|
||||
|
Beskid Wyspowy 26-27.11.2005 | |||
|
Uczestnicy: Jarek, Jasiek, Marcin, Radek, Tomek Absolutne hity wyjazdu: Ale po kolei... Rano przetrzymaliśmy pociąg z Chabówki do Rabki, by podjechać te 2 kilometry :) potem dwukrotny przejazd busem, w Mszanie Dolnej przesiadka, zakupy zrobiliśmy w miłym sklepie (tj. miła sprzedawczyni była, jednemu panowi kanapkę z serem zrobiła - pkroiła bułkę, włożyła plasterek seru i gotowe) Z Rzek wyszliśmy 8.20, sypał śnieg i nieziemsko pizgało z boku. Szlak nieprzetarty, ale dużo śniegu nie było i był bardzo lekki. Na Jasieni stanęliśmy jakieś 2 g. później, a na Mogielicy (na podejściu długim dosyć się rozciągnęliśmy) 12.15, i siedzieliśmy do 13. Okazało się, że Jaśkowi już tylko Ślęży brakuje do Korony Polski, i zaczęło się trochę rozjaśniać - ale chmury zostały. W 1.15 zeszliśmy do Jurkowa, gdzie przy oranżadzie i posiłku Marcin Be zadecydował, że olewa Ćwilin, i jedzie stopemna Gruszowiec. Oszczuplona grupa wyszła podbić Ćwilin o 14.50. podejście niczym na Wielką Sowę, na końcowym kilometrze czy półtora prawie że po płaskim szliśmy, a szczyt nie chciał się zjawić. Byliśmy wreszcie o 16.10, o zmroku, i podziwialiśmy piękne widoki na Gorce i na Mogielicę (nawet Żywiecki było widać, co przy naszych warunkach pogodowych wielkie słowo). Dzięki podejściu, nieco wkurzającym, góra zyskała od nas mianę Cwelin. Szlak Cwelin-Gruszowiec przyszło nam pokonać po ciemku. Jest to niezwykle strome zejście, 400 m na 2 km. W pewnym momencie było widać samochodów pod nami, jakbyśmy stali na tarasu widokowym PKiN... ;) tylko wyżej Wszyscy zaliczyli upadek na pośladki, Radek temu zaprzeczył, ale świadkowie naoczni byli innego zdania :D Ale bez większych strat udało nam się zejść na Gruszowiec, gdzie w Barze pod Cyckiem Marcin już niecierpliwie nas czekał :) Siedzieliśmy tu do 17.45. Po piwku i posiłku udaliśmy się do ośrodka (18.15), gdzie przyznano nam pokój (ba, "apartament"), gdzie było tak 10 stopni... około... więc po tym, że grupa siedząca w jadalni poszła się modlić, zaokupowaliśmy kominek na dole i zaczęliśmy suszyć rzeczy. Po ósmej pani nam zwróciła uwagę, że nasze skarpetki i buty śmierdzą, i żebyśmy je zabrali, bo zaraz rekolekcjonerzy przyjdą i będą jeść kolację (określiła to mianem "agape", pewnie żeby nas postraszyć). Ale nic strasznego, ludzie byli mili i chcieli nas częstować, a pani schroniskowa się zlitowała nad nami, popytała się, i okazało się, że w budynku obok (ogrzewanym!!!), gdzie grupa mieszka, jest jeszcze wolny pokój na 4 osoby. Przenieśliśmy się więc, przed 22, po długim przekonywaniu Jaśka. A o wiele lepiej się spało w miarę cieplutkim pokoiku. W nocy wiał chyba wiatr halny, bo topiło się wszystko, z dachu padały wielkie kawałki śniegu, a rano było wszędzie mokro. Pobudka pomiędzy 5.30 a 6 (tak, Pawle, wszyscy wstali!), i o 7 dokładnie wyszliśmy. Potem był opisany wyścig na stoku narciarskim, a na dole umorzone łzy z oczu na widok opuszczonej linii kolejowej i stacyjki, gdzie urządzono... wypożyczalnię nart :(
Po przejściu przez Kasinę Wielką tuż przed podejściem na Lubogoszcz urządziliśmy krótką przerwę. Zaczęliśmy podchodzić o 8.25, a na szczycie byliśmy (już nie rozciągając się, Marcin szedł z przodu i torował mokry śnieg) o 9.25. Na Kozim Bródku urządziliśmy konkurs śpiewacki, najpierw były psalmy, a potem praczki, i nawet padł pomysł utworzenia "Śpiewnika z butelką", z dedykacją dla mężczyzn, co nie umieją śpiewać, ani grać na niczym, ale różne trunki lubią (tzw. schnapsbaritony ;). Na zejściu przypomniał się Mikołajek, który już nam towarzyszył do końca dnia :D Na stokach Lubogoszczy zagościliśmy w "łajemsijyj", o czym było już wyżej. Postanowiliśmy kiedyś wpaść we większym gronie :) Przed Kasinką Małą pojawiły się pogłoski dywersji, ale nikt się w końcu nie odłączył, i razem podjęliśmy wyzwanie wejścia z doliny Raby (370 m npm.) na Szczebel (976 m npm.). Po luzowym początku wyrypa: Szczebel się zaprezentował niczym Lackowa, łapaliśmy za gałęzie, kamienie, na prawie pionowym odcinku wejścia na grzbiet. Potem było już nieco lżej, szliśmy długo-długo przez różne formacje skalne, rozmawiając o życiu :) i wiadomo o czym ;) W pewnym momencie nawet Tatry było widać. Wszędzie było mokro, śnieg był strasznie ciężki, a pod nim płynęła woda, na 900 metrach najbardziej. Po 14 byliśmy na górze, i po krótkiej przerwie zaczęliśmy schodzić nieprzetartym czarnym szlakiem przez Mały Szczebel i Zimną Dziurę. Mimo momentalnych obaw o życie (było stromo!) dotarliśmy do jaskini, gdzie Jarek nawet wlazł (był w Zimnej Dziurze!! :D), a potem, opowiadając różne kawały, zeszliśmy do szosy (a mi się "udało" wywrócić na gałęziu i zabłocić tyłek i lewą rękę...). Stopa nie złapaliśmy, więc byliśmy o 16.15 na skrzyżowaniu w Łopniu, i w ciągu 10 minut podjechał autobus, który nas zabrał do Krakowa. Zjedliśmy w barze nieopodal dworca pyszne acz małe pierogi, udaliśmy się do pociągu, gdzie stosując terror psychiczny (grożąc śmierdzącymi skarpetkami) udało się chłopakom wygonić pana z przedziału (nie chciał poczekać na weryfikację pogłosków o zapachu naszego ubrania :D), i do Warszawy jechaliśmy sami, w takim smrodzie, że nawet na korytarzu się czuło... Wyjazd był fajny, już myślę o kolejnym w Beskid Wyspowy, no i oczywiście: kto nie był, niech żałuje!! :D |
||||
![]() |
|
|||
|
KTE "TRAMP" Szkoła Główna Handlowa Al. Niepodległoci 162 02-554 Warszawa +48-22-5649784 Webmaster <Piotr Chachaj> |
||||
![]() |
||||