiem (na przycisk).

14.08 - Moskwa, czyli jedna taka Nikolska i jeden taki bar

Po rytualnym obfotografowaniu Kremla ze wszystkich stron (na Placu Maneżnym trafiliśmy na barwną pikietę komunistów), nasyceniu wzroku prawie do końca odrestaurowanym soborem Wasyla Błogosławionego, poszliśmy na mszę do polskiego kościoła na Małej Łubiance, a następnie na obiad na Nikolską. Po pierwszej porcji pielmieni widmo śmierci głodowej się nieco ode mnie odsunęło, po drugiej porcji pielmieni przestałem być głodny. Po cziburieku z mięsem byłem już dobrze najedzony, a po spożyciu pirożka z kapustą byłem w stanie już tylko westchnąć z lubością. Podlawszy to litrem piwa Klinskoje sądziłem, że nie jestem już w stanie zrobić nic, a na pewno się ruszyć, ale próba wytoczenia (pardon, wyjścia) na ulicę zakończyła się sukcesem. Nikt nie obiecywał, że będzie lekko!

Moskwa: Sobór Wasyla


Moskwa: bar na Nikolskiej

Dojazd na lotnisko Domodiedowo okazał się łatwy, choć dość długi i w metrze zaczęła się niektórym udzielać choroba senności, którą starałem się leczyć okrzykiem "nie spać, zwiedzać!", co niestety rzadko się spotykało z wdzięcznością leczonego. Nie wiedzieć dlaczego...

Senność w moskiewskim metro

Na lotnisku okazało się, że waga poszczególnych plecaków waha się w przedziale od około 20 (dziewczyn) do 38 kg (Bronka). Mój pajak tradycyjnie ważył 28 kg. Lot do Irkucka (Siberia Airlines, 650 zł) był opóźniony o godzinę.

Z prawdziwa satysfakcją przekonałem się, że Rosjanie bardzo przejęli się zagrożeniem terrorystycznym. Na tzw. kontroli bezpieczeństwa kazano nam zdjąć buty, które prześwietlono, a bardzo miłe panie w białych rękawiczkach skrupulatnie sprawdziły czy nie mamy czegoś w kieszeniach czy pod ubraniami... Bardzo dokładnie sprawdzały, szkoda że nie dłużej:) Bo niebezpieczny ładunek można przykleić do dowolnego miejsca ciała. Sympatyczne panie pewnymi acz delikatnymi rękami to wykluczyły:) Dziewczyny nie były zachwycone kontrolą, ale ja bym nie miał nic przeciwko powtórce - bezpieczeństwo przede wszystkim oczywiście!

Niestety, nasz airbus A310 nie był ucharakteryzowany na Zielonego Potwora (patrz zdjęcie poniżej), tylko tak zwyczajnie. Szkoda...

Zielony Potwór w Ulan Ude


15.08 - Przedwczoraj Brześć, wczoraj Moskwa, dziś Irkuck

Z lotniska w Irkucku odebrała nas pani z Baikal Hostel, gdzie mieliśmy nocować za 10 euro + 5 euro za rejestrację na cały pobyt w Rosji. Taki był plan. Ale w rzeczywistości zamiast do hostelu prowadzonego przez Niemców trafiliśmy do prywatnego mieszkania na 7 piętrze w bloku, rejestracji nie dostaliśmy (bo Urząd Wiz i Rejestracji, czyli OWiR, w poniedziałki "ma wychodne"), nie udało się też wytargować obniżenia stawki noclegowej. Ale jednak zostaliśmy w "hostelu" i zaczęliśmy zwiedzanie. Irkuck jest słynny ze starych drewnianych, bogato zdobionych domów, niestety często w opłakanym stanie. Wschodnim wzorem ulice, chodniki są w fatalnym stanie, ale komunikacja (głównie prywatna) działa bardzo sprawnie, a dzięki starym domom i przepływającej przez miasto gigantycznej Angarze ma jednak swój klimat. W pobliskich Talcy w skansenie obejrzeliśmy stare zabudowania Ewenków, Buriatów i Kozaków. Ciekawe i godne polecenia, choć jednak wolę szukać podobnych, ale wciąż zamieszkałych. Wieczorem nabyliśmy kuchenkę gazową, by można było jednak coś ugotować i w knajpie spróbowaliśmy buriackiej specjalności - pozy. Od polskich pierogów, różnią się tylko szczegółami: farsz mięsny jest grubiej zmielony, a ciasto inaczej uformowane.

Drewniana zabudowa Irkucka


Pozy


16-17.08 - Bajkał, czyli tam i z powrotem

Podróż wodolotem do Niżnieangarska (na północno-wschodnim brzegu Bajkału) trwa 12 godzin, jest więc czas na posiłek (na pokładzie działa skromny bufet), drzemkę oraz na zwiedzanie "Świętego Morza". Co do świętości Bajkału nie będę się wypowiadał, ale nazywanie go banalnie jeziorem jest swego rodzaju profanacją. Akwen, którego przeciwległe brzegi są od siebie bardziej oddalone niż Warszawa i Wiedeń zasługuje na więcej szacunku. Już nie wspominając o pięknie pejzaży wyspy Olchon, otaczających Bajkał gór Chamar-Daban, Nadmorskich, Bajkalskich, Barguzińskich.

Bajkał:




Wieczorem w Niżnieangarsku (gdy kierowaliśmy się na nasz pierwszy namiotowy nocleg) z przejeżdżającego ambulansa-uaza zupełnie nieoczekiwanie wysypała się grupka naszych pociągowców, która dojechała kilka godzin wcześniej do Siewierobajkalska. Nocleg na brzegu nie mógł się obyć bez kąpieli w Bajkale, co wymagało pewnego zacięcia (a tego nam nie brakowało), bo wieczór należał do chłodnych, a temperatura wody też taka bałtycka. Ale w końcu ile razy w życiu jest się nad Bajkałem.

Następnego dnia odbyliśmy wodolotem podróż w przeciwnym kierunku (do Portu Bajkał), skąd mieliśmy nadzieję złapać jakiś pociąg jadący do Sljudanki słynną "krugobajkałką", czyli obecnie niemal nieużywanym odcinkiem linii kolejowej (kiedyś była to część głównej linii transsyberyjskiej) poprowadzonym nad samym brzegiem Bajkału, z racji górzystego terenu, często tunelami, pomostami, wykutymi w skale półkami. Szczęśliwie na stacji stała drezyna (lokomotywa z mini dźwigiem i dwoma odkrytymi platformami z roboczymi barakami), a z kolejarzem szło się dogadać (~42 RUB/os.). Po zrobieniu zakupów, m.in. najsłynniejszej bajkalskiej ryby - omula - solonego i nie patroszonego, wkrótce podziwialiśmy niezapomniany zmierzch nad Świętym Morzem z perspektywy wolno jadącej drezyny. A propos: czemu dziewczyny uważają wywalanie nożem rybom flaków za coś odrażającego (patrz zdjęcie poniżej)?!

Od lewej - omul i ja:


Patroszenie omula


Na drezynie w porcie Bajkał


Księżyc nad Bajkałem

Warto wspomnieć, że drezyna (z paroosobową obsadą rosyjskich robotników) jechała z arcyważną misją gospodarczą: załadowane w Porcie Bajkał stare podkłady kolejowe wyładowano nocą gdzieś przy malutkiej stacyjce. Zrobiło się chłodno, więc w baraku na platformie rozpaliliśmy w kozie, razem z rosyjskim robotnikiem kolejowym rozpiliśmy trochę piwa. A światło księżyca ścieliło się na wodzie... Ponadto, na którymś tam kilometrze z krzaków na odludziu wyskoczyło dwóch zdenerwowanych gości, zatrzymali pociąg i zażądali wydania im bagaży, które podobnoż miały tym pociągiem jechać i na nich czekać. Jeden z młodych robotników, co z nami jechał, faktycznie miał turystyczny plecak, ale miał go oddać w innym miejscu, a przede wszystkim plecak był tylko jeden (miało być więcej). Nie spodobało się to tym dwóm gościom, zrobiło się nerwowo, bo nic się nikomu nie zgadzało. Pociąg zaczął ruszać, padła seria niewyszukanych, acz soczystych wiązanek, goście chcieli nalać tego co miał plecak, a ten w końcu nie wytrzymał presji psychicznej i w lekkiej panice plecak oddał. Pojechaliśmy. Potem się okazało, że w plecaku były też jego własne rzeczy i dokumenty.

W Sljudance byliśmy koło północy i szybko zalegliśmy na kolejnym nadbajkalskim noclegu.


18.08 - Nie spać, zwiedzać! Czyli nierównej potyczki z Morfeuszem ciąg dalszy

Po cudownie szybkim (2 h) i bezpłatnym zarejestrowaniu na komendzie milicji, wynajętą "marszrutką" (8000 RUB) ruszyliśmy przez dolinę tunkińską do Orlika. Mimo atrakcyjnych widoków większość grupy zapadła w sen, z którego nawet tradycyjne gromkie "nie spać, zwiedzać!" nie było w stanie ich wyrwać. Tymczasem przejeżdżaliśmy przez liczne i ludne wioski, przepychaliśmy się przez chwilowo bezpańskie stada krów wędrujące środkiem drogi, podziwialiśmy widok Munku-Sardyka i oglądaliśmy buriackie tzw. "święte miejsca", będące dowodem na przywiązanie mieszkańców tych stron do szamanizmu. Do Orlika dojechaliśmy po około 6 h. Wjazd od strony Mondów jest dość ciekawy, bo nagle porządna szutrówka staje się mało wyraźną leśną dróżką, kluczącą między drzewami, wśród których pochowane są domki, a nawet stacja benzynowa. Potem się okazało, że reszta Orlika jest już dużą (4000 mieszkańców), klasyczną syberyjską wsią z szerokimi pylistymi, drogami i rzędami dużych chat, a także pocztą, telegrafem, podobno również i internetem (tego nie zweryfikowaliśmy). Nasz szofer w sposób nieco mglisty zamówił dla nas na następny dzień dalszy przejazd, tym razem ciężką ciężarówką i zawiózł za wieś, gdzie przenocowaliśmy nad rz. Oka (co nie jest "jak Wisła szeroka").


19.08 - Przy bryzganiu śmiech zabroniony!

W Buriacji słońce wstawało około 7 miejscowego czasu, więc my również nie zrywaliśmy się wcześnie. Tymczasem zjawił się nasz umówiony transport. A dokładnie pan Buriat, z którym trochę niechętnie (bo rano się nie chce gadać) zaczęliśmy ustalać cenę przejazdu. Zapłacone poprzedniego dnia 8000 RUB za 400 km niezłą drogą ze Sljudanki wydawało nam się zawyżoną ceną, więc tym razem za ~50 km (jak nam się wydawało) choćby wyrypiastą drogą (bezdrożem) byliśmy skłonni ostro się targować. Pan zaczął od 10.000 RUB, a chcąc nam pomóc (jak się wyraził) gotów był cenę opuścić do 8.000. Cennika nie znaliśmy, ale zabrzmiało to jak rozbój w biały dzień, więc nasza oferta zabrzmiała: 2.000 RUB. Pan chwilę się targował, ale przy zdecydowanej postawie naszego zespołu negocjacyjnego w końcu się zgodził, mrucząc coś, że jak dojedziemy na miejsce, to jeszcze ustalimy ostatecznie cenę. Ostatecznie dorzuciliśmy mu 500 RUB i nasz Buriat coś kręcąc nosem się zgodził. Jechaliśmy ziłem 316, takim oliwkowym potworem, który ochoczo przejeżdżał rzeczki, nie zważał na wyboje (co jadących na pace śmiesznie podrzucało do góry - wysiedzenie na plecaku przypominało próbę ujeżdżania byka na corridzie). Wjechaliśmy w rozległą doliną rz. Senca. Nasz Buriat był wielkiej pobożności, bo zatrzymywał się przy wszystkich oowach (świętych miejscach), podpalał mały stosik, na którym spalał garstkę jakiejś kaszy (tego co miał do jedzenia), "bryzgał" mlekiem, czyli parę kropel wylewał w płomień i dookoła siebie. Na końcu dogasający stosik okrążał kilka razy. Ofiara był spełniona, my pod wrażeniem tajemniczego obrządku i jechaliśmy dalej. Wkrótce to co od biedy można było nazwać drogą przekształciło się głębokie błotniste koleiny, z którymi nasz super sprzęt z napędem na wszystkie 3 osie długo jakoś sobie radził, dla urozmaicenia pokonując czasami 30-stopniowe skalne i kamieniste stromizny. Dwa razy jednak ugrzęźliśmy w błocie i tylko pomoc wyciągarki, w którą nasz oliwkowy potwór był zaopatrzony, pozwoliła nam kontynuować jazdę. Buriat szybko się domyślił, że podwójne ugrzęźnięcie to nasza wina, gdyż na ostatniej oowie śmialiśmy się w czasie gdy on składał ofiarę i bogowie nas ukarali. Nie śmialiśmy się już później. Na najbliższej oowie Buriat złożył wielką ofiarę przebłagalną (również "bryznął" wiezionym przez nas spirytusem, dla pewności Bronek też z namaszczeniem bryznął) i dalej już jechaliśmy szczęśliwie. W miarę jak płynął czas, a nasza maszyna prowadziła coraz bardziej heroiczny bój z coraz cięższym terenem, uświadamialiśmy sobie, że te wytargowane 2500 RUB to bardzo mało za, jak się ostatecznie okazało, 12 h jazdy (w tym 1,5 h odkopywania samochodu z błota). Niech o jakości tej drogi świadczy fakt, że w tym czasie przejechaliśmy około 80 km). Przy przekraczaniu jednej z głębszych rzek zobaczyliśmy taki oto tragikomiczny obrazek: po drugiej strony całkiem wielkiej wody stoi mały busik-uaz (fakt, że z napędem na 4 koła, ale przejechanie tej drogi, na której nasz ził dwa razy się zakopał, wydawało się nieprawdopodobieństwem!) i na naszych oczach wjeżdża w głębię. Stało się to co się stać musiało, mianowicie utknął na środku rzeki i miał szczęście, że go nie zniósł silny nurt. Tak podróżowali Rosjanie z Irkucka! Oczywiście dzięki wyciągarce ziła busik nie stał w rzece np. 20 h, czekając na jakiś samochód, tylko szybko znalazł się na drugim brzegu.

ZIŁ w opałach:


Topienie UAZa

O zmroku zakończyliśmy jazdę za rozwidleniem drogi do źródeł Chojto-Goł i wkrótce stanęliśmy na noclegu. Tu spotkała mnie niewymowna przykrość, bo uświadomiłem sobie, że nie jestem głodny i z prawdziwym żalem ponad połowę swej berbeluchy oddałem Pawłowi. Wydarzenie to bezprecedensowe, bo na wyjazdach nie być głodnym to mi się może czasami zdarzało, ale nie móc mimo tego zjeść dowolnej ilości porcji obiadowej - chyba nie! Z przykrym uczuciem, że zostałem zdradzony poszedłem spać.


20.08 - W stronę pika, czyli zdrady ciąg dalszy

Celem było podejście doliną strumienia Dargył, przez przełęcze pod Pik Topografów. Szło się całkiem nieźle, choć w grupie pojawiły się pierwsze problemy układu trawiennego. Dobra dotąd pogoda zaczęła się psuć, spadł deszcz, nadeszły niskie chmury i mając perspektywę przechodzenia w tych warunkach przez kamienistą przełęcz rozbiliśmy biwak tuż przed nią na małym wypłaszczeniu (wysokość około 2400 m). Zadziwiający brak apetytu trwał nadal, co mnie jakoś nie napawało optymizmem. Pik Topografów? Z dołu też na pewno jest ładny..., tak od razu na niego wchodzić...?


21.08 - Pik się miga

Poranek dawał nadzieję na poprawę pogody, więc po zjedzeniu (lub wmuszeniu) w siebie kaszki przeszliśmy przez naszą przełęcz, pogoda się poprawiła, naszym oczom ukazał się fragment pięknego, turkusowego jeziora Chuze-Nur, kształtem przypominającego Bajkał. Ukazał się też masyw Pika - cały w pięknych lodowcach (interesujące były dywagacje którędy się na niego wchodzi), ale ów przez cały czas skrywał sam szczyt w chmurach. Zeszliśmy do doliny potoku Chełgin i rozbiliśmy namioty pod Pikiem Topografów. Pogoda uniemożliwiała jego zdobycie, więc poszliśmy nad wspomniane jezioro, gdzie znów zaczął padać deszcz. Wieczorem, kiedy sądziłem, że wrócił mi apetyt, by zupełnie "dobić" chorobę zafundowałem sobie super kurację: berbeluchę zjadłem z dużą ilością czosnku (bo zdrowy), popiłem to herbatą z imbirem (bo antybakteryjny) i złotym korzeniem (bo wszechleczniczy jak żeń-szeń), zagryzłem jeszcze na wszelki wypadek trochę imbiru i złotego korzenia (bo to na pewno najzdrowsze), doprosiłem się wreszcie o przydział spirytu, który po rozcieńczeniu (w celach leczniczych rzecz jasna!) spożyłem w towarzystwie dbających o zdrowie jednostek (nielicznych niestety!), a na koniec zagryzłem to jeszcze dziesiątka węgla (wiadomo po co). Efekt był niesamowity... przez całą noc.


22.08 - Pik się śmieje

Nie było wyjścia: pogoda niepewna, więc ruszyliśmy w kierunku mineralnych źródeł Czojgan. Na początku przełęcz (~2600 m), która po krótkiej porannej przygodzie z kaszką nieźle mi się dała we znaki. Ale widoki były naprawdę przednie - ten gruby jęzor wiecznego śniegu spływający do jeziora! No i wkroczyliśmy do Tuwy. Czworo z nas było w tej republice 2 lata temu i chyba nikt się nie spodziewał tak szybko do niej wrócić. Rozpoczęliśmy zejście skalistym pustkowiem, mieliśmy nadzieję dojść tego dnia do mineralnych źródeł, jednak znacznie wcześniej, przed rozpoczęciem kamienistego trawersu prowadzącego do kolejnej przełęczy porządna ulewa z gradobiciem skutecznie wyperswadowała nam ten pomysł. Biwak był nad jeziorem położonym na wysokości 2235 m.

Do hymnu!


23.08 - Pik Dobrej Pogody oraz Pik Trojga Zdobywców

Poranek był śliczny. Czojgan już blisko (tylko hycnąć za przełęcz), więc postanowiliśmy "na lekko" zdobyć bezimienny (wedle mapy) szczyt pod którym się rozbiliśmy (2918 m). Prawie każdy poszedł własną drogą i nie bez trudu (bo kamienie się osuwały i były strome odcinki), ale udało się szczyt zdobyć (z pięknym lodowcem od południowej strony), nazwany przez nas Pikiem Dobrej Pogody. Tylko Ola, Bronek i Emilka z powodu złych przygód z rzeczonymi zdradzieckimi kamieniami dokonali taktycznego odwrotu i zdobyli inny, również wedle mapy nie nazwany dotąd pik (2651), odtąd już nazwany Pikiem Trojga Zdobywców. Piękna pogoda się utrzymywała i odsłonił się nawet Pik Topografów.

Na Piku Dobrej Pogody!


Po południu zwinęliśmy obóz i ruszyliśmy dalej. Wejście na przełęcz było łatwe (200 m podejścia), gorzej było z zejściem 800 m. Za przełęczą był cały system kotłów (czterech chyba) z jeziorkami na ich dnie, do których wiodły strome zejścia, miejscami po płatach śniegu (kontakt z jednym z nich wzbogacił moją dłoń o "linię głupoty" zaczynająca się na nadgarstku, a kończącą na końcu serdecznego palca) i po mało stabilnych czasami kamieniach. Do granicy lasu doszliśmy tuż przed zmrokiem (tzn. grupa druga, bo pierwsza nas wyprzedzała o jakieś 3 kwadranse) i śladem poprzedników oraz niedźwiedzia (wysoka trawa wyglądała jak by ją ktoś potraktował maczetą), na poły wirtualną "tropą" przyspieszyliśmy kroku do wymarzonych ciepłych źródeł, gdzie wreszcie mieliśmy wypocząć (w towarzystwie nagich Buriatek). Dłuuugo się szło. Przed zapadnięciem zupełnych ciemności poczuliśmy dym z ogniska, a po chwili zobaczyliśmy i sam ogień. Huraaaa! Byliśmy na miejscu! No, prawie na miejscu. Blisko. Między nami parędziesiąt metrów tylko. I spory strumień. Nawet dwa strumienie, które w tym miejscu się łączyły. Psiakrew! Resztką sił (problemy gastryczne ich nie dodają) i z gracją akrobaty przeszedłem po zwalonym pniu na środek pierwszego strumienia (jakoś rwące i kamieniste rzeki pod pniem, po którym się przechodzi, wydobywają sprawność o której się nie miało pojęcia), gdzie była kamienista wysepka, a resztę strumola przeszedłem w klapkach po płyciźnie. Wspiąłem się na dziki zakrzaczony brzeg, zlokalizowałem ognisko i już w ciemnościach (w pośpiechu nie wyjąłem czołówki), marząc o nie skręceniu nogi w jakimś wykrocie, przeszedłem drugi strumień. Drogę zagrodziło mi jeszcze jakieś płytkie rozlewisko, które nie tracąc czasu postanowiłem przejść. To był błąd, bo było to coś mocno błotniste i "wciągające" i po dwóch krokach ugrzęzłem po kostki w tym syfie. Odwrót się w końcu udał (kosztem kompleksowego ubłocenia) i wkrótce byłem przy ognisku. Zaczął padać mały deszcz - był to ostatni deszcz na tym wyjeździe, nie licząc może jakichś lekkich nocnych, których jednak nie widziałem i nie słyszałem. Okazało się, że mineralne, rzekomo ciepłe źródło, to to rdzawe bajoro w które przed chwilą wlazłem. Ciepłe to to nie było, choć fajnie smakowało (jak wysoko zmineralizowana gazowana woda), ale tym razem nie zdecydowałem się na uskutecznianie kolejnej kuracji leczniczej. W końcu wszyscy dotarli, zjedliśmy obiad i gluta, zmyłem część błota z nóg (jakieś oporne było, a ja mało zdeterminowany), więc nie było źle.

Mineralne błoto


24.08 - Dzień dobry, opowiedz mi swój koszmar!

Dygresja: buriacka strefa czasowa oddalona jest od polskiej o 7 h. Zdecydowanie za dużo, bo w czasie naszego pobytu wschód słońca przypadał na około 7-ą, a zachód - na 22-ą, czyli około 2 godzin później niż Polsce. Oznaczało to, że wstawaliśmy około 8-ej, na nocleg dochodziliśmy około 21-22-ej, a spać chodziliśmy koło północy. Być może właśnie fakt jedzenia obfitej obiadokolacji tuż przed snem zaowocował serią nocnych koszmarów, snów chorych, przykrych i niedorzecznych, które pamiętaliśmy po obudzeniu. Oczywiście najlepiej je opowiadać jeszcze w śpiworze, póki są żywe - to bardzo miłe rozpoczęcie dnia:)

Wrogiem spokojnego rozpoczynania dnia natomiast był Wojtek, który lubował się w głośnym informowaniu wszystkich ile czasu zostało "do wyjścia". W ten sposób jeszcze przed wyjściem ze śpiwora, mogłem się zestresować, bo wiedziałem, że tego dnia znowu nie zdążę (Wojtku, oddaję Ci honor: to jednak mobilizowało i nieco skracało poranne zwijanie obozu :)

To był fajny i luzacki dzień. Ścieżką przez prawdziwą syberyjską tajgę, pełną owoców (jagód, porzeczek i innych) oraz grzybów ruszyliśmy ku doliny Arżan-Chem i dalej ku przełęczy Czojgan-Daban. Było dużo strumieni, niektóre udawało się przejść po jakich obślizgłych pniach, ale w końcu część (Ola, Emilka, Bronek i ja) zdecydowała się je przejść "po uralsku", czyli mocząc buty, a część zakładała klapki. I każdy był zadowolony.

Długo szliśmy po śladach niedźwiedzia. Ten przed nami zdecydowanie za długo nie obcinał pazurów, ewentualnie sobie tipsy zrobił. Niestety nie było okazji naocznie się przekonać jak było naprawdę. Tymczasem nagle doszliśmy do cywilizacji. Od trzech dni nie widzieliśmy niemal śladów bytności człowieka (troszkę śmieci i z rzadka ślad po ognisku), a tu wypadliśmy na ścieżkę wielką jak droga. I jeszcze drogowskaz! Wskazywał kierunek do Tuwy (w Tuwie byliśmy), w Sajany (byliśmy w środku tego pasma) i do Żojgon (a to już lepiej). Jest to lokalna nazwa źródeł Czojgan, do których zdążaliśmy i sadziliśmy, że byliśmy przy nich minionej nocy (rdzawe bajorko w lesie). Tu było lepiej! Te źródła były bardzo ciepłe. W szczerej tajdze na dużej polanie zbudowano kryte mini-kąpieliska: trzy małe chatki 2 x 2 m, których wnętrze stanowi basenik wykopany w skalistej ziemi (głębokość około 80 cm), zasilany ciepłymi źródłami (dwa różne źródła w 2 różnych chatkach). Jest też osobna chatka służąca jako umywalnia. Nie muszę chyba mówić jaka to atrakcja dla zmęczonego i hm... czystego inaczej turysty. Warto dodać, że tłumu tam nie było, a wszystko bardzo schludne i bezpłatne. Woda była niemal gorąca, szczególnie przez kontrast z dość rześkim powietrzem w górach, więc głośnym okrzykom najprawdziwszej rozkoszy długo nie było końca.

W Czoj-Gan

Odkryliśmy też w pobliżu w lesie dwie "dzikie" sadzawki zasilane jakimiś źródłami, przy czym po wejście do jednej z nich (starczyło do pasa) nagle woda zaczynała szczypać w... (no wiecie gdzie!), więc biegiem pędziliśmy do naszych wodnych domków (i znów rozlegały się krzyki rozkoszy).

Po radosnym kąpaniu, czy raczej moczeniu się, ruszyliśmy na nocleg tuż za przełęczą Czojgan-Daban (przełęczą prowadzi granica tuwińsko-buriacka). I tu się okazało, że mineralne źródła lekko nas rozleniwiły i osłabiły. Wszystkich - z wyjątkiem Bronka. Jego osłabiło totalnie, stracił siły i apetyt (wyglądało to podobnie do mojej przypadłości, co się ciągnęła od początku górskiej części).

W moim aparacie fotograficznym poprzedniego dnia rozładowała się bateria, więc aż do 31.08, kiedy to wreszcie znalazłem prąd elektryczny, w robieniu zdjęć miałem przerwę.


25.08 - Sen (na jawie) o Norylsku

Czasami mają miejsce zdarzenia nieoczekiwane i absurdalne: od Norylska byliśmy oddalenie o tysiące kilometrów, ale nagle zagościł on w sercach i umysłach wielu z nas. Zaczęło się już na noclegu pod Orlikiem: wypisując w namiocie kartki przy świetle czołówki, nagle zaczęły do mnie docierać fragmenty rozmowy z sąsiedniego namiotu (himalai). Motywem przewodnim było to niklowe miasto za kołem polarnym, a dokładnie próba wyobrażenia sobie każdego aspektu życia na tej nieludzkiej ziemi. Po paru dniach, gdy temat Norylska dalej utrzymywał się wśród najczęściej omawianych, nieco przywykłym, ale na początku ta fascynacja wydawała się... osobliwa. Cóż, może to będzie (a dokładnie pobliskie Plato Putorana) cel przyszłorocznej wakacyjnej wyprawy Trampa?

Schodząc doliną rzeki Dunda (i przekraczając kilka razy płytkie rzeki), a następnie lekko podchodząc doliną potoku Chojto-Goł znaleźliśmy się przy kolejnych (tym razem buriackich) ciepłych źródłach mineralnych o tej samej nazwie. Tym z kolei towarzyszyła administracja w postaci starej Buriatki i paru wyrostków (być może jej synów), źródła nie były tak fajne jak w Żojgon, więc główną atrakcją stała się wizyta w bani (ach to biczowanie jodłowymi gałązkami...!). Buriatka starannie nas podliczyła za wizytę w bani, drewno potrzebne do jej ogrzania oraz za drewno spalone... przez nas na ognisku. Wkoło setki kilometrów tajgi, a my kupujemy drwa. Ale to takie zagospodarowane miejsce (m.in. domki do wynajęcia), więc nie protestowaliśmy. Same źródła jakoś niechlujnie zagospodarowane, był za to mały basenik, w którym można było popływać (po wyłowieniu pijawek). Moim prywatnym świętem było ustąpienie problemów układu trawiennego (wreszcie!).


26.08 - W cieniu wulkanu

Kolejnym ważnym punktem wyjazdu była dolina wulkanów: Pieretołczina (2044 m) i Kropotkina (2074), sterczących z dna szerokiej doliny, zalanej ostrą i słabo porośniętą mchami lawą.

Dojście tam, wbrew pozorom, okazało się nieco skomplikowane. Paweł i Jacek szybko się podnieśli na pierwszym postoju i wkrótce byli wysoko na stromym zboczu. My jednak znaleźliśmy drogę "alternatywną", która najpierw była bardzo stroma, a potem robiła się już tylko... coraz bardziej stroma. Nędzna trawka, żwir, małe kamienie to nie jest pewne oparcie dla stóp na wielkiej stromiźnie. Nie wiem ile-dziesiąt metrów podszedłem systemem: trzy małe kroczki (takie piętnastocentymetrowe) do góry - jeden w dół - łapanie oddechu przez 10 sekund. I od nowa. Tempo nie było rekordowe. Realne widmo agonii jednak nie nadeszło i znaleźliśmy się na grzbiecie. Jeszcze trawers, mały płaskowyż i... już byliśmy na wygodnej ścieżce, którą zgubiliśmy na dole. Dalej było już lekko: przecudna rozległa dolina, jezioro, strumienie, a wkrótce widok wulkanu Pieretołczina. Nocleg był u jego stóp. Tam spotkaliśmy Jacka i Pawła. Jak się okazało, byli przed nami kilka godzin, więc zdarzyli się rozejrzeć po okolicy, przy okazji nas szukając, bo tak się ciekawie złożyło, że żaden z nich nie miał namiotu:) Jeszcze przed zachodem słońca weszliśmy na wulkan oraz do jego wnętrza (mini-jeziorko na dnie). Tego dnia dzięki Jackowi, Markowi i Wojtkowi w berbelusze były grzyby, których mnóstwo rosło na koronie wulkanu, a które zdecydowaliśmy się wreszcie spróbować. Pyszota! I glut na deser - jak święto to na całego!

W podjęciu grzybowej decyzji pomogła być może wizja głodu, która niektórym zaczęła zaglądać. Marek np. urządził sobie następnego dnia dzień głodowy (tzn. jadł tylko owoce leśne). Ktoś: "to może zjedz porcję jutrzejszą?". Marek: "zjadłem wczoraj". Namioty bowiem dzieliły się ze względu na ich mieszkańców na dwa rodzaje: "namioty żarłoczne i permanentnie głodne" (pomarańczowa himalaya, w której spała Emilka, Wojtek, Jacek i Marek oraz poligon zamieszkany przez Olę K. i Pawła - wszystko to osobniki wybitnie żarłoczne) oraz na "namiot umiarkowany - powściągliwy" (czyli VauDe z Olą, Bronkiem i mną). Ja padłem ofiarą zdrady własnego żołądka już na początku wyjazdu, Bronka chwyciło to coś w Czojganie, Ola też jadła mało, więc my z kolei naszych dziennych porcji nie byliśmy w stanie zjeść.

Tu przytoczę scenkę z postoju tego dnia, czasu niedyspozycji żołądkowej Bronka. Postój się kończy, za chwilę mamy ruszyć dalej, z jakichś krzaczków czy zagłębienia terenu wychodzi Bronek z papierem toaletowym w ręku i rzuca: "muszę zjeść czekoladę"! Ktoś: "musisz czy chcesz"? Bronek: "No, klockiem tego nie można było nazwać"! Nikt się nie kwapił pójść i sprawdzić:)


27.08 - Na lawie nie jest źle!

Rano poszliśmy "na lekko" przez pole lawy (w miejsce jednolitej masy skalnej często występowały kamienie) na wulkan Kropotkina - bardzo podobnego do tego z poprzedniego dnia, z tym, że bez jeziorka w kraterze (sam krater wewnątrz bardziej stromy) i nie porośniętego drzewami ani krzewami, przez co na jego szczycie bardziej się czuło, że jest się na wulkanie. Na jego koronie ułożonych jest mnóstwo kamiennych kopczyków, widać było także ślady roweru. Turyści rosyjscy budzą szacunek!

Rozpoczęliśmy powolny odwrót przez dolinę wulkanów ku drodze w dolinie rzeki Senca, którą przed tygodniem dojechaliśmy ziłem w góry. Wbrew obawom szło się dobrze szeroką ścieżką. Dzięki niej udało się uniknąć przesadnie bliskiego kontaktu z ostrą i porowatą lawą, która wypełniała dno szerokiej doliny (najwyraźniej wulkany kiedyś nie próżnowały). Choć strumienie płynęły głównie pod lawą, to w kilku miejscach dawało się uzupełnić zapas wody.

Piękny to był dzień! Długo noszone salami wreszcie zaczęło mi nieziemsko smakować i zapas dziennych przegryzek wreszcie zaczął się kurczyć. A jeszcze poprzedniego dnia obawiałem, się, że ser i kiełbasę przywiozę z powrotem do Polski. Wraz z nadchodzącym wieczorem stało się widoczne, że dojście do jeziora Bursagoj-Nur może być trudne. Poprzednio porządna ścieżka zamieniła się w sieć ścieżynek, które równie łatwo było znaleźć, co i zgubić, a prowadziły nie tam gdzie chcieliśmy. Podstawowym problemem był brak wody, a zejście do jeziora broniły spiętrzone gołoborza lawy, które należało omijać, a takim prowizorycznie wyznakowanym szlakiem nieopatrznie pogardziliśmy. Przed sama nocą, przedzieraliśmy się więc przez las, a co mniej przyjemne - przez lawowe rumowisko, na którym czekały na nas atrakcje w postaci dość wąskich i bardzo głębokich szczelin, dobrze zamaskowanych roślinnością. W tych warunkach doszliśmy do jeziora. Inaczej je sobie wyobrażaliśmy: zamiast trawki czekającej na rozłożenie namiotów, po prostu między wielkimi kamieniami pojawiła się woda. Było prawie ciemno, więc wycofaliśmy się do miejsca, gdzie gołoborze było nieco równiejsze, a kamienie pokrył gruby dywan suchych mchów i porostów. Rozłożyliśmy namioty na skraju parometrowych przepaści (nocne spacery bez czołówki nie zalecane), symbolicznie wbijając parę szpilek w mech, ale pogodna noc nie groziła zmyciem czy zwianiem namiotów.


28.08 - Syberyjski "mały zielarz"

W świetle dnia łatwo znaleźliśmy główną ścieżkę i kontynuowaliśmy wędrówkę, tym razem doliną Żombołoka, obfitującą w leśne owoce (nigdy poprzednio się tak nie objadłem jagodami). Wszystko starało się nas zatrzymać na dłużej: las i leśne jeziorka - swym urokiem, podstępne strumyki - zalewając ścieżkę, bagno - sadowiąc się na, przed i za przełęczą, ale wszyscy (no, prawie wszyscy...) chcieli jak najszybciej dojść do drogi, na której była szansa złapania ciężarówki do Orlika. Dni wyjazdu mijały, a jeszcze czekał na nas Munku-Sardyk (jeszcze wtedy tak nam się wydawało), najwyższa góra Sajanów i całej Syberii Wschodniej.

Ale się udało, wieczorem (znów wieczorem!) dotarliśmy do drogi nad Sencą i zabiwakowaliśmy.


29.09 -Metropolia Orlik

W napotkanym buriackim gospodarstwie załatwiliśmy dojazd do Orlika (2.800 RUB od grupy), kupiliśmy trzy bochenki chleba (które czym prędzej podzieliśmy i w dużej części na miejscu pożarliśmy) i szybko byliśmy na miejscu. Rozłożyliśmy się pod sklepem, zrobiliśmy zakupy i od razu staliśmy się obiektem zainteresowania lokalnych posiadaczy czterech kółek, którzy oferowali nam swoje usługi przewozowe. Orientowaliśmy się już w cenach, więc negocjacje były długi, twarde i trudne. Bo jak już ustaliliśmy "ostateczną" cenę i uścisnęliśmy dłoń szofera, to ten zaczynał coś mamrotać o zaliczce i koszcie benzyny, którą jego maszyna spali na naszej trasie. I w jego mniemaniu "ostateczna" cena to jego zysk "na czysto", a koszt benzyny, to oczywiście nasz dodatkowy wydatek. "I wot egzotika" - by się chciało rzec! Ale w końcu ustaliliśmy "ostateczną-ostateczną" cenę (2.700 RUB) i pojechaliśmy.

Nie była to bezstresowa jazda. Kierowcą był buriacki szczyl, miłośnik muzyki puszczanej na cały regulator (po tygodniu wędrówki przez górska głuszę odwykłem od decybeli; jakoś od razu typ nie przypadł mi do gustu), z jeszcze młodszym kolegą, co miał paskudną bliznę na policzku.

No postojach "szczyl" popijał wódkę z pasażerem na gapę (przedstawicielem ginącego plemienia Sojotów z pogranicza buriacko-mongolskiego), a potem jechał szybko i nieco brawurowo - patrzenie na drogę najwyraźniej go nużyło i starał się tego unikać... Potem prowadził kolega z blizną - co prawda dopiero się uczył jeździć, ale przynajmniej był skoncentrowany na jeździe. I nie przeszkadzała mu, gdy coraz bardziej pijany kolega w trakcie jazdy kładł się na nim, urwał lusterko wsteczne... Ale Opatrzność czuwała nad nami: dojechaliśmy do mostu na Białym Irkucie (przed Mondami) i tam zanocowaliśmy.

Wedle planu następnego dnia mieliśmy podejść kanionem pod Munku-Sardyk, kolejnego dnia zdobyć szczyt, a potem wrócić do mostu i sprawnie dojechać do Ułan-Ude, zdążyć na samolot. A mi się nie podobał taki plan, bo oznaczał, że nie będzie już czasu na zwiedzanie lamajskich dacanów (świątyń) w Iwołgińsku (centrum buddyzmu w Rosji), ani samego Ułan-Ude (stolicy Buriacji). Zdecydowałem się odłączyć i pojechać do Iwołgińska, gdzie wedle przewodnika "Bezdroży" miał być klasztorny tani hotelik.


30.08 - Rozstania czas

Zmieniła się pogoda, padała mżawka i grupa poszła swym szlakiem, a ja zaczaiłem się na drodze na stopa. Po półgodzinie nadjechały dwa busy relacji Orlik - Ułan-Ude (wyjazd codziennie 9.00, dojazd na około 22.00, 650 RUB) i wkrótce jechałem chińskim SsangYongiem Astana (najpopularniejsza marka busów w Buriacji, Chińczycy zaczynają rządzić). Jedna z pasażerek, młoda Buriatka jechała w koszulce "Twojego stylu":)

Po postoju na naprawę koła oraz obiad kierowca szarmancko odwiózł każdego pasażera pod wskazany adres, co trwało około 2 godzin, a ja poznałem najpierw wzdłuż i wszerz U-U, a potem okoliczne, pogrążone już w ciemnościach wioski. Gdy przedstawiłem kierowcy Sergiejowi swój plan nocowania na dworcu, ten mi za proponował spanie w jego aucie. Zaparkował na oświetlonym placu przed jednostką wojskową, zjedliśmy kolację. Poczęstowałem go piwem "Irkutskoje Żiguliewskoje", które ocenił krótko "Chujowe piwo" i dodał jeszcze parę epitetów. Lekko dotknięty wytłumaczyłem, że w jego rodzinnym Orliku, lepszego piwa nie było. Okazało się, że Sergiej jest miłośnikiem Vielkopopovickiego Kozela, kupuje go w lokalnym sklepie...

Tej nocy mi się śniło, że zostałem pomocnikiem Sergieja, razem woziliśmy ludzi jego busem, a ja by zatrzeć wrażenie po "Żigulu" kupiłem mu w sklepie "Bałtikę". Potem sen zaczął się zamieniać w koszmar, więc świt (już na jawie) przyjąłem z ulgą. Ach te kolacje przed snem!


31.08 - W stronę lamajskiego raju

Po wizycie w pozowym barze (śniadanie) świat był już zupełnie piękny.

Dygresja kulinarna: Buriaci są nieufni wobec stołowych akcesoriów typu widelec i nóż, więc potrawy takie jak pozy czy naleśniki je się palcami. Dla higieny w tanich barkach, wszelkich kafie, stołowa, poznyje jest umywalka, choć kibel-sławojka jest albo na zewnątrz, albo go nie ma w ogóle.

Stwierdziłem, że U-U jest bardzo ładne, zadbane i pojechałem do Iwołgińska. Klasztor sprostał moim najśmielszym oczekiwaniom. Na sporym, ogrodzonym terenie na skraju wsi znajduje się kompleks 5 dacanów (świątyń tybetańskich buddystów w Buriacji), tybetańska szkoła dla około 200 uczniów, biblioteka, muzeum oraz kilkadziesiąt chatek mnichów (i uczniów). Jest też kilka stup (symboliczne grobowce Buddy, miejsce składania ofiar z pokarmów), mnóstwo młynków modlitewnych (tarabanów), kręcenie którymi jest rodzajem modlitwy.

Po wspomnianym przez "Bezdroża" hotelu śladu nie było (przewodnik - chwała mu że jest, dużo tam użytecznych informacji, ale w wielu miejscach niedoróbki są rażące, widać że autorzy w niektórych opisywanych miejscach albo nie byli w ogóle, albo byli, ale nie wysilili się by zebrać wyczerpujące dane), ale na duchownych w takich wypadkach można liczyć i po zagadnięciu o nocleg pierwszego spotkanego lamy (lamaizm to buddyzmu tybetański, główne wyznanie Buriatów) już wiedziałem, że w potrzebie mnie nie zostawią. Na początku byłem odsyłany parę razy do kolejnych lamów i trwało to sporo czasu, ale przy okazji sporo się dowiedziałem o klasztorze, lamach, czasie najbliższych nabożeństw (których byłem bardzo ciekaw). Tutaj życie biegło innym rytmem: dużo zajętych czymś ludzi (remonty, budowa nowego dacanu, dużo nabożeństw), trochę zwiedzających (głównie Rosjan i Buriatów), ale wszystko odbywało się w spokoju, panował porządek, wszyscy pogodni, nie wyrażający niecierpliwości czy zdenerwowania. Rzecz nietypowa w tym kraju: domki lamów zazwyczaj otwarte, cenne przedmioty leżące na wierzchu. Tak więc mając w planie spędzenie tu pełnych dwóch dób, włączyłem się w tutejszy rytm i spokojnie szukałem kogoś wiedzącego o wolnym miejscu na nocleg. I udało się: dostałem do dyspozycji śliczny, mały domek (nr 37), z piecem, skromnym posłaniem, czajnikiem elektrycznym, prowizoryczną umywalką, ołtarzykiem buddyjskim. Dzięki prądowi mogłem wrócić do robienia zdjęć.

Iwolgińsk - typowa syberyjska chata


Mój domek w Iwolgińsku


Iwolgińskie dacany







Buriatka przed dacanem

Po bardzo aktywnych minionych ponad dwóch tygodniach, wreszcie mogłem się wywczasować.


1.09 - W stepie podmokłym

Wczasy są fajne, ale ile można się relaksować? Po wysłuchaniu (i nagraniu) fantastycznych lamajskich nabożeństw następujących po sobie w trzech różnych dacanach (monotonnie recytowane sutry + instrumenty: bęben, muszla, piszczałki, trąba), obserwowaniu wiernych (modlących się, składających ofiary), wyruszyłem na wycieczkę. Celem były jedne z najstarszych rosyjskich dacanów w Rosji - gusinoozierski (tamczyńki) we wsi Gusinoje Oziero, nad jeziorem o tej samej nazwie. Krajobraz stepowy, do Gusinoozierska (ok. 80 km) na bliższym brzegu Jeziora Gęsiego dojechać łatwo, ale dalej (dacany są na przeciwnym brzegu jeziora) - 40 km - droga jest pusta, panuje upał, z rzadka widać małe osady.

Gusinoje Oziero

No, ale skoro miałem mieć szczęście na tej samotnej wyprawie, to już do końca. Po godzinie łapania stopa zatrzymała się w końcu półciężarówka nissan z kierownicą po prawej stronie (częste zjawisko na wschodzie Rosji) i resztę podróży spędziłem z przesympatycznym Buriatem o imieniu Sajan. Jechał do Gusinoje Oziero, a po chwili prowadziliśmy w najlepsze dyskusję o Polakach, Buriatach, życiu w obu krajach, sowieckich nawykach u Buriatach (pijaństwo, lenistwo, na poprzemysłowych terenach - bezrobocie i narkomania). Sajan dociekał, co mnie skłoniło do przyjazdu do Buriacji i czemu jeżdżę sam (podobno niebezpiecznie), wstydził się za beznadziejne lokalne drogi (polskie w porównaniu z nimi to cuda inżynierii) i za swych rodaków. Fajnie się jechało, nagle dacany przestały się liczyć, a najważniejsza stała się rozmowa z Sajanem, jego ciężarówka, widoki za oknem i to podążanie przed siebie na południe. Zajechaliśmy jeszcze do Selendumy (tylko 60 km od granicy z Mongolią!), gdzie pomogłem mu wyładować jakiś złom, a potem już do Gusinoje Oziero. Syn Sajana zawiózł mnie motocyklem pod same dacany - na wyboistej drodze utrzymanie się w siodełku nie było wcale oczywiste... Dacany ciekawe, widać, że stare, ale pozamykane (mi otworzono), wydawały się martwe. Kontrast z iwołgińskimi piorunujący!

Zgodnie z wcześniejszą umową Sajan przyjechał pod dacany (bo okolica niebezpieczna, jak często powtarzał) i dowiózł do głównej drogi. I nie chciał pieniędzy za podwożenie (w Rosji prawdziwa rzadkość) - jak powiedział: z wdzięczność, że przyjechałem zwiedzać jego kraj.

Ostatnie kilometry przed "moim" klasztorem przeszedłem nie drogą, a na rympał przez stepowiejące pastwiska. Stepowo to one tylko z daleka wyglądały. Najpierw nie do końca udało mi się przeskoczyć jakiś kanał, a potem trafiłem na podmokłą łąkę. Cóż, to nie był step!


2.09 - Znów razem, prawie razem

Tymczasem po nie wejściu na Munku-Sardyk (załamanie pogody, śnieg) "pociągowcy" ruszyli do Irkucka, a reszta "samolociarzy" przyjechała tego ranka do U-U. No i wkrótce spotkaliśmy się przed dacanem.

Tego dnia (piątek) lamajskie modły były wyjątkowo uroczyste i długie, nawet robotnicy budujący nowy dacan mieli wolne. Z żalem się spakowałem, serdecznie, jak z najbliższą osobą, pożegnałem się z Kałmukiem Igorem (tego lata zaczynał buddyjską szkołę, rozmawialiśmy trochę dwa dni wcześniej) i opuściłem moje najukochańsze miejsce w Buriacji. Wróciliśmy do U-U. W komplecie długo się nie nabyliśmy, bo ja chciałem pozwiedzać głębiej miasto, a reszta pojechała do pobliskiego skansenu. Tak więc obejrzałem 2 cerkwie (w jednej było akurat nabożeństwo), obżarłem się na rewelacyjnym bazarze (pirożki po 3 RUB!), kupiłem wędzone omule, zachwyciłem się rybnym bukietem (na zdjęciu), posiedziałem na miłym deptaku na ul. Lenina obserwując mieszkańców, ciekawie rozmawiając z Katją i jej (chyba) mężem. Bardzo interesowali się jak wygląda życie w Polsce, nie mogli uwierzyć, że benzyna jest po euro za litr (wtedy jeszcze nie wiedziałem o podwyżkach) - w Rosji kosztuje około 2 zł.

Lenin w Ułan Ude


Rybny bukiet w Ułan Ude

Przed wieczorem, znów w komplecie, pojechaliśmy na lotnisko. Terminal duży, opustoszały, ciemny. Bardzo chciałem wierzyć, że następnego ranka odlecimy. Namioty rozłożyliśmy przy parkingu przed terminalem.


3.09 - Więc szarpcie kuricę na sztuki, niechaj nagie świecą kości!

Odbiór biletów trochę potrwał, ale się udało. Kontrola bezpieczeństwa tym razem była mniej delikatna, gdzie im do pań z lotniska Domodiedowo. Zasiedliśmy w Tu-154, stewardessa ogłosiła opóźnienie (oczywiście przyczyny techniczne) i przez następne kilkadziesiąt minut z niepokojem obserwowaliśmy jak pan wyglądający na hydraulika, a nie serwis lotniczy, nieporadnie rozkłada koło samolotu jakieś schematy i stara się coś z nich odczytać. Zrobiła się większa narada, przyszli panowie w garniturach, piloci, na rowerze przyjechał pan wyglądający na pomocnika hydraulika, z pękiem kluczy w garści. Obserwacja mimiki tych "specjalistów" (w stylu "może dolecicie", "nie działa, ale może nigdy nie działało", "to na pewno nic poważnego") i rozkładanych rąk nie napawała optymizmem. Ale wystartowaliśmy w końcu i bez problemu dolecieliśmy.

W Moskwie, na dworcu białoruskim, nie było już miejsc na popołudniowy pociąg do Brześcia, więc wybraliśmy pociąg do Grodna. Przed wyjazdem (o 16.54) zdążyliśmy jeszcze zjeść po połowie kurczaka (takiego sporego). Zresztą określenie "pożreć" czy "rozszarpać" by było właściwsze. Byliśmy głodni, przed nami 17 godzin w pociągu, a do kury kupiliśmy po pszenicznej bałtice (nr 8). Pyszota! A potem miło było wsiąść do wagonu plackartnego i wcześnie usnąć.


4.09 - Na dostatnim bogatym Zachodzie (czyli znów w Polsce)

Szczęście dalej nam dopisywało. Po dojeździe do Grodna zaraz mieliśmy osobówkę do Kuźnicy Białostockiej. Po drobiazgowej kontroli bagażu przez białoruskich celników był jeszcze czas na zakupy w wolnocłowym. Promocja: 2 dolary za litr Nikity - "Perfect high quality vodka, produced & bottled in Germany" to nie lada gratka!

W pociągu rozpoczęliśmy dyskusję o rosyjskich wakacjach z dwojgiem Polaków. Rozmowa była miła, a potem zrobiło się jeszcze milej: w Kuźnicy mieli 7-osobowego minivana i zaoferowali nam podwiezienie do Warszawy! Tym sposobem, obserwując wielkie przedwyborcze billboardy kandydatów na prezydenta i parlamentarzystów (przed naszym wyjazdów ich nie było), dostatnie wsie i miasteczka, po wspaniałej-równej drodze do stolicy dojechaliśmy na 14-ą. Pożegnanie na Rondzie Waszyngtona zakończyło naszą buriacką przygodę.


Zobacz zdjęcia Pawła z wyjazdu

Dodaj komentarz


 

KTE "TRAMP"
Szkoła Główna Handlowa
Al. Niepodległoœci 162
02-554 Warszawa
+48-22-5649784
Webmaster
<Klub Turystyczny Ekonomistów TRAMP>