Kurs Turystyki Górskiej Ceneria: outdoorowa porównywarka cen
www.ImprezyPodroznicze.pl
www.peron4.pl
www.szlaki.net.pl
www.skg.uw.edu.pl
Vihorlat 10-11.12.2005
Dodaj komentarz
Zobacz zdjęcia

Uczestnicy: Ola, Jacek, Jarek, Jasiek, Marcin, Młody, Mydlak, Tomek, Wojtek; relacjonował Jacek :)

- Gdzie Ty jesteś?
- Na Dworcu Centralnym, debilu! Nie wyobrażam sobie głupszego pytania z Twojej strony!

Takim to właśnie dialogiem Mydlaka z MB rozpoczął się w zasadzie ten wyjazd. A mottem mogłoby być powiedzenie "Co się źle zaczyna to się dobrze kończy" lub też "Złe miłego początki lecz koniec radosny" :)

A złe początki bo jak pociąg pospieszny JADWIGA wtaczał się na Centralny z Tomkiem który zajął był nam przedział wcześniej, ogłoszono, że z powodu robót torowych na odcinku Warka-Radom akurat ten pociąg będzie miał 120 minut opóźnienia w Kraku. I dobrze, że to ogłosili, ale zapanowała wśród nas lekka konsternacja. Krótka burzliwa rozmowa i lecimy po bilet na ekspres o 17:05, żeby jednak na 22:30 w Krakowie być. Przy kasach tłum ludzi, ale bilety, co prawda na następny pociąg o 18:05 ale zawsze udało nam się kupić. Bilety kosztowały słono i koszt wyjazdu, który przy jeździe pośpiechem udałoby się zbić poniżej 200 PLN, wzrósł do mniej więcej 230-250. No ale nic to, jak burżuje załadowaliśmy się do "Sawy" i przejechaliśmy do Krakowa. Zachowywaliśmy się wszakże nieco inaczej niż statystyczny pasażer ekspresu, przynajmniej w naszym przedziale (jechaliśmy w sumie w trzech).

Krótki pobyt w Krakowie to zakup grupowego biletu na powrót (mimo 9 osób i tak się opłacało, zwłaszcza Mydlakowi - 27 zł zamiast 31 czy 50) oraz przejazdówek (4,41 PLN wg kursu dnia), oraz kaszanka z chlebem, cebulką i piwem, na którą czekaliśmy b. długo (czekanie na jedzenie to też tradycja tegoż wyjazdu), ale była pyszna. O 22:30 po lekkim zamieszaniu, bo zapomniałem kupić przejazdówkę Jasiowi, choc mnie o to prosił, ruszyliśmy CRACOVIĄ na spotkanie przygody.

Podróż minęła spokojnie, zakłócona tylko incydentem w Bochni, gdzie Jarek cudem (dzięki Oli) uniknął mandatu za spożycie piwa. Wszyscy inni spali wówczas, więc nie wiem po co je spożywał sam, ale widać lubi. Kontrola graniczna też w porządku, choć Słowak na początku po okazaniu mu przejazdówki chciał wyrzucić Marcina Be z pociągu, to udało się kupić bilety do samej Sniny ze zniżką trochę poniżej 50% (110Sk zamiast 200).

Dwie przesiadki dość szybkie w Prešovie i Humenném Tomasz wykorzystał na zwiedzanie dworców oraz zakup sieciówek słowackich (tylko 65 koron!!!). Ku naszemu zdziwieniu w obu "studenkach" nie widzielismy ANI JEDNEGO Cygana! Były tylko Słowaczki wracające z szaleństw piątkowej nocy w Prešovie oraz panowie o twarzach lekko zmęczonych życiem (ale dziarsko pijący browary za 8 Sk o 5.30 rano). A panowie konduktorzy mają zarąbiste komputerki do wypisywania biletów!

W Sninie byliśmy o 7:18. Pierwsze chwile poświęciliśmy na kontemplowanie postsocjalistycznej zabudowy, stojąc przed sklepem COOP Jednota. Snina jest bardzo klimatycznym miastem, w którym w sumie nic nie ma, dużo socjalistycznych klocków, blokowicha i wielki tartak na obrzeżach. Nakupiwszy potrzebnych wiktuałów i dociążywszy tym samym plecaki, ruszyliśmy na podbój Vihorlatu. Najtrudniejsze było wbrew pozorom wyjście ze Sniny - bo nie mieliśmy miasta na mapie, a szlak nie było jasne skąd idzie. Ale dopytaliśmy się o Sninské Rybniky i już poszło gładko. Minęliśmy też ładną grekokatolicką cerkiewkę.

Na początek mieliśmy dużo płaskiego podejścia po asfalcie - z miasta (210 npm) do miejsca zwanego "Pri umrietom" - 510 m. Umriety okazał się być jakimś nieznanym żołnierzem czy czymś takim. Śniegu nie było w ogóle, za to pogoda zaczęła się poprawiać, chmury się rozwiały i piekne słońce się pokazało. Później nadeszła wyrypa na Sninský Kamen (1006), podczas którek Tomek pokazał wszystkim przy tabliczce ogłaszającej granice zajmującego jak wtedy myśleliśmy 3/4 Vihorlatu Vojenského Obvodu Valaškovce, co myśli o Słowackiej Armii, wchodząc bezkarnie na jej teren i załatwiając potrzebę fizjologiczną. Śniegu zaczęło się robic nieco więcej, choć nie był on jakiś wielki (ponad kostkę, czasem zapadaliśmy się do pół łydki) i szło się wygodnie. Choć upierdliwie, bo podejście nie chciało się skończyć a naładowane plecaki ciążyły. Ale za to jak wspaniale smakuje zimniuśki Corgon wniesiony na tę wysokość w blasku południowego słoneczka z widokiem na Bieszczady polskie i ukraińskie! Mniam.

Potem bez Marcina Be i Oli, którzy zeszli do Chaty Morské Oko łapać panią z kluczem i płacić za nocleg udaliśmy się na Nežabec (1023), w oczekiwaniu na kolejne widoki. Tych nie było, bo wieża widokowa pomyliła mi się na mapie z oznaczeniem czegoś innego, ale za to był napis "miny" w trzech językach. Mnie nie było dane tego zobaczyć, bo w 2/3 drogi zdecydowaliśmy się z Mydlakiem zawrócić i pójść do schroniska. Zeszliśmy tam na około 15, przywitała nas Ola, która się nudziła, bo Marcin zasnął nie rozebrawszy się nawet, i pokazała nam schronisko, które obfitowało w luksusy takie jak cieplutkie piecyki, komplet sztućców, talerzy i kielonów do wódy, kuchenki gazową i mikrofalową, kominek z porąbanym drewnem i rozpałką w jadalni, wygodne pokoje 2-3 osobowe, oraz co najważniejsze prysznice i WANNY z ciepłą wodą! Niektórzy z radości nawet leżeli sobie w wannie, a wszyscy z chęcią się kulturalnie umyli. Po 16.30, już o zmierzchu (jakąś godzinę później niż u nas to wypada) przyszla reszta - Wojtek Szulc, Jarek, Młody, Jasiek i Tomek, którym zachód słońca wypadł na Sninskym Kameniu i był bardzo ładny. Następne atrakcje to dla niektórych gulasz Marcina z sosem cygańskim, knedle gotowane na parze w specjalnym sitku oraz inne żarcie :) A później po takim podkładzie, zostało już tylko imprezować, co najlepiej pokazują zdjęcia, zwłaszcza Mydlaka. Powiem tylko, że zabawa była przednia, dwóch, a nawet licząc MB trzech gitarzystów dało z siebie wszystko, a nasza żeńska maskotka wyjazdu pokazała, że drzemie w niej, mimo drobnej postury, ogromny trampowy potencjał :) Powiem tylko, że nie odmawiała żadnej kolejki, a rano wstała świeżutka jak gdyby nigdy nic!

W niedzielę świadomi wielkiego celu wstaliśmy już o 5:45 i po małym posiłku (nasze żołądki były jeszcze zajęte trawieniem wieczornego żarcia i picia) udaliśmy się na Vihorlat (1076). Tu UWAGA! Nigdy nie kupujcie pasztetu ze szprotów produkcji słowackiej! Po drodze minęliśmy Malé Morské Oko oraz góry Motrogon i Trstie, którew bardzo przyjemnie strawersowaliśmy. Na samej przełęczy pod Vihorlatem zostawiliśmy bety i polecieliśmy na górę a tam widoki niesamowite! Szkoda, że znad Węgier przyszło głupie chmurzysko i zepsuło widoki na południe. Ale na wschód (Pikuj), północ (Bieszczady i BN) i zachód (Tatry!!!) widoki były cudowne, szkoda że nie udało się wytrzymać dłużej, bo pizgało.

Zejście to najpierw trawers Trstia, na które nikomu nie chciało się wchodzić drugi raz, a potem zrypa w dół czerwonym szlakiem którego tam miało nie być, a był albo odwrotnie, oraz kilka moich spektakularnych upadków na dupę (jeden na kamień po którym już nawet nie miałem chęci rzucać kurwami) Do tego głód - bo zjedliśmy już całe jedzenie. Tym radośniej powitaliśmy w Remetských Hamrach Polovnicką Reštauracię. Piwo było i owszem dobre, ale jedzenie nas delikatnie mówiąc rozczarowało - pan wziął sobie na ambit przynieść wszystko naraz i przez to ziemniaki i mięso były ledwo letnie :( I czekaliśmy na to godzinę ponad. Aż żałuję że nie poprosiłem o pół minuty na podgrzanie w mikrofali...

Potem już tylko migawki - słowackie studentki i ich śmiech w autobusie do Michalovców, Cyganie (WRESZCIE!!! ;) w barze na dworcu tamże, pomyłka przy wsiadaniu do zatłoczonego - na szczęście tylko do Koszyc - LABORCA i zmiana wagonów, małe zakupy w Koszycach, Tatry z pociągu w świetle księżyca między Popradem a Štrbą, półtorej godziny i piwko w Żylinie, wspominane zamknięcie nas przez pana Wegra w wagonie sypialnym (wcześniej Słowaczka wywaliła nas z kibla w 1 klasie, ale co się nasiedzieliśmy to nasze), Czechowice Dżydżyć, plan sikania przez tylne drzwi pociągu, które się otwierały, jazda na gapę przez granicę oraz inwazja Katowiczan, rozmowy z Panem Aktorem (brawo dla Olki za erudycję i ciętą ripostę) no i wysiadka 19 po 8 na Centralnym.

Dziękuję tym samym wszystkim za stworzenie tej atmosfery, którą ta relacja oddaje tylko w niewielkim, stopniu ;)

Dodaj komentarz
Zobacz zdjęcia


 

KTE "TRAMP"
Szkoła Główna Handlowa
Al. Niepodległoœci 162
02-554 Warszawa
+48-22-5649784
Webmaster
<Klub Turystyczny Ekonomistów TRAMP>